Pikniki z Klasyką #1: Trudna sztuka życia jak trzeba albo o "Paniach z Cranford" E. Gaskell




Nie wiem, jak u Was, u mnie coś pogoda znowu nie dopisuje, ale wcale mi to nie przeszkadza, żeby zaprosić Was na piknik. A konkretnie na pierwszy z serii Pikników z Klasyką. Zainteresowani? Zdezorientowani? Pukacie się znacząco w czoło (mam nadzieję, że nie)? Już tłumaczę, o co chodzi! 

Jakoś tak przed miesiącem umówiłyśmy się z Tarniną, że koniecznie musimy przeczytać wreszcie jakąś książkę jednocześnie, żeby móc na świeżo o niej podyskutować i wymienić się wrażeniami. Jak wiadomo, wrażenia z lektury bledną, wątki wypadają z pamięci i tak dalej – dlatego dobrze jest dzielić się spostrzeżeniami na bieżąco. Dlatego postanowiłyśmy uruchomić coś w rodzaju takiej małej akcji czytelniczej. Co miesiąc (choć nie zawsze regularnie, ale będziemy się starały) mamy zamiar czytać razem jakąś książkę – z tych starszych – i następnie w tym samym dniu publikować swoje spostrzeżenia o niej, a potem dyskutować. Wczoraj Tarnina doskonale ujęła założenia tego pomysłu, więc odsyłam Was do tej notki. Pikniki z klasyką mają odsyłać do tego, co takie świetne we wspólnym czytaniu: dzielenia się wrażeniami, odkrywania nowych stron właśnie przeczytanej książki, miłego spędzania czasu. Mamy nadzieję, że będziecie chcieli piknikować z klasyką -- no i z nami.


I mamy nawet dzięki Tarninie logo! Prawda, że piękne?
Zwróćcie uwagę na romantycznego pana po lewej.


Na pierwszy ogień poszły „Panie z Cranford” Elizabeth Gaskell. Głównie dlatego, że w ostatnim czasie łatwo się było w nie zaopatrzyć w związku z promocją książkową w owadziej sieci, a że od dawna miałam w planach tę serię – te okładki! – przystałam na takie rozwiązanie z ochotą.

O czym są „Panie z Cranford”? W gruncie rzeczy to jedna z tych krzepiących opowieści o małym miasteczku gdzieś na tak zwanej prowincji – tu mamy prowincję brytyjską, która sama w sobie kojarzy się sielsko – zamieszkanym przez oryginałów i dziwaków, których narrator opisuje z łezką w oku i sentymentalnym „dzisiaj to już nie do pomyślenia, ech”. W Cranford ową oznaką ekscentryczności jest fakt, że zamieszkują je głównie panie – wdowy i stare panny, a żaden mężczyzna (nie licząc tych tak zwanych klas niższych) się tu długo nie utrzyma. Narratorka o wdzięcznym nazwisku Smith bywa w Cranford u znajomych pań, zatrzymując się nierzadko na kilka tygodni (w końcu jak wizyta, to wizyta) i obserwując rozwój wydarzeń w miasteczku. Przy czym rozwój wydarzeń to może za dużo powiedziane, ot, chodzi o to, by patrzeć, jak się toczy historia, ani specjalnie wielka, ani taka znowu -- w odpowiedniej skali -- mała.
 Jako ilustracje -- pochodzące z wikipedii zdjęcia miasteczek
angielskich w XIX wieku.

Jakie są „Panie z Cranford”? Urocze, to chyba jest odpowiednie słowo. Jeśli chcielibyście zobaczyć coś pomiędzy „Anią z Avonlea”, „Jonathanem Strangem i panem Norrellem” a „Dumą i uprzedzeniem”, to jakoś na przecięciu tych trzech znalazłaby się proza Gaskell. Co nie oznacza, że jest to rzecz wtórna (nawet z racji czasu powstania być wtórną niespecjalnie może). Gdzie tam. Gaskell co prawda wchodzi w buty opowiadaczki o dziwnym miasteczku i jego specyficznych mieszkankach, ale te buty są ciut przyciasne, więc tu wykroi sobie miejsce na palce, tam przydepcze podpiętek i tak sobie idzie, snując opowieść. Mamy oczywiście wątki takie jak nieszczęśliwa miłość po latach albo zaginiony członek rodziny, mamy kostycznych pastorów, pruderyjne stare panny, plotkarskie sąsiadki oraz pseudoarystokratyczne obyczaje, ale to wszystko jest przyozdobione ciętą ironią, łagodzoną od czasu do czasu przez tak zwane dobre obyczaje.
Co widać zza „Pań z Cranford”? Przede wszystkim bowiem ta obyczajowość nie jest wcale pozbawiona spojrzenia kogoś z boku. Co jest fascynujące, bo opiera się właśnie nie na pewnym anachronizmie (czyli patrzymy na jakąś epokę z pewnego odstępu czasu), ale na takim napięciu bycia z Cranford i spoza niego. I chociaż narratorka jest młodsza od innych bohaterek, to przede wszystkim jej zdolność obserwacji opiera się właśnie na tym, że w Cranford nie mieszka, ale bywa. Także tutaj to pole do obserwacji, co też wyziera spoza opisywanych zdarzeń, jest podwójne: my patrzymy na ręce narratorce, a ona innym bohaterkom. I chociaż nie jest wolna od pewnych klisz kulturowych swoich czasów (deklaruje na przykład, że nic nie rozumie z ekonomii – a kiedy ojciec ją zbywa, nie dopytuje dalej, bo boi się być mocniej ofukniętą), to mimo wszystko jest obserwatorem nie stamtąd, ale bardziej skądinąd.

