Rękawicznik, futbolista i lata 60. albo o "Amerykańskiej sielance" P. Rotha

Miałam dzisiaj pisać o innych książkach, ale jako że wczoraj skończyłam czytać „Amerykańską sielankę” Rotha, to pomyślałam, że może napiszę o wrażeniach z lektury na bieżąco. Wydanie, które czytałam, to jedno z tej serii z Nike z Czytelnika (za którą z racji formatu nie przepadam) – ale okazuje się, że chyba się uodparniam na nielubiane formaty, bo książkę przeczytałam błyskawicznie.


Na początek – wyznanie. Bardzo lubię Rotha (Philipa, ale Josefa – tak na marginesie – też i strasznie żałuję, że te nowe wydania z Austerii są takie drogie). Zaczęłam go czytać w liceum od „Konającego zwierzęcia”, a potem przyszedł czas na powieści z alter ego autora, czyli Zuckermanem, no i na słynny „Kompleks Portnoya” też. Lubię gorzki humor, sprytne konstrukcje narracyