10 najlepszych baśni ze „Złotej encyklopedii bajek” albo ranking wybitnie subiektywny #5

 Podczas ostatniego pobytu w domu rodzinnym zasiadłam przed półką z baśniami i wypatrzyłam niedopatrzenie, które powinnam naprawić. Otóż nie napisałam jeszcze o serii baśni i bajek, które dla mnie są w wielu przypadkach wersjami kanonicznymi.

Dzisiaj będzie zatem o baśniach trochę nietypowych, bo o zbiorze, który nieco je upraszcza, nie jest specjalnie mroczny i w ogóle zawiera utwory w wersji takiej dość łatwo przyswajanej, przy czym nie jest to problemem według mnie, bo zbiór „Złota encyklopedia bajek” daleki jest od tych cukierkowych wydań naśladujących ilustracje Disneya. I chociaż dostarcza baśni wyłączonych trochę z kontekstu, to znaczy nie dowiemy się z niego bezpośrednio, co redaktorzy wyciągnęli z Grimmów, co z Perraulta, a co z baśni ludowych z jakiegoś zakątka świata, to jest to – poza tym mankamentem – zbiór bardzo udany. Dlaczego? Jest świetnie ilustrowany: nie przesadnie oryginalnie, ale przyjemnie i z pewną ogólną myślą przewodnią (bardzo fajnie wyszła też cała topografia) i opowiada baśnie na nowo ze swadą i dowcipem, a to jednak ważne. W dzieciństwie zebrałam dwanaście tomów (choć może „tom” to jednak określenie na wyrost, bo to są dość cienkie książki formatu A4, każda w innym kolorze, co dla dziecka też miało niebanalne znaczenie), ale okazuje się, że potem wyszły jeszcze jakieś, więc muszę to niedopatrzenie kiedyś nadrobić. A teraz – lista ulubieńców.

Miejsce dziesiąte: „Lis i bocian”

Lis uważa, że jest sprytny, więc zaprasza bociana na kolację. Szykuje same pyszności, bocianowi cieknie ślinka i cieszy się na taki miły wieczór, ale lis ma to do siebie, że jest też złośliwą kreaturą, więc wszystkie te delicje podaje na płaskim talerzu. Ale bocian nie z tych, co dają sobie w kaszę dmuchać, więc odwdzięcza się lisowi zaproszeniem na przepyszną kolację, podaną w... wazonie.
Co w niej jest takiego? W sumie to jest baśń ucząca podstaw empatii. Nie wspominając już o tym, że pokazuje, że spryt nie zawsze jest wartością nadrzędną (a w większości baśni jednak jest), a do tego każe na nowo przyjrzeć się odkrywanym przez bohaterów rolom (bociana jednak na ogół kojarzymy z innymi cechami charakteru).

Miejsce dziewiąte: „Sasza, Mansur i bociany”

„Ten zły” nazywa się Kaszenor, no proszę Was. W dzieciństwie była to dla mnie spora atrakcja. Ale nie dlatego wrzuciłam tę baśń do zestawienia. Bo historia jest dość banalna: jest książę i zły wezyr-czarnoksiężnik. Książę i jego doradca posiedli tajemną moc, ale absolutnie fatalnie z niej korzystają, czarnoksiężnik w międzyczasie obejmuje tron państwa dla syna. Książę pod postacią bociana, z której to postaci nie może się przemienić z powrotem, w każdym razie chwilowo i nie zaraz, spotyka sowę. Sowa okazuje się być księżniczką, co też ma na pieńku z wezyrem. I możecie się domyślić, co jest dalej. Ale dla mnie to jest baśń dość szczególna z tego względu, że to był ostatni utwór, który przeczytała mi Mama na głos. W połowie mniej więcej powiedziała: „wiesz co, właściwie to możesz dokończyć samodzielnie”. I faktycznie dokończyłam i tak już sobie czytam do dzisiaj.

Co w niej jest takiego? Raz, że duży wpływ mają tutaj moje własne wspomnienia, ale dwa, że to jest jedna z tych baśni egzotycznych, mniej oczywistych dla dziecięcego odbiorcy, wprowadzających w nieco inny świat. A to zawsze zaleta, bo każe przełamać pewne myślowe schematy.

Miejsce ósme: „Podróże Sindbada Żeglarza”

Fabułę wszyscy znamy z różnych źródeł. Sindbad przeżywa przeróżne dramatyczne przygody, wśród których jest pomylenie wieloryba z wyspą i potyczka z czepliwym staruszkiem. Ale w zbiorze ze „Złotej encyklopedii...” to jest baśń dość szczególna, bo po pierwsze bardzo długa jak na standardy cyklu, a po drugie mocno niepokojąca. I ilustracje, z umowną dość mimiką twarzy bohaterów, jakby stali wciąż za ścianą deszczu, i opisywane przygody nie tyle są z rodzaju tych „ach, jakże zatopiłabym się w tym świecie marzeń” ile „o matko kochana, jakie szczęście, że czytam to sobie w cieple i w fotelu”.

