Pierwszy i drugi plan albo o różnych wymiarach cenzury


Swego czasu zachwycałam się w księgarniach nowym wydaniem "Mistrza i Małgorzaty". Nie chodziło jednak o szatę graficzną ani nic z tych rzeczy. Otóż ktoś wpadł na pomysł – świetny zresztą – żeby wydać Bułhakowa z zaznaczonymi na czerwono fragmentami, które z powieści usunęła radziecka cenzura. Pomysł był doskonały nie tylko dlatego, że pokazywał, co traciliśmy przez ingerencję cenzorskich ołówków, ale też dlatego, że w ogóle pokazywał też materialną stronę ingerencji na tekście.

Bo jednak cenzura ma dwa skutki: usuwa tekst i usuwa znaczenia. To znaczy, że działa na dwóch poziomach, takim czysto materialnym (znikają fragmenty tekstu) i, nazwijmy to, duchowym (czyli tracimy dostęp do wymiaru znaczeniowego tej usuniętej treści), co może skutkować poprzesuwaniem się niektórych znaczeń. Taki jest przecież zresztą zamysł cenzury: nie dopuścić do ukazania się jednych treści i zastąpić je innymi. Albo przynajmniej je zasugerować. Tylko że oprócz tego wspólnego mechanizmu działania cenzura nie ma tylko jednego wymiaru: to znaczy nie jest tak, że za każdym razem, jak mówimy "cenzura" to powinniśmy widzieć tego niemal przysłowiowego komunistycznego cenzora z czerwonym ołówkiem w dłoni w mrocznym, dusznym pomieszczeniu (i w kapeluszu nasuniętym głęboko na oczy). Bo mogą być przecież różne rodzaje cenzury. No, ale zacznijmy od tej politycznej właśnie.

Cenzura polityczna: czyli taka, która w danym systemie dba o to, żeby pewne treści się ukazywały (książki autora osiągają zawrotne wysokości nakładów), a inne nie (pojawia się jednak drugi obieg książek, co skutkuje tym, że szukając w bibliotece książek z tego okresu wydanych właśnie w tej sposób dostajemy w gruncie rzeczy oprawione maszynopisy – dlatego całe szczęście, że większość wydano po 1989 roku ponownie). Albo ukazywały się w zmienionej formie. Czasami to są tylko drobne korekty, coś wypada albo nieznacznie ulega skróceniu, czasami jednak są to daleko idące ingerencje w tekst autora. I tu rodzi się pytanie: co w takim razie z autorstwem tekstu? Wiecie, może się w takim momencie wydawać, że cenzura to taka radykalna redakcja tekstu. Tylko że nie: redaktor działa najczęściej w porozumieniu z autorem, starając się wypracować kompromis. Cenzor nie musi, bo to cenzor dysponuje władzą nad tekstem – widzicie, jak inaczej rozkładają się relacje władzy? No właśnie. Do tego dochodzi cenzura zupełna, czyli zabrania się jakiemuś pisarzowi publikowania (i znowu pojawia nam się drugi obieg książek – krajowy albo publikacja za granicą, tak przez około dekadę funkcjonował Bohumil Hrabal, nazywając się wtedy "pisarzem w likwidacji"). Ale taka cenzura rozszerza swoje działania również na cenzury inne.


 Mimo ilustracji to właściwie nie jest tekst o cenzurze politycznej,
a bardziej właśnie o tej wynikającej jakoś z samej materii tekstu.

Cenzura osobista: to znaczy, że autor sam się kontroluje – co napisać, a o czym jednak zmilczeć. Może wynikać z tej cenzury politycznej ("tego nie napiszę, bo mnie nie wydrukują"), ale też z innych rzeczy: z praw rynku ("lepiej pisać o tym niż o tamtym"), etyki i moralności ("tego jednak lepiej, żebym nie pisał") i tym podobnych kwestii. Bo przecież nie każdy autor pisze wszystko, co by mógł, stawia sobie pewne bariery, na przykład tam, gdzie wykorzystuje osobite przeżycia albo zasłyszane historie. I nawet tam, gdzie teoretycznie napisane zostało wszystko (jak w "Łaskawych" Littella, gdzie mamy homoseksualnego nazistę z manią kazirodczą) zostają pewne kwestie, które zostają niedopowiedziane. Ale o tym zaraz.

