O gustach i guścikach albo co lubię, a czego nie w bibliotekach

Jak pisałam w czwartek w notce o naszych skojarzeniach z bibliotekami, to nie był wpis o tym, co w bibliotekach lubię, a czego nie. Skrzętnie sobie tę myśl odnotowałam i pomyślałam, czemu nie, może warto sobie nad tym pomyśleć i coś takiego napisać? Dzisiaj zatem dokładnie o tym: co w bibliotekach cenię, a czego niekoniecznie.


Podsumowałam sobie ilość bibliotek, do jakich jestem zapisana, i wyszła mi całkiem przyjemna cyfra dziewięciu. Ze wszystkich po trochu korzystam, bo znajdują się w różnych miejscach, część w pobliżu mego domu rodzinnego, część blisko mego aktualnego domu, jedna w Pradze, gdzie czasem bywam, jakaś została po licznych przeprowadzkach i tak dalej. Nie jestem więc może największym w świecie koneserem, ale trochę bibliotecznych doświadczeń zebrałam, także materiału do przemyśleń się znalazło. Pomyślałam, żeby zacząć od rzeczy, za którymi nie przepadam – żeby potem przejść do tych przyjemnych i zakończyć miłym akcentem. Bo lubiane czy nie – biblioteki zawsze dostarczają mi kilku miłych chwil przy wybieraniu i wielu miłych przy czytaniu książek. No i ten dreszczyk emocji „ach, cóż dzisiaj znajdę na półkach!” jest nie do zastąpienia.

A zatem: za czym w bibliotekach nie przepadam?

1. Obkładanie książek w folię i nalepianie na grzbietach tytułów.
Ja wiem, że to praktyczne. Ale naprawdę, czemu folia? Czemu nie papier? Papier co prawda szybciej się zniszczy, ale jest mnie lepiący się i nie odczuwam takiej potrzeby natychmiastowego umycia rąk po tym, jak znajdzie się w nich książka w folii. Oczywiście to ma książkę chronić – wiadomo, obłożona mniej się zniszczy – tylko że to chyba nie zawsze i nie do końca działa. Jasne, zdarzyło mi się czyścić okładki nie obłożonych książek, żeby dało się je trzymać w ręku (te śliskie zwłaszcza łatwo obłażą w torebkach czy na półkach, przylepiając kurz i koty, wiadomo, a przy dużym obłożeniu robią się czarniawe), ale i te obłożone też. Poza tym folia odbiera książkom blask i dotykową tożsamość. Brzmi może dziwnie, ale faktura okładki to jest sprawa dla mnie istotna (nie tak, że na obłożoną książkę nie spojrzę – bo spojrzę, nawet teraz taką czytam). Do tego zalepianie grzbietu jest może praktyczne, ale przez nie nie umiem książki zidentyfikować – bo zapamiętuję dobrze kolor i liternictwo na okładce, a tak ułożone rzędem nowości od razu wydają się przygaszone, stare i nijakie. Zresztą starsze książki też: starsze, przygaszone i takie same jak wszystkie inne.
 Ileż można ilustrować wpisy o bibliotece fotografiami pięknych
bibliotek -- dlatego dzisiaj zdjęcia czytających zwierząt. Źródło.

2. Zrobiliśmy gazetkę ścienną dwa lata temu.
Jasne, to nie jest coś, co w bibliotece jest najważniejsze. Ale skoro już coś tam na ścianie musi wisieć, to czy faktycznie koniecznie musi przy okazji sprawiać wrażenie, że od kilku lat nic się nie wydarzyło ani w bibliotece, ani w świecie książki, ani w ogóle nigdzie, więc będziemy czcić przez dłuższy czas rok Piotra Skargi albo okrągłą rocznicę bitwy pod Grunwaldem? Przyznam szczerze, że już wolę gołe ściany, bo wtedy przynajmniej nie wiem w ogóle, co się dzieje, a nie mam wrażenie, że nikomu do końca nie zależy: ani na zmotywowaniu czytelników, żeby coś zrobili, ani aktualnemu pracownikowi. Wiem, że można nie mieć czasu, że to nie takie ważne – wiem. Ale to nie zmienia uczuć, które we mnie te nieszczęsne gazetki i plakaty wywołują.

