Król jak malowany albo o "Królu chłopów" J. I. Kraszewskiego



Dla Mamy

Miało być na Dzień Matki, ale – jak pisałam – nie wyrobiłam się. Dlatego będzie dzisiaj (Mama wybaczy!). W każdym razie: wspominałam już kiedyś, że mam z czytaniem Kraszewskiego problem, ale w tym wypadku zawzięłam się, że przeczytam i kropka. I przeczytałam, i dobrze się stało. Bo choć powieść historyczna z tego mocno przeciętna, to jako pewna ilustracja niektórych problemów – lektura przednia.


Kraszewski pisze właściwie historię próby modernizacji społeczeństwa, którą widział na co dzień – książkę napisał przecież w 1881 roku – ubierając ją w szatę powieści historycznej dziejącej się w czasach Kazimierza Wielkiego. Zaczynając trochę przewrotnie od końca: nawet wątek lekarzy starających się o zdrowie chorego króla to jest motyw sporu między nowoczesnością (uczony niemiecki lekarz) i zwyczajem, nie zawsze dobrym, choć uświęconym tradycją (rodzimy lekarz pokładający wiarę w ziołach). I tak jak tutejsza medycyna nie dała rady króla wyciągnąć z choroby, tak i pewne próby wprowadzenia nowoczesności, zdaje się sugerować Kraszewski, są na ziemiach polskich bardzo problematyczne. 
 
 
 Kazimierz Wielki wyobrażony przez Jana Matejkę. Opisy Kraszewskiego
są temu wyobrażeniu dość bliskie. Źródło.
 

Historię Kazimierza Wielkiego Kraszewski traktuje dość pretekstowo. Jak to robi? Przede wszystkim pisze pochwałę starań króla: o dobry los chłopów (a Kraszewski pisze o tym przecież nie tak wcale długo po zniesieniu pańszczyzny!), o równe prawa dla mieszczan, o poprawę życia Żydów, o tę szeroko pojętą modernizację kraju na wzór zachodni – bogate miasta, dobry system dróg i tak dalej. W opozycji do króla znajduje się większość ziemian (którzy czują się niedouprzywilejowani i sprzyjają brakowi męskiego potomka ostatniego Piasta, co oznaczałoby przejście korony na siostrzeńca Kazimierza, Ludwika, który już obiecał im wiele) i kleru (którym ani romanse króla, ani przywileje dla Żydów nie są w smak). Tyle że robi to wszystko Kraszewski dziwnie: bo co prawda wspomina o dość wątpliwych momentach życiorysu Kazimierza (wątek Klary Amadejówny, skazanie Maćka Borkowicza, śmierć księdza Baryczki), ba – czyni z nich jedne z głównych motywów – ale samego króla obiera z podejrzeń. Jak? Tworząc postać jego zausznika, Kochana Rawy, który wszystkie winy bezpośrednie bierze na siebie. W przypadku Klary (historycznie do dzisiaj nie wiadomo, czy Kazimierz dziewczynę zgwłacił, czy nie, za co ją samą i jej rodzinę spotkały prześladowania i okrutna śmierć) Kraszewski pisze po prostu, że „nie wiadomo, jak było”, a króla nęka klątwa rzucona w związku z tą sprawą – że nie doczeka się dziedzica. Ustawia więc Kraszewski swojego bohatera w takiej pozycji, by czytelnik mógł mu współczuć. W sprawie Baryczki Kazimierz też zostaje odautorsko ubezwłasnowolniony – księdza morduje Kochan Rawa. Podobnie z Borkowiczem: król długo go uniewinnia, póki ten nie rzuca podejrzenia na samą królową, sugerując, że z nią sypiał (ironia losu, można by powiedzieć). Kto ma wykonać wyrok? Oczywiście – Rawa.

Kazimierz Wielki u Kraszewskiego głównie cierpi z powodu braku syna albo nietrafionych małżeństw. To też jest bardzo ciekawie poprowadzony wątek: pierwsza żona, Aldona Giedyminówna, odmalowana jest tylko w słowach opowiadających o niej postaci (bezpośrednio jej nie widzimy) jako prostaczka z dziczy, która co prawda ładna, ale intelektualnie od króla odstaje. Druga żona okazuje się być brzydka i nieznośna – ale jej też nie widzimy ani razu. Król dopiero po piętnastu latach cierpień i nic nie robienia w tej sprawie postanawia się ożenić – bez unieważnienia tego małżeństwa – ale tu też nie on jest winien, ale Kochan Rawa, który naraił mu piękną czeską mieszczkę oraz opat tyniecki, który mu ślubu postanowił udzielić. Widzicie już mechanizm, prawda? Jak tylko Rokiczana zostaje żoną Kazimierza – ten zaczyna się denerwować, ż ego popędza w sprawie uznania legalności tego małżeństwa. Zaczyna się szukanie haków na kobietę, w czym oczywiście główny udział ma, tak, tak, Rawa. Powód, dla którego Kazimierz oddala w końcu Rokiczanę, jest zaś co najmniej kuriozalny. 
 