Cenzura instytucjonalna: trochę moglibyście się tu zawahać i zapytać, czy to aby nie to samo, co cenzura polityczna, ale wydaje mi się, że jednak niekoniecznie, a przynajmniej nie zawsze i nie do końca. To taka cenzura, która działa trochę podobnie: wypuszcza pewne treści, inne chowając, ale i prowadzi szeroko zakrojone działania na rzecz wykaszania z rzeczywistości pewnych treści opublikowanych gdzie indziej lub wcześniej. Wiecie, na podobnej zasadzie, co wszelkiego rodzaju Indeksy Ksiąg Zakazanych, które starannie selekcjonowały (a gdzie niegdzie przecież nadal selekcjonują, bo przecież nadal są państwa, w których teksty dotyczące działania cenzury są stanem rzeczywistym, a nie tylko rozważaniami teoretycznymi) treści docierające spoza kręgu tekstów, które mógł powykreślać tenże cenzor z czerwonym ołówkiem.

No właśnie, i co my z tym możemy zrobić? To znaczy ze zjawiskiem cenzury na przykład w Chinach albo w Korei Północnej rzecz jasna trudno jest walczyć, siedząc w fotelu po drugiej stronie świata, ale nie chodzi mi tu o aktywizm polityczny, ale o pewne, nazwijmy to, kompetencje lekturowe. Bo przecież cenzura wykształca pewien drugi język u pisarzy tejże cenzurze poddawanych. To świetnie widać zresztą na przykładzie pisarzy polskich (i nie tylko, ale to chyba najczytelniejszy przykład) sprzed 1989 roku: wszystkie te aluzje, niedopowiedzenia, gry słowne, są oczywiście oznakami kunsztu warsztatowego, ale też pokazują te elementy, które mogły zwrócić na siebie uwagę cenzora, stąd zostały napisane inaczej. Dlatego chociaż pewnych treści tam nie ma, to z tego braku możemy wyczytać równie wiele, co z obecności innych. I tutaj dochodzimy do tego pytania, które pojawiło się przy okazji "Łaskawych" Littella: czy aby nie jest też tak, że – pomijając politycznie uwarunkowaną cenzurę – jak się pisze wszystko, to na pewno się pisze wszystko? Czy aby przez rzucanie tego wszystkiego na pierwszy plan nie zasłania się aby tego, co jest gdzieś z tyłu?

No i właśnie: te dwa poziomy cenzury – oficjalna i ukryta w samej materii literatury, gdzie nie da się po prostu napisać wszystkiego i o wszystkim – to dwa podobne, ale odrębne zagadnienia. Bo czy może powstać taka powieść, w której – dosłownie! – jest wszystko? Czy jedne treści nie przykrywają czasem innych (które wychodzą na przykład w pięćdziesiątej interpretacji po stu latach) albo mają zupełnie celowo te treści poprzykrywać? To są zawsze ciekawe pytania do zadania sobie przy lekturze. Bo widzicie, ja jestem z tych strasznie podejrzliwych czytelników i jak autor na perwszym planie mówi tak dużo, że wiem, że koniecznie chce mi powiedzieć akurat to, zawsze pytam się, co też znajduje się tam dalej, że aż tak bardzo zwraca się moją uwagę na plan pierwszy. Dlatego z tego warsztatowego, powiedzmy, wymiaru cenzury warto czasem skorzystać i zastanowić się, co też tam jest właściwie w tej powieści. Przy czym to działa nawet na bardzo złych warsztatowo tekstach: tam może czasami bardziej. To ciekawe, że taka cenzura – często wypływająca na przykład ze światopoglądu – teoretycznie zakrywa pewne elementy, ale jakby tak zdjąć tę lekką warstwę, to pod spodem można odkryć mnóstwo ciekawych rzeczy (czasami też przerażających).

__________________

Jutro będzie monotematycznie, to znaczy będzie o jednym autorze, ale z trochę innych powodów niż zwykle.

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Bardzo fajny tekst, tym bardziej, że o cenzurze już zapominamy (o cenzurze politycznej), a tymczasem, jak piszesz, cenzura zachodzi na wielu poziomach, no i sumie to całe szczęście, bo dostajemy potem utwory wielowarstwowe.
    A czytałaś tego Littella? Ja mam uprzedzenia i jakoś w ogóle nie chce mi się tego czytać, ale ciekawa jestem opinii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, zresztą czasami łatwo zapomnieć, czytając starsze powieści (także te XIX-wieczne przecież), że jednak wpływy cenzury -- albo próby walki z nią -- tam widać i się tego nie doczytać.