Interesujący jest sam punkt wyjścia, czyli miasteczko, w którym żyją głównie panie. Panie te zresztą albo szczycą się swoją wdowią pozycją (splendory zmarłych mężów je opromieniają, na przykład któż za się lepiej na broni niż wdowa po oficerze) albo trwają w staropanieństwie (używam tego sformułowania, chociaż go nie lubię, bo takiego używa też autorka/tłumaczka), bojąc się małżeństwa jak ognia (przy czym nie do końca zostaje doprecyzowane, dlaczego: głównie chodzi o strach przed mężczyznami, którzy mają z założenia inne, mniej spokojnie charaktery). Pozycja kobiet nie jest jednak, jak mogłoby się wydawać, taka zupełnie bez wyjścia. To silne postacie i świetnie sobie radzą (chyba, że chodzi o kwestie bankowe, z tym niektóre już sobie tak świetnie nie radzą – ale nie wszystkie), przy czym widać, że określenie „słaba płeć” zupełnie do nich nie pasuje. Spójrzmy na przykład na cudownie ironiczny fragment odnośnie jednego z męskich bohaterów, który przelatuje niczym meteor przez życie Cranfordzianek:

Zastanawiałam się, co kranfordzkie panie robią z kapitanem Brownem na swych przyjęciach. Dawniej zawsze cieszyłyśmy się, że nie bywa na nich żaden dżentelmen, którego trzeba by obsługiwać i wynajdywać dla niego tematy do rozmów.
[cytuję z wydania Świata Książki z tego roku, s. 11]

Mężczyzna jest tu postawiony w roli kogoś, kto tak bardzo centruje na sobie uwagę innych, że nie mają oni (czy właściwie: one) czasu na cokolwiek innego. To jednak dotyczy tylko mężczyzn z pewnej sfery – nikt na przykład nie oburza się na miejscowego doktora, bo nosi on „plebejskie” nazwisko Hoggins, taki nie-arystokrata jest właściwie tylko, jak można by wnioskować, pół-mężczyzną. Tu zresztą widać też dobrze, że mężczyzna jest taki dość bezwolny w tej optyce – sam się sobą nie zajmie, nawet odpowiedniego tematu do rozmowy sobie i innym nie znajdzie. Również kapitan Brown wpisuje się w ten schemat: jak już wywoła temat, to panie czują się zakłopotane (okaże się zresztą, że „Klub Pickwicka” Dickensa, o którym tak chciał dyskutować, to jednak niebezpieczna sprawa nie tylko „w towarzystwie”).

Panie z Cranford” pokazują też doskonale różne dziwactwa epoki. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest uwaga o tym, że skądinąd bardzo sympatyczny bohater i fan poezji wymawia nazwiska Goethego dokładnie tak, jak się je pisze (co po angielsku musiałoby chyba dawać coś w rodzaju „Gołtiego”?). Innym – absolutnie fantastyczny pokaz dobrych manier: czy wiecie, jak należy jeść pomarańczę? Oczywiście nie kroić jej, bo sok „cieknie nie wiadomo gdzie”, pomarańczę bowiem się ssie (przy czym wymagane jest bardziej eleganckie określenie) w zaciszu swojego pokoju. Jeszcze nie próbowałam być taka elegancka, ale też sezon na pomarańcze się skończył. No i jeszcze jedna scena dostarczyła mi sporą dawkę radości: kiedy na pokazie magika jedna z pań komentuje głośno sposoby, w jakie „magia” jest wykonywana. To zerwanie iluzji scenicznej jako żywo wykorzystuje później Pratchett w „Trzech wiedźmach” (nie wiem, czy to trop prosto z Gaskell, ale w sumie przecież możliwe, skoro Pratchett w ogóle gra z tymi okołowiktoriańskimi konwencjami).

