Przyjrzyjmy się odpowiedniej półeczce albo o bestsellerach


Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad fenomenem bestsellerów. Trochę masło maślane, ale już tłumaczę, o co mi chodzi: ano o to, że nagle słowo oznaczające przecież doskonale sprzedającą się książkę zaczęło być wyznacznikiem jakości tejże książki. Jasne, powiecie, przecież nie ma żadnego nakazu mówiącego, że świetne książki muszą się źle sprzedawać i odwrotnie.

Ale kariera tego pojęcia jest mimo wszystko fascynująca. Dlatego chciałabym się dzisiaj nad tym chwilę zatrzymać.

Fetysz bestselleru

Może zabrzmi to na początek strasznie poważnie i w ogóle, ale kariera pojęcia „bestseller” ma jednak dużo wspólnego z kapitalizmem. Pewnie niejeden powie, e tam, nie tylko ekonomia tutaj mąci, ale przede wszystkim wszelkiego rodzaju listy i rankingi, które sama przecież, Pyzo, tak lubisz. Na co odpowiem: zgoda, listy mają tutaj swoje miejsce, ale istnieją przecież listy inne niż listy bestsellerów. I znowu, natrafiamy na pierwszą rafę. No bo co to jest ta lista bestsellerów? No, lista książek, które dobrze się sprzedają. Tylko że właśnie nie. W teorii jest to lista książek, które cieszą się powszechnym uznaniem. A przecież powszechnym uznaniem nie mogą się cieszyć książki złe, prawda?

I tu dochodzimy do pewnego jednak bałaganu pojęciowego, i tego co sobie nazwałam „fetyszem bestselleru”. Bo już nie tylko wydawnictwo jako pewna machina produkcyjna (że pozostanę przy takich opisach niczym z krytyk kapitalizmu z lat pięćdziesiątych) chwali się bestsellerem – on staje się wyznacznikiem jakości i powodzenia w ogóle. To znaczy autorów – z niewielkimi wyjątkami, kiedy zapisali się w świadomości jako zdobywcy ważnej nagrody na przykład – reklamuje się jako pisarzy bestsellerów. Ba, niektórzy sami się tak reklamują. Tylko że, summa summarum, to niewiele udowadnia. Trochę jak z jednym z bohaterów opowiadania Oty Pavla: to, że świetnie sprzedawał odkurzacze wcale nie udowadnia, że miał kompetencje do czego innego. Oczywiście to jest przykład nieco przesadzony, ale o co mi chodzi: o to, że bestseller ma być wyznacznikiem wszystkiego. I to naprawdę wszystkiego, od tego, że autor umie pisać błyskotliwe dialogi do tego, że jest mistrzem słowa. Więc napis na okładce „milion sprzedanych kopii!” albo „najlepiej się sprzedająca książka w USA/Czechach/Japonii” ma nas z automatu przekonać, że tak, to oto jest książka, którą chcemy i mieć musimy. Właśnie: mieć. Niekoniecznie wypożyczyć, ale mieć (chociaż tutaj zastanawiam się, jak właściwie ma działać ten mechanizm, bo jednak i w bibliotece zapisujemy się na listę czekających na daną, strasznie chodliwą, książkę).

Co jest w bestellerach? 

Tutaj mam poważny problem, bo jednak przyczyn, dla których coś jest rozkupywane na pniu, może być więcej niż oszałamiająca jakość. Może dobra reklama? Może ciekawa kampania, która wzbudza w czytelniku ciekawość? Ba, czasami nawet sława „strasznie złej książki” może zachęcić do kupna (bądź, częściej jednak, wypożyczenia, z sakramentalnym okrzykiem: „muszę się przekonać, czy to naprawdę takie złe, ale szkoda mi własnych pieniędzy!”), no bo jak to takie złe, to trzeba się samemu przekonać, prawda? Poza tym ostatnio coraz głośniej o tym, że w bestsellerach lądują książki nie naprawdę się jakoś szalenie dobrze sprzedające, ale takie, które wydawnictwo/księgarnia/autor na takowe promuje. I co wtedy? Wtedy wchodzimy w dziwne błędne koło: chcemy, żeby to był bestseller, więc to jest bestsellerem i na odwrót. Dziwne, jeśli się nad tym zastanowić, ale związane z tym, że bestseller stał się określeniem, które jest dobrze widziane w stosunku do książki, bo zbiera w sobie o wiele więcej niż tylko „świetnie sprzedająca się książka”. W dodatku takie działania, to znaczy ustawianie odpowiednich rankingów, znacznie podważa w ogóle zaufanie do tego typu list.

