O czymże dumać na paryskim bruku albo mój problem z Milanem Kunderą


Doprecyzuję nieco tytuł, bo choć lubuję się w barokowych, to może niekoniecznie aż tak długich. Otóż do samego Milana Kundery nic nie mam, trudno bowiem mieć coś do kogoś, kogo się nie zna. Mam natomiast problem z tym, co Milan Kundera pisze i do sposobu, w jaki to robi. I w końcu zebrałam się, żeby to napisać.


Okrzykiem, który towarzyszy mi najczęściej podczas lektury tekstów Kundery (a czasami i o Kunderze) jest „no ileż można?!”. Bo oczywiście, jak w przypadku innych autorów, wobec których mam mieszane uczucia, i Kunderę staram się czytać (naprawdę autor musi zrobić wiele, żebym się do niego zniechęciła tak na zawsze i nieodwołanie – właściwie nie wiem, czy z czytanych przeze mnie mam jakiegoś takiego). Moje zarzuty dotyczą zasadniczo dwóch spraw: twórczości i jej okolic, czyli spraw związanych z nią, a nie bezpośrednio z życiorysem Kundery; dlatego nie odnoszę się do niego personalnie, a tylko przez filtr tego, co pisze. No to jak, jesteście ciekawi? Oto pięć powodów, dla których pisanie Kundery budzi moją niechęć. 
 
 
 Milan Kundera też się zastanawia, jak widać. Źródło.
 

Pisze cały czas to samo
Wiecie, jestem wielką fanką „Zdradzonych testamentów”. Wiem, że to kiepskie rozpoczęcie tekstu o tym, czemu się jakiegoś pisarza nie lubi (w znaczeniu: jego twórczości), ale nie mogę się nie przyznać. Bardzo lubię to, jak Kundera pokazuje sposoby, na które recepcja twórczości różnych autorów (Kafka, Gombrowicz, Janáček) jest przeprowadzana niby w ich duchu, a w gruncie rzeczy na przekór im. Do tej pory tej fragment o zastępowaniu „nudnych” czasowników u Kafki w tłumaczeniach siedzi mi w głowie i przypominam sobie o nim za każdym razem, jak myślę o przeróżnych tłumaczeniach; to dzięki temu tekstowi odkryłam w ogóle dla siebie Janáčka, kompozytora na wskroś współczesnego i nic dziwnego, że w swoim czasie miał problemy z akceptacją. No więc jak tylko trafiła się okazja, sięgnęłam po inne książki Kundery dotyczące pisania i literatury. I wiecie co? To jest dokładnie to samo, minimalnie zmienione. Nie mówię, że to źle, że ktoś ma stałe poglądy. Ale ileż można pisać to samo tymi samymi słowami i wydawać jako coś nowego? Zarówno „Sztuka powieści”, jak i „Zasłona”, to są powtórki – można by je usprawiedliwiać mówiąc o poszukiwaniu nowej formy do opowiedzenia o tym samym, ale to są naprawdę nie żadne rewolucje, ale drobne korekty. Mam czasami wrażenie, że Kundera po prostu uważa, że to, co ma do powiedzenia, jest tak ważne, że nie zaszkodzi temu czytelnikowi trzy razy powtórzyć, dla niepoznaki pod różnymi tytułami. A to jednak wcale nie jest tak, że czytelnik to głupek, który się nie zorientuje.

Ciągle oznajmia, że to już jego ostatnia książka
Ostatnia miała być „Zasłona”. Trąbiło się o tym wszem i wobec, oto mędrzec ze Wschodu na Zachodzie wydaje swoje rozważania, żegnając się z pisaniem, proszę bardzo, o sztuce powieści. No i wyszła „Zasłona” – będąca, jak napisałam wyżej – lekko zmodyfikowaną „Sztuką powieści”/”Zdradzonymi testamentami” (a nie żadnym „ciągiem dalszym”). Jakieś cztery lata później Kundera znowu się żegnał, wydając ostatnią książkę (było to „Spotkanie”, na które już się nie skusiłam). Pomyślałam sobie, no cóż, każdy ma prawo zmienić zdanie, uznać, że ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia światu i tak dalej. Po czym okazuje się, że teraz wychodzi „Święto nieistotności” – tak, zgadliście – kolejna ostatnia książka. Nie mówię, że tym razem, w myśl zasady, że to trzech razy sztuka, będzie to taka koda do twórczości. Ale jak nie, to się wcale nie zdziwię. Tu dochodzi oczywiście kwestia marketingu, powiecie, dobrze jest w ten sposób reklamować te książki, że oto są to rzeczy „ostatnie”. Tylko że w wywiadach Kundera też tę ostatniość podkreśla (a tak było w przypadku „Zasłony”). 
 
