Biały Wilk i odcienie szarości albo o moich przygodach z książkowym wiedźminem

 
Tak, dzisiaj Dzień Matki. Tak, miałam zaplanowany wpis na taki dzień jak dzisiaj. Nie, dzisiaj go nie będzie – ale będzie tak w ogóle, tylko spóźniony. A dlaczego nie zdążyłam go przygotować? Bo od tygodnia popołudnia w naszym domu przecina świst miecza i tętent kopyt. Innymi słowy dopadło nas to, co sporą część gospodarstw domowych od dziewiętnastego maja: gramy w „Wiedźmina 3”.


Ale nie będzie rzecz jasna o grze (zwłaszcza, że mimo poświęcania wszystkich popołudni na grę ona jest tak rozbudowana, że w sumie jesteśmy dopiero na początku – i tak, gramy z Domownikiem razem, zmieniając się co pół godziny, bo nie mogliśmy w żaden sposób rozstrzygnąć, które z nas ma grać jako pierwsze). Będzie o książkach. Zwłaszcza że już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem napisania czegoś o opowiadaniach i o sadze. Jakoś tak od czasu, kiedy chwyciłam w ramach podręcznej lektury „Miecz przeznaczenia”, wybitnie zaczytany domowy egzemplarz i jakoś tak... To już nie było to. Co się zmieniło? Nie wiem dokładnie, ale mam wrażenie, że jakby tak coś za bardzo to wszystko było wyliczone, że ta lekkość tam na wierzchu jest – jeśli chodzi o narrację – ale pod spodem oparta na dość mocnych wyliczeniach właśnie. Ale zamiast takich ogólników może skupię się na tym, co mnie przy czytaniu o wiedźminie denerwuje, a co zachwyca.

Może jeszcze słowo historii: wiedźmina czytałam ze zmiennym szczęściem. W podstawówce udało mi się załapać na „Panią Jeziora”, kupioną za kieszonkowe (do dziś nie wiem, czemu pomyślałam wtedy, że doskonałym pomysłem jest kupienie sobie ostatniego tomu czegokolwiek, no ale), od której odpadłam po jakichś trzydziestu stronach i udało mi się dostać jeszcze „Miecz przeznaczenia”. W tym tomie opowiadań się zakochałam miłością wielką, zwłaszcza w „Wiecznym ogniu”. Wiedźmin mnie kupił nieodwołalnie, ale w bibliotece mojej żadnej go nie było, a książki wówczas kupowałam dość rzadko. Za czas jakiś udało mi się dostać „Chrzest ognia”, który w tym czasie nastoletnią mnie zachwycił nadzwyczajnie. Jakiś czas później Mama pożyczyła mi od znajomej „Ostatnie życzenie”. Potem kuzynka wypożyczyła mi „Krew elfów” i „Czas pogardy”. Ale w jej bibliotece ktoś wykradł egzemplarz „Wieży jaskółki” – rozpacz! Zdążyłam w międzyczasie, chyba po „Chrzcie...” wrócić do „Pani...”, aż w końcu rzeczona biblioteka nabyła nowy egzemplarz „Wieży...” i skompletowałam czytelniczo i opowiadania, i sagę. Trwało to kilka lat, porządku w tym nie było żadnego – do dzisiaj sobie obiecuję powtórkę od a do z – ale wiedźminlandia zyskała we mnie stałego fana; i mimo że dzisiaj już mnie tak nie zachwyca, to nadal jest to jeden z moich „fantastycznych” milowych kamieni. 
 
 
 Ilustracje za to będą z gry. Źródło.
 