3. Bałagan.
I nie mówię tu o takim bałaganie w rodzaju „strasznie dużo dzisiaj było wypożyczeń i zwrotów, więc o, tutaj wszędzie leżą na kupkach”. Mówię o bałaganie w rodzaju słowacki autor na półce z literaturą czeską, poprzewracane książki tam, gdzie najczęściej chadzają czytelnicy (więc nie opłaca się ich ustawiać), mylne przypisywanie autorów do dziedzin i tak dalej. To się strasznie rzadko zdarza, ale się zdarza i zawsze wtedy jest mi smutno (a jak się nie krępuję i powiem, że może jednak ten autor nie pisze w ogóle w tym języku, nie identyfikuje się z daną literaturą i tak dalej, zostanę zapewniona, że zaraz ktoś się tym zajmie, a po dwóch latach okazuje się, że dalej tam stoi, bo po prostu uznano mnie za smęcącą miągwę, to mi smutno jeszcze bardziej). 
 Królik się sam podpisał.

4. Nie podobało ci się, bo jesteś taka/jesteś nietaka.
Tak w ogóle to lubię sobie uciąć pogawędkę o książkach nawet wtedy, kiedy osoba, z którą rozmawiam, ma zupełnie inny gust. Zawsze się wtedy dowiem, kto co czyta, czemu to czyta, co w tym widzi. Czasem się nawet skuszę na jakąś książkę z tak polecanych, bo uznam, że a nuż coś się w niej dla mnie znajdzie. Natomiast w momencie, kiedy oddaję książkę i na pytanie „i jak?” odpowiadam, że nie do końca przypadła mi do gustu, a w odpowiedzi słyszę, że to dlatego, że ze mną coś jest nie tak (bo na przykład książka jest o psie, a ja psa nie mam, wiecie, o co chodzi), to mi przykro. Bo to jest zarzut, który da się postawić każdemu i o wszystko. To w sumie może się zdarzyć wszędzie, ale mnie się jakoś najczęściej zdarza właśnie w bibliotece (widać taki mój urok).

No dobrze, koniec narzekań, zasadniczo jestem fanką, więc wiecie, nie mam na co tak bardzo narzekać. Albo nie trafiłam na narzekaniogenną bibliotekę. W takim razie teraz... 

co w bibliotekach lubię?

1. Doradzę pani!
Jasne, na podobnej zasadzie, co to wyżej, porada może zupełnie nie trafić w mój gust (ba, w jednej z moich absolutnie najukochańszych bibliotek zwykle w ogóle nie trafia, co jest z drugiej strony niesamowicie fascynujące, bo korzystam z niej od lat i wiadomo, co wypożyczam, a jednak za każdym razem udaje się nie trafić). Ale jakie to fajne, że ktoś w ogóle chce mi doradzić, pokazać książkę, na którą może nie zwróciłabym uwagi i na hasło „poczytałabym coś z liceum amerykańskim w tle, ale bez wampirów” rzuci mi trzema tytułami. Poza tym zawsze mi miło, jak pan/pani wstanie, pokaże mi, gdzie jest dana półka, za którą błądzę, albo wyciągnie spod lady jakąś książkę, która tam z różnych powodów się znalazła, a miło by było mi ją jednak przeczytać. Poza tym to jest też okazja, żeby się dowiedzieć, co też akurat w tej bibliotece czytają (albo nie – często wtedy jest okazja do zostania testerem).

2. Leżący obok siebie autorzy.
To jest pole do niesamowitych odkryć! W sensie, wiecie, to są czasami odkrycia przykre (kiedy nasz ulubiony autor dzieli półkę z autorem, który nam działa na nerwy), ale i można wypatrzeć regały, gdzie się zgrupowali wybitni pisarze, których tak na zdrowy rozum byśmy ze sobą nie pokojarzyli, a tu proszę, łączy ich odpowiednia litera nazwiska. Świetna sprawa! (No, chyba, że akurat poukładani są narodowościami, wtedy nieco mniej tej zabawy, ale mimo wszystko). 

3. Coś się znajdzie.
Są biblioteki, gdzie chodzę po nowości, a są takie, gdzie nowości są z rzadka, ale wtedy jest okazja wybrać sobie z półki coś starszego, co się chciało przeczytać, a jakoś nie było kiedy i jak. W ten sposób w czasie wakacji spędzanych u Dziadków przeczytałam większość klasyki literatury, bo w wiejskiej bibliotece nowości były rzadko (chociaż z drugiej strony to tam przeczytałam „Śnieg” Pamuka jakoś zaraz po jego Noblu), ale regały z klasyką były może nie pełne, ale zasobne. Nadrobiłam całego Różewicza, jaki był, z radością pogrążyłam się w przedziwnym świecie „Gargantui i Pantagruela” i odkryłam Kafkę. Poza tym często są tam książki, które kiedyś wędrowały do bibliotek „z przydziału” i z racji nie za bogatego księgozbioru nie zostały zubytkowane, więc dziwni socrealistyczni pisarze słowiańscy wciąż tam są. W ten sposób poczytałam sobie powieści Jana Drdy czy Ivana Olbrachta, których – jak się potem okazało – nie wszędzie tak łatwo da się znaleźć. 

4. Wartości dodane.
Bo przecież do biblioteki chodzi się nie tylko po książki. Są czasopisma, a wiadomo, że człowiek wszystkich nie kupuje co miesiąc/tydzień, bo albo są drogie (ach, „Teksty drugie” wędrujące na moją półkę okazjonalnie), albo trudno dostępne (ach, „Teksty drugie”...), albo nie wiemy, że istnieją (nie miałam pojęcia ile jest na rynku gazet odnośnie kuchni, urządzania mieszkania i innych tego typu rzeczy – a jakie są niektóre piękne!), albo trochę nam wstyd je kupować (co oznacza, że nonszalancko przeglądamy różnego typu „Bravo” w bibliotece, żeby się pośmiać, powspominać szkołę albo dokonać społecznych obserwacji). A do tego spotkania z autorami (a że ludzi nie zawsze jest dużo, można od razu sobie spokojnie porozmawiać, wziąć autograf – co prawda specjalną łowczynią nie jestem, ale kilka mam właśnie przez zaplątanie się do niewielkiej biblioteki z prężnie działającym systemem spotkań z pisarzami), różnego rodzaju występy, spotkania i tak dalej. Nie ze wszystkiego korzystam, ale podoba mi się myśl, że korzystają inni. To znaczy, że zawsze można coś dla siebie znaleźć.

Takie mam przemyślenia. Tematu nie wyczerpałam, ale mniej więcej poruszyłam to, co chciałam. Zgadzacie się?

___________

A jutro są urodziny jednego z moich ulubionych pisarzy, więc wykorzystam ten fakt, bo i tak miałam o tym pisać – a tu się taka okazja trafia przypadkiem, no, no!

Weź dokładkę!

25 komentarze

  1. Kiedyś bardzo zgodziłabym się z Twoją listą na nie, ale z czasem większość rzeczy przestała mi przeszkadzać. Albo w mojej bibliotece używają jakiejś przyjaznej folii, w każdym razie nie wywołuje we mnie żadnych negatywnych odczuć. Ale też panie nie zalepiają grzbietów.
    PS. a to jest pani Jadzia z mojej biblioteki :) https://www.facebook.com/143611389016976/photos/a.143854545659327.31623.143611389016976/940361046008669/?type=1&theater

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to nie jest tak, że którykolwiek z tych punktów sprawia, że wychodzę z biblioteki trzaskając drzwiami albo do niej nie wracam -- to raczej takie rzeczy, przez które robi mi się trochę smutno, ale ogólnie staram się zawsze znajdować jasne strony sytuacji, więc w sumie to bardziej takie "powody, dla których Pyzie może się zrobić smutno w bibliotece", o :). A pani Jadzia jest doskonała :D! Czy pomaga w doborze lektur, czy tylko przygląda się, jak czytelnik wędruje między regałami (i czy krzyczy, jak się ją przeprasza, bo chce się skorzystać z drabiny)?