Zobaczcie też sami, jak cudownie ironiczna potrafi być narratorka. Jeden z rozdziałów poświęcony jest rozbuchanej plotce o najeździe na Cranford (wszyscy spodziewają się oczywiście albo nachalnych Irlandczyków albo synonimu wszelkiego zła, czyli -- rzecz jasna -- Francuzów), a narratorka opisuje to tak, że do końca nie wiemy, czy wierzy innym bohaterkom, czy raczej delikatnie naśmiewa się z nich obaw. Ale zestawienia tonu poważnego i sarkastycznego są obecne w delikatnych przejściach. Na przykład pisząc o losie psa jednej z sąsiadek, autorka pisze:

Biedny Carlo! Wkrótce już przestał szczekać. Może banda, grasująca w okolicy, obawiała się go, a może chciała się zemścić za to, że przeszkodził im w napadzie, i otruła go; może, jak myśleli pewni niewykształceni ludzie, dostał apopleksji z przejedzenia i braku ruchu.
[s. 122-123]

To przejście, to zrzucenie winy na niesprecyzowanych „niewykształconych ludzi”, przy tym jeszcze, że wcześniej mamy okazję się z zachowaniem Carla i jego pani zapoznać, jest doskonałym zabiegiem. Niby nic nie zostaje powiedziane wprost, dobre obyczaje nie zostają naruszone, ale my mamy okazję wyrobić sobie zdanie sami. 

Skąd i z kiedy są „Panie z Cranford”? Fascynujące jest osadzenie „Pań...” w takim czasie przejścia: nic się do końca nie dzieje, gdzieś są jakieś wojny, ale daleko, wszyscy pamiętają co prawda strasznego Napoleona, ale tak już dość mgliście. A przede wszystkim w swoim skromnym życiu wspominają świetność przeszłości: bale, na które się chadzało, spotkania towarzyskie inne niż przy grze w preferansa i tego typu rozrywki. Doskonale widać to w scenie, w której bohaterki ruszają na pokaz magicznych sztuk, który ma miejsce w budynku, w którym kiedyś odbywały się bale. Ale o tym świadczy tylko z lekka już poszarzały wystrój sali, dawna świetność przeziera spoza nieco wyleniałych materiałów i resztek girland. To jest w sumie pewna nowość, przynajmniej dla mnie: taka przeszłość, która sama o sobie mówi, że jest tylko cieniem świetności, a nie tym punktem odniesienia, do którego wzdychamy mówiąc „ach, stare dobre czasy”. Pokazuje zresztą, jak szybko wszystko się zmienia, bo dzieciństwo pań z Cranford upłynęło jakby w zupełnie innym świecie niż ich dorosłe życie.

Także jeśli trafi się Wam okazja do lektury „Pań...” nie zwlekajcie, czytajcie! A jeśli czytaliście -- może macie ochotę porozmawiać? A co do mnie: na półce czeka już „Północ i południe” tejże autorki i zamierzam wkrótce kontynuować przygodę z jej pisarstwem.

Zachęcamy razem z Tarniną do dyskusji (jej dzisiejszy wpis znajdziecie tutaj)! Gdybyście mieli ochotę się wcześniej zapoznać z książką albo od dawna potrzebujecie motywacji, żeby przeczytać jakiegoś klasyka, albo po prostu chcecie się włączyć – za miesiąc, dwudziestego czerwca planujemy dyskutować o „Popiołach” Stefana Żeromskiego.

______________

A jutro dla (niewielkiej) odmiany będzie okazyjnie.

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Pyzo, jak Ty to poetycko opisałaś! te przydeptane podpiętki :) Cieszę się, że się zgadzamy: "Panie z Cranford" są urocze i warte polecenia. Elizabeth Gaskell znam od niedawna, ale chyba już mogę ją zaliczyć do grona ulubionych autorów. "Północ i Południe" też gorąco Ci polecam.
    I świetny tytuł wybrałaś "Trudna sztuka życia jak trzeba", bo o tym właśnie są "Panie z Cranford", moralizatorskie, ale w ten właśnie uroczy, wcale nie irytujący sposób.
    W „Cranford” widzę takie dwie ścieżki interpretacyjne. Pierwszą można właśnie podsumować Twoim tytułem, bo dotyczy życia w wymiarze indywidualnym. Tutaj mieści się historia niespełnionej miłości, poświęcenia dla ciężko chorej siostry, relacji w małżeństwie, stosunków między rodzicami i dziećmi, przebaczenia komuś, kto właściwie zmarnował nam życie itd. Bardzo wzruszający jest rozdział, w którym panna Matty dowiaduje się o bankructwie jej banku (i swoim własnym) i jej reakcja na tę wiadomość, całkowicie niepraktyczna, ale moralnie piękna.
    Druga ścieżka interpretacji to społeczeństwo. Jeżeli zestawimy książki Gaskell z powieściami Jane Austen (muszę je zestawiać, nic na to nie poradzę), to widać, jak wiele się w tym czasie w Anglii zmieniło – albo jak różne były społeczne zapatrywania obu pań. (Z drugiej strony, społeczeństwo brytyjskie do dzisiaj jest najbardziej klasowym społeczeństwem w Europie i pewnie też znajduje się w czołówce w skali świata). Austen koncentrowała się wyłącznie na klasie społecznej zwanej gentry, od czasu do czasu zahaczając o arystokrację. Pozornie robi to też Gaskell, jej panie z Cranford też są albo córkami, albo żonami (a raczej wdowami) dżentelmenów. Ale właśnie tylko pozornie, bo od początku daje czytelnikowi znać, że poza tym wąskim kręgiem toczy się życie, nie mniej ważne, co życie tego „dobrego towarzystwa”. Już samo otwarcie powieści o tym mówi: w Cranford nie ma mężczyzn, ale zaraz dowiadujemy się, że oczywiście są, i że to „Cranford” określa właściwie tylko kilka domów, które na palcach jednej ręki można by policzyć. Wnioski, czy kranfordzka „elita” była dla miasteczka tak ważna, jak jej się wydawało, czytelnik może wyciągnąć sobie sam. I chyba nie muszę mówić, który sposób patrzenia na społeczeństwo jest mi bliższy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję :). Myślę, że za "Północ i południe" zabiorę się niedługo, jak uporam się z książkami z biblioteki, bo jeśli jest to napisane tak cudnie, jak "Panie...", to szykuje się wspaniała lektura.