No dobrze, a teraz w takim razie, co mnie denerwuje:

rozważania filozoficzne w ilości dużej w miejscach różnych
Bo tutaj Sapkowskiemu się raz udaje, a raz nie. To znaczy wiecie, wszyscy tu snują jakieś rozważania mniej lub bardziej głębokie i o ile na przykład rozprawa na tratwie odnośnie do zagrożonych gatunków – które w zależności od punktu widzenia są krwiożerczymi potworami albo ginącym bogactwem naturalnym – jest doskonale zaplanowana i napisana, o tyle te niekiedy strasznie dekoracyjne rozważania emującego Geralta można by chyba bez szkody dla utworu wyciąć. Zresztą to chyba to gadulstwo postaci – każdej, właściwie – którym coś każe non stop wyjaśniać swoje racje światopoglądowe jakoś najbardziej rzuca mi się teraz w oczy; może dlatego, że w międzyczasie naczytałam się różnych różności i nie robi to już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś? Przy czym tak ostatnio rozmawiałam o tym z moim Domownikiem, który z kolei twierdzi, że sytuacja, w którą Sapkowski wrzuca bohaterów – tego brudnego konfliktu zbrojnego – trochę ich pcha w takim kierunku: to znaczy, że właściwie faktycznie w takim momencie każdy stara się znaleźć dla siebie jakąś rację. Może gdyby nie było to tak – nie wiem, na ile zamierzenie – aforystyczne, byłabym skłonna się zgodzić. A tak muszę jeszcze pomyśleć.

nieproporcjonalnie rozwinięci bohaterowie
Wiem, że to brzmi dziwacznie, ale nie do końca wiedziałam, jak to nazwać. Chodzi mi o to, że niektórzy bohaterowie dostają dużo więcej niż inni: Cirilla na przykład jest i księżniczką, i wiedźminką, i czarodziejką, no czym ona nie jest, wszystko się kręci wokół niej. Nie wiem jak Was, ale mnie Cirilla niemożebnie denerwuje jak tylko wyrasta z dziecka w nastolatkę. I winna nie jest nawet sama postać, co sposób jej napisania: nieprzyjemnie ocierający się o marysuizm, z traumami chętnie rozdawanymi na prawo i lewo (co innego dekonstrukcja pewnych baśniowych założeń, co innego to, co Sapkowski funduje Ciri), za wszelką cenę przełamujący kolejne schematy. Podobnie Geralt, jeśliby na niego spojrzeć z pewnej odległości, to jest straszliwie emujący bohater, który jasne, zastanawia się nad sobą i swoim miejscem w świecie, ale czyni to niekiedy w sposób tak jojczący, „ach, przeznaczenie, ciężar, ach!”, że nie do końca wiadomo, czy współczuć, czy pokazać język. No i jeszcze Yennefer – trochę femme fatale, trochę wredne babsko, trochę skrzywdzona dziewczynka, co to leczy swoje traumy w kobiecym wcieleniu.

wątki okołocirillowe
To w sumie rozwinięcie tego, co było wyżej. No mam problem z tą postacią. Bo widzę, czemu ona została tak napisana, ale mam wrażenie, że w którymś momencie poszło to wszystko o krok za daleko, odbiegając od wyznaczonej ścieżki w kierunku „super-hiper-bohaterka z bardzo mroczną traumą razy dziesięć”. I to nie do końca się, mam wrażenie, broni. Zwłaszcza ze szczurzym epizodem Ciri mam problem, bo to jest zbudowane wokół takiego typowego wątku opartego na niedomówieniach, które zamiast próbować rozwiązać, spycha się pod dywan, robiąc na własną rękę domową psychoanalizę. A coś takiego to jest ten typ zawiązywania węzła fabularnego, który mnie właściwie zawsze denerwuje.

pojedyncze zdania
Ten styl narracji, który uprawia Sapkowski, w dużych dawkach może być denerwujący. Wiecie, o co mi chodzi – te konstrukcje w rodzaju „Widział już wszystko. Oprócz tego jednego. Miecza. Miecza, który teraz lśnił przy jego twarzy”. Zmyśliłam przykład, ale wystarczy otworzyć na dowolnej stronie, żeby takie zdania znaleźć. I one ładnie budują dramatyzm, tylko że każdy chwyt używany za często prowadzi do skutków odwrotnych niż zamierzone. I chyba to najbardziej mnie uderzyło przy ostatnim podczytywaniu opowiadań. Właśnie ten styl. 
 