Przy czym zawsze z pewną rezerwą patrzę na rekomendacje w stylu „pierwsze miejsce na liście bestsellerów przez dziesięć tygodni!”, bo to w gruncie rzeczy mówi mi, jaka książka jest popularna, ale nie oznacza od razu, że bach, idealnie trafi w mój gust. Przy czym znowu zastrzegam: jasne, książki doskonałe warsztatowo, fabularnie i pod każdym innym względem też mogą się dobrze sprzedawać. Nie będę snobem krzyczącym, że nie czyta bestsellerów, bo to, panie kochany, dla głąbów, ja tu czytam zakurzone książki z wydawnictwa, co wydaje dwa tytuły na dekadę. Nie. Sama staram się wiedzieć, co też jest na tych listach, bo to dobry wyznacznik tego, o czym się mówi, a to zawsze przyjemnie mieć własne zdanie.

Tyle tylko, że coraz większe znaczenie zaczyna mieć to, jak książka zostanie wykreowana. Ta kategoria bestsellera pośrednio sprawia, że mamy całe gatunki w podobnych do siebie okładkach, wydawanie powieści w akurat chodliwym temacie, no bo są bestsellerami (czyli innymi słowy dobrze się sprzedają, a czy są faktycznie jakościowo w porządku – to jakby zostaje odłożone na bok). Przy czym od czasu do czasu wszystkich elektryzuje wieść o jakimś nowym bestsellerze, który został nim mimo tego, że na przykład autor sam wydał powieść w e-booku albo jego rodzice zrobili szaloną kampanię reklamową. I to wbrew pozorom utwierdza taką hegemonię bestsellerów, no bo skoro można od zera do milionera, to co jest w niej złego.

Przy czym nie mówię, że coś jest – raczej że to jest kategoria niebezpieczna od jakiegoś czasu, więc warto na nią uważać. No i warto zwrócić uwagę, że powtarzane dość często, że ach, to tylko bestseller, czyli książka znakomicie się sprzedająca, się zdezaktualizowało. Bo bestseller oznacza w tej chwili dużo więcej: to rekomendacja, że mamy do czynienia z książką, którą warto/trzeba/powinno się znać. „Bestseller” stał się gwarancją jakości – i w sumie nie wiem, czy ktokolwiek zauważył, kiedy to słowo zmieniło znaczenie. Bo jasne, możemy nawoływać, że przecież sięgnijmy do etymologii, toż to jest zwyczajnie „best selling book”, ale z etymologią jest tak, że ona sobie, a faktyczne znaczenie wyrazu – tak jak jest on powszechnie rozumiany – sobie.

Z bestellerem przez wieki 

No właśnie, ale to przecież nie jest tak, że jak wyszła Biblia Gutenberga, to od razu stała się bestsellerem. Bo to kategoria dość młoda, gdybyśmy się cofnęli w przeszłość, to pojawia się kiedy? Jakoś, licząc czasem środkowoeuropejskim, w dwudziestoleciu międzywojennym? Dlatego na początku zarzuciłam tym kapitalizmem. Ale nie tylko z tym się to wiąże: ale też z upowszechnieniem edukacji (wszyscy umiemy czytać), tańszą książką (jednak wiecie, jak porównamy z tą Biblią Gutenberga...), modą na czytanie w ogóle (jak już powieści przestały być dwa stulecia temu wyklinane jako niemoralne), ale też powstaniem wydawnictw w dzisiejszym kształcie (taki Prus na przykład sam robił sobie korektę, redakcję, i jak już był zdecydowany, że to jest to, niósł rękopis do wydawcy, który, no właśnie, wydawał książkę).

Mamy taką tendencję do patrzenia na pewne zjawiska jako na trwałe i nieprzemijające. Podczas gdy wcale tak nie jest – wiadomo, jedne formy ustępują miejsca innym. Dlatego chociaż jestem podejrzliwa wobec bestsellerów (ale też, przy okazji: nie przesadzamy w drugą stronę, to znaczy nie zajmujmy stanowiska: „oho, to bestseller, na pewno chłam!”, bo i to jest niewłaściwa pozycja), to mam świadomość, że chociaż teraz są pewnymi wyznacznikami (jeśli są?), to nie jest powiedziane, że będą zawsze. Albo że zawsze będą znaczyło to samo.

A Wy co sądzicie?

______________

A jutro będzie o pogodzie. A co.

Weź dokładkę!

53 komentarze

  1. Chyba nie do końca są wyznacznikiem jakości, patrząc jakie powieści stają się bestsellerami (50 twarzy Greya, powieści Katarzyny Michalak). Raczej tego, co obecnie jest popularne/modne. Co nie znaczy, że złe i należy odrzucić wszystko, co jest na liście bestsellerów. Warto wiedzieć, co w trawie piszczy, a poza tym, to może pomóc w życiu towarzyskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak sądzę. Równowaga w cenie ;).

      Usuń
    2. O razu wyobraziłam sobie kogoś, kto nie czyta dużo, ale chce zrobić przyjemność molowi książkowemu i porozmawiać na bliski temat. Zagaja więc o bestsellerze, o którym wszyscy coś słyszeli, a w odpowiedzi dostaje pogardliwe spojrzenie.