      Tak, w ogóle wydaje mi się, że ten wymiar indywidualny jest tu w ogóle prostszy do przyswojenia sobie nam dzisiaj: ot, po prostu zwykli ludzie, czasem dziwni, czasem -- jak to ujęłaś u siebie -- snobistyczni, ale generalnie z dobrym sercem (ale powiedz, nie denerwowała Cię historia panny Matty i pana Holbrooka, która gdyby nie Debora pewnie skończyłaby się inaczej?). Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę ten wymiar społeczny, to sprawy się trochę komplikują.

      Właśnie dlatego, że tam ten -- nie wiem, jak to nazwać: klasizm? -- strasznie wychodzi na wierzch. To urąganie doktorowi, który jest w ogóle świetny, no ale to nazwisko! To utrzymywanie pozorów, że nie wie się, co na obiad, bo przecież gotowała służąca! To jest trzymanie się pozorów w takim świecie, który się jednak rozpada (czego finałem jest w sumie ta wolta z panną Matty, Martą i stanem mieszkaniowym). Szkoda trochę, że autorka przy tym nie pozostała, bo jednak końcówkę daje nam bardzo tradycyjną, role społeczne się na powrót stabilizują (i to jak -- przez element kolonialny, ha!).

      A swoją drogą, właśnie tego języka do opisu, o jaką klasę społeczną chodzi, mi brakowało. No bo gentry to w sumie ziemiaństwo, ale tam jest jeszcze arystokracja, te tytuły w stylu lorda i milady, trudno się to przekłada na znane nam realia historyczne. Ale może to tylko mój problem, nie wiem?

      Usuń
    2. Zacznę od końca: z jednej strony to oczywiście stanowi trudność, że nie można, czytając literaturę obcą, polegać na aparacie pojęciowym języka, w którym się wyrosło, ale z drugiej strony - jakże fascynujące :)
      Ziemiaństwo to landed gentry, a do gentry, oprócz posiadaczy ziemskich, zaliczał się jeszcze każdy, kto był dżentelmenem (oraz jego rodzina), czyli oprócz ziemiaństwa jeszcze duchowni, oficerowie armii i marynarki wojennej oraz prawnicy (ale nie lekarze, ani nawet zamożni ludzie zajmujący się biznesem). Oczywiście gentry bez ziemi na drabinie społecznej plasowało się niżej niż landed gentry, a panie kranfordzkie są właśnie przedstawicielkami tej pierwszej klasy, żadna z nich nie posiada nawet własnego domu. Tak to funkcjonowało za czasów Jane Austen i w takim społeczeństwie panie z Cranford się wychowały, i dużo wysiłku poświęcają temu, żeby zachować przynajmniej pozory tego stanu rzeczy. Bo przecież społeczeństwo już zaczęło się zmieniać.

      Być może inaczej patrzymy na tę powieść, bo ja interpretuję ją też trochę przez pryzmat "Północy i Południa". Gaskell naprawdę ma dużą wrażliwość społeczną i zapatrywania, jak na tamte czasy, bardzo demokratyczne. Ten "klasizm", jak to ujęłaś, ona bardzo w "Cranford" wyśmiewa, sprowadza wręcz do absurdu. Bohaterki trzymają się tych pozorów, bo wychowano je w kulcie klasy społecznej, ale w gruncie rzeczy, gdyby tylko odważyły przebić przez ten pancerz, myślałby zupełnie inaczej. I właśnie ta relacja Marty i panny Matty jest tu świetnym przykładem. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby autorka w zakończeniu robiła jakiś społeczny krok w tył - w końcu panna Matty została babcią dziecka Marty, a że powrót brata zapewnił jej znów finansową stabilizację - chyba wszyscy czytelnicy się zgodzą, że zasłużyła na tę nagrodę. Zresztą, nie oczekujmy zbyt wiele. Patrzymy na powieść z perspektywy naszych czasów i wychowałyśmy się w społeczeństwie, które jest, bądź co bądź, jednak dosyć egalitarne. Ale w Anglii w latach 1850. ludzie myśleli zupełnie inaczej i na tym tle Gaskell wydaje mi się postępowa.