 
 

No to co mnie zachwyca?

koncepcja świata
To jest jedno z najciekawiej zbudowanych uniwersów fantasy, bo mam wrażenie, że nie jest przekombinowane. Pięknie je Sapkowski poskładał z różnych elementów: słowiańskich, celtyckich, europejskich legend i baśni, z dodatkami w postaci bohaterów ponazywanych po siedemnastowiecznych inżynierach holenderskich i miastach, które brzmią bardzo swojsko. Do tego sam koncept z Koniunkcją Sfer i z tymi następstwami cywilizacji jest idealny: pozwala odpowiednio dużo powiedzieć, a jednocześnie pozostawić szerokie pole do namysłu dla czytelnika. Skąd się wzięli ludzie? Czy to jest nasz świat po katastrofie? Co zniszczyło część cywilizacji? Do jakiego państwa odwołaniem są Redanie i Temerie? Jak właściwie wygląda mapa tego świata? Nic nie jest podane od razu na tacy, a przy tym ma się wrażenie, że autor to wszystko wie. No i zachwyca mnie ta różnorodność nazewnicza, która jest zbudowana dźwiękowo tak, że tworzy spójną całość (wiecie, Wyzima obok Oxenfurtu czy Nilfgaard obok Pontaru).

zabawy z konwencją
To chyba coś, co wymienia każdy, bo przecież to właśnie wywracanie baśniowych schematów sprawiło, że wielu w świat wiedźmina wsiąkło. Nie wszystkie nawiązania są równie twórcze (odwrócenie schematu: kto jest piękny a kto bestią w sumie przewija się przez całą sagę i jest motywem jednego z opowiadań, i jest to gra dość oczywista) czy oryginalne (złe krasnoludy Renfri), ale część jest naprawdę doskonała, nie wspominając już o tym, że jest ich tak dużo, że odkopanie wszystkich naprawdę może dostarczyć sporo przyjemności.

zawikłania w narracji
Nic tu nie jest takie proste, jak się wydaje i każda decyzja może mieć konsekwencje, których się nie spodziewamy. To znaczy w pewnym momencie już się spodziewamy, bo takie są skutki narracji, w której musimy ciągle podejrzewać, że będzie inaczej niż myślimy, ale wiecie, o co mi zasadniczo chodzi. Przy tym wiedźminlandia jest tak skonstruowana, że możemy się spodziewać wszystkiego najpaskudniejszego bez żadnych upiększeń. Dlatego tym większe wrażenie robią tam takie zwykłe przebłyski przyzwoitości. 
 
 
 

W sumie im dłużej pracuję nad tym tekstem, tym bardziej stwierdzam, że wiele „Sadze...” i opowiadaniom jestem w stanie wybaczyć – i o zgrozo przy odrobinie wysiłku zinterpretować to, co mi się nie podoba, i tak na korzyść dzieła. Dlatego może już postawię kropkę. A co Wy myślicie? Jak wyglądają Wasze przejścia czytelnicze z Geraltem i spółką?

_________________

Było o oglądaniu i czytaniu, to jutro dla odmiany o słuchaniu i czytaniu.

Weź dokładkę!

29 komentarze

  1. Generalnie mam wrażenie, że większość problemów z Sapkowskim (a na pewno filozofia i bohaterowie) to efekt braku umiejętności wycięcia czegokolwiek. Pomysł, dialog, nawiązanie, ciekawostka- znaleźć się musi, bo ktoś się udusi. W Wiedźminie jest to widoczne, ale jeszcze znośne, w Trylogii Husyckiej osiąga rozmiary patologiczne. W tym ostatnim zniechęciła mnie mocno odmowa podania tłumaczeń, bo tak się autorowi podoba i masz się uczyć starofrancuskiego i łaciny. Jakby wstawienie makaronizowanych cytatów metodą kopiuj-wklej, z których połowa służy wyłącznie popisaniu się przed czytelnikami było oznaką erudycji.

    Żeby było zabawniej- w obu wersjach para kończy się jakiś czas przed zakończeniem, odklepanym na zasadzie jakby tu czytelnika dzisiaj zszokować-ale-żeby-nie-przkeroczyć-pewnych-granic. Miernik deus ex machina piszczy i wyje. Kto czytał ten wie.