      Usuń
    3. Zgadzam się. Dlatego myślę, że równowaga jest istotna: dobrze jest wiedzieć, co czytają inni, i nie odsądzać ich od czci i wiary, że nie to, co my (albo to, co wszyscy). Można się za to dowiedzieć, czemu to czytają, co się im podoba, co by z tego polecili i dlaczego. Albo wymienić się opiniami. I to w ogóle jest cudne, kiedy można porozmawiać o książkach, więc nie ma się co dąsać, tak myślę.

      Usuń
    4. "dobrze jest wiedzieć, co czytają inni"

      Absolutnie nie. Interesuje mnie to, co czytają inni (najczęściej) tylko wtedy, gdy czytają coś podobnego (np. gatunkowo). Jeśli ktoś czyta głównie romanse czy np. krynuba ky, nie poruszam tematu czytanych książek, chyba, że chcę akurat coś z danej dziedziny przeczytać lub kupić na prezent.

      Już widzę rozmowy o książkach między miłośnikiem romansów, a np. miłośnikiem militarnego sf. Tak, specjalnie przerysowane. :P

      Usuń
    5. Ale czemu nie? Owszem, są książki, których raczej nie przeczytam -- ale nie zarzekam się, bo nie warto -- ale to ciekawe posłuchać, co czytają inni i czemu sięgają akurat po to, a nie po co innego. No właśnie, można wtedy się na przykład dowiedzieć, co fajnego można kupić na prezent komuś, kto ma inne upodobania czytelnicze niż my.

      Usuń
    6. Czy osobie, która świadomie podjęła decyzję 20 lat temu o nie robieniu prawka i posiadaniu samochodu, zaproponujesz udział w dyskusji nt. codziennego użytkowania samochodu, bolączek z wymianą części, drogiej benzyny, która marka mniej się psuje, dlaczego wybrała akurat ten samochód, a nie inny etc.? Na tej samej zasadzie interesuje mnie co czytają inni, jeśli nie pokrywa się to z moimi zainteresowaniami. I nie, nawet jak ktoś czyta fantasy, nadal mnie nie interesuje co czyta, jeśli głownie czyta książki młodziezowe (jak to się teraz "modnie" mówi "young adult").

      Jeżeli będę potrzebowała porady "eksperta" co warto kupić komuś, sama zainicjuję taką dyskusję w momencie w którym będzie mi to potrzebne. w przeciwnym razie i tak z 20 razy zdążę zapomnieć tytuły zanim będzie mi to potrzebne.

      "Outlander" (Obca) mimo dominującego wątku romantycznego, zdecydowałam się po to sięgnąc - w końcu takie "dobre opinie". Książka była niewarta czasu, była liniowa, przewidywalna i z dziurami. Miłośnicy gatunku i tak nie zauważą, że historia silnej kobiety, która była na froncie II wojny światowej, w traumatycznych chwilach przez wiele lat nie spojrzała choćby na innego mężczyznę poza mężem, nagle przeniesiona do XVIII w. zakochuje się od pierwszego wejrzenia bez pamięci w szlachetnie urodzonym damskim bokserze i przechodzi nad gwałtami dokonanymi przez "ukochanego" szybciutko do porządku dziennego, mimo awersji do historii, dat, nazwisk itd. (nie chciała o tym słuchać) nagle wykorzystuje swoją wiedzę historyczną, bo akurat taka potrzeba w książce była, nie trzyma się kupy. ;) A "postacie tam są tak dobrze rozrysowane". ;) O czym tu gadać? Gdzie chcesz znaleźć nić porozumienia? Co mi po tym, że miłośnik romansów poleci cokolwiek, skoro np. wiem, że jak lubi "Outlandera" to znaczy, że cokolwiek mi poleci jako dobre, i tak mi się nie spodoba?

      Proszę powiedz mi jak wyobrażasz sobie dyskusje o książkach między osobami, które (upraszczając) czytają albo tylko romanse albo tylko militarne sf? Co z tego, że czytają książki, skoro poza tym nic ich nie łączy? Tak samo jak poza faktem mówienia w języku polskim, gdy jesteś za granicą, nic innego może nie łączyć cię z tym Polakiem, a więcej np. może łączyć cię z mieszkańcem danego kraju (bo np. oglądacie te same filmy).

