Literatura nie tylko wagonowa albo o książkach w podróży

Co prawda pisałam już o kupowaniu książek, ale jest pewien szczególny stan, w którym można książki kupować, kiedy nie jest się ani w domu, ani poza nim, ale nieco zawieszonym między jednym a drugim. A mianowicie, kiedy jest się w podróży. I wydaje się, że wtedy reguły dotyczące kupowania – i czytania – książek wyglądają nieco inaczej.


Podróż to trochę zawieszenie. Nie jesteśmy już tam i jeszcze nie jesteśmy tu. Działamy pomiędzy, więc reguły, które nas dotykają w domu, pracy, szkole, na ulicy, też ulegają zawieszeniu. Wiecie, o co mi chodzi? O taki moment, w którym stoimy na dworcu, pociąg mamy za kwadrans i orientujemy się, że nie zabraliśmy książki. Albo zabraliśmy, ale jakoś przestaliśmy mieć na nią ochotę. Albo obawiamy się, że ta, którą mamy, skończy się, zanim dojedziemy do celu. I wtedy w grę wchodzi kilka różnych opcji. Bo na dworcu, z którego przez wiele lat jeździłam w świat, niewiele pozostało ze świetności, jaką można podziwiać na międzywojennych fotografiach. Po tłustych, aksamitnych zielonych zasłonach ani śladu, do szczęścia jednak potrzebne są, prawda, nie tyle zasłony, co kiosk. A kioski były tam dwa, naprzeciwko siebie. W tychże kioskach zaopatrywałam się w prasę, ale oprócz prasy stały tam zwykle książki. No i tak sobie czasem myślę o tych kioskach, i o tych książkach.


Bo jakie książki w takim kiosku są? Zwykle albo najnowsze bestsellery – pamiętacie ten czas, kiedy wystawy wszystkiego były czerwono-żółte, bo akurat wyszedł „Trafny wybór” Rowling? – albo coś z przegródki „lekkie”. Ostatnio przeglądałam nawet taki pasek w pobliskim kiosku: były tam kolejne tomiki w seriach harlequinów, nawet nie wiedziałam, że tyle ich jest, i któraś „Cisza nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej. I te książki są wydane w taki charakterystyczny sposób: niewielki format, miękka okładka, na niej jakiś widoczek. Dokładnie takie „kieszonkowe” wydania, jak sugeruje nazwa: można je zmieścić do nieco szerszej kieszeni kurtki, okładka może się podegnie, ale się nadda i spokojnie możemy je czytać. Są lekkie, niezobowiązujące, jak się nie zmieszczą do bagażu, zostawiamy je w pociągu czy autobusie bez żalu (w końcu skądś się wzięło to określanie lekkich powieści mianem literatury wagonowej). To znaczy tu może sprostuję: mam niestety tę podłą cechę, że strasznie trudno mi się rozstać z książkami, ale zakładam taką możliwość niejako wbudowaną w te wydania, o. Ale wracając do meritum: te książki tam są, bo one pasują do podróży.
 Wszystkie dzisiejsze podróżne zdjęcia stąd.


W podróży obowiązują nas inne prawa, więc często z tego korzystamy. Obiecaliśmy sobie nie kupować na razie żadnych książek? No tak, ale przecież nie możemy się zanudzić, zanim dojedziemy na miejsce! Zazwyczaj nie czytamy romansów? Och, ale będzie można się trochę pośmiać. Gustujemy w klasyce? Ojej, no przecież trzeba wiedzieć, co też ludzie teraz czytają, a taka się trafia okazja! Rozumiecie już, o co mi chodzi z tym zawieszeniem, prawda? W każdym razie wydaje się, że trochę tak jest. Przy czym tu jest, jak wypływa z mojego doświadczenia, pewna zasada: w momencie, w którym mamy ograniczone fundusze, nie wiadomo jak poczujemy się poza zwykłym biegiem rzeczy, raczej nie skusi nas wystawa z książkami. A wracając do lekkości podróżnych lektur: nie będziemy się raczej w pociągu biedzić nad losami Jeana Valjeana, chociaż...


No właśnie, bo przecież czasami zabieramy ze sobą w podróż coś do „doczytania”. Akurat jesteśmy w połowie „Wojny i pokoju” i szkoda marnować okazję, trzeba się wziąć i spakować ze sobą kolejny tom. Albo na przykład utknęliśmy na jakiejś książce i nie dajemy rady czytać dalej – kilkugodzinna podróż wydaje się jak stworzona do tego, żeby zanurzyć się w trudny powieściowy świat, bo żadnych rozpraszaczy tam nie znajdziemy (co w momencie, kiedy mamy w telefonie internet trochę traci na aktualności, ale nie wszyscy mamy). Jeden z moich przyjaciół stosuje jeszcze inną metodę: dźwiga ze sobą w drogę zawsze kilka różnych książek, licząc, że przeczyta je wszystkie albo przynajmniej jakąś ich część. Kończy się zwykle na dwóch rozdziałach, po czym w pociągu usypia, ale zawsze podziwiam jego motywację (co nie znaczy, że przed podróżą tłumaczę mu, że to, co robi, nie jest najlepszą inwestycją w zdrowy kręgosłup). 