    Ekspozycja na Ciri we wczesnej fazie nastoletniej skutkuje u mnie silną alergią na waleczne księżniczki-chłopczyce, zwłaszcza z tragiczną przeszłością i magicznymi mocami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podpisuje się całkiem, pod twoim postem Eire.
      Ja próbowałam po latach powrocic do wiedzmina, pierwszy raz czytałam w szkole podstawowej, ale nie byłam w stanie tego nijak przełknąć.

      Usuń
    2. Przyznam się od razu na początku, że jako że przeczytałam "Panią Jeziora" gdzieś tak w środku cyklu, zakończenie nie zrobiło na mnie aż tak złego wrażenia, jak chyba na większości czytelników. To znaczy ani jeszcze wtedy nie byłam do bohaterów przywiązana, ani nie wydawało mi się to brakiem pomysłu. I chyba nadal obstaję przy tym, że nie jest to do końca zakończenie złe (co innego zakończenie "Lu perpetua").

      Natomiast zgadzam się z @Eire jak najbardziej, że problem leży w mierze. "Trylogia husycka" unaoczniła to aż nazbyt jasno -- i brak przypisów, i po prostu nadmiar tych wielopiętrowych dialogów w kilku językach (coś jak Tołstoj, tylko że nieadekwatnie do podstawowego czytelnika?).

      @Dextella, jak pisałam, u mnie jest tak, że wracam, ale już nie tak wszystko i bezkrytycznie mi się podoba :).

      Usuń
    3. Pyzo,mi nie chodzi o samo zakończenie, tylko o zakończenie wątku cesarskiego. Pardon my French, ale "pierniczę, nie robię" samo ciśnie się na usta.

      Usuń
    4. Wątku cesarskiego? W sensie chodzi Ci o "rację stanu"?

      Usuń
    5. Tak... albo wierzył w te przepowiednie i powinien doprowadzić sprawę do końca, albo zadowala się fałszywką i nie angażuje sił i środków.

      Usuń
    6. A mnie powiem szczerze rozwiązanie tego wątku jakoś usatysfakcjonowało. Bo przepowiednia przepowiednią i władza władzą, ale z Emhyra twarzą w twarz z Ciri wyszedł po prostu człowiek. I w sumie jak jeszcze cała ta sprawa była właśnie taka abstrakcyjna, to myślał sobie, że co mu tam, więc dążył do realizacji planu ze wszystkich sił, ale jak nabrała kształtów konkretnej osoby, to się cofnął. Do mnie to przemawia.

      Usuń
  2. Bardzo mi się podobały oba tomy opowiadań i bodajże trzy tomy sagi (do momentu rozwiązania wątku Ciri i wygubienia większości drużyny). Natomiast ostatnie tomy uważam za bardzo złe i staram się nie pamiętać. Co Autor tam wyprawia, zwłaszcza z biedną Ciri to ludzkie pojęcie przechodzi. Dlatego dla mnie trylogia kończy się na rozwiązaniu tej kwestii, potem jest już zakończenie i pogrom.
    Pamiętam, że już w wieku osiemnastu lat byłam pewna, że Geralt i Yennefer nie mogą być razem i albo umrą albo się rozejdą. W ogóle, z kobiecych postaci u Sapkowskiego chyba najmniej irytowała mnie Milva, bo Triss przyprawiała o zgrzytanie zębów.
    Ale w grach Triss bardzo lubię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zresztą chyba tego "nie będą razem, czytelniku, nie będą!" autor tak za bardzo nie ukrywa. Trochę gra z naszym przyzwyczajeniem do happy endów (choć mamy jeszcze ostro fanfikowe "Coś się kończy, coś się zaczyna"), ale tak nie za mocno, mam wrażenie.

      Natomiast z grami mam w ogóle tak, że większość postaci tam lubię bardziej niż ich książkowe pierwowzory (mimo że do Triss w jedynce podchodziłam jak pies do jeża, ale masz rację, że w grach to jest zupełnie inna postać -- a przedwczoraj spotkaliśmy w trójce Yennefer i, no cóż...).