      Littella czytałam jakoś zaraz, jak wyszedł po polsku, ale muszę powiedzieć, że większe wrażenie niż sama fabuła zrobił na mnie wybór bohatera (bo to jednak pewien wyłom w mówieniu o drugiej wojnie, jednak taki antybohater wtedy nie był aż tak popularny, może ze dwie trzy powieści inne wcześniej byłabym w stanie pokazać; konstrukcja samego bohatera już mniej na mnie zrobiła wrażenie, ale to chyba przez długość powieści). Tyle że niektóre chwyty mnie denerwowały, można to było napisać krócej -- no i mam problem z książkami, które starają się być tak strasznie realistyczne, że musi w nich być wszystko i im straszniejsze, tym lepiej.

      Usuń
  2. A może pora sobie zadać pytanie odwrotne? Napisać/ podyskutować o BRAKU (auto)cenzury?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to jest ciekawy problem (też trochę zahaczający o kwestie wolności słowa i swobody twórczej). Pomyślę nad tym :).

      Usuń
    2. Także myślę, że to jest ciekawy problem, dlatego rzuciłam komentarz. :)

      Usuń
  3. Popieram powyższy komentarz o braku (auto)cenzury też bym poczytała, zresztą o tym, czy artyście wolno wszystko i czy ekshibicjonizm = szczerość także :)
    Ale wracając do tematu tego wpisu: jest jeszcze jeden rodzaj swoistej cenzury, bardzo podstępny, bo czytelnik nie zawsze zdaje sobie z niego sprawę - nazwałabym to "cenzurą wydawcy" (czyli usuwaniu akapitów, lub rozdziałów z książki) często chyba sprowadzającą się do subiektywnego widzimisię, bo nie wiem czy ma to inne powody. Nie pamiętam czy u Ciebie czytałam wymianę zdań bodajże z Tarniną, czy na jej blogu, ale mnie zaskoczyło, że tomy z serii o Ani z Zielonego Wzgórza są często niekompletne i czasami brakuje całych rozdziałów. Niedawno czytałam też na blogach o nowym, ale bardzo okrojonym wydaniu "Braci Karamazow"; a sama wciąż liczę, że ktoś w końcu wypuści nowe i pełne wydanie "Podróży Guliwera", bo zazwyczaj są to wersje okrojone do dwóch pierwszych części tej książki :/ ...Osobnym tematem jest to, że z "Guliwera" robi się często - z niezrozumiałych dla mnie powodów - na siłę opowiastkę dla dzieci, więc może to też jakiś pomysł na kolejny wpis, tzn. książki, które z biegiem lat zostały wtłoczone w kategorię "dla dzieci" i często w związku z tym ocenzurowane/uproszczone? ;) O właśnie, czy to też nie pewien rodzaj cenzury, takie dopasowywanie treści do młodszego czytelnika? Do tej kategorii mogę zaliczyć np. niektóre tłumaczenia powieści Juliusza Verne'a, bo wycinano z nich treści zbyt naukowe (że niby za trudne dla dzieci, co jednak dziwnie kłóci się z nazwą gatunku - "popularnonaukowe").
    Amatorka K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, to bardzo ciekawy aspekt: dlaczego wydawca decyduje się wypuścić coś w takiej a nie innej formie (jeśli oczywiście w grę nie wchodzi tu żadna z wyżej wymienionych cenzur, a właśnie ta wydawniczo-ekonomiczna). Zresztą jak widać to też bywa różnie w różnych krajach, czasami "przykraja" się książki do określonych wymogów kulturowych czy społecznych. Pisałam już o pisarkach, które uważa się za dziecięce, choć pisały także powieści dla czytelników starszych, ale bardzo podoba mi się ten pomysł z książkami pierwotnie wcale nie skierowanymi do dzieci. Muszę poszperać, czy znajdę wystarczającą liczbę przykładów i wtedy napiszę :)!

