Harry Potter z Pułtuska albo o "Wspomnieniach niebieskiego mundurka" W. Gomulickiego

 
To nie do końca tak, że specjalnie wynajduję podobieństwa między pewnymi książkami. One same mi się pchają przed oczy i nic nie mogę z tym zrobić, naprawdę trudno je ignorować. Poza tym w naszym domu często opowiadamy sobie to, o czym akurat czytamy (chyba że ta druga osoba też chce daną książkę przeczytać, wtedy wiadomo, ograniczamy naszą aktywność narracyjną) i dużo prościej jest posługiwać się opisami postaci tak, żeby się nieczytającemu akurat z czymś mogły skojarzyć.

W przypadku „Wspomnień niebieskiego mundurka” to nie było wcale trudne i już w pierwszych rozdziałach te skojarzenia pchały się przed oczy. Także dzisiaj będzie nie tyle recenzja, co pewien zbiór uwag na temat nie do końca zaskakujących paraleli.

W czym rzecz? Jeśli nie mieliście jeszcze okazji czytać powieści Witolda Gomulickiego, to Wolne Lektury już ją przystosowały do formatu idealnie do pobrania z całym aparatem przypisów (które się przy lekturze często przydają). Wszystko zaczyna się od przedmiotu – od fragmentu charakterystycznego mundurka, którą dzieci narratora (który nie jest wcale pierwszoosobowy, ale wszechwiedzący, tak swoją drogą, bo opowiada o tym, co ma w pamięci z pozycji autorytetu, ta pamięć jest historią, co uważam za zabieg interesujący) znajdują i zastanawiają się, co też to jest takiego, bo w międzyczasie mundurki ewoluowały i wyglądają inaczej. Narrator zatem zapłacze nad swą młodością chmurną i durną, usadzi dziateczki wokoło i zacznie snuć historię. Całość składa się z epizodów z życia szkoły osadzonych w latach 60. i 70. XIX wieku, śledzimy przeróżnych bohaterów, w tym alter ego autora o wdzięcznym nazwisku Sprężycki (bo Gomulicki – sprężyna a guma, ach).
 
 
 A zdjęcia Pułtuska, gdzie dzieje się akcja, pochodzą z wikipedii.
 

Narracja szkolna rządzi się pewnymi prawami. To wiadomo. Gomulicki wykorzystuje wszystkie te tropy, które w opowieściach o szkole się pojawiają. Mamy zatem wrednego dyrektora (zgodnie z epoką nazywanego inspektorem), mamy uwielbiającego torturować uczniów woźnego, mamy wreszcie mocno ekstrawaganckich nauczycieli, z których każdy ma jakieś charakterystyczne powiedzonko i swoje dziwactwa. I przeróżne typy uczniowskie: od prymusa po nic nie rozumiejących drugo- i trzeciorocznych siedzących w ostatnich ławkach i przeżuwających chleb razowy. W związku z tym na pytanie „a co też się dzieje w książce, którą czytasz?” odpowiadałam wskazując te klisze, które nieuchronnie skojarzyły mi się z Hogwartem. Sami zobaczcie: bijający, ponury woźny, który stara się trzymać blisko złej władzy. Podstępem odbierający prymusostwo (a obowiązki prymusa są zbliżone do obowiązków potteriańskich prefektów) głównemu bohaterowi lizus, który ma – uwaga! uwaga! – jasne włosy i zimną, bladą twarz, z której nie schodzi ironiczny uśmieszek. A jak już pojawił się ponury, skrzywdzony przez nieodwzajemnianą miłość nauczyciel z długimi, czarnymi, przetłuszczonymi włosami, to zaniosłam się szczerym śmiechem, bo wszystko wyglądało tak, jakby rzeczywistość wokół się zmówiła.

Ale nasz pułtuski Snape nie jest chemikiem. To by była zbyt daleko idąca koincydencja i wypadałoby już słać do J. K. Rowling listy, że czemu się nie przyznaje do inspiracji Gomulickim. Profesor Jastrebow uczy, rzecz jasna, znienawidzonego przez uczniów rosyjskiego i jest dziwną wypadową szczerej rosyjskiej duszy i zesłanego ku pognębieniu Polaków rusyfikatora (z marnymi osiągnięciami, swoją drogą). Ale oprócz tych upojnych tropów, umilających lekturę, „Wspomnienia...” są przede wszystkim prozą w zamierzeniu nostalgiczną, co z kolei mnie zdziwiło, bo obraz szkoły, jaki się z nich wyłania, jest mało nostalgiczny. Nie dość tych chłost i innych kar cielesnych wymierzanych uczniom – tego mogłam się przecież spodziewać – ale i lekcje nie są za interesujące: polegają głównie na wykuwaniu i powtarzaniu materiału, zupełnych podstaw bardzo często, które nic wielkiego nie dają (mimo zapewnień nauczycieli). Najbardziej rozbroiła mnie lekcja polskiego, która polegała na tym, że nauczyciel czytał uczniom wiersze klasyków, to znaczy Naruszewicza, Trembeckiego, Krasickiego i innych. Przez co co prawda nasz wrażliwy Sprężycki się wzruszał, ale większa część klasy się nudziła (przez co odkrycie „Dziadów” wywołało u uczniów wręcz niezdrową ekscytację, co w pełni rozumiem).