      Oczywiście, że historia miłości panny Matty i jej rola, jaka odegrała w tym jej starsza siostra, strasznie mnie zirytowała. Wątpię, żebym mogła być tak wspaniałomyślna, jak panna Matty, i jej wybaczyć. Ale ten wątek wybaczenia też jest bardzo ważny, panna Matty postępuje bardzo po chrześcijańsku, w końcu żaden człowiek nie zasługuje na przebaczenie i odkupienie, a jednak wszyscy je otrzymują. (Religia też zajmuje bardzo ważne miejsce w twórczości Gaskell, która była i córką, i żoną duchownego). Inna sprawa, że to właśnie uleganie "autorytetom"zgubiło pannę Matty.

      Usuń
    3. Dzięki Ci wielkie za wyjaśnienia, szczerze mówiąc gdyby zatem szukać jakiegoś punktu odniesienia w rodzimej literaturze, to podobna byłaby pogarda Łęckich dla interesów Wokulskiego czy przeboje niektórych bohaterów "Rodziny Połanieckich" ;). Ale to na marginesie. Z tego, co pamiętam, kwestie dziedziczenia tytułów i praw do ziemi i domów były też dość zawiłe -- zresztą trochę to widać w tym, co mówią bohaterki o lady Glenmire ("miała prawo do tytułu, a ponownie wyszła za mąż!").

      Oczywiście, moje rozumowanie jest archaizujące i nie żądam, żeby Mary Smith wbiegła do pokoju panny Matty krzycząc na nią za wykorzystywanie służby -- raczej chodzi mi o takie moje ciągoty do wyciągania pewnych uwarunkowań kulturowych spod spodu samej fabuły. Zgodzę się w zupełności, że Gaskell ma niesamowite wyczucie społeczne i że widać, jak poddaje krytyce pewne zachowania; ale jest to krytyka czasami -- takie odnosiłam wrażenie -- hamowana (czy dlatego, że tak a nie inaczej wygląda postać narratorki?), tak jak z tą ironią. To znaczy idzie daleko, ale troszkę się i cofa. W tym sensie zakończenie jak najbardziej odpowiada takiej fabularnej koncepcji sprawiedliwości (i jako czytelnicy jesteśmy ukontentowani), ale i sięga po ten wzór: jednak pani nie powinna mieszkać u służącej. I w realizacji pomaga tutaj właśnie powrót agi Jenkynsa (który wraca z Indii przecież). I ta relacja pani-służąca w kryteriach ekonomicznych wraca do "normy", ale jak najbardziej się z Tobą zgodzę, że w kryteriach symbolicznych ulega zmianie (pojawia się ten związek obu kobiet przez dziecko -- swoją drogą to maskowanie ciąży i ukrywanie wiadomości o nadchodzącym porodzie było szalenie frapującym motywem obyczajowym!).

      A właśnie, religia: to dość ciekawe, że właściwie religia instytucjonalna (ci pastorzy właśnie, kazania, chodzenie na nabożeństwa) funkcjonuje tu tak oddzielone od takich indywidualnych dzieł miłosierdzia. Może to wynika ze specyfiki wyznaniowej, a może to tylko kwestia epoki -- niemniej wydaje mi się to interesujące :).

      Usuń
    4. Co do tych kwestii społecznych to różnica między nami polega chyba na tym, czy szklanka jest do połowy pełna, czy pusta :)

      W owych czasach połóg określano chyba słowem "confinement", co jest dosyć wymowne ;) Ale w przypadku panny Matty może daje o sobie znać jej wielka naiwność, jeśli chodzi o kwestie damsko-męskie?

      Co do Twojej ostatniej uwagi, to wydaje mi się, że jest to kombinacja obu czynników. Duchowny to był po prostu zawód, również status społeczny i urząd, nie wiązano tego chyba jakoś szczególnie z religijnością, a kazania pisano na zamówienie możnych patronów - słynne kazanie, z którego tak dumny był pastor Jenkyns.

      Usuń
    5. Tak sobie myślę, że to dodatkowo miało podkreślać naiwność panny Matty (i jej ogólne przerażenie a propos czegokolwiek, co dotyczy kwestii intymnych).

      A co do kazań: jest jeszcze starsza panna Jenkyns, która marzyła przecież o pisaniu kazań dla ewentualnego męża-pastora!

      Usuń
    6. Przypomniała mi się taka kwestia jednej z pań: "znam się na mężczyznach, mój ojciec był mężczyzną" ;)