      Usuń
    2. Jasne, rozumiem :). Podejrzewam, że moja biblioteka jest po prostu taka wspaniała, że nie dostrzegam wad. Za smęcącą miągwę też mnie panie nigdy nie uznały.

      Pani Jadzia jest totemem i duchowym opiekunem biblioteki, więc podszeptuje co należy wziąć. Będzia miała jeszcze koleżankę, ale ona chyba się jeszcze tworzy :).

      Usuń
    3. Wspaniała sprawa z panią Jadzią, dobrze, że będzie miała towarzystwo :). Duch biblioteki wcielony, bardzo mi się podoba ten pomysł :)!

      Usuń
  2. Na szczęście u mnie nie zalepiają grzbietów. Co do folii: w mojej bibliotece miejskiej robią z niej paskudne, spadające, rozwalające się (nieraz nie wytrzymują pierwszego czytania!) nakładane "obwoluty" i to jest złe. Za to w szkole, w której pracują moi rodzice, w bibliotece używają bezbarwnej folii samoprzylepnej i to mnie znacznie mniej razi, bo jest praktycznie niezauważalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam wrażenie, że Pyza pisze o foliowych koszulkach- u mnie nowsze książki są obklejone tak umiejętnie, że nie widać, że zabezpieczone.

      Usuń
    2. Tak, chodzi mi o tę ciętą grubą folię, z której robi się okładki (na tej samej zasadzie, jak w podstawówce okładało się książki w papier prezentowy albo tapetę). Te obklejane w folię książki niewiele tracą, bo a) wszystko przez nią widać, b) właściwie jej nie widać, macie oczywiście rację :).

      Usuń
  3. Zgodzę się z twoją listą. Dodam, że w niektórych bibliotekach wypożyczenia są tylko online, a ja jak wypożyczam książkę lubię poprzeglądać je przekartkować zanim się na coś zdecyduję. Dlatego nie korzystam z mojej biblioteki uczelnianej bo jak czegoś szukam to tam tego nie ma a przechodzić pomiędzy półkami i wybrać sobie coś nie można bo są tylko wypożyczenia online :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, wiem, o co chodzi. Kiedyś też nie mogłam się przyzwyczaić, ale teraz mi to nie przeszkadza, powiem nawet więcej: jest to jakoś fascynujące, kiedy okazuje się nagle, że jakaś książka, którą od dawna mieliśmy na liście, nie jest wcale chuchrem, ale ma ponad tysiąc stron albo odwrotnie, albo jest w wydaniu kieszonkowym, albo jakimś dziwnym formacie. Nie zawsze to są miłe niespodzianki, ale jakoś jednak frapujące :). Natomiast to prawda, że tego typu biblioteki są dobre, jak już się wie, co się chce, do takiego swobodnego wybierania są trudniejsze, chyba że się lubi i z wprawą wertuje katalog on-line :).

