Per scriptura ad astra! Albo wpis na Światowy Dzień Kosmosu


Słuchajcie, dzisiaj Światowy Dzień Kosmosu, a dla kogoś, kto jako stronę startową ustawioną ma galerię zdjęć dnia NASA – tak jak niżej podpisana – to jest okazja nie do przepuszczenia. Dlatego zapnijcie pasy, włóżcie szczelne hełmy – lecimy na wyprawę w bardzo dawne zakamarki astronomicznego piśmiennictwa.


Otóż kiedy byłam małą Pyzą, bardzo chciałam zostać astronomem. Bycie astronautą nigdy mnie nie kusiło, bo chyba bym się jednak bała opuścić Ziemię (wędrowanie wędrowaniem, ale dobrze mieć grunt pod stopami), natomiast intelektualna strona zagadnienia bardzo mnie nurtowała. Rodzina moja postanowiła mnie w tym hobby wspierać, a jakże inaczej można mnie było wspierać niż przez kupowanie mi książek? Nie było ich wtedy aż tak strasznie dużo – a już takich, które mogłaby czytać siedmio-, ośmiolatka to już w ogóle, ale kilka mi się uzbierało. Pomyślałam więc, że dzisiaj o nich napiszę, bo właściwie czemu nie.

Pierwszym nabytkiem, za pomocą którego wyruszałam w międzygwiezdne podróże, był „Człowiek i świat. Atlas geograficzny dla dzieci”, który w ogóle był takim moim kompendium wiedzy o świecie. Świat ten był, kiedy nauczyłam się czytać, lekko nieaktualny (w międzyczasie upadł ZSRR i zjednoczyły się Niemcy), ale wszechświat pozostawał mniej więcej niezmienny. Cała wizja kosmosu zawierała się w krótkim wprowadzeniu o jego budowie oraz dwóch stronach z rysunkami nieba, które pokazywały, jak wygląda północna, a jak południowa półkula nocą. Na jednej z tych stron namalowany został oczywiście Mirosław Hermaszewski, na drugiej zaś Jurij Gagarin, który wydawał mi się wówczas najprzystojniejszym mężczyzną na świecie (na zdjęciach już mi się tak nie podobał, można więc uznać, że to był takie moje pierwsze zadurzenie w postaci, jakby tak na to spojrzeć, literackiej – bo w tym konkretnym atlasowym wcieleniu radzieckiego kosmonauty). Stąd zatem czerpałam wiedzę na temat tego, gdzie szukać jakiej gwiazdy na niebie, problem polegał jednak na tym, że książka ta nie dostarczała zbyt wielu praktycznych wskazówek, byłam zatem doskonale obcykana w teorii, z praktyką szło gorzej. 
 
 
 Źródło: oczywiście NASA.
 

W sukurs przyszła mi nabyta w czasie którejś wizyty w mieście niepozorna książka „Gwiazdy i planety. Jak je odszukać, poznać i polubić”, w której oprócz wprowadzenia teoretycznego – dość krótkiego, jak na takie wprowadzenia, ale zawierającego odpowiednią dawkę naukowości i popularnonaukowej klarowności – znajdował się niesamowity skarb. Czyli mapy nieba na obu półkulach w każdym miesiącu w roku, do tego zaś krótkie omówienie, czego można by się spodziewać w danym miesiącu, jakie gwiazdozbiory wschodzą, jakie zachodzą, gdzie którego szukać i tak dalej. To jest naprawdę jedna z lepiej zrobionych książek, jakie do dzisiaj posiadam. I pomimo że cudny dodatek o nadchodzących zaćmieniach słońca, księżyca i przelotach komet już od kilku lat nie jest aktualny (kończy się bodajże na 2012 roku – ale z racji tego, że książka przebywa sobie statecznie w mym domu rodzinnym tego teraz nie doprecyzuję), to do dzisiaj jak chcę się upewnić, gdzie czego szukać na nocnym niebie (doskonale się sprawdza na przykład w czasie sierpniowych deszczy spadających gwiazd) to sięgam po nią i od razu wiem, gdzie wypatrywać czego. Po czym można mnie zobaczyć w nocy, jak wyliczam sobie, gdzie najwygodniej ustawić leżak, żeby gapić się w niebo na odpowiednie konstelacje (także tytuł książki nie kłamie!). Do tego w książce tej nie stroni się od bardziej kulturowych fantazji na temat tego, co na niebie, można więc zapoznać się ze wszystkimi fantastycznymi tłumaczeniami, kogo widać w jakim układzie, kto kogo goni, kto z kim się nie może nigdy spotkać i do kogo należą Psy.