      Usuń
    2. Przy skrótach pochodzących od wydawców niepokoi mnie i wkurza jedna rzecz: że to czasami trąci takim podejściem "wiem lepiej od autora, jak powinna wyglądać powieść, aby była lepsza/ciekawsza...". Takie wrażenie miałam np. przy moim wydaniu "Ani z Szumiących Topoli" - z dopisków od wydawcy można wywnioskować, że ktoś doszedł do wniosku, że listy Ani do Gilberta są zbyt długie, ckliwe i nudne i je poskracał. Nie wiem, może i takie są, ale chciałabym móc samodzielnie się o tym przekonać!
      Czasem wydawcy kierują się chyba czynnikiem "ekonomicznym", który równa się niestety niechlujstwu i braku szacunku dla pisarza i czytelnika: kiedy dostępne za darmo (bo wygasły prawa autorskie) jest stare, niepełne tłumaczenie to niektórym kalkuluje się skorzystać z niego, zamiast uzupełniać, czy zlecać (i płacić za) nowy przekład.

      Usuń
    3. Tak! To samo mam dokładnie z tą samą powieścią :). Przy czym na początku myślałam sobie, o, jak autorka ładnie wybrnęła, żeby nie pisać sentymentalnie, tak przyjemnie skraca te listy Ani, wykorzystując to, co wcześniej Ania pisała o jakości stalówek, to tak ładnie uintymnia związek bohaterów, bo pozostawia sporo niedopowiedzeń przed czytelnikiem... ;)

      To prawda, że z nowymi przekładami jest czasami problem (do dzisiaj mnie dziwi, że wiele czeskich powieści ciągle się wznawia w tłumaczeniach Hulki-Laskowskiego), ale to chyba też kwestia samego podejścia do tekstu: czasami to stare tłumaczenie się "wżyło" w naszą kulturę (ten Hulka-Laskowski to niezły przykład), czasami wydawca chce zainwestować w jakieś inne faktory (ładna szata graficzna na przykład) i tak samo to, jaki jest tekst schodzi nieco na plan dalszy -- w końcu samą fabułę da się wyczytać.

      Usuń
    4. Tak samo myślałam! Jak jeszcze byłam młodym i naiwnym dziewczęciem, to byłam przekonana, że to uwagi odautorskie i nawet chwaliłam L.M.M. za dowcipne ominięcie szczegółów listów! :D
      Może i tak jest, ale dla mnie priorytetem powinna być zawsze chęć jak najlepszego oddania oryginalnej treści, a dopiero potem duperele typu szata graficzna - a jak ktoś tego nie rozumie, to może niech zamiast książek produkuje serdelki? ;) I w sumie to drażni mnie brak wyraźnej informacji, że tekst jest skrócony - ktoś chce przycinać książkę według władnej woli? Ok, ale niech wyraźnie napisze na okładce, pod tytułem, że to wersja niepełna. A stare tłumaczenia mi same w sobie nie przeszkadzają, chyba nawet bywam bardziej sceptyczna do tych nowych - zwłaszcza jak słyszę, że tłumacz ma ambicje "dopasować treść do współczesnego czytelnika", bo biorąc pod uwagę, co ja myślę o guście przeciętnego, współczesnego czytelnika, to mnie takie deklaracje przerażają.

      Usuń
    5. Pewnie nie tylko my się nabrałyśmy ;).

      No a co do nowych tłumaczeń: czasami to jest dobry pomysł -- nawet nie chodzi o jakieś dopasowywanie treści, ale na przykład oddanie uczciwości autorowi, który w oryginale pisze dowcipnie i ironicznie, a u nas od lat trwa obciążony młodopolską frazą ;).

      Usuń
  4. Cenzurowano Andersena, o czym wspominam na swoim blogu. Boy "przycinał" Ulissesa. Przypadków jest wiele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z baśniami w ogóle jest ten problem "dostosowywania" ich pod czytelnika (zmienia się też odbiór pewnych kodów kulturowych -- pisałam o tym przy okazji wpisu na Dzień Książki dla Dzieci). A co do Boya -- bo chyba chodziło o Prousta, Boy nie tłumaczył chyba z angielskiego? -- to jeśli chodzi o "W poszukiwaniu straconego czasu" ciął mu zdania, żeby były bardziej zrozumiałe w polszczyźnie i nie wiem, ile Proust na tym stracił, ale przekład tych tomów, które robił Boy, czyta się świetnie, przynajmniej ja mam takie wrażenie :).

      Usuń
    2. Oczywiście chodziło o Prousta moje przejęzyczenie, to jest tak jak myśli się o dwóch kwestiach naraz. Masz rację oczywiście.

      Usuń
    3. Wolałam się upewnić, bo szczerze mówiąc przy pierwszym przeczytaniu przeczytałam "Ulisses" i pomyślałam "W poszukiwaniu...", więc doskonale Cię rozumiem :).

      Usuń