O PRL-u tak sobie albo o "Późnym Gomułce, wczesnym Gierku" A. Dziurawca


Szukałam tej książki dłuższy czas, bo polecono mi ją kiedyś, kiedy szukałam powieści o losach rodzin w PRL-u. Co prawda nie jest to powieść, ale zaczyna się interesująco. Przechodzi w cykl esejów wspomnieniowych, tu anegdotka, tam anegdotka... Aż w końcu dochodzi do mnie, że mam już serdecznie dość.
 Dlaczego? Ano, nierówny poziom to jedna sprawa, powtarzające się motywy – i to powtarzające się chyba nie do końca w taki sposób, w jaki miały się powtarzać – druga, a tematyka i realizacja części opowiadań – trzecia. Ale może po kolei.

O czym to? „Późny Gomułka, wczesny Gierek” to w sumie ni pies, ni wydra. W trzech czwartych mamy do czynienia z kilkustronicowymi anegdotkami na różne tematy mniej lub bardziej związane z poprzednim ustrojem, ale myślą przewodnią są historie z życia rodziny bohatera. Mamy zatem opowieść o dramatycznej ucieczce z Wołynia lat czterdziestych, o tym, jak to brat narratora poszedł do wojska, o tym, jak na Starym Rynku warszawskim spotykali się hippisi, ale też i o tym, jak to babcia nie mogła przygotować wystarczającej ilości pierogów dla gości. W trzech czwartych objętości tematyka się z lekka zmienia: mamy dwa fabularyzowane scenariusze (w tym jeden bardzo, bardzo zły i jeden dobry; a autor, tak poza tym, jest także scenarzystą, stąd wnoszę z zastosowanych środków, że pierwotnie były to scenariusze albo zapożyczył sobie scenariuszową formę) i króciutki cykl opowiadaniowy (taki sobie). 
 
 
 Wiem, że to prosty trop, ale pomyślałam, że skorzystam. Dzisiaj plakaty propagandowe,
korelujące częściowo z treścią książki. Źródło.
 

Jakie to? Najbardziej zbiór ten przypomina te anegdotki, które rzuca wąsaty wujek w czasie imienin, już tak raczej w kolejnej godzinie trwania rodzinnej imprezy. Pojawiają się więc takie tropy o względnym bohaterstwie i kontrkulturowości (jeździliśmy w Bieszczady! Piliśmy na umór!), obowiązkowe tropy inicjacyjno-potwierdzające (seks w parku! Brat dziewczyny nas bije! Dziewczyny piękne i chętne albo brzydkie i chętne! Kto by chciał kaszalota! Pierwsza miłość!), jakiś mały absurd peerelowskiej rzeczywistości (piwo do konsumpcji! Związek hippisów!), i powtarzające się motywy rodzinne (rodzina ojca taka zawzięta! Wuj tak nie lubi Żydów i urzędników!). Czasami widać, że autor stara się jakoś przełamać tę narrację, że coś by chciał może powiedzieć inaczej, ale nie bardzo to wychodzi (stara się zwłaszcza w przypadku wątków żydowskich, o czym dalej).

Czemu nie wychodzi? Mam swoją teorię. Bo że autor umie pisać, widać. No to jeśli nie poszło o warsztatowe trudności, to o co? Ano, myślę sobie, na poziomie koncepcyjnym coś nie wyszło. Bo te opowiadania okołorodzinne, one są osadzone w bardzo wąskim kontekście: idealne, żeby je opowiadać dzieciom, a później wnukom, z takimi motywami, które na rodzinnym gruncie bawią, bo budują też rodzinną tożsamość, stawiają wyznaczniki, których się w rodzinnym gąszczu historii wymaga, oczekuje i wita z radością. Natomiast w momencie, w którym kierujemy je do czytelnika spoza zaklętego kręgu, narażamy się na podobny problem, co w tym przypadku: powtórzenia tak nie bawią, bo po prostu obiekt jest nam obojętny, niczego nie budują, oprócz irytacji, sprawiają wręcz wrażenie mocno przestylizowanych. W dodatku po 150 stronach autor dorzuca opowiadania, rozbijając konstrukcję całości.
 
 
 