 
Źródło. Otóż jest na YT nagranie z dziwnego programu kulturalnego z Kunderą.
Scenografia wygląda dokładnie tak, jak widać (dmuchane fotele! gałęzie!).
 
 
Nie pozwala się tłumaczyć na czeski
To jest dziwna sprawa, wokół której narosło wiele mitów i niedopowiedzeń; trudno się w ogóle zorientować, jakie jest stanowisko Kundery wobec tego, ale sprawa wygląda tak, że faktycznie części jego powieści – bo po „Nieznośnej lekkości bytu” zaczął pisać już tylko po francusku, wyemigrowawszy po Praskiej Wiośnie na Zachód – po czesku zwyczajnie nie ma (czasami są po słowacku). Kundera ma podobno twierdzić, że tylko on byłby w stanie się doskonale oddać w czeszczyźnie, więc może to kiedyś zrobi, ale na razie nie ma czasu. Przekłada się za to przynajmniej część jego esejów (na pewno wyszły fragmenty „Zdradzonych testamentów”). Ze swoim językiem ojczystym pisarz jest trochę skłócony głównie przez zarzuty, które mu kiedyś stawiano – że pisze ubogim językiem tylko po to, żeby go szybko przekładać, że niespecjalnie przejmuje się czeskimi czytelnikami i tak dalej. Co prawda mam wrażenie, że jakoś w ostatnich latach stosunek Kundery do Czech się zmienia (przyjął nawet honorowe obywatelstwo Brna, mimo że fet nie lubi).

Ma problemy z granicą, za którą zaczyna się banał
To jest mój podstawowy problem z pisarstwem Kundery: ono jest szalenie pompatyczne w treści, co może maskować uboga forma. Uboga nie w znaczeniu, że kiepska, tylko taka skromna. Ot, żadnych ozdobników, karty na stół. Tyle że to jest forma przekazująca treść niebezpiecznie balansującą na granicy banału. I o ile czasami autor z tym gra (jak w „Śmiesznych miłościach” czy „Księdze śmiechu i zapomnienia”), to czasami jakby nie zauważał, że przechodzi przez tę granicę aż ocknie się już za daleko, żeby wracać. Więc brnie w to dalej, drapując na tym banale kolejne wielkie myśli, obracając go na wszystkie strony, ale nie może przez to ukryć, że jednak tam w środku, pod tym wszystkim, jest jakaś taka oklepaność. W dodatku przez to ciągłe powtarzanie tego samego banalizuje własnoręcznie kilka świetnych myśli, które miał. W tych eseistycznych powieściach jest problem z partiami fabularnymi, w fabularnych – z eseistycznymi. Jedne albo drugie popadają w banał właśnie. Co ciekawe, mam wrażenie, że głównie przez sposoby ich uniewersalizacji, przez te ciągłe odwołania do wielkich abstrakcyjnych wartości i uniwersalnych tropów stojących za nimi: na przykład cały entourage w „Powolności” jest nieznośnie kiczowaty, chociaż sama historia tego nieszczęsnego intelektualisty zmuszonego przez system do bycia robotnikiem i jej finał – doskonałe.
 
 
 Oczywiście wiemy, że to wszystko można by było zinterpretować dokładnie odwrotnie.
 

Nie zauważa zmian
Kundera, mam wrażenie, płynnie przeszedł od krytyki zaślepienia ideologicznego w państwie komunistycznym bądź takim, które się szykuje do bycia komunistycznym do tak samo prowadzonej krytyki dzisiejszych czasów. A jednak, przyznacie sami, ideologia ideologii nierówna. Pewnie nie uderzało to mnie tak mocno, gdyby nie wszystkie te wcześniejsze moje zarzuty od adresem jego twórczości. Tutaj widać, że Kundera po prostu znalazł przepis, i ten przepis stosuje, tylko nieznacznie przesuwając sobie jego obiekt. Można argumentować, że przecież system upadł, ale mentalność nie do końca przeminęła, jasne. Tylko że Kundera nie do końca ujmuje to w ten sposób – po prostu ten szeroko rozumiany „Wschód” zawsze jest u niego przyblokowany, bez nadziei na podźwignięcie się z tego stanu, czegokolwiek byśmy nie zrobili. Ta poza mędrca, tak strasznie nachalna, mnie irytuje. Ale i to nastawienie się z lekka zmienia (mimo że w aferze z 2008 roku Kundera się najpierw odgrażał, że wszystkie oskarżenia rzucane są na niego z zazdrości – chodziło o współpracę z tajnymi służbami – ale potem jakoś tak mam wrażenie złagodniał w tonie).