      Usuń
    7. A mnie interesuje :). I rozmawiam na takie tematy -- nie mam prawa jazdy, ale to nie znaczy, że w ogóle mają mnie nie interesować kwestie związane z samochodami. Bo czemu nie? Warto się dowiadywać różnych rzeczy, też jak żyją ludzie, dla których dzień bez jazdy samochodem to dzień stracony. I cóż z tego, że niekoniecznie się na tym znam? Zawsze mogę się czegoś ciekawego dowiedzieć. Zresztą to nawet nie jest do końca dobry przykład -- bo z książkami jest tak, że one jednak powinny łączyć, a nie dzielić, nie wspominając już o tym, że pewna czystość gatunkowa w dzisiejszych czasach to nie jest coś osiągalnego: nie czytuję namiętnie romansów, ale a) wiem, jakie są reguły nimi rządzące, b) w książkach, które czytam znajdują się elementy romansu. Tak samo jest z całą tą literaturą kiedyś nazywaną "gatunkową". Także to nie jest takie czarno-białe. Poza tym wiesz, naprawdę nie uważam, że o książkach da się rozmawiać tylko w gronie tych, co czytają to samo. Nie zawsze trzeba rozmawiać o książce samej w sobie -- jest tyle tematów, które łączą czytających różne gatunki (ceny książek, dobre biblioteki, sposoby na czytanie, jakich zakładek używamy i mnóstwo innych!).

      A polecane tytuły sobie zawsze zapisuję, bo lubię pamiętać takie rzeczy. I nawet jak potem przeczytam, i mi się nie spodoba, to nie rwę włosów z głowy :).

      Usuń
  2. Nie zawsze książka na której pisze Bestseller jest warta tego, tak samo jak to, że nie każda książka przypadnie nam do gustu. Dla wydawnictw liczy się zysk i często nie patrzą na jakość. Czasem sam autor stara się wyciągnąć ile się da z tego, że jest popularnym pisarzem. Przykładowo wcześniej nie mogłam się doczekać na książki Dana Browna. Po lekturze jego ostatniej powieści "Inferno" wiem, że przed następną jego nową pozycja dwa razy zastanowię się czy kupić czy nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, fajny wątek poruszyłaś: to, że pisarz jest autorem bestsellerów przylega do niego tak szczelnie, że każda kolejna jego książka z automatu sprzedaje się szybko i dobrze. Przy czym to wcale nie oznacza, że kupujemy ją dlatego, że jest dobra, ale że mamy sentyment do autora -- który jednak może minąć, kiedy okaże się, że nie specjalnie w tych nowych jest to coś, a raczej, że bazuje na sprawdzonych pomysłach i nie dorzuca nic nowego.

      Usuń
    2. Kilka razy już się w kopałam, że to już nie jest to co mnie zachwyciło. Tak jak napisałaś bazuje na sprawdzonych pomysłach, nie wnosi nic nowego i można powiedzieć, że się wypala. Nie widać u niego rozwoju warsztatu pisarskiego. Pisarkami, które mnie ostatnio zaskoczyły pozytywnie są Trudi Canavan i Anne Bishop, ostatnie ich książki zostały okrzyknięte bestsellerami ale według mnie w pełni zasłużenie. Książka jest książce nie równa, bo można wypromować wszystko.

      Usuń
  3. Mój stosunek do bestsellerów jest taki: Nie kupię książki tylko dlatego, że jest na pierwszym miejscu. Ale nie zrezygnuję z zakupu czegoś co mnie interesuje, kiedy dowiem się, że jest bestsellerem. Nie mogę jednak powiedzieć, że słowo to kojarzy mi się pozytywnie. Pierwsza myśl jest taka, że jest to powieść popularna w negatywnym tego słowa znaczeniu. Coś, co się podoba ludziom, którzy zazwyczaj nie czytają. Ale też list bestsellerów nie śledzę, chociaż czasam zajrzę na regał w Księgarni Naukowej w Krakowie z książkami najlepiej sprzedającymi się, to są tam książki i z "wyższej półki". Ogólnie jednak nie tak wybieram lekturę. Większość z powieści, które chce przeczytać, jest dostępna za darmo w bibliotekach :)

    Natomiast jeżeli chodzi o promowanie książek, to nie jestem na to całkiem odporna. Od czasu do czasu skuszę się kupić jakąś powieść tylko dlatego, że ktoś skutecznie przekonuje, że jest świetna, ponadczasowe, etc. Ostatnio tak miałam z "Wiolonczelistą z Sarajewa", którego kupiłam, bo Coetzee na okładce przekonywał, że niezła (powieść jest co najwyżej przeciętna). Nabrałam sie też na "Wyznaję" Cabre. Posłuchałam Nogasia i wszystkich innych, którzy przekonywali, że to Wielka Europejska Powieść, za którą ją nie uważam i myślę, że to twierdzenie na wyrost.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to interesujące, że istnieją przegródki wśród samych bestsellerów, to znaczy są bestsellery sieciowe, w księgarniach naukowych i tym podobne. Przy czym myślę, że we wszystkich tych przypadkach jest podobnie, to znaczy, że niekoniecznie coś, co się dobrze sprzedaje, musi być od razu wybitne.