Od czasu do czasu na dworcach trafiają się też tanie książki. Na pewno była jedna na starym dworcu w Poznaniu – chociaż zwykle albo niczego nie mogłam tam znaleźć, albo jednak wcale nie było aż tak tanio, ale lubiłam przeglądać książki (i jakieś nabytki mimo wszystko stamtąd mam). Była też jedna w Bydgoszczy i tę lubiłam bardzo, bo chociaż nie zawsze była tania, to mieli tam czasami książki, których nakład dawno się wyczerpał albo takie, o których nawet nie wiedziałam, że wyszły. I to zapewne nie jedyne takie dworcowe przybytki, ale te akurat przychodzą mi na myśl. No i są dworce, które znajdują się tuż obok albo trochę jakby w galeriach handlowych, a tam wiadomo, sieci księgarniane. Także czasami książki same aż się proszą, wychodzi na to.


Przy czym można też potraktować podróż jako okazję do kupna książki na pamiątkę. I wtedy nawet po dojechaniu na miejsce możemy sobie zrobić taki prezent. Jak zwykło się mawiać w moim domu rodzinnym: lepsze coś konkretnego. Poza tym nie wiem, jak Wy, ale bardzo lubię przypominać sobie, gdzie kupiłam daną książkę. Oczywiście nie zawsze to działa, bo czasami bywa się w krajach, których języka się nie zna, ale od czego są wtedy książki pięknie ilustrowane? W moim domu rodzinnym jest kilka pozycji w językach, których nikt z nas nie zna, ale ktoś je przywiózł, bo nie mógł się oprzeć, bo takie były ładne. Co więc zrobić w momencie, kiedy jest się gdzieś, gdzie mówią językiem dla nas zrozumiałym? Myślę sobie wtedy zawsze, że pewne okazje się nie powtarzają. 

No więc zwykle kończy się tak, że kupując książkę „na drogę” wracam z nią do domu, bo droga minęła, a książka została. I to działa nawet wtedy, kiedy w środku lokomocji zapewniają ci coś do czytania – jakieś pismo pokładowe. Bo czasami wiecie, w tych pismach są fragmenty akurat poczytnych książek.

Macie też takie dylematy? Kupujecie książki w podróży/na podróż/na drogę czy może jesteście zawsze dobrze zaopatrzonymi podróżnymi o silnej woli?

_____________

Jutro pierwotnie miało być o czym innym, ale chyba się nie oprę i napiszę coś o maturze z polskiego (maturzyści, jeśli tu jacyś są: trzymam kciuki!).

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Ja mimo wszystko staram się być zawsze dobrze zaopatrzona na dłuższą czy krótszą podróż, jednak zdarzają się właśnie takie przypadki kiedy, niestety książka, którą czytam ginie. Dopiero wtedy ruszam na poszukiwanie jakiejś ciekawej lektury. Staram się, jednak żeby był to tytuł, który chciałam przeczytać albo który zapowiada ciekawą i godną uwagi przygodę. Harlequinów nie trawię, nawet w stanie największej nudy. Podobnie jak kieszonkowych wydań. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam książki w takim formacie. Może kiedyś się skuszę, ale tak bardzo odstrasza mnie ta mała czcionka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz coraz więcej jest też wydań kieszonkowych w księgarniach, mam wrażenie. I czasami faktycznie druk jest tam strasznie mały, ale nie zawsze to jest reguła, więc może trzeba znaleźć takie wydanie kieszonkowe, które nam odpowiada? Bo i w wydaniach niekieszonkowych zdarzają się takie miniaturki, jak na przykład ta seria Nike -- bardzo dobre książki, ale format, jak dla mnie, straszny, bo zupełnie malutki.

      Usuń
  2. Ostatnio sporo jeżdżę pociągami, ale jakoś coraz trudniej mi się skupić wtedy na czytaniu. W konsekwencji nawet książki, które biorę na drogę wracają z podróży niemal nietknięte, co mnie smuci. Może problemem jest również to, że nie potrafię zacząć czegoś "porządnie" czytać w podróży, o której wiem, że będzie dość krótka - przy czym oznacza to jazdę nawet do 5 godzin. W domu potrafię siąść do książki nawet na 3 minuty (czy też stać w kuchni jedną ręką trzymając książkę, a drugą robiąc obiad - zawsze przecież znajdę jakieś puste 30 sekund na kilka następnych zdań...), a w drodze potrzebuję zapewnienia ogromnej ilości czasu. Ale może to jakieś długofalowe skutki reisefieber. Albo brałam ze sobą ostatnio literaturę zbyt ciężkiego kalibru na zajętą podróżnymi sprawami głowę.
    Co się tyczy kupowania książek w okolicach dworców, to moim zdaniem niezastąpieni są krakowscy bukiniści, tym bardziej, że odległość między moim domem, a Krakowem jest na tyle duża, by łatwo było taki zakup (jednego woluminu, albo dwóch... ewentualnie siedmiu) zracjonalizować. Zresztą w ogóle uwielbiam się w ten sposób zaopatrywać w książki.