Żeby nie być gołosłowną: swoje przemyślenia opieram na tych książkach Kundery, które czytałam, czyli "Księga śmiechu i zapomnienia", "Nieznośna lekkość bytu", "Powolność", "Sztuka powieści", "Śmieszne miłości", "Walc pożegnalny", "Tragedia Europy Środkowej", "Zdradzone testamenty", "Zasłona", "Żart" i "Życie jest gdzie indziej".

Takie zatem mam problemy z Kunderą. A jak jest z Wami? Macie wyrobioną opinię o Kunderze?

_______________

A jutro będzie recenzja!

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. Ja nie mam, bo dopiero w czwartek odbiorę z biblioteki "Sztukę powieści" :). Chyba nie powinnam się przyznawać do takich intelektualnych zaniedbań, ale nie czytałam żadnej książki Kundery. Mam zamiar nadrobić, oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to nie zniechęcam, trzeba sobie wyrobić opinię samemu :). Przy czym z powieści-powieści rekomenduję chyba najbardziej "Żart", a z powieści-esejów i esejów najmilej wspominam "Powolność", no i właśnie "Zdradzone testamenty" i "Zachód porwany". Natomiast co do przyznawania się: ostatnio tak sobie pomyślałam, że to trochę jak z tą grą we wstyd (z którejś z książek Lodge'a bodajże) -- w sumie nikt nie czytał wszystkiego, więc zawsze można schować w kieszeń zdanie "jak to nie czytała/eś...?", kiedy się sobie uświadomi, że samemu się nie czytało tego czy tamtego ;).

      Usuń
    2. Masz rację, ale z drugiej strony jak człowiek mierzy w bycie inteligentem pracującym, to trochę tak głupio przyznawać się, że nie zna się współczesnych. Dobrze, że wiem kim jest Grotowski i Bukowski ;).

      Usuń
    3. Aj, nie wiem, w sumie może jestem z tych za bardzo się przyznających w takim razie, ale nie jest mi z tym źle ;). Kunderę akurat mam obczytanego, Grotowskiego oglądałam, ale Bukowskiego znam tylko za pośrednictwem recenzji, więc też mam co nadrabiać. Swoją drogą, jak byłam mała, uwielbiałam studiować w Encyklopedii PWN taką tabelkę z największymi utworami świata -- wtedy sobie myślałam, że to trzeba wszystko koniecznie znać, żeby być mądrym człowiekiem ;). Muszę przy jakiejś okazji sprawdzić, co przez te wszystkie lata przeczytałam :D.

      Usuń
  2. Podziwiam Cię, że mimo tej niechęci byłaś w stanie przebrnąć przez tyle jego książek :). Ja przeczytałam „Nieznośną lekkość bytu”, „Niewiedzę”, „Sztukę powieści” i „Żart”, i na razie mam dosyć. Może za jakiś czas się znowu zmuszę. Bo moje zdanie na temat jego prozy znasz. Pompatyczność, banał, a z tym nietłumaczeniem na czeski to tak naprawdę do dziś nie wiem, o co chodzi. Kiedy mówię czy piszę, że obraził się na swój kraj, to zawsze ktoś dopowie, że najpierw kraj obraził się na niego, no ale jak to kraj? Że komuniści?

    Chylę natomiast czoła przed „Zachodem porwanym”, bo to jest esej-perełka i niezwykle ważny.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam takie masochistyczne zapędy, jak widać ;). No właśnie z tym obrażaniem się chyba nie jest tak, to znaczy to jest wygodna linia interpretacji i bardzo częsta, ale wydaje mi się, że Kundera nie tyle przestał pisać po czesku, bo się obraził (zresztą to chyba nie do końca jest dobre słowo na to, co się stało), tylko pisał w sumie do zachodniego czytelnika o tym, co się działo w Europie Środkowej, a tak mógł być bezpośrednio i głośno słyszany (i natychmiast), no i dobrze to zrobiło jego karierze, tak jak niżej pisze @Barbara, bo zajął odpowiednią pozycję ;).

      Usuń
    2. No tak, tylko że pisanie po francusku to jedna sprawa, a zakaz tłumaczenia na czeski to druga :). I o ile to pierwsze jestem w stanie zrozumieć, to drugie już mnie trochę dziwi.