      Usuń
  4. W mojej bibliotece książek się w ogóle nie obkłada. Ale za to klasyfikuje się literaturę zagraniczną według tłumaczy, a nie według faktycznej narodowości pisarza, co mnie denerwuje, bo np. szukam Francuza, a tu na półce z literaturą francuską zero, za to okazuje się, że jest w niemieckiej, bo akurat książkę przełożono z niemieckiego. Serio. A jak spytałam panią bibliotekarkę czemu tak robią, to dostałam odpowiedź "Bo tak". Na kilka innych pytań też dostałam odpowiedź w tym stylu, więc odniosłam wrażenie, że panie bibliotekarki u mnie są jakieś takie właśnie mało przyjazne, traktujące czytelnika z góry, jako takiego, co to najlepiej żeby się nie odzywał i o nic nie pytał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, nigdy się nie spotkałam z taką metodą -- chociaż to ciekawe, że pokazuje taką genetyczną stronę książki (skąd się u nas wzięła), ale raczej nie jest prosta w korzystaniu (bo zazwyczaj tego nie wiemy, bo skąd). Wierzę, że faktycznie może to utrudniać samodzielne szukanie po regałach odpowiedniej książki.

      Usuń
  5. A propos leżących obok siebie na półkach autorów, kiedyś poszłam do biblioteki w moim rodzinnym mieście, chcąc wypożyczyć coś Jeanette Winterson. Pani bibliotekarka westchnęła, poszła między półki. Wraca:
    - Tego nie było, ale przyniosłam pani książki dwóch innych autorów. Też na "W". :)
    Tak odkryłam Wellsa i Virginię Woolf :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdy przeczytałam tytuł stwierdziałam "niemożliwe, żeby mogło się coś komuś nie podobać w bibliotekach" ;)
    1. Obkładanie książek w folię mi nie przeszkadza, ale że jestem wzrokowcem to nei lubię pasków na grzbiecie. :P
    2. Nie trafiłam na nic takiego.
    3. Jw.
    4. O.o W życiu!
    Z doradzaniem lepiej się panie bibliotekarki w mój gust wpasowują, ale o tym wkrótce na blogu. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, jeszcze ta folia -- jak się już weźmie książkę, da się wytrzymać, wrażenie lepkości można łatwo zniwelować, ale te paski sprawiają, że wszystkie książki na półkach wyglądają tak samo i dość smutno. A co do doradzania -- to akurat przykład, mam i takie panie (i panów) z biblioteki, którzy doradzają trafnie :). To impresje zebrane z wielu bibliotek, z jakich miałam bądź mam nadal okazję korzystać.

      Usuń
  7. W mojej osiedlowej bibliotece (Wrocław) ostatnio szukałam książek noblisty Mo Yan. Najpierw żadna z pań bibliotekarek nie wiedziała kto to. Jedna z nich nawet stwierdziła, że mają na stanie dużo egzemplarzy książek Murakamiego - mogłabym sobie wypożyczyć - przecież to TEŻ pisarz z Japonii. Ręce mi wprost opadły... Później się okazało, że po mimo że w systemie (przez internet sprawdzałam wcześniej w domu) widać dostępne egzemplarze to i tak fizycznie nie sposób ich znaleźć. Szukały aż dwie (pomocne są bardzo) twierdząc, że powinien być pod literą M. Po miesiącu sama się natknęłam (całkiem przypadkowo) na jego książkę... po literą Y...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, smutna historia :(. Ale a propos tych egzemplarzy, co być powinny, a ich nie ma -- mnie się kilka razy coś takiego zdarzyło i albo książka została wsadzona w jakieś zupełnie nieprawdopodobne miejsce, albo po prostu w pewnym momencie trzeba ją było wykreślić, bo po prostu ktoś ją wyniósł i nie zwrócił. Chociaż zawsze wtedy z nadzieją sprawdzam, czy może nie wróciła jednak po latach :).

      Usuń
  8. Panie bibliotekarki twierdziły, że może inna biblioteka pożyczyła je na wystawę... A ja naiwna myślałam, że książki są do czytania, a nie do oglądania jak jakieś eksponaty muzealne...