      Usuń
    2. Ha, podchodziłam do Triss tak samo!
      I jak wrażenia po spotkaniu Yennefer :)?

      Usuń
    3. Na razie, szczerze mówiąc, paskudne ;). Ale my z tych, co grają dość wolno, nasz Geralt to grzybiarz i zielarz, więc póki co z Yen odbyła się jedna rozmowa, ale już mnie zdążyła doprowadzić do furii. Z utęsknieniem czekam na spotkanie z Triss ;).

      Usuń
    4. Mój też pomaga każdej babci odnaleźć zaginione zwierzę czy zastawę stołową ;).
      Yen później niewiele się zmienia, ale potem gra prezentuje wątek bardzo ładnie nawiązujący do Sagi. I to mi się bardzo spodobało.

      Usuń
    5. Ooo, to czekam w takim razie, strasznie jestem ciekawa, jak to się wszystko skończy (a przynajmniej ta pierwsze z trzydziestu sześciu możliwości ;)).

      Usuń
  3. Mam zamiar zgłębiać wiedźmiński świat po raz wtóry, bo Starszy zaczął pierwszy tom opowiadań i chce rozmawiać, a ja niczego nie pamiętam. Jak zgłębię i nie zapomnę, to tu wrócę :)
    PS. Na pewno zapomnę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie zapomnisz, to będzie mi miło ;). Natomiast rozważam samej taką gruntowną powtórkę i porządny wpis o całości na blogu kiedyś, przyda mi się wreszcie na bieżąco spisać, co mi gra, a co nie, we wszystkich częściach.

      Usuń
  4. Hmmm... Sapkowski był moim wejściem w fantastykę - a weszłam dość późno, bo na drugim roku studiów (już dawno dawno temu), ale pamiętam, że się zachwyciłam :) Potem wyszła pierwsza część gry, a ja czytałam w międzyczasie, potem wyszła druga część i ja akurat skończyłam czytać A teraz wyszła trzecia a ja zamierzam przeczytać jeszcze raz. A ktoś spyta po co - ano po to, że już niewiele pamiętam, czytałam szybko zachłannie, bez zbytniego wgłębiania się. Pamiętam, że zachwyciła mnie konstrukcja świata... i to tyle. A więc zobaczymy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem zdania, że warto wracać do książek -- sama zresztą mam tak, że kiedy coś czytam szybko, szybko, bo wciąga i aż chce się wiedzieć, co dalej, dobrze jest wrócić kiedyś do lektury już znając fabułę, i czytać, żeby zobaczyć jak to jest napisane, wracać do ulubionych bohaterów i tym podobne :). Także kibicuję :).

      Usuń
  5. Ja sięgnęłam po Sapkowskiego dopiero w zeszłym roku, czyli już po przeczytaniu sporej ilości fantasy z fantasy dekonstruującym fantasy włącznie ;-) I popełniłam ten sam błąd, co przy "Grze o Tron", czyli czytałam za szybko i bez przerwy. Dwa pierwsze tomy - ojej, ojej, ale fajne, dawaj trzeci, i tak przy czwartym mnie zemdliło. A kiedy w piątym na koniec pojawiła się tęcza i jednorożec (TAK. TĘCZA I JEDNOROŻEC), to już walnęłam głową o okładkę. Kiedy czyta się bez przerwy, schematy są boleśnie widoczne, podobnie jak powtórzenia i pewna maniera, w stylu "opiszmy jak bohater wjeżdża do miasta z punktów widzenia pierdyliarda postaci w tym kota dachowca" oraz "oczywiście wszyscy wiedzą, że to wiedźmin, ale opiszmy go z punktu widzenia kogoś, kto go nie zna, żeby jeszcze raz napisać jaki jest arcymężny".