      Usuń
  2. Kto pisał, że u Austen zostać guwernantką to deklasacja, podczas gdy u Bronte - to awans? A jakby to było u Gaskell? Wszak u niej nawet bywsze pokojowe (choć mam wrażenie, że raczej osobista służąca, niż pokojówka) mogą przejść od układania włosów do prowadzenia sklepu, a potem zamknąć biznes i dostąpić zaszczytu częstowania wiśniówką lokalnej śmietanki. Z drugiej strony, ten schemat małego, angielskiego miasteczka, gdzie każdy ma swoje miejsce, a jak nie ma - to mu się czym prędzej przypisze, ten schemat jest chyba nieśmiertelny. Przypominają mi się powieści Christie o pannie Marple - one też bazują na kole pań w wieku mocno zaawansowanym, w nich też po II WŚ pojawia się smutek, że odchodzą stare dobre czasy, a służba domaga się odkurzacza, zamiast tradycyjnej zmiotki.
    Swoją drogą, zastanawia mnie ta nieuchwytność narratorki w "Cranford". Coś niecoś o Mary wiemy, nawet jej ojciec pojawia się na scenie, a przez większość książki miałam wrażenie obcowania bardziej z duchem narracji, niż z realną osobą.
    Z Gaskell moim absolutnym faworytem są "Żony i córki", w których momentami widzę cienie mojego ulubionego "Mansfield Park" (za to w "Północ i południe" jedno zdanie w charakterystyce głównego bohatera tak bardzo, bardzo przypomina mi "Shirley", że nie wiem czy to nie świadomy ukłon). Natomiast kwestia chrześcijańskiego miłosierdzia w "Ruth" z lekka mnie zdeprymowała - ma wrażenie, że bohaterce wybaczają błędy młodości, ale tylko i wyłącznie dlatego, że staje się eterycznym aniołem miłosierdzia.
    Ale, wracając do "Cranford", to, co jest ujmujące to takie poczucie osadzenia. Że jesteśmy tu i teraz, i wiemy, kim jesteśmy. To jest strasznie pociągające u Gaskell.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jak cudownie, ktoś jeszcze oprócz mnie uważa "Mansfield Park" za ulubione :) Wobec tego koniecznie muszę przeczytać "Żony i córki".

      Ale u Gaskell bardzo pociąga mnie to, że właśnie nie wszystko jest zdeterminowane przez klasę społeczną, i że te podziały można jednak czasem przekroczyć. Zapewne dlatego, że w świecie Jane Austen mogłabym być tylko pokojówką ;)

      Mary Smith też mnie zastanawia, rozpracowywałyśmy ją (bez konkluzji) w równoległej dyskusji u mnie :)

      Usuń
    2. O, o, właśnie -- to określenie Mary jako ducha narracji idealnie pasuje! Ann-wlkp, świetnie to ujęłaś :)!

      Natomiast wiecie, będę się trochę upierać (ale to zupełnie indywidualna kwestia), że mimo tej zmienności w ułożeniach klasowych (od pokojówki do właścicielki sklepu, która wydaje przyjęcia) to jednak są zmiany w jednym właściwym kierunku (zawsze w stronę tego "właściwego życia", nigdy odwrotnie chyba?), nie tyle łamiące bariery klasowe, co właśnie je utwierdzające. Poza tym za tymi zmianami ciągnie się jednak takie "oto właśnie moja była pokojówka", w sensie że one nigdy do końca nie ulegają przedawnieniu (nawet jeśli się nie zna historii człowieka, wyciąga się z nazwiska -- przykład Hogginsa -- podejrzenia co do jego pochodzenia). Przy czym nie robię z tego zarzutu narracji, raczej to chyba są kwestie epoki.

      "Mansfield Park" mam w planach na jesień! Już mogę zacierać ręce w takim razie ;).

      Usuń
    3. Nie zgodzę się z Tobą, Pyzo, że te podziały klasowe są petryfikowane. Jeden kierunek jest właściwy, bo przecież wszyscy chcemy, żeby to nas obsługiwano, a nie żebyśmy my obsługiwali. Ale panna Matty przechodzi drogę w odwrotnym kierunku, musi zacząć na siebie zarabiać, nie zostaje jednak wykluczona z "elity". To zresztą potwierdza też ewolucję bohaterek, które są wreszcie zdolne do wyjrzenia poza swoją klasową przegródkę. A to, że zarzuty "pochodzeniowe" nigdy nie ulegają przedawnieniu, to chyba jest nie tyle kwestia epoki, co w ogóle społeczeństwa brytyjskiego, bo tak jest w pewnym stopniu do tej pory, kariery dla tych, co byli w Eton.

      Usuń
    4. Ano właśnie: ale jak tylko pojawia się Peter, panna Matty zwija interes. To znaczy teoretycznie godzi się na robienie tego, co w opinii innych nie przystoi kobiecie z tej klasy społecznej -- otoczenie to akceptuje, bo widzi, że nie ma wyjścia -- ale jak tylko konieczność się kończy to nawet przecież dobrze prosperujący interes i praca sprawiająca przyjemność muszą odejść (przemawia przeze mnie trochę zawód, bo naprawdę liczyłam, że panna Matty nadal będzie urzędowała w sklepie!). I oczywiście się zgadzam, nawet więcej: to w sumie nie tylko kwestia brytyjskiego społeczeństwa, ale też ilustracja szerszego procesu społecznego wszędzie, gdzie klasy były bądź są.