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja chyba w ogóle nie mam na co narzekać, jeśli mowa o bibliotece. Książek nie obkładają (bywają brudne i czasem czyszczę okładkę przed czytaniem, ale to żaden problem), wszelkie gazetki i wystawki mają zadbane i bałaganu w książkach też nie zauważyłam.
    Najbardziej podoba mi się możliwość rezerwowania książek przez internet, bo w ten sposób upolowałam w końcu rozchwytywane książki, których wcześniej nie widywałam na półkach :) Druga zaleta to bardzo fajne regały z polecanymi książkami, zawsze tam coś ciekawego wrzucają (albo mam zbieżność gustów z którąś z pań bibliotekarek)! A kilka miesięcy temu zaczęłam w końcu zaglądać do zbiorów obcojęzycznych i nie mam już kłopotu ze zdobywaniem książek obcojęzycznych :) Wcześniej kupowałam, teraz mogę wybierać lektury bardziej spontanicznie, bo nie ma ryzyka, że wyrzucę sporą kwotę na coś, co mi się nie spodoba. Powinnam narysować swojej bibliotece jakąś laurkę, jest naprawdę niezła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To koniecznie, myślę, że bibliotece będzie miło :). Wiesz, to co powyciągałam, to są rzeczy zbierane przez lata z różnych miejsc, więc żadna z moich bibliotek nie jest taką, w której jest i okazjonalny bałagan, i poobkładane w folię książki, i nieaktualne gazetki, i tak dalej :).

      A z plusów oczywiście wypadły mi z głowy te regały z polecankami -- uwielbiam je miłością wielką, bo dzięki nim czasami wyhaczam książki, o których nie wiedziałam, że wyszły, nie wspominając o tym, że tam leżą książki troszkę starsze, a godne przeczytania. W jednej z moich ulubionych bibliotek przez pewien czas były też książki polecane tematycznie w rodzaju "dla wielbicieli wielkich emocji", "dla tych, którzy lubią łamigłówki", "dla fanów mniej znanej klasyki" i tak dalej. Bardzo to było pomysłowe -- poza tym idealnie wstrzeliło się w mój gust zestawiacza i listownika ;).

      Usuń
    2. Strasznie żałuję, że w "mojej" bibliotece nie ma działu obcojęzycznego :(

      Usuń
  10. Folia jest okropna. I co z tego, że ma chronić książki przed zniszczeniem? Szybko się brudzi i ja też od razu po kontakcie z czymś takim mam ochotę umyć ręce... To już lepiej, żeby okładki się trochę zniszczyły. Przynajmniej będzie widać, że książki żyją i są czytane;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że tutaj idzie trochę skórka za wyprawkę, to znaczy niby książki się mniej niszczą, ale też są dużo mniej przyjemne w użytkowaniu (i jeszcze te grzbiety, auć!).

      Usuń
  11. Dzisiaj zostawię kolejny komentarz u Ciebie :)

    W mojej biblio książek nie oklejamy, ale jest to biblioteka, która posiada bardzo pokaźne zbiory książek XIX - wiecznych oraz przedwojennych. I praktyka w dawniejszych latach była taka, że wszystkie książki szły do introligatorni, gdzie oryginalne okładki zastępowano tekturowymi, a oryginalne okładki wyrzucano. Przez co obecnie wszystkie stare książki wyglądają tak samo, a jeśli trafił się jakiś litościwy introligator to zostawił oryginalną okładkę w środku. Niestety takich książek jest niewiele, a muszę się przyznać, że okładki przedwojenne mają swoją magię i urok. Taka folia chyba jest mniejszym złem niż wymiana okładek:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zawsze mi miło :).

      Może to jest trochę tak, że wiesz, następne pokolenia docenią folię ;). Bo ja z kolei oczywiście bardzo lubię oryginalne okładki, wiadomo, ale mam jakiś sentyment do tych introligatorskich właśnie w tym stylu. Ale nie wiedziałam, że one były obowiązkowo wymieniane, myślałam, że po prostu tak postępowano przy dużym zużyciu albo w momencie, kiedy taka książka trafiała do zbiorów już ze zdezelowaną okładką. Fascynujące (i że taka w tym była rola introligatora, który mógł, ale nie musiał, oryginalną okładkę ocalić)!

      Usuń