Co w niej jest takiego? Pokazuje, że baśń nie musi być wcale przyjemną fantazją. Ba, że często bywa mocno nieprzyjemna i że wykracza poza nasze ramy bezpieczeństwa wyobraźnianego.

Ponieważ nie zdążyłam zrobić zdjęć,
to tylko dwie znalezione okładki
dla pokazania, o jaką serię mi chodzi.

Miejsce siódme: „Sinobrody”

Klasyczna baśń, tutaj utrzymana w odcieniach szarości, różu i fioletu. Potężny baron żeni się z młódką, która pod jego nieobecność łamie zakaz nie wchodzenia do jednej z komnat zamku, gdzie jak się okazuje baron trzyma zmumifikowane poprzednie żony, uśmiercone własną ręką. I tę żonę postanawia zamordować, ale ostatecznie sam pada pod ciosami szabel jej braci, którzy akurat wpadają do zamku. Całość jest niepokojąca, ale oprócz tego dreszczyku grozy mamy tutaj zastanawiające zakończenie. Bo kończy się to mniej więcej tak: wdowa poślubiła młodzieńca, który pomógł jej zapomnieć o strasznych przeżyciach, ale zupełnie zapomniała, co to ciekawość. Co mnie jednak denerwuje, bo zwala winę za postępowanie Sinobrodego na jego żonę, czyli czyni z ofiary prowokatora, sprawcę. Za bliskie to jest popularnego dyskursu dotyczącego przestępstw popełnianych na kobietach, żeby przejść obok tego obojętnie.

Co w niej jest takiego? Zmusza do refleksji jak najbardziej współczesnej.

Miejsce szóste: „Salem i gwóźdź”

Jest sobie Salem. Salemowi płonie sklep, sprzedaje więc dom, ale z prawem do jednego pozostałego w przedpokoju gwoździa. Wiesza na nim od czasu d czasu różne rzeczy, aż w końcu wiesza na tymże gwoździu zdechłego osła i tak odzyskuje dom od skąpca, który go kupił. Mam mieszane uczucia co do tej baśni, bo z jednej strony jest dowcipna, z drugiej rozkłada akcenty w nie do końca udany sposób: bo i ten skąpiec taki z niczego nic się pojawiający, i ten Salem jednak dom sprzedał, więc bez przesady. Ale trzeba przyznać, że człowieka drąży ciekawość, po co mu ten gwóźdź.

Co w niej jest takiego? Dobrze buduje napięcie.

Miejsce piąte: „Co myślą inni”

Świetna historia o tym, że nie warto się przejmować opiniami innych, bo ich nigdy więcej nie zobaczymy, a my zostaniemy z takim poczuciem, że daliśmy się w coś wmanewrować. Oto jedzie sobie na targ chłop, wiezie na taczce osła, którego chce sprzedać, więc stara się oszczędzać zwierzę. Obok dziarsko maszeruje syn chłopa. Ludzie oczywiście przystają, żeby się natrząsać, że taki facet, a osła na taczce wiezie. Więc ojciec wsiada i jedzie na ośle, co z kolei prowokuje ludzi do okrzyków, że co z niego za ojciec, że syn musi drałować obok, a on jak panicho sobie jedzie. Także chłop wsadza syna na osła, a sam idzie obok. Domyślacie się, co jest dalej? A już jak obydwaj wsiądą na osła...

Co w niej jest takiego? Pokazuje, że dobrze jest mieć własne zdanie, bo innym się nie dogodzi, a poza tym, w ostatecznym rachunku, nie warto.

Miejsce czwarte: „Kot w butach”

Jasne, że to nie jest żadna „kanoniczna” wersja. Ale napisana z takim biglem, że dla mnie stała się wersją podstawową. Zresztą zobaczcie sami, jak się zaczyna: Dawno, dawno temu umarł pewien młynarz pozostawiając najstarszemu synowi młyn, średniemu – osła, a najmłodszemu... kota. – No, jest to pewna różnica – powiecie. Ale taki już był ten młynarz.

Co w niej jest takiego? Z humorem przedstawia znaną baśń, poza tym to jest jedna z tych narracji, które pokazują, że warto się cieszyć z najmniejszego nawet podarunku, a zwierzę potrafi być inteligentniejsze niż niektórzy ludzie. No i mamy tu markiza de Carabas.


Miejsce trzecie: „Dziewczynka w koszyku z gruszkami” / „Mądralinka”


Dwie baśnie o mądrych dziewczynach, a takie są zawsze w cenie. W przypadku „Dziewczynki...” bohaterka chce uratować ojca przed drakońskim prawem podatkowym i nie dość, że przeżywa przygodę życia, to jeszcze spotyka miłość swojego życia, oczywiście księcia. Książę też jest nie w ciemię bity i wykazuje się raz, że przedsiębiorczością, dwa pośrednio wyraża hołd pomysłom ukochanej i też ląduje w pewnym momencie w koszyku z gruszkami – spryciarz! „Mądralinka” to jest ta baśń, osadzona w carskiej Rusi, gdzie dziewczynka musi wykazać się sprytem, żeby jej ojciec uniknął kary za fałszywe oskarżenie rzucane przez bogatego brata. Więc zgodnie z carskim poleceniem musi przybyć na dwór „ani pieszo, ani na koniu, ani ubrana, ani naga, ani z podarkiem, ani z pustymi rękoma”. Zawsze lubiłam takie łamigłówki, więc bohaterka jest jedną z tych, które w dzieciństwie bardzo podziwiałam.