      Usuń
  3. Pozwolisz, Pyzo, że wrzucę jeszcze jeden temat (bo co do kwestii samozatrudnienia panny Matty, to się raczej nie zgodzimy): czy "Panie z Cranford" to literatura kobieca?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobre pytanie. Wydaje mi się, że zależy to jednak od definicji "literatury kobiecej", jaką przyjmiemy. Ja z tą definicją mam problem, bo naklejka "literatury kobiecej" od jakiegoś czasu jest raczej obelgą niż pochwałą (o czym kiedyś pisałam), więc może bardziej bym się skłaniała ku temu terminowi "literatura kobiet". No, ale zgodziłyśmy się co do pewnych konserwatywnych założeń powieści -- czy "Panie..." to w takim razie taka "literatura kobiet", jaka była możliwa w epoce, w której powstała? Jak myślisz?

      Usuń
    2. No tak, pytanie było tendencyjne ;) Odpowiedź zależy od definicji. Ja przyjmuję taką: "literatura kobieca" to literatura tworzona dla kobiet, wobec czego, dla odróżnienia, literaturę tworzoną przez kobiety i o sprawach kobiet należałoby nazwać "literaturą kobiet". "Literatura kobieca" rzeczywiście ma wydźwięk pejoratywny, bo polega na wyłączaniu ich z ogółu czytelników (w domyśle: poważnych czytelników - mężczyzn) i serwowaniu im czegoś "specjalnie" dla nich, co najczęściej jest niestety płytkie, banalne, wtórne i słabe literacko. I przy tak doprecyzowanym pytaniu, zdecydowanie nie zaliczyłabym "Pań z Cranford" do "literatury kobiecej". Przede wszystkim dlatego, że nie wydaje mi się, żeby była to powieść adresowana specjalnie do kobiet. Oczywiście jakości literackiej też niczego nie można zarzucić (albo bardzo niewiele). Rzecz jasna ze względu na osobę autorki i na bohaterki jest to "literatura kobiet", ale jeżeli traktować ją jako wypowiedź na temat roli kobiety w społeczeństwie, to rzeczywiście jest to wypowiedź bardzo konserwatywna (czyli powinna podobać się mężczyznom ;)). Dużo bardziej konserwatywna, niż np. obraz kobiet, który Gaskell przedstawiła w "Północy i Południu".

      Usuń
    3. Ostatnie zdanie sprawia, że coraz bardziej łakomym wzrokiem spoglądam na półkę, gdzie stoi "Północ i Południe" :). Ale tak się zastanawiam: chyba nie do końca da się o "Paniach..." powiedzieć, że są "dla kobiet" czy "dla mężczyzn"; są dość uniwersalne i właściwie gdyby je ustawiać pod gusta, to niewiele grup potencjalnych czytelników dałoby się wykluczyć (na pewno osoby nie przepadające za taką akcją bez akcji i obyczajowymi powieściami z XIX wieku ;)).

      Usuń
    4. Tak, moim zdaniem "Panie z Cranford" to książka dla wszystkich, ale ciekawa jestem, ilu mężczyzn w naszych czasach rzeczywiście po nie sięga. Bo w czasach Gaskell zapewne były czytane przez czytelników obu płci i chyba wtedy nie ukształtowało się jeszcze to pojęcie literatury "kobiecej". Oczywiście kobiety jako pisarki nie były traktowane poważnie, stąd częste użycie męskich pseudonimów. Co ciekawe, Elizabeth Gaskell tego nie robiła, a publikowała jako Mrs Gaskell, co podkreśla tak po wiktoriańsku zależność kobiety od mężczyzny, i właściwie wpisuje się w ton "Pań z Cranford", ale... no właśnie, naprawdę gorąco polecam Ci "Północ i Południe", tam ten wątek damsko-męski jest świetnie rozegrany, i dosyć przewrotnie. Jak tylko przeczytasz, chętnie z Tobą podyskutuję, już pozapiknikowo, bo ja zdążyłam już dwie notki o tej książce opublikować. I mam w planach jeszcze co najmniej jedną, w której będę roztrząsać scenę finałową, czekam tylko, kiedy róże mi zakwitną w ogrodzie, bo tam róże są kluczowym rekwizytem ;)

      Usuń
    5. Nie wiem, czy dam radę przed moim latem z Lemem, ale jeśli tak, to z przyjemnością o "Północy..." podyskutuję już niedługo -- a jeśli nie, to za czas jakiś :). Przy czym to jest bardzo ciekawa kwestia, kiedy rodzi się w ogóle ta "literatura kobieca" i jak to wygląda w czasach Gaskell. Swoją drogą czy to, że nie pisze pod pseudonimem, nie ma też związku z tym, że i jej mąż pisał? Tak się luźno zastanawiam, może to w jej otoczeniu po prostu nie był problem?

      Usuń
    6. No tak, jeśli chodzi o Gaskell, to mąż ją chyba nawet w pisarstwie wspierał i działali też wspólnie w tym zakresie. Z czego wynika, że musiał być światłym człowiekiem. Swoją drogą, chętnie bym przeczytała jakąś dobrą biografię Gaskell. Ale chodziło mi o inną rzecz. Austen ukrywała swoją tożsamość i jej powieści były publikowane jako autorstwa Damy, ale męskie pseudonimy u późniejszych pisarek miały przede wszystkim na celu zmylenie wydawców, uprzedzonych do kobiet. Problem, który niestety w wielu dziedzinach istnieje do dzisiaj.