    Co jeszcze mnie irytuje? Yennefer, to wredne babsko, co to samo nie wie, czego chce, pies ogrodnika i jej związek z Wiedźminem jako całokształt - uch, jak ja nie lubię takich bohaterek i jeszcze przedstawiania związku, w którym obie strony puszczają się na prawo i lewo, jako prawdziwą wielką miłość. Lubię za to Ciri, chyba trochę oddzielam sobie postać stworzoną na początku od tego, co potem zafundował jej Sapkowski, te wszystkie traumy itd. I - ponieważ czytałam Sapkowskiego po przeczytaniu wszystkiego innego - dostrzegam ogromny wpływ i mnogość nawiązań, które wcześniej mi umknęły podczas lektury innych polskich fantastów.

    Dla mnie granie zaczyna się od czwartku, a przynajmniej mam taką nadzieję ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O motywie z jednorożcem ciągle zapominam, może właśnie przez moją poszatkowaną -- w sensie kolejności -- lekturę (jakoś tak chyłkiem taka chronologia została moim headcanonem chyba). Tę manierę z opisywaniem wszystkiego z różnych punktów widzenia akurat lubię, bo to jest świetne ćwiczenie stylistyczne (wiadomo, że trochę nadużywane, ale z drugiej strony ta bitwa pod Brenną!), przy czym chyba ten motyw "opiszmy wiedźmina raz jeszcze" najczęściej eksploatował Sapkowski w opowiadaniach, w sadze chyba nie aż tak bardzo?

      Yennefer! Tu się zgadzamy! No to jeszcze zaczekaj, aż zagrasz ;). Natomiast a propos gry dzisiaj natrafiłam na randomową postać wygłaszającą jeden z moich ulubionych tekstów w wiedźminlandii, czyli frazę o nietopyrzach i jestem bardzo szczęśliwą Pyzą ;).

      Usuń
    2. Żeby nie spoilować za bardzo powiem tylko, że w grze twórcy zaproponowali ciekawą interpretację związku Yen i Geralta. I dzięki niej nabiera on sensu, nawet to puszczanie się obu stron.
      Więc może jednorożca i tęczę też jakoś wyjaśnią ;).

      Usuń
    3. No, ciekawa jestem, zwłaszcza że w grze Ciri jeszcze nie spotkałam. Ale może obejdzie się bez jednorożców? Zresztą taki jednorożec to jest chyba w ogóle bardzo trudny motyw w fantastyce -- bo jak go wprowadzić, żeby nie wpaść w tęczowe bajorko albo nie podążać po prostu drogą w dokładnie odwrotnym łopatologicznie kierunku.

      Usuń
  6. Łojojoj, jak był jednorożec to za przeproszeniem ja się zwymiotowałam tęczą. A Yennefer ... tu się we trzy zgadzamy :)
    A co do ulubionych fragmentów, ja jakoś najbardziej lubię ten:
    "— Ty świnio! Ty zapowietrzony śpiewaku! Ty oszuście!
    Geralt, zaciekawiony, pociągnął klacz za róg uliczki. Zanim jeszcze zlokalizował źródło wrzasków, dołączył się do nich głęboki, lepko szklany brzęk. Słój wiśniowych konfitur, pomyślał wiedźmin. Taki odgłos wydaje słój wiśniowych konfitur, gdy rzucić nim w kogoś z dużej wysokości lub z dużą siłą. Pamiętał to dobrze, Yennefer, gdy mieszkali razem, zdarzało się niekiedy w gniewie rzucać w niego słojami konfitur. "
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że Yennefer ogólnie nie ma zbyt wielu fanów ;). Muszę powiedzieć, że mnie nie od początku ona tak drażniła, nie wiem w sumie, w którym dokładnie momencie zaczęła. Chyba nawet nie w konkretnym miejscu fabuły, tylko po prostu zaczęłam dostrzegać wszystko za tym "kochali się, że strach" ;).

      A "Wieczny ogień" (bo to stamtąd, prawda?) to w ogóle jedno z moich ulubionych opowiadań :D.