      A co się tyczy tych reklamowanych mocno książek, sama często się na tym "przejeżdżam", ale mam do tego dozę wyrozumiałości. Bo wiem, że wszyscy czekamy na to arcydzieło, na tę "wielką powieść" (czy to europejską, czy to amerykańską, wiadomo), więc aż kusi, żeby -- kiedy jakaś książka wyjątkowo spełnia choć część kryteriów -- obwołać ją tym wielkim odkryciem, na które czekaliśmy :).

      Usuń
    2. Nie ma czegoś takiego jak lista-instytucja The New York Times'a. I chociaż to nic więcej jak lista bestsellerów przecież, to jednak pierwsze miejsce na takiej liście brzmi dumnie :)

      Usuń
    3. A to prawda -- to zresztą jedno z tych miejsc, w odniesieniu do których słowo "bestseller" nie oznacza już wyłącznie "najlepiej sprzedająca się książka", tylko tak jak piszesz, wyznacza pewien kierunek :).

      Usuń
    4. Mogłabym się podpisać pod wypowiedzią Magdaleny. I nawet Cabre znalazł się na mojej półce, bo ktoś zaufany polecał (tym razem chyba nie Nogaś). Obym się nie rozczarowała.

      Usuń
    5. U mnie było dwóch domowo-rodzinnych testerów Cabrégo i w sumie mnie nie zachęcili, ale może kiedyś się jeszcze skuszę, żeby sama zobaczyć, o co chodzi.

      Usuń
    6. Ja czytam teraz "Wszystko, co lśni" (w oryginale) i zastanawiam się jakim cudem dostało to nagrodę Bookera. Książka jest dobra, ale nie tak genialna na jaką ją kreowano. I nadal (przeczytałam ponad połowę książki) nie bardzo rozumiem co takiego konkretnie wniosło to studiowanie map nieba.
      Nie pierwszy raz kiedy nacinam się na nagrodzoną książkę, więc zazwyczaj informacje o otrzymanych nagrodach puszczam mimo uszu.

      Usuń
    7. Pisałam o "Wszystkim, co lśni" w marcu bodajże i miałam częściowo podobne uczucia :).

      Usuń
  4. Pracowałam w firmie, która na swojej stronie internetowej posiadała zakładkę "Najlepiej sprzedające się produkty ostatnich 30 dni" I myli się, ten kto myśli, że wpisywane tam produkty miały coś wspólnego z analizą sprzedaży. Otóż nie, na liście tej znajdowały się produkty z największą marżą lub wręcz zalegające od dłuższego czasu w magazynie. Dlatego też do wszelkiej maści bestsellerów podchodzę jak pies do jeża. Oczywiście przeglądam w księgarniach co akurat w trawie piszczy, ale półka tak oznaczona nie motywuje mnie do natychmiastowego czytania, a już na pewno nie do zakupu. Korzystam z bibliotek i już od jakiegoś czasu w większości kupuję tylko te książki, które po przeczytaniu uznam za warte posiadania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam trochę podobnie, to znaczy w momencie, kiedy wiem, że raczej moja biblioteka nie dokona zakupu albo wiem, że z całą pewnością chcę mieć tę książkę, bo nie ma innej możliwości, żeby ją przeczytać -- wtedy się "kuszę". Natomiast o tym, jak są ustalane listy najlepiej się sprzedających rzeczy coraz głośniej się mówi, więc może coś się w tej sprawie zmieni, bo ta strategia, wychodzi na to, przestaje działać.

      Usuń
  5. Och, jak ja się boję bestsellerów. Ile ja się nazastanawiałam nad "Szczygłem" na przykład! Bo jednak często się zdarza, że najlepiej sprzedają się słabe książki lub produkty książkopodobne w stylu "Zniszcz ten dziennik". Zwykle kupuję taką popularną książkę dopiero wtedy, gdy sprawdzi ją jakiś zaufany czytelnik. Czasami czekam aż pierwszy szał minie i pojawią się opinie na chłodno. Bardziej kuszą mnie zapowiedzi z moich ulubionych wydawnictw, nowe książki ulubionych autorów (niestety większość z nich nie bywa na szczytach wspomnianych list). O na to mogłabym wydać ostatnie pieniądze, książkoholizm nieopanowany ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, przetestowanie jest najważniejsze ;). Sama tak najczęściej robię, chyba że mam wrażenie, że jednak można by z jakiejś książki wycisnąć dużo więcej. Przy czym strasznie jestem nieufna wobec wszystkich rekomendacji okładkowych -- zresztą one są niekiedy kuriozalne albo właściwie niewiele mówią o samej książce. Przy czym jestem z tych czytelników, co to wiecznie szukają dziury w samym i zachwycam się książkami z rzadka i ostrożnie (ale jak już, to na całego) ;).