      Usuń
    7. Chyba też nie tylko wydawców, ale i czytelników? To znaczy wychodzono (a niekiedy -- jak piszesz -- nadal się wychodzi) z założenia, że kobieta-pisarka celuje w węższy krąg odbiorców niż mężczyzna-pisarz.

      Usuń
    8. Oczywiście, na końcu łańcucha był czytelnik, ale żeby go mieć, trzeba było przekonać wydawcę do opublikowania książki. Mam wrażenie, że wtedy nie tyle chodziło o to, że kobieta pisze dla kobiet (czyli o kwestię "literatury kobiecej"), co o założenie, że kobieta z zasady pisze gorzej niż mężczyzna.

      Usuń
    9. Zgadzam się, ale wydaje mi się, że to się ze sobą wiąże, to znaczy za tym stoi też takie przekonanie, że te "kobiece tematy" są gorsze i mniej wartościowe.

      Usuń
  4. O, ale fajny projekt! Przyłączę się na pewno, ale raczej jeszcze nie w przyszłym miesiącu, bo mam sesję, obronę i Big Book Festival po drodze ;). Stawię się w lipcu, a prócz tego, jak dobrze pójdzie, przeczytam też „Panie z Cranford” i wrócę tu.
    P.S. „Mansfield Park” jest też moją ulubioną :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, będzie nam bardzo miło! Swoją drogą ja też ciągle pamiętam o jesiennych planach okołonabokovowskich, będzie można też tu coś ewentualnie połączyć, gdybyś miała ochotę ;). Trzymam kciuki za obronę, a do "Pań z Cranford" zachęcam bardzo, bardzo :)!

      Usuń
    2. O, Pyzo, to teraz chyba też będziesz musiała się stawić na piknik w lipcu ;)

      Usuń
    3. Tak sobie pomyślałam właśnie, że jak zdecydujemy się na coś krótkiego, to może zrobię sobie przerwę na odetchnięcie od Lema ;). Wszystko do negocjacji ;).

      Usuń
    4. Super! Łączmy, czytajmy, dyskutujmy, będzie pięknie! Boże, ależ się nie mogę doczekać, aż wreszcie skończę te studia i będę mieć czas. Co prawda zaraz potem praca, ale oprócz pracy chyba nic nie będę robić, tylko czytać. I wreszcie przeczytam wszystkie Twoje teksty Pyzo od deski do deski!

      A jeszcze co do tego Lema - masz jakąś listę książek już przygotowaną?

      Usuń
    5. A będzie mi przyjemnie, oczywiście, czytaj :). Bardzo się dobrze dyskutuje faktycznie, jak książka jest w pamięci "na świeżo" i do tego zrobi się jeszcze własne podsumowanie we wpisie (ale to niekoniecznie oczywiście, ja mam jednak tak, że jak sobie wszystko spiszę, to mam wrażenie, że myślę w bardziej uporządkowany sposób :)).

      Tak, już sobie sporządziłam listę (jak to ja ;)), będzie o tym osobny wpis, gdzie chciałabym coś o tym pomyśle napisać. Mam w planach zacząć od "Obłoku Magellana".

      Usuń
  5. Gaskell jest jedną z moich ulubionych pisarek XIXwieku. A do "Pań z..." zabieram się już dość długo, a wszystko przez to, że obejrzałam miniserial na podstawie książki. Swoją drogą świetny. Nie wiem, jak w książce, ale w serialu było kilka komediowych momentów, ale na sam koniec zostało mi w pamięci, że tam co chwilę ktoś umierał.
    Chyba w końcu muszę dotrzeć do książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, serialu nie widziałam, więc nie odniosę się do niego, ale książka napisana jest z dużym poczuciem humoru, nie musisz się zatem obawiać. I wcale ciągle ktoś nie umiera, także i tu możesz być spokojna. A przeczytać bardzo warto, teraz w serii "Angielski ogród" całkiem przyjemnie tę książkę wydano, więc podejrzewam, że stała się bardziej dostępna :).

      Usuń
  6. Właśnie skończyłam czytać Panie z Cranford, które były pierwszą powieścią Elizabeth Gaskell, po którę sięgnęłam ;)
    Książka wywołuje tyle różnych emocji. Zawarcie tego wszystkiego na 200 stronach wydaje się niemożliwe. A wątek z krową powalił mnie na kolana!
    Zapraszam na świeżą recenzję Pań z Cranford na moim (dopiero kiełkującym) www.filolog-niedoskonaly.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jeśli masz ochotę dołączyć do któregoś z wątków dyskusji, to my oczywiście z chęcią się przyłączymy! Formuła "Pikników" zresztą zakłada taką możliwość, co jest super w przypadku właśnie takiego medium, jakim są komentarze blogowe :-). Jeśli chcesz kontynuować przygodę z Gaskell, to ja od siebie dorzucam jeszcze bardzo intrygujące "Północ i Południe" :-).

      Usuń