Trzecią książką, z którą w dzieciństwie rozstawałam się rzadko, była „Astronomia” wydana w takiej serii „Oxford młodym”. Podchodziłam do tej książki z nabożnym szacunkiem, ponieważ była to książka straszliwie mądra: i wczytywałam się w nią z zapałem, chociaż zrozumienie wielu kwestii przyszło do mnie dopiero później. To jest świetne kompendium wiedzy (na niektóre tematy już czasem lekko zdezaktualizowane dzisiaj, zwłaszcza jeśli chodzi o czarne dziury, ale też nie do końca; zajrzałam do tej książki ostatnio i autorzy sygnalizują tam możliwość pewnych teorii, o których głośno mówi się dzisiaj, więc wiecie, coś ponadczasowego też w niej jest). Uzupełniałam je niekiedy „Gwiazdami & Planetami”, które jednak nie były aż tak fascynujące, choć pisane dużo prościej. „Astronomia” młodego czytelnika nie rozpieszczała: tłumaczyła wiele, ale wymagała uwagi i doczytywania wielu kwestii podstawowych, których można było wcześniej nie znać albo nie rozumieć. Dostarczała wiedzy o poszczególnych zjawiskach (galaktyki, wspomniane czarne dziury, ogólna budowa wszechświata i znane oraz zakładane regułu jego funkcjonowania), jak i była świetnym przeglądem wiedzy o kolejnych planetach. W dodatku miała niezaprzeczalną zaletę: duże zdjęcia bardzo dobrej jakości. W stosunkowo dużym formacie można było napaść oczy pięknymi zdjęciami mgławic, poprzeglądać się uważnie zdjęciom pierścieni Saturna wykonanych przez sondy, czy po prostu odczuć bojaźń i drżenie na widok ciemności gdzieś tam, gdzie krążą te wszystkie komety, tylko czekając, aż się tam myślą zawieruszymy, żeby nas postraszyć.

I wiecie, że do dzisiaj zaglądam do tej książki, żeby sobie przypomnieć, jakie to jest uczucie, zadziwić się, że to wszystko gdzieś tam jest? No i oczywiście odczuć taki metafizyczny dreszcz na plecach i pozachwycać się zdjęciami. A i wiadomości odświeżyć sobie od czasu do czasu nie zawadzi.

Czy Wy też lubicie w ten sposób szwendać się po Wszechświecie? Czy raczej wolicie to robić powieściowo? Udanego Dnia Kosmosu!

_________________

A na jutro uzbrójcie się do lektury w coś na odświętny posiłek. Proponuję posmarować wykwintną bułkę odpowiednią ilością masła (byleby nie za dużo, żeby się nie zmarnowało), na stoliczku postawić miseczkę z agrestem, a do karafki wlać wino pierwiosnkowe, bowiem jutro wyprawiamy się na piknik do „Pań z Cranford”. To początek wspólnego klasycznego piknikowania na Pierogach Pruskich i Czytam to i owo. Będzie pysznie! Jutro w samo południe i tu, i tam. A na deser wiecie, co będzie? Pomarańcza. Ale spożywana bardzo wytwornie, w zaciszu swego pokoju (i w jedyny słuszny sposób, czyli przez ssanie – szczegóły jutro!).

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Przyznam się cicho, że wiem, że tytuł jest z błędem, ale nie mogłam się oprzeć (trochę mi wstyd, ale kiedy to tak ładnie wygląda, może zostanie mi wybaczone... ;)).

      Usuń
  2. "Świat i człowiek" - zguglowałam to z ciekawości i okazuje się, że też miałam tę książkę w domu :) Bardzo ją lubiłam jako dziecko. Także chciałam zostać astronomem, ale tata wybił mi z głowy (choć sam interesuje się taką tematyką). Wiedzę astronomiczną czerpałam bardziej z czasopism, np. zbieraliśmy w domu "Świat Wiedzy" i później "National Geographic".
    A skoro dziś dzień Kosmosu to dobrze się składa, bo właśnie jestem w trakcie lektury "Fiaska" Lema i lecę gdzieś poza Układ Słoneczny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nikt tego z głowy nie musiał wybijać, jakoś tak stwierdziłam sama, że chyba taki kontakt z nocnym niebem i tą wiedzą teoretyczną, które mam, w zasadzie mi wystarczają. No i "Świat Wiedzy" też zbierałam, chociaż nie do końca byłam fanką -- ale niektóre artykuły faktycznie mieli niezłe :). A na Lema się nastawiam na wakacje! Udanej międzygwiezdnej podróży literackiej :)!

      Usuń
  3. Teraz wiem, skąd ten Lem na lato :) A to zdjęcie z NASA to by się świetnie nadawało na wyklejkę wewnętrznej strony okładki książki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to moje kosmiczne zaniedbanie, a po dyskusji o Pirxie pod wpisem o lekturach poczułam się zmotywowana :). O, byłoby doskonałe, a skoro Jowisz, to na wyklejkę bardzo dużej książki ;).

      Usuń
  4. "Świat i człowiek" - znałam to na pamięć, niemal cała moja wiedza geograficzno-astronomiczno-zoologiczna zdobyta w najwcześniejszym dzieciństwie pochodziła stamtąd :) i zawzięcie kłóciłam się z panią w pierwszej klasie podstawówki, że nie ma Rzeczpospolitej Polski, tylko Polska Rzeczpospolita Ludowa, bo tak jest w atlasie i już.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak daleko nie doszłam, ale zgadzam się, że strasznie dużo wyniosłam z tego atlasu (zwłaszcza na temat zwierząt pod ochroną -- ale nie wiem, czy pamiętasz tę stronę ze strojami ludowymi? Uwielbiałam ją chyba na równi z mapami nieba i Gagarinem ;)).

      Usuń
    2. Były stroje ludowe, flagi, były też mapy świata z zaznaczonymi zwierzętami, które żyją na danych kontynentach. A Gagarina też lubiłam, chociaż moją wyobraźnię bardziej rozpalali jednak Wielcy Odkrywcy Geograficzni :)

      Usuń
    3. A wiesz, że mi ta karta jakoś umknęła z pamięci? To znaczy mgliście pamiętam, że była, ale chyba podbój kosmosu robił na mnie większe wrażenie niż Magellan i spółka ;).

      Usuń
  5. Przepadam za "Niebo na dłoni" - i tylko to znam, jeśli chodzi o tematykę astronomiczną, ale mocno polecam, więcej tu.

    OdpowiedzUsuń