Co w nich jest takiego? Dwie aktywne, inteligentne kobiece bohaterki, a do tego jedna zdobywa miłość, której obiekt też jest nie tylko piękny i wymarzony, ale przede wszystkim inteligentny, a drugiej nie chodzi o zdobycie mężczyzny, ale o ocalenie rodziny.

Miejsce drugie: „Szczurołap”

Jest w „Szczurołapie” ten urok powoli osnuwającej miasteczko grozy, jest też to zakończenie, które sprawia, że człowiek nie do końca wie, co ze sobą zrobić. Bo czy tytułowy bohater był w końcu pozytywny czy negatywny? Co symbolizują szczury? Czemu karą za skąpstwo mieszkańców Hameln ma być zniknięcie wszystkich dzieci z miasteczka? No i dlaczego akurat szczurołap z fletem? Skąd się wziął? I po co? I czy naprawdę zależało mu na pieniądzach?

Co w niej jest takiego? Zagadkowa, z lekka horrorowa narracja, która zostawia z wieloma pytaniami i zawsze budzi pewne zdenerwowanie.

Miejsce pierwsze: „Mysz ze wsi i mysz z miasta”

Uwielbiam tę historię. Przede wszystkim, przyznam szczerze, kocham ilustracje do niej: tę mnogość szczegółów, jeśli chodzi o spiżarnię, bardzo apetycznie zresztą odmalowaną, że całymi dniami można się wpatrywać w obrazki i śledzić, na której półce leży jaki ser. Ale lubię też to zderzenie charakterów: wielkomiejską, pewną siebie mysz, która żyje w luksusie, ale drogo okupionym i trochę naiwną, ale w taki zdroworozsądkowy sposób mysz ze wsi, która co prawda da się początkowo uwieść luksusom, ale ostatecznie stwierdzi, że woli może i mieć mniej, ale w świętym spokoju.

Co w niej jest takiego? Ciekawie pokazuje różne postawy życiowe, a do tego jest cudownie ilustrowana.

A Wy mieliście może styczność z tymi książkami? Macie tam swoje ulubione historie?
___________

Ponieważ jest piękna wiosna (przynajmniej co jakiś czas), więc oczywiście się przeziębiłam. Dzięki czemu leżąc wczoraj pod kocem i pijąc wywar z lipy przeczytałam książkę. Dlatego jutro będzie o tejże książce.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Miałam tę serię, miałam, brakowało mi tylko Sinobrodego ale doczytywałam u przyjaciółki, z którą wymieniałam się książkami :) Ale chyba najbardziej lubiłam Pinokia, ze względu na pełną zwrotów akcji fabułę i ilustracje. Za to nudziły mnie strasznie te bajki o sprytnych chłopach, bez przygód i księżniczek ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, a w tomie o "Pinokiu" są doskonałe ilustracje. Jedna, taka dwustronicowa, z jarmarkiem, na który trafia Pinokio, pozwalała mi odpłynąć na kilka ładnych chwil, bo zwiedzałam ją sobie bardzo dokładnie, obserwując, co też się na tym targu dzieje, gdzie, jak i dlaczego, no i kto stoi przy budce z watą, kto ogląda konie, a kto biega bez celu. Doskonała sprawa :).

      Usuń
  2. Uwielbiam te książki i chcę zebrać wszystkiego dla mojego potencjalnego potomstwa! „Sasza, Mansur i bociany” - uwielbiam! Resztą muszę sobie odświeżyć :) (zapowiadają się przyjemne popołudnia za co dziękuję).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze do usług (sama miałam mnóstwo radości, czytając je ponownie na potrzeby wpisu). Teraz mam nadzieję na dokompletowanie tych, które wyszły poza tą kanoniczną 12-stką! :)

      Usuń
  3. Zawsze je wypożyczałam nie dla baśni, ale dla ilustracji! Czytałam owszem, ale wybierałam z biblioteki te najładniejsze i przetrzymywałam aż do napatrzenia się :D
    Przypomniałaś mi, co powinnam sobie jeszcze skompletować, by na półce mieć prawie wszystkie moje ukochane książki dzieciństwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, cieszę się :). Tak, te ilustracje (którym ciągle zapominam zrobić zdjęć do wpisu, jak mam okazję -- ale zrobię!) to było zawsze coś. Nawet jak dzisiaj je oglądam, to tak, jakby dać nura znowu do świata tych baśni. A niektóre wizerunki już są dla mnie kanoniczne (Szczurołap!) :).

      Usuń