      Usuń
    2. @ Ekruda. O, ja mam tak samo. Najbardziej kuszą mnie zapowiedzi z Czarnego. Najszczęśliwsza jestem jak nie wchodzę na stronę wydawnictw i nie zaglądam do księgarni. Wtedy mnie nie kusi i nie mam poczucia, że coś tracę. Czego oczy nie widzą ... .

      Usuń
    3. @Magdalena Siostro! :) Czarne i u mnie jeszcze Wiatr od morza to prawie pewniaki! Powinnam jeszcze ignorować maile z informacjami o promocjach na e-booki!

      @ Pyza Też jestem czepialska i zawsze sobie znajdę wadę książki, która innych zachwyca. Pewnie dlatego potem z ciężkim sercem polecam swoje ukochane książki, bo ryzyko, że się nie spodobają istnieje i jest mi przykro, że rozczaruje się ktoś, kto mi zaufał. Ale trudno! Nie to ładne, co ładne... czy jakoś tak ;)

      Usuń
    4. @Ekruda, w sumie to wtedy już jest inna kwestia: polecane przez nas książki to w sumie taki temat z gatunku tych "czego się możesz o mnie dowiedzieć z tego, jakie książki lubię". Chociaż jasne, strach zawsze jest -- zwłaszcza, jak się poleca komuś o podobnym do naszego guście (i jeśli się nie spodoba zawsze nurtuje mnie pytanie, czemu, jaki element nie zagrał i przyglądam się książce na nowo ze wszystkim stron -- fascynują mnie takie rzeczy :)).

      Usuń
  6. Ach, bestsellery. Temat-rzeka. Mnie, przyznam, listy najlepiej sprzedających się książek interesują bardziej jako zjawisko społeczne niż literackie. Lubię się zastanawiać, co sprawia, że ludzie zaczytują się na przykład "50 twarzami Greya" - powieścią słabą straszliwie, ale za to sprytnie serwującą baśniowe schematy w pikantnym sosie. Czasem zdarza mi się zajrzeć do samych bestsellerów, bo bywają to książki sprawnie napisane, z wartką akcją, które po prostu dobrze się czyta jako wypełniacze (przypadek Dana Browna).

    Ale poza tym? Absolutnie nie traktuję tej etykietki jako wyznacznika jakości. Po pierwsze, na listach najlepiej sprzedających się faktycznie lądują książki, które są dopiero promowane jako bestsellery. Po drugie, dużo pisze się o tym, że sprzedaż książek spada; w takich warunkach "bestsellerem" można nazwać nawet powieść, która sprzedała się w ledwie kilku tysiącach egzemplarzy. Po trzecie wreszcie, nie lubię, kiedy ktoś szantażuje mnie podejściem "wszyscy to czytają, musisz przeczytać i ty!" (bo to na efekt owczego pędu obliczone są te wszystkie kampanie reklamowe z "bestsellerem" w tytule, niestety).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dokładnie tak. Ale i tak jak pisała wyżej @Anna, bestsellery dają zawsze pole do rozmowy, czasami nawet bardzo interesującej. Ale zgadzam się, że obserwowanie tego, co się czyta, jest interesujące też dlatego, żeby odkryć, co sprawia, że się to czyta.

      No i to cenna kwestia, na którą zwróciłaś uwagę: że na naszym rynku funkcja bestsellera z tym "selling" ma nieco mniej wspólnego, bo po prostu mniej egzemplarzy się sprzedaje w ogóle. Przy czym jeszcze te podziały między książkami, które się sprzedają, mogą być większe (albo boleśniejsze).

      Usuń
  7. Zgadzam się z przedmówczynią: tzw. bestseller to teraz efekt intensywnej akcji marketingowej, a nie jakości, skoro najlepiej sprzedają się pozycje w stylu "Zniszcz ten dziennik". Na każdej niemal książce znajdują się jakieś zachwalanki znanych ludzi, albo informacja, że książka była bestsellerem w Stanach - a kto to sprawdzi? I ile razy przejechałam się na takich książkach, które są szeroko zachwalane... Na mnie to już nie działa. Czytam, to, co mnie interesuje, a nie to, co czytają "wszyscy". A hasło "musisz to mieć" (ewentualnie "musisz to przeczytać") działa na mnie jak płachta na byka - bo nic nie muszę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ale czasem da się sprawdzić, czy faktycznie tych sprzedanych kopii był milion i inne takie -- ale to wciąż, dokładnie jak piszesz, nie oznacza, że coś koniecznie trzeba mieć/znać/zachwycać się. Przy czym czasem, tak jak wyżej pisała @Anna, dobrze jest znać jakiś bestseller, ot, żeby mieć temat do luźnej rozmowy w nowym towarzystwie ;).