      Usuń
  7. Że coś o jednorożcu było, pamiętam; tęczy w ogóle nie kojarzę. Czytałam całą sagę wieki temu, na początku studiów i jakoś do tej pory nie powtórzyłam, chyba dlatego, że wydawało mi się, że pamiętam bardzo dobrze. Moje ogólne wrażenie było takie, że pod koniec cyklu było coraz słabiej, ale bez przesady, udało się Sapkowskiemu utrzymać przyzwoity poziom, choć byłoby lepiej, gdyby powściągnął swoją fantazję w wymyślaniu tylu form przemocy i okrucieństwa. (Nie on jeden nie powściągnął, George R.R. Martin ma w tym zakresie więcej na sumieniu. Swoją drogą, ciekawe dlaczego autorzy tak się lubują w opisywaniu przemocy, zwłaszcza połączonej z seksem - pytanie retoryczne). Ale jak sobie czytam to, co zostało tu napisane, to się uśmiecham, bo prawie wszystkie skrytykowane przez Was punkty są moim zdaniem zaletami. Uwielbiam to filozofowanie, styl Sapkowskiego świetnie służy jego opowieści, lubię jak wjazd bohatera do miasteczka opisany jest z punktu widzenia kota, a Triss w ogóle była jedną z moich ulubionych postaci. Yennefer nie, ale przecież nie musimy lubić każdego bohatera. Nie wiem jak z tęczą, bo jej nie pamiętam ;) Ale czy mogłabyś, Pyzo, wyjaśnić, co to znaczy "emujący"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że pytanie było retoryczne, ale mam też takie wrażenie, że zagrywki tego rodzaju mają też służyć takiemu swoiście pojmowanemu "realizmowi" (i to nie tylko w fantastyce, ale w powieściach ogólnie). W sensie: w baśni się ukrywa i makabryczne strony morderstw, i seks, więc pisarze to wyciągają, bo przez to uważa się powieść za bardziej "rzeczywistą". To w sumie moje obserwacje, ale myślę, że coś w tym jest.

      A "emujący" -- przynajmniej tak jak ja to rozumiem i używam -- znaczy coś jak "snujący się i rozpaczający nad życiową kondycją, narzekający strasznie na jakiś wycinek rzeczywistości w kółko i w kółko, widzący nieszczęścia wszędzie, gdzie się da". Coś jakby taki modny pesymista ;).

      Usuń
  8. Ja jestem mniej więcej w połowie całej serio-sagi i z jednej strony jestem oddana całym sercem, z drugiej są rzeczy, które mnie męczą. Co uwielbiam to język i nazewnictwo i ta mieszanka kultur, np. celtyckiej i słowiańskiej, tych angielskich naleciałości, że nawet jeśli przez półtorej strony jest nawijka po elficku, to i tak w miarę wiesz o czym mówią, i ten właśnie zmyślnie zbudowany i bogaty świat jest ogromną zaletą.
    Natomiast własnie, tuż opok miłości do sposobu kreowania bohaterów, jest takie zirytowanie. Np. uwielbiam Geralta, ale czasami tak zrzędzi i jest tak bardzo męczący, że myśle po prostu "Dobra, Jaskier, spadamy stąd". Mam też problem z Yennefer, bo jako kobieca postać jest naprawdę fajna, ale też jest czasem aż zbyt przerysowana, w sensie to jest jak taki styl bardzo na siłę. Natomiast Ciri lubiłam najbardziej, choć w miarę tego, jak dorasta i czym się staje (dosłownie wszystkim), to widzę Twój problem z nią i mogę mieć jedynie nadzieję, że nie zacznie mi to przeszkadzać. Ale myślę, że właśnie postaciami Sapkowski wygrywa wszystko, bo nawet jeśli nie przykłada się do nich jakoś szczególnie, to jest mistrzem postaci epizodycznych, o ciekawym imieniu i nazwisku, historii, problemie czy wyglądzie (jak choćby spotykane po drodze osoby, jak krasnolud Yarpen albo choćby czarodziejka, co miała ochotę wziąć Geralta na jeżu...
    No i ogólnie, dużo tu silnych, kobiecych postaci i wątków feministycznych, które czasem miały takie typowo babskie chwile i były bardzo powiązane ze stereotypami, ale jednak, silny menszczyzna i jego dama w opresji-motyw ten na szczęście praktycznie się nie pojawiał ;)
    /Derry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, tak jak pisałam też uwielbiam ten misz-masz nazewniczy, który tak świetnie ze sobą współbrzmi. I co do bohaterów mamy widzę podobne odczucia :). Nie będę spojlerować w takim razie i poczekam, jeśli po skończeniu sagi będziesz chciała się podzielić wrażeniami, to wtedy :). Przy czym zgadzam się, że Ciri dziecięca jest w zasadzie spoko -- problem z tym, co dzieje się z nią dalej.