    Tegoroczna maturzystka (zadziwiona poziomem przeżywanego chwilowo stresu) melduje się, dziękuje za trzymanie kciuków, i prosi ładnie - Pyzo, napisz o maturze!
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie rozbudowana wersja reisefieber -- sama zwykle na jakieś pół godziny przed końcowym przystankiem podróży/przesiadką już nie mogę usiedzieć na miejscu i czytać (chyba, że to samolot, wtedy siedzę do samego końca, żeby wszyscy wyszli sobie przede mną ;)), ale jak mam perspektywę godziny, to spokojnie czytam. Za to na krótszych dojazdach czytam sobie niemal do samiutkiego przystanku, zwłaszcza jak już opanowałam trasę na tyle, że nie muszę się denerwować, gdzie i kiedy ten przystanek jest ;).

      O tak, zapomniałam o tych stoiskach w Krakowie -- czasami można tam znaleźć perełki (swego czasu sporo tam było fantastyki z gatunku tej, co tą ją bardzo chciałam przeczytać, ale nigdzie w bibliotekach jej nie mieli).

      To raz jeszcze zapewnię o trzymaniu kciuków i w takim razie będzie jutro wpis maturalny ku pokrzepieniu serc :). I może nawet potem będzie jeszcze jeden, o ile wyszukam wystarczającą ilość przykładów z moich książkowych list :).

      Usuń
  3. Kiedyś na dworcu w Olsztynie była tania książka/gazeta i cieszyłam się każdą podróżą przez Olsztyn, bo kupowałam tam Agathę Christie w twardych okładkach za nieduże pieniądze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak! Takie miejsca idealnie się nadają do kolekcjonowania dłuższych serii i doskonale usprawiedliwiają każdy taki zakup ;).

      Usuń
  4. Zazwyczaj biorę jedną czy dwie książki i w razie czego mam jeszcze przygotowanego audiobooka jakbym nie miała ochoty czytać tylko słuchać. A ostatnio pożyczam od kolegi czytnik książek, a tam można wiele powieści zmieścić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to prawda, czytnik trochę zmienia. Ale i wtedy można się złapać na takim uczuciu "ojej, jednak nie chciałabym czytać teraz tego i tego, ani tego, o, mam jeszcze to, ale i to nieee" ;).

      Usuń
  5. Kiedy nie miałam czytnika zawsze brałam ze sobą dwie książki, liczyłam na miejscowe stragany z tanią książką i księgarnie dworcowe. Uwielbiałam wyprawy w połowie turnusu po coś do czytania, ale rzadko zostawiałam książki. Inna sprawa, że ja na wczasach czytałam albo kyminały, Agatha Christie do tej pory kojarzy mi się z wakacjami, albo klasykę. Teraz zabieram tyle książek ile chcę :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się z wakacjami kojarzą takie zupełnie leciutkie powieści albo takie, które dzieją się w liceum (uwielbiam powieści dziejące się w liceum -- i to w sumie niezależnie, w jakim zakątku świata, chociaż wiadomo, high school to high school z tymi szafkami, cheerleaderkami i innymi atrybutami ;)). A u nas w domu, choć pojawił się czytnik, wciąż na drogę zabiera się czytnik plus coś jeszcze ;).

      Usuń
  6. Zawsze staram się zabrać w podróż coś swojego. Ale jednocześnie przeprowadzam dosyć ostrą selekcję. Bo musi to być coś wciągającego, raczej lekkiego (lekkość rozumiana i w kontekście wagi i tematyki), długiego (bo i w trakcie pobytu "gdzieś" trzeba zabić kilkanaście minut) i coś przy czym raczej nie zaleję się łzami (bo trochę wstyd). Najbliższe dwa tygodnie pełne są rozjazdów i już przeraża mnie czekająca selekcja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, to ważny temat! Sama zwykle staram się jakoś dobrać książki na podróż (ale ja jestem z tych nastrojowców, więc często dobieram też lekturę pod kątem tego dokąd i kiedy jadę -- do dzisiaj bardzo miło wspominam listopadową podróż w nadmorskie klimaty z "Kronikami portowymi" Proulx ;)), ale znam i takich z mocnym kręgosłupem, co się nie przejmują i biorą wszystko. Dobrym sposobem jest też doczytywanie zaczętych książek, mimo wszystko.

      Usuń