      Usuń
    3. Wiesz, chyba w tym zakazie (z którym nie wiem, czy ktoś poza samym Kunderą dokładnie wie, o co chodzi) przynajmniej w wersji "oficjalnej" chodzi o to, że Kundera czuje się nadal czeskojęzyczny, stąd wstrętną mu jest myśl o tym, że miałby ktoś inny jego słowa -- zapewne myślane także po czesku -- przekładać, stąd on wolałby sam. A że tego nie robi, to jest inna sprawa. Tak przynajmniej mi się wydaje (ale mnie też to dziwi, mimo wszystko).

      Usuń
  3. Ał, troszkę zabolało przeczytać, że ktoś uważa, że jeden z moich ulubionych pisarzy pisze banały. Ale coraz lepiej idzie mi odzielanie moich poglądów od mojej osoby, więc nie wezmę tego osobiście.
    Co roku myślę, że powinien dostać Nobla i byłabym zachwycona gdyby to się w końcu stało. To chyba jedyny pisarz w tym momencie, któremu szczerze tego życzę, chociaż nie wszystkie jego powieści mnie przekonały (a przeczytałam wszystkie oprócz Życie jest gdzie indziej). Po Nieśmiertelności miał wyraźny spadek formy moim zdaniem. Ale te powieści, które mnie zachwyciły, zachwyciły mnie jak mało które.
    Eseju "Zachód porwany" nie czytałam. Muszę to nadrobić skoro podoba się nawet komuś, kto nie jest stuprocentowym fanem Kundery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ale to, że się ma czasami różne upodobania literackie właściwie nie jest czymś dziwnym (i mówię Ci to jako fanka Orzeszkowej, a domyślasz się, co się słyszy o Orzeszkowej ;)), poza tym to dokładnie: nie jest niczym osobistym :).

      Zgodzę się, że wcześniejsza jego twórczość jest lepsza od późniejszej, przy czym mam wrażenie, że im spokojniejsza jest ta strona eseistyczna, tym większa korzyść dla dzieła (myślę, że "Życie jest gdzie indziej" jest całkiem niezłe i jeśli lubisz wczesnego Kunderę, to Ci się spodoba). Dla mnie największym zawodem są zwłaszcza partie eseistyczne w "Nieznośnej...", "Śmiesznych miłościach" i "Księdze śmiechu...". Natomiast tak jak pisałam, w "Powolności" sama konstrukcja budzi mój podziw i uważam, że jest zgrabnie rozegrana -- gdyby jeszcze zrezygnować z tej uniwersalistycznej otoczki.

      Koniecznie przeczytaj "Zachód..." -- to jest jedna z tych rzeczy, które robią wrażenie, bo otwierają człowieka na zupełnie nowe tory myślowe.

      Usuń
  4. Znowu bardzo fajny tekst. W przeciwieństwie do Ciebie, ja nie daję zbyt wielu szans autorom, więc jeśli coś mi nie pasuje, to w ogóle się w to nie zagłębiam. Tak było w przypadku Kundery. Zaczęłam czytać jakąś jedną jego książkę, nawet nie pamiętam jaką, a że mi nie podeszła zupełnie, to nie dość, że jej nie skończyłam, to jeszcze odstawiłam w ogóle Kunderę. Myślę, że masz rację szczególnie w akapicie "Ma problemy z granicą, za którą zaczyna się banał" i jednocześnie sądzę, że ów banał przyczynia się, niestety, do jego sukcesu. Poza tym, co tu kryć, jest to jeden z tych pisarzy, którzy zbili kapitał jako "ludzie stamtąd", czyli zza żelaznej zasłony i to niesłychanie kręci Francuzów.
    Podobnie mam z Gombrowiczem, choć pewnie to zabrzmi jak bluźnierstwo, bo jakoś zupełnie mnie Gombrowicz nie rusza i jakoś tak razem z Kunderą mnie nie ruszają;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba trafna diagnoza i się z nią zgadzam, że Kundera długo funkcjonował jako ten mityczny człowiek z kraju komunistycznego, który teraz analizuje ten system i rozkłada go na czynniki pierwsze (co nieźle idzie mu w powieściach, a w esejach -- bardzo różnie; zachęcam do "Zachodu porwanego", bardzo dobrą powieścią jest, tak swoją drogą, także "Żart"). Gombrowicza lubię, ale nie powiem, że wszystko, niektóre rzeczy musiałabym sobie odświeżyć (bo na przykład im więcej czasu mija od lektury "Trans-Atlantyku", tym bardziej mi się on podoba ;)), mam w planach niedługo coś przeczytać, więc pojawi się pewnie o tym notka :).