      Usuń
    2. Na mnie też to działa dokładnie tak samo. Nie muszę czytać tej książki, nie muszę koniecznie przed śmiercią pojechać w jakieś tam strony, nie muszę obejrzeć filmów... I absolutnie nie muszę słuchać tych wszystkich książąt/królów popu/rapu/r&b etc. :P

      Pyzo "Wiesz, ale czasem da się sprawdzić, czy faktycznie tych sprzedanych kopii był milion i inne takie" ale po co?

      Usuń
    3. Bo można? ;) Bo czemu nie? Ot tak, bo ktoś lubi? Jest sporo możliwości ;).

      Usuń
    4. Wolę przeznaczyć ten czas na przeczytanie rozdziału etc. ;)

      Usuń
  8. Dobrze wiemy, co kryje się pod księgarnianymi listami bestsellerów :D Książka, jeszcze zanim trafi do czytelników, już jest bestsellerem. Widzę tu pewną małą sprzeczność ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo wiesz, zawsze się znajdzie taka próba, który wykaże, że mamy do czynienia z bestsellerem ;). Ale tak, tu dochodzi jeszcze to, że mamy bestseller tutejszy, oparty mniej lub bardziej na wynikach sprzedaży (jaka by ona nie była) i bestseller importowany, który jest bestsellerem, chociaż w danym kraju się jeszcze w ogóle nie sprzedał. Taka uniwersalna szuflada: tam się sprzedał, to i tu.

      Usuń
  9. Ciekawy wpis. Szkoda tylko, że tak się boisz krytyki kapitalizmu, bo jednak to kapitalizm wprowadził to całe zamieszanie z "bestsellerem". Prawa rynku. Z jednej strony, trzeba sobie z tego zdawać sprawę, a z drugiej może nie od razu wieszczyć koniec kultury, tylko właśnie jako świadomy czytelnik lepiej poznać te prawa i mechanizmy. W ostateczności mimo rozbuchanej promocji pewnego typu i szumu wokół "bestsellerów", nadal pojawiają się ciekawe książki. Inna sprawa, że w zalewie informacji (i być może to jest kluczem do marketingu "na bestseller"), czasem ciężko dotrzeć do tego, co naprawdę dobre. Cóż, nikt nie mówił, że w kapitalizmie życie będzie łatwe...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:). Nawet nie tyle się boję, co nadal wyrabiam sobie opinię (bo jam jest człowiek mało kontrowersyjny, zawsze wszystko muszę obczytać i obadać, żeby wydawać sądy, a tu jeszcze czuję, że nie wszystko mam odpowiednio poukładane). Ale tak, zgadzam się, że poznawanie kryteriów i działań rynkowych dobrze jest znać, także w przypadku książek, które też przecież podlegają procesowi produkcji, a potem działaniom sprzedaży i kupna. No i bardzo fajnie, że zwróciłaś uwagę na kwestię informacji, bo faktycznie ona tutaj jest istotna: to znaczy jest jej tak dużo, że czasem zniechęceni zatrzymujemy się na wierzchu, gdzie -- leżą bestsellery ;).

      Usuń
  10. No właśnie, to jest w ogóle szerszy problem, ten szum informacyjny, ściśle też związany z internetem i sposobem działania wyszukiwarek (które są tautologiczne). Całe szczęście, że są blogi takie, jak Twój, gdzie można poczytać o rzeczach czasem dawno zapomnianych, czasem mało popularnych albo popularnych w innej epoce, i żadne prawa frekwencji tu nie brużdżą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, to kolejna sprawa, to znaczy, że szum informacyjny jest niemal samonapędzający się. Przy czym faktycznie dużo łatwiej jest wyłapać jakieś frapujące starsze lektury na blogach, portalach czytelniczych czy forach albo, oczywiście, od znajomych czy zaufanej bibliotekarki/bibliotekarza. Albo z rodzinnej legendy ("kiedy byłem młody, czytałem taką to a taką powieść..." ;)). Ale to miło mi bardzo, że udaje mi się czasem coś mniej znanego polecić :).

      Usuń
    2. Też wolę takie blogi... A co do tych "bestsellerowych" to się zastanawiam, jak to jeszcze funkcjonuje. Tyle osób piszacych wiecznie o tym samym? Jak to ktokolwiek może jeszcze chcieć czytać. A w przypadku blogów ze starszymi książkami (ja dodatkowo większość wypożyczam z biblioteki) to trudno znaleźć blogi z recenzją tych samych książek (no, chyba, że temat jest dosyć ograniczony). Ile rzeczy do odkrywania....

      Pyzo, w ramach jednego z moich wyzwań (w styczniu) trzeba było przeczytać książkę poleconą przez Babcię/Dziadka. Przeczytałam... http://rozneczytanie.blogspot.com/2015/04/krystyna-corka-lavransa.html Ujmę to tak, każdy ma swój gust. ;) Jednak wolę zaufaną bibliotekarkę/znajomego.