Wszystko się jednak zmienia. To znaczy w szkole zachodzą pewne zmiany, które powodują wytrząśnięcie z szaf pomocy naukowych, odwieszenie rózg na kołek i nowe podejście do niesfornych uczniów. Bo jeśli macie takie idealistyczne obrazy ze starej szkoły w głowie, to jest uczniów siedzących grzecznie w ławkach i powtarzających za nauczycielem, to „Wspomnienia...” zdecydowanie wyprowadzają nas z błędu: uczniowie są niegrzeczni, często bezczelni, niekoniecznie zachowują się cicho, a do tego zdarza się komuś krzyknąć do nauczyciela mocno obraźliwe słowo. W sumie są przede wszystkim ostro sfrustrowani (każdy by był między głośnym czytaniem Trembeckiego a bezcelowym powtarzaniem łacińskich końcówek bez przykładów użycia!). Dwie rzeczy jednak niespecjalnie się zdezaktualizowały: życie pozaszkolne i rozrywki w nim zażywane oraz sposób, w jaki uczymy się na pamięć. Trzykrotne powtórzenie danego wyrazu zdaje się być od wieków sposobem uniwersalnym.
 
 
 
 
Jeśli chodzi o to życie pozaszkolne, to niewątpliwie przygody alkoholowo-papierosowe są tu na pierwszym planie (i jedna z piękniejszych scen związanych z wydzielaniem papierosów!). Ale nade wszystko fascynujący jest opis życia na stancjach, gdzie część uczniów żyje w opcji „bez wiktu”, więc trzyma przywiezione z domu zapasy w skrzyniach (bo lodówek, wiadomo, nie ma), co powoduje, że w pewnym momencie mają do dyspozycji tylko taki chleb, który da się pokroić siekierą. Fascynująca jest jeszcze jedna sprawa: autor sugeruje kilka razy, że różnice klasowe (w znaczeniu klasy społecznej) nie są w szkole istotne, że syn rzemieślnika przyjaźni się z synem szlachcica i wszystko jest w porządku. Ale pod tą idylliczną fantazją siedzi wyraźnie nierówność inna: uczniowie pułtuskiej szkoły w czasie wolnym lubią sobie postraszyć żydowskie dzieci, no bo tak śmiesznie uciekają. I to jest jeden z tych przykładów takiego antysemityzmu niesproblematyzowanego, niezauważalnego w świecie przedstawionym, bo po prostu to element rzeczywistości, który taki a nie inny jest. Ale dla współczesnego czytelnika może to jednak stanowić pewien problem, bo to tło w sentymentalnej opowieści jest mocno niepokojące.

A książkę sobie przypisałam do kategorii „książka z kolorem w tytule”.
 
 
 
 

___________

Jutro dziesiąty, będą baśnie!

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Nie wiem, czy te różnice klasowe były aż tak wyraźne- do takich gimnazjów chodzili raczej synowie biedniejszej szlachty i zamożniejszych rzemieślników, chłopstwa nie uświadczył. A na koniec i tak widać kto będzie kształcił się dalej, a kto skończy jako kancelista w powiecie.

    Zastanawiające jest to, że autor gonienie żydowskich dzieci widział jako nieszkodliwe zabawy.

    Sam Mundurek jako dziecko lubiłam średnio- ma śmieszne momenty, choćby opis stancji czy oblepienia surowego nauczyciela chrząszczami, ale w porównaniu ze "Bezgrzesznymi Latami" wypada sucho i blado. Gdzie mu tam do cudownych opisów palącej potrzeby teatru i konkursów poetyckich o laur w postaci bułek z kiełbasą :)

    Z książek szkolnych natomiast wyjątkowo podpadło mi "Serce"- o ile Mundurek i Lata napisane są z perspektywy ucznia, to w tym wypadku wylewa się wręcz perspektywa dorosłego, a natężenie przygód dydaktycznych spotykających bohatera każe wątpić w jego szczerość. W dodatku już jako dziecko serdecznie nie cierpiałam nauczania przez zawstydzanie- masz być dobry, bo inni mają gorzej! Jeden jedyny raz matka bohatera miała dość wstydu by uznać, że niepełnosprawne dzieci to nie pomoce dydaktyczne dla jej dzieciaka, ale każdy żebrak, każdy biedniejszy chłopiec musi być wskazany palcem i obracany na wszystkie strony, a cała dobroczynność tak paskudnie na pokaz, że niedobrze mi się robiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Serce" jest okropne! Zgadzam się w zupełności. Przede wszystkim nieznośna jest ta wyższość i taka pokazowa melancholia, "tu wzdycham, tam wzdycham, ach, gdzie te czasy, kiedy można było z wyższością patrzeć na innych, wszyscy byli tacy maluczcy wobec mnie, bom ja romantyk". Straszne. (A "Bezgrzeszne lata" mam od lat na liście do przeczytania, dobrze wiedzieć, żeby się za nimi szybciej rozejrzeć, dziękuję :)).