      Usuń
  5. Myślałem, że będzie więcej komentarzy, bo Kundera to taki pisarz, co to wszyscy mają na jego temat swoje zdanie, choć nikt nie czytał nic ponad "Nieznośną lekkość bytu". A to jest dziwna książka jeśli chodzi o formę, ona sobie balansuje na różnych granicach i ciężko podchodzić do niej czy to jak do kryminału, czy to jak do standardowej klasyki. Ludzie się trochę gubią, kiedy nie mogą wskazać w powieści liniowego toku fabuły i przyporządkować postaci do prostej jak drut kreski. Ja zresztą też tak mam, jeszcze się nie przemogłem do dalszego odkrywania Kundery :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, Kundera jest naprawdę popularny i sporo osób czytało coś poza "Nieznośną..." albo nawet nie "Nieznośną...", ale coś wcześniejszego -- jak "Żart". Teraz są nowe wydania, ale sama mam kilka tych czarnych z PIW-u i one miały dość duże nakłady, także nie ma z dostępnością Kundery aż takiego problemu, więc stąd myślę też i to, że on jest w czytaniu. Przy czym może i z nieliniowością jest problem, ale bardziej chyba z tym, że czasami Kundera serwuje nam prostą myśl udrapowaną w głębokie przemyślenia, a tu okazuje się czasem, że za tymi drapowaniami tak znowu wiele nie ma.

      Usuń
    2. Nie mam danych statystycznych, ale czy to rozmawiając z kimś o Kunderze, czy to czytając refleksje czytelnicze w internecie, zawsze natykałem się na traktowanie go jako autora

      Co do dalszej części - to miałem na myśli mówiąc o balansowaniu na różnych granicach, ale mi się właśnie szalenie ów element "Nieznośnej lekkości bytu" podobał, podróż z autorem, który chciałby mówić o rzeczach najbanalniejszych i najprostszych w świecie językiem to trochę rozwlekłym, to trochę uduchowionym, ale jednocześnie przy prostocie pozostać, nie przekraczać granicy kiczu (ten najsłynniejszy cytat nie jest chyba zresztą najsłynniejszy przez przypadek). Tu postawi kropkę za blisko, tam pójdzie kilka słów za daleko, ale wciąż stara się pozostawać jak najbliżej tej sceny przejściowej, zwracając uwagę na to i tylko na to, pozostawiając bohaterów i całą resztę istotnych przecież rzeczy samym sobie. Przecież to zabójczo fascynujące jest :)

      Usuń
    3. Bla bla bla, tak się rozpędziłem, że nie napisałem tego, co miałem napisać w pierwszej kolejności, więc kończę: ...traktowanie go jako autora do odbębnienia. Ot, przeczytać i stwierdzić albo że fajne (bo takie podniosłe), albo że nie dla mnie (bo takie przynudzanie), i tyle. Tak właśnie widzę społeczny odbiór Kundery w naszym kraju, ale przecież mogę mylić się tak żałośnie jak Humphrey Belcher, który sądził, że nadszedł czas na kociołek z sera ;)

      Usuń
    4. Jaki cytat masz na myśli? A czy to autor do odbębnienia, to chyba wielu jest takich pisarzy, których się czyta, bo słyszało się, że są nieźli. Jak się spodobają, to człowiek czyta dalej, a jak nic nie zaskoczy to się kończy się na jednej książce. A że często jest to ta najsłynniejsza to chyba nie takie dziwne. Z Kunderą akurat zaczęłam chyba od Tożsamości, ale znajomość z wieloma pisarzami zaczynałam od tej pozycji z której słyną.

      Usuń
    5. "Kicz jest stacją tranzytową pomiędzy bytem a zapomnieniem" oczywiście.

      Usuń
    6. A tak w ogóle, to ja na przykład mam często problem ze stwierdzeniem, która powieść danego autora jest najsłynniejsza -- i czy to równocześnie znaczy, że jest reprezentatywna.

      @Michał, podoba mi się Twoja wizja czytania Kundery, wygląda bardzo czarująco, tylko że nie mogę się wciąż pozbyć wrażenia o samoprzekonaniu Kundery, że on ten problem nie tyle obiera, co ubiera, w bardzo taki odpowiedni sposób. To jest chyba kwestia dowiedzenia się zbyt wielu rzeczy o autorze (wywiady, analizy i tak dalej), jakoś nie mogę się teraz uwolnić od tej wizji, że Kundera do swojej sztuki podchodzi śmiertelnie poważnie i nie ma tam miejsca na błędy (więc na te kilka słów za daleko też nie).

      Usuń