I to źle czy dobrze? Powiem Wam, że pierwsze opowiadanie zbiło mnie z nóg. Oto jest sobie wieś i są likwidatorzy (to urzędnicy, którzy szacują szkodę w uprawach z powstałą z jakiegoś powodu i obliczają odszkodowanie). Jedni i drudzy ostro skorumpowani, niczego się nie boją, dają i biorą aż furczy. Wśród nich z jednej strony nowy mieszkaniec, Marek, który chce być uczciwy, a z drugiej Dorota, likwidatorka, upojona władzą, która chce się z Markiem przespać, złamać jego ducha i zakosztować tej niezłomności, jakoś się przy niej przyczaić. Ale szajka likwidatorska zwycięża, stojący na jej czele mężczyzna osiąga swoje cele, bierze sporo łapówek, generalnie kończy się Markowy sprzeciw tak, że Marka biją współmieszkańcy, no, wiadomo. Główny likwidator ma okazję, żeby kilka razy strzelić moralną przemowę, zło złem, dobro dobrem, my tu brodzimy w szarości, chłopi tacy są i tak dalej, i tak dalej. Aż tu po wyjeździe ze wsi Dorotę tknęło przeczucie, że zostawiła pieczątki. Wraca. Chłopi dla niej nieserdeczni, łapią i biją, ale ucieka. Biegnie do szlachetnego Marka. Tam znajduje schronienie i nocleg, w nocy ktoś do niej przychodzi – ona pewna, że Marek, a to sołtys. Ucieka pokornie z płaczem. Wieś się jedna z Markiem. Happy end. Tylko że nie: naprawdę z całej grupy ukarana zostaje kobieta? I mamy się jako czytelnicy mamy co zrobić, uradować, że o, proszę, dostało się babie? A przywódcy grupy, który przecież był głównym demoralizatorem, nie? Że oto proszę, wieś się ocknęła z amoku? Mamy im kibicować? Nigdy nie zrozumiem, jak można motyw „gwałtu jako kary” próbować przedstawić w pozytywnym świetle.

No to jednak, źle, tak? Nie do końca. Bo już miałam spore nerwy, ale przeczytałam ostatnie opowiadanie. A ono jest dobre. Serio. Jeśli trafi Wam się ta książka, przeczytajcie to ostatnie opowiadanie. Autor pogrywa ze stereotypem i pewnym wydarzeniem historycznym, w dodatku tutaj widać, że niekoniecznie mamy do czynienia ze sfabularyzowanym scenariuszem, ale faktycznie pisanym niezłym językiem opowiadaniem (czyli nie ma chwytów w rodzaju „Ranek. Odjeżdżają. Wieś stoi i macha”). Dotyczy ona skomplikowanej i niejednoznacznej sytuacji we wsi w pobliżu obozu na Majdanku, gdzie każdy miał bądź ma coś wspólnego ze znikającą w czasie wojny ludnością żydowską, ale albo nie chce się przyznać co, albo w oczach innych wygląda to zupełnie inaczej, albo wydaje mu się, że jest inaczej, niż było. Naprawdę ciekawie to autor rozgrywa, bo sytuuje całość już po przejściu radzieckiej ofensywy, więc wojna niby się kończy, ale jeszcze trwa, niby ma wrócić jakiś porządek, ale nie wiadomo jaki. Przecinają się drogi miejscowej ludności, uciekinierów zza Buga, partyzantów, sowieckich żołnierzy. W dodatku tutaj na swobodna narracja, taka gawędziarska, wreszcie się sprawdza. Jest dopowiedziane na tyle, na ile trzeba, żeby wyartykułować myśl, ale też nie tak, żeby zostać przegadane.
 
 
 

Czyli jak w końcu? No rozczarował mnie ten zbiorek, bo nie tego oczekiwałam, ale pal licho oczekiwania, czasami spodziewamy się czegoś innego, dostajemy co innego, a i tak jesteśmy zadowoleni. Tutaj mam mocno mieszane uczucia, ale ostatnie opowiadanie serio bardzo warto przeczytać. Szkoda, że nie było w zbiorze takich więcej, bo reszta jest albo zła (likwidatorzy! Ta puenta!), albo średnia (ileż można kręcić się w kółko wokół jednego motywu, strasznie zgranego – rozumiem sentymenty, ale wtedy opowiadamy coś rodzinie; pisząc chyba jednak staramy się odświeżyć temat, spojrzeć na niego z innej strony – mam tu na myśli zwłaszcza motywy bieszczadzkie).
 
A książkę w akcji czytelniczej wpisuję pod kategorię "książka z antonimami w tytule".


 

Czytaliście może?

______________________

A jutro wracam tematycznie do Tygodnia Bibliotek.

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Gwałt jako kara dyskwalifikuje dla mnie książkę, za to bardzo podwyższa jej szanse bliskiego spotkania ze ścianą. Ae to ostatnie opowiadanie brzmi interesująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy czym wiesz, to jest jeszcze tak napisane, że bohaterka myśli, że ma do czynienia z kim innym, ale okazuje się, że jednak nie -- zupełnie przerażająca scena, a do tego taki paskudny wydźwięk moralny w zakończeniu.

      No, ale ostatnie opowiadanie rekomenduję (to kilka stron zaledwie, ale udowadnia, że dobrze skomponowane opowiadanie to skarb).

      Usuń
  2. Wiesz, zupełnie nie rozumiem tego pierwszego opowiadania, które streściłaś. Pomijam "przesłanie", ale sam ciąg przyczynowo-skutkowy. Wieś jedna się z Markiem z jakiego powodu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to jest bardzo dobre pytanie. W przejściu między scenami tego nie ma, ale zdaje się zasugerowane, że chodzi o pewien jednak podziw dla niezłomności Marka połączony z podziwem ze strony głównego likwidatora (którzy krzyczy na mieszkańców, że pobili Marka) i taką podskórną nienawiścią do likwidatorów. Przy czym uważam, że tym, co odkupuje Marka w oczach wsi -- a przynajmniej sołtysa -- jest właśnie to "wystawienie" tej kobiety. Tak to przynajmniej da się odczytać z ciągu scen.

      Usuń