      Natomiast co się tyczy tych różnic klasowych: Gomulicki opisuje dzieci chłopów (nie tylko szlachty zagrodowej, którą od chłopów różni niewiele), przy czym częściowo to oni zaludniają te ostatnie rzędy jako przyciężkawi przeżuwacze, ale znajdzie się i utalentowany rysownik. Z ograniczonym repertuarem, ale zawsze. I dobrze to wypunktowałaś: tam faktycznie w zakończeniu doskonale widać kwestię dalszego kształcenia, która w dużej mierze zależy od funduszy rodzinnych.

      A co się tyczy tego gonienia jeszcze: właśnie to jest taki wewnętrzny, przezroczysty, bo systemowy, antysemityzm. Bo to ani nie jest skomentowane, ani bohatera, który to robi się nie upomina, gdzieżby, to czupurny chłopczyna, głupie, nieszkodliwe żarty. Ale właśnie dlatego tak jest, że to pewien element rzeczywistości, który nie jest sproblematyzowany.

      Usuń
    2. Uch, dostałam "Serce" w baaaardzo wczesnej podstawówce jako nagrodę za dobre oceny. Wtedy byłam idealistycznie nastawionym do książek dzieckiem i każde czytałam po kilka razy, pierwszy raz zetknęłam się z książką, która mi nie pasowała. Ale że głupio mi było tak po jednym przeczytaniu odłożyć, to uczyniłam z tej książki klucz do tajemniczego szyfru, którym porozumiewałyśmy się z przyjaciółką. Nie pamiętam go już, wiem że ważne były tytuły rozdziałów i numery stron :) Tak że na coś się książka przydała.

      Usuń
    3. Piękna historia :D. U nas "Serce" było nawet w podręczniku do polskiego we fragmentach, nie pomnę, w której klasie, więc zrażało i we fragmentach, i w całości.

      Usuń
  2. Nope, ci "chłopi" to właśnie zagrodowa- w sukmanie, ale z blaszaną szabelką. A to czasy nad Niemnem, gdzie byle pożal się Boże szlachcina wciąż patrzył z góry na każdego dookoła.
    "Więcej niż połowa uczniów szkoły P-skiej pochodzi ze wsi. Są to synowie obywateli ziemskich, dzierżawców, oficjalistów i drobnej, zagonowej szlachty. Włościanie jeszcze nie odważają się posyłać dzieci do szkół — jednak już o tym niejeden przemyśliwa."
    Nic dziwnego, że się nie odważyli- jak jeden z moich krewnych 50 lat później wywalczył sobie stypendium na naukę w krakowskim gimnazjum to panowie szlachta zgotowali mu takie kocenie, że wrzucanie gnoju do teczki to był jeden z lżejszych wybryków.

    A "Bezgrzeszne Lata" przeczytaj koniecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, pamiętam ten fragment, ale zwiodło mnie granie planami czasowymi. Z drugiej strony chociaż wyraźnie przy niektórych zaznaczano ich wiejskie (w rozumieniu "ze wsi", a nie "chłopskie") pochodzenie -- jak ten ojciec w sukmanie z szabelką -- to przy takim Konopce autor nadmienił: "Konopka, tęgi, pleczysty wieśniak" i to mnie zwiodło.

      Się wie, przeczytam :).

      Usuń
  3. Stoi to u mnie na polce jako spadek po dziadku chyba i pamietam, ze czytalam, ale juz nie bardzo szczegoly. Lepiej wspominam "Ze wspomnien Samowara" Benedykta Herza, chyba jest zabawniejsze. A co do podobienstw do Hogwarts, to pamietam, ze jak pierwszy raz uslyszalam o HP, od razu pomyslalam o "Akademii Pana Kleksa" Brzechwy.
    Za to "Bezgrzeszne lata" to jedyna ksiazka Makuszynskiego, której nie przeczytalam. I tez na polce stoi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O książce Herza nie słyszałam, ale już sobie wynotowałam, żeby zajrzeć :). Z humorem u Gomulickiego jest tak, że on tam jest, ale w niewielkim stopniu. Mam wrażenie, że niektóre sceny po prostu się zdezaktualizowały i ten komizm stał się wyczuwalny intuicyjnie, ale nie tak wprost, a dwa, że jednak niektóre w zamierzeniu zabawne sceny są za bardzo, moim zdaniem, wykalkulowane (taka na przykład scena z żarcikami z rusycysty).

      Usuń