      Usuń
    3. Nie wiem, czy to jest aż takie męczące, to znaczy zawsze można wybrać, kogo czytamy i tak dalej. Rozumiem, o co chodzi, ale mam takie poczucie, że ktoś może na przykład chcieć porównywać sobie opinie lubianych blogerów albo coś w podobnym guście. Więc można :). Natomiast co do poleceń rodzinnych, jasne, można się przejechać, wiadomo, ale przynajmniej się człowiek dowie, co ukształtowało jego Babcię/Dziadka ;). A to też jest jakoś cenne.

      Usuń
    4. O, "Krystyna, córka Lawransa" też mi była polecona przez babcię i mamę, ale jeszcze się nie skusiłam. Widziałam za to film norwesko/niemiecko/szwedzki z 1995 i nawet był całkiem ładny, choć chyba trochę się ciągnął.

      Usuń
    5. Jak pokazałam babci i ciotce, że wypożyczyłam "Krystynę" zachwalały. Dla mnie "Krystyna" bardzo się ciągnęła i na dodatek jest na poziomie przeciętnego "young adult" tyle, że osadzoengo w średniowiecznej Norwegii ;) Cóż, bardziej w mój gust wbiła się znajoma z "Egipcjaninem Sinuhe". :P

      Usuń
  11. No, fajnie, fajnie, że można sobie tak o książkach z nieznajomą pogadać:) Internet ma jednak i dobre strony...;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mogę być snobem, nie przeszkadza mi to. Listy bestsellerów mam w głębokim poważaniu. Co więcej, im bardziej rozkręcona kampania na promowanie bestsellera, tym moja większa niechęć do sięgnięcia po tą ksiązkę. Wiem, że nie jestem standardowym czytelnikiem, interesują mnie różne "dziwne" rzeczy, więc z założenia książki masowo kupowane raczej nie mają mi nic do zaoferowania.

    A potem idę do księgarni, i jak mi sprzedawczyni mówi, że to bestseller... to bywa, że się skuszę. Jak w tym przypadku. http://rozneczytanie.blogspot.com/2015/05/w-mojej-biblioteczce-8.html Sama jestem ciekawa co z tego wyniknie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Fajnie, że poruszałaś temat kreowania książek na bestsellery. Teraz wydawnictwa robią taki PR, że momentami aż uszy puchną: zapowiedzi, trailery, piosenki reklamujące, ulotki etc. I w niektórych wypadkach bestsellery są wynikiem ogromnej kampanii reklamowej, a nie gustów czytelniczych.
    Bardzo fajny tekst :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Przy czym mnie te nowe sposoby reklamowania książek jakoś fascynują (pisałam, chyba w marcu, o trailerach), bo te próby znalezienia nowego języka do opisu czegoś takiego, jak książka, to jest niesamowita sprawa. Chociaż i niebezpieczna -- zwłaszcza, kiedy podejmowana tylko z czysto ekonomicznych pobudek. Ale i z tego może wyjść coś ciekawego, zobaczymy.

      Usuń
    2. Jako osoba, która przy tych zapowiedziach, trailerach, piosenkach pracuje, mogę powiedzieć, że dział promocji może się naskakać, ale i tak najważniejsza jest niestety tzw. promocja handlowa, czyli wystawienie książek w odpowiednim miejscu w odpowiednich sieciach (za odpowiednie pieniądze). I nagle okazuje się, że promowana na całego książka przegrywa na liście bestsellerów z książką "100 najlepszych przepisów na dania z pieczarkami" tylko dlatego że przepisy są sprzedawane przy empikowej kasie ;-) A że te promocje są drogie i często nie zwracają się w ogóle mimo sprzedaży tysięcy egzemplarzy, to inna sprawa.

      Usuń
    3. Podejrzewałabym, że może to podobnie wyglądać. Zresztą pewnie zasięgi tych różnych narzędzi promocyjnych też są różne i trochę do innych odbiorców trafiają. A wystawienie czegoś przed oczy jest sposobem, że tak to ujmę, w miarę uniwersalnym ;).

      Usuń
  14. Podobnie jak jedna z osób piszących wyżej, znajomi pracujący w sieciówkowych księgarniach często mówili, że na półkę bestsellerów lądowały: a) rzeczy, które zalegały, b) pozycje, których reklamodawcy dali dużo sałaty na odpowiednie miejsce w top10.
    Co do samych bestsellerow analizujac te z ostatnich lat, zmierzchy, greje, igrzyska ognia, coehlo, kalicińską i inne tego typu, to trudno mi znaleźć cokolwiek co mogłby się dobrze czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale na listach bestsellerów lądowały też i rzeczy, na które się zwracało uwagę, nie tylko na literatura odsądzana od czci i wiary i warsztatowo bardzo miałka. Umberto Eco i inni popularni pisarze cyklicznie lądują, reportaże przeróżnego autoramentu, zdobywcy nagród. Także zawsze się coś w końcu znajdzie ;).

      Usuń