      A o tym feminizmie u Sapkowskiego już kiedyś z kimś tutaj rozmawiałam (to chyba Gryzipiór zwracała uwagę, że te postaci są strasznie przerysowane mimo wszystko, do tego stopnia, że Loża Czarodziejek jest w sumie niby feministyczna, ale aż karykaturalna). Co zaś się samych wątków tyczy -- mam wątpliwości przy Ciri, znowu. Ale nie spojleruję już :).

      Usuń
  9. Zupełnie inaczej człowiek odbiera tak po latach, czytane na spokojnie. Przyznam, że mnie się nadal podoba, jak Sapkowski pokazuje nakładanie się różnych planów, interpretacji, spisków mniej i bardziej trafionych. Sama historia rodziców Ciri zostaje "zretellingowana", najpierw przez Codringhera i Fenna, potem przez czarodziejki, a na końcu przez ojca Ciri. Podoba mi się pomysł na przeplatanie postaci z trzeciego planu, które mają gdzieś w tlel własną historię, a my widzimy je tylko na przelotem, jak zahaczą o którąś z pierwszoplanowych postaci.
    A co do postaci... Przyznam, że dla mnie Sapkowski nigdy nie był pisarzem od bohaterów. Były postaci mniej i bardziej ciekawe, ale we mnie jakichś gwałtownych emocji nie budziły. Może za wyjątkiem tych babek, co jechały stereotypem kobieta przy władzy = atrakcyjna intrygantka. Akurat ten stereotyp uważam nie tylko za idiotyczny, ale i za wyjątkowo nudny.
    Za to opis czarodziejek bardzo, bardzo pokazuje w jakich latach autor parał się handlem odzieżowym - te marszczone żorżety, aplikacje cekinowe, falbaniaste spódnice z rozcięciem, szerokie paski z klamrami, wiszące gronami kolczyki... Rany, szkoda, że Sapkowski nie poszedł za ciosem i nie ubrał czarodziejów kreszowe dresy i dżinsowe mundurki. I zdaje się, że gust się autorowi nie zmienił, bo w najnowszej książce tez podobne kreacje i to na dorosłych, bądź co bądź, kobitach.
    Natomiast to, co najbardziej się zużyło i zmęczyło mnie przy powtórnym czytaniu - to te błyskotliwe nadmiernie dialogi. wszędzie latają riposty, celne porównania, odwołania, mrugnięcia okiem i odwłokiem.... Człowiek zaczyna tęsknić za bohaterami, co mamroczą "eee" pod nosem i gawędzą o pogodzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to prawda, że to obracanie jedną historią jest świetnie rozegrane i wychodzi bardzo zgrabnie (to jest w ogóle coś, co sobie bardzo w narracjach cenię -- w "Kronikach Amberu" na przykład to jest mistrzostwo świata, a poziomów "retellingu" jest nawet więcej; w dodatku kiedy w każdą kolejną historię się wierzy, bo tak jest skonstruowana, to już w ogóle).

      Nigdy w ten sposób nie myślałam o tych opisach czarodziejek i jestem teraz urzeczona. Całą nową linię interpretacyjną przede mną odsłoniłaś. Cudnie! :) Muszę powiedzieć, że po części tego sobie wszystkiego dokładnie nawet nie umiem zwizualizować, bom co do tkanin straszna noga jest, ale poczynię teraz pewne kroki, by się dowiedzieć, co właściwie jest żorżeta. I nie pomyślałam o tym w kategoriach epoki pisania właśnie i charakterystycznej dla niej mody. A to takie piękne!

      Usuń