 
 Władca nieco starszy wiekiem pędzla Bacciarellego. Źródło.
 

W postaci Kochana widać zresztą, jak Kraszewski pisze powieść osadzoną w średniowieczu z punktu widzenia dziewiętnastowiecznej mentalności. To postać, która jakby uosabia wszystkie wady Kazimierza: zmienność nastrojów, niechęć do monogamii, upodobanie w jednodniowych romansach. Ale o ile Kazimierz opisywany jest jako ze wszystkich tych powodów cierpiący, o tyle po Kochanie spływa to jak woda po kaczce. Dba tylko o miłość króla. Ale jest trochę takim Dorianem Greyem, na którym się wszystko odbija z zewnątrz, podczas gdy Kazimierz jest takim portretem owego Doriana. Zresztą wątek oddania Kochana królowi jest dosyć zastanawiający – być może to jest zaowalowany portret homoseksualnej, niespełnionej miłości? Kochan przy każdym niemal swoim pojawieniu się opisywany jest jako „niechętny do żeniaczki”, taki, który żenić się nie zamierza, bo chodzi mu tylko o króla. Kiedy wykonuje wyrok na Borkowiczu, ten:

„bezcześcił Kochana i łajał najsromotniejszymi wyrazami. Ale Rawa w tej chwili tak był szczęśliwy, iż trudnego dzieła z nadzwyczajną łatwością dokonał, iż przekleństwa i obelgi śmiejąc się znosił. Niektóre z nich utkwiły w jego pamięci i sercu, choć nie dawał tego poznać po sobie, bo ludzi było dosyć przytomnych”.
[cytuję z wydania Ludowej Spółdzielni Wydawniczej z 1963 roku, s. 473]

Co mogło być tak obelżywe, że Kochan nie chciał dać po sobie poznać przy ludziach, że czuje się tym dotknięty? A to nie jedyna scena, która zdaje się pod spodem sugerować, że coś tu jest na rzeczy.

W ciekawy sposób – i powiedziałabym, że dość nieortodoksyjny – podchodzi Kraszewski do wątku Estery. Rozrywa go oczywiście na motywach biblijnych, pisząc nawet od czasu do czasu o bohaterce per Esther, sugerując też przez innych bohaterów, że ma ona u boku Kazimierza odgrywać rolę swojej biblijnej imienniczki, ale przy tym wychodzi od czasu do czasu poza uprzedzenia wobec Żydów. Czy raczej: pokazuje, jak poza nie wychodzi król. Przy czym nie jest tak, że w „Królu chłopów” nie ma w ogóle takich systemowo antysemickich wątków: Estera ciągle się martwi, czy królowi aby nie przeszkadza jej pochodzenie, a sam król zwraca na nią uwagę nie tyle przez samą jej mądrość, ale piękny wygląd – opisywany jako bardzo nie żydowski, do tego stopnia, że wszyscy są zadziwieni. Znalazła się jednak w powieści scena dość niesamowita: otóż podczas pogromu w Krakowie sam król wyjeżdża z Wawelu i broni mordowanych Żydów własnym mieczem. Bardzo symboliczne i mam wrażenie, że bardzo odważne – nie tylko w 1881 roku, ale w ogóle. 
 
 
 Kaźmirz, jak o nim pisze JIK, tutaj z pięknie utrefionym włosem. Namalował
Aleksander Lesser. Źródło.
 

Z tymi chłopami też w „Królu...” bywa różnie. Są pokazani jako ludzie dobrzy i godni zaufania, Kraszewski ustawia ich w opozycji do zdradzieckiego ziemiaństwa, i z lubością opisuje pewne nieśmiałe próby oparcia na nich i na mieszczaństwie nowego ładu w państwie, ale też nie stroni od uwag typu „lud ma pokrewne lica i bratersko wygląda cały” [s. 481]. Nie wiem jak Wam, ale mnie nasuwają się od razu te stereotypowe wyobrażenia Europejczyka, dla którego wszyscy czarnoskórzy wyglądają dokładnie tak samo. A zważywszy na to, że pozycja chłopa była u nas bardzo niegodną pozazdroszczenia, skojarzenia nasuwają się same. Przy czym Kraszewski opisuje punkt zwrotny tego położenia chłopstwa: mamy jeszcze wolnych kmieci, ale wiadomo, co się zaraz stanie. Może to są nieśmiałe próby takiej reanimacji chłopskiej dumy, jakieś takie szukanie śladów „polskości” chłopów? Bo jeszcze raz – przecież autor pisze to w sytuacji, kiedy w dorosłość wchodzi pierwsze pokolenie chłopów wyzwolonych od pańszczyzny. To ciągłe przypominanie przez narratora, że za Łokietka walczyli głównie chłopi to są chyba kroki właśnie w tym kierunku.

Właściwie zatem „Król chłopów” jest ciekawy nie tyle jako powieść historyczna, ile polityczna. Miałam z Kraszewskim tutaj zawsze problem, bo ani opisów nie ma u niego za dużo, narracja przeskakuje często o kilka lat, bohaterowie są raczej ucieleśnieniem pewnych idei niż ludźmi, a do tego jak nie do końca chce dłużej pisać, dodaje tylko „itd.”. Dlatego tak mnie w końcu olśniło, że to są nie tyle powieści historyczne, ile właśnie polityczne. Analizując machinę władzy, pokazując jej bebechy – zwycięzców i ofiary, Kraszewski jest raz, że szalenie aktualny w swojej epoce, a dwa – że nawet i teraz. Bazyl pisał tak niedawno o „Brühlu” Kraszewskiego, ale i w „Królu chłopów” znajdzie się duża część takiej nam bliskiej sytuacji: autor pokazuje silnie podzielone, zantagonizowane społeczeństwo, skupiające całą swoją złość i frustrację na osobie władcy, którego inni z kolei widzą władcą bardzo dobrym i odpowiedzialnym. Kraszewski nie pozostawia też złudzeń co do tego, w jak niewielkim stopniu król panował nad wszystkim, a jak wielki wpływ ma na to dwór. Nawet przy monarsze o stosunkowo silnej przecież pozycji.

A do tego dodam jeszcze, że pięknie pokazuje nam autor zmienność odnośników kulturowych. Bowiem te zachodnie wzorce, w które zapatrzony jest Kazimierz, to są wzorce owszem – z Francji czy Włoch, ale przede wszystkim: z Czech. Ciekawe, prawda, jak zmieniają się nam kierunki i myśli o tym, co jest „Zachodem”.

No a książkę odhaczam oczywiście w kategorii „ukochana książka mamy”.
 
 
 
 

_____________________

Jutro zaś będzie słów kilka o innych książkach, a co.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Bardzo ciekawy tekst. O ile samej powieści nie zamierzam czytać, to warto coś wiedzieć o tej książce, tym bardziej że tematyka taka interesująca;) Analiza postaci Rawy jest jak najbardziej wskazana;)
    A skoro już o Kraszewskim mowa... mam ochotę na ponowną lekturę "Chaty za wsią". Tak... trzeba to rozważyć;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, miło mi :). Właśnie mam takie wrażenie, że to nie jest powieść wciągająca w żaden sposób, raczej po prostu taka, którą się przeczyta, żeby zobaczyć, jak też autor ugryzł temat. "Chaty za wsią" nie znam (jeszcze), ale na razie od Kraszewskiego trochę sobie poodpoczywam :). Za to refleksje i wrażenia z lektury ponownej z chęcią poczytam!

      Usuń
  2. Niech zgadnę, Rokiczanka miała perukę a pod nią "łysinę i parchy"? Żaden spojler przynajmniej od czasów Długosza :)

    To rozbicie bohatera, który w oryginale był niejednoznaczny a nawet niesympatyczny na "tego dobrego" i "złego ducha" jest chyba popularniejsze niż nam się zdaje. W "Patriocie" dziwnym trafem wszystkie akcje popełnione przez evil Brityjczyka powinny być dziełem bohatera. Adaptacjach "Dzwonnika" Frollo rozbijany jest zazwyczaj na dwie postacie (w starszych był "tym dobrym", złym był jego brat, Disney brata skasował i rozbił). Dragon Ball- Sun Wukan rozbity na dwie-trzy postacie z których to wcale nie kochany Goku ma z pierwowzoru najwięcej. Żywe Trupy- w serialu Rick niewinowaty niczego złego, oni (Shane czy kto tam pod ręką) to zrobili! Przywiązanie do bohatera czy brak wiary w widza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak -- tu Kraszewski pozostał źródłom wierny, chodziło mi raczej o sposób, w jaki to rozegrał: Rawa szuka haków na Krystynę i znajduje właśnie tę "straszną prawdę" o wyglądzie Rokiczany, i nagle hop-siup Kazimierz (sam, przypomnijmy, oszukawszy kobietę niby-ślubem i obietnicą korony) może ją odprawić. Głupio mu, bo czuje, że postępuje nie fair, no ale żona miała perukę, cóż za zbrodnia. I właściwie sama, prawda, chciała jechać do Pragi z powrotem, bo i jej głupio było.

      Dobra myśl bardzo, podoba mi się. Mam wrażenie, że w narracjach historycznych dochodzi do tego jeszcze pewien efekt, na który się je oblicza bohatera -- wiesz, ku pokrzepieniu serc i tak dalej. Tutaj to rozbicie służy pokazaniu tego Kazimierza-modernizanta od jak najlepszej strony. Nie jest kryształowy, ale wszystkie wątpliwości się od niego odsuwa. Przy czym okazuje się przy tym, że Kazimierz niespecjalnie cokolwiek robi poza budowaniem miast, ale to skutek uboczny praktyki.

      Usuń
  3. Noszę się z zamiarem przeczytania wszystkich powieści historycznych Kraszewskiego. Ale to kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja zdecydowanie nie :). Ale czytać Kraszewskiego tak w ogóle -- to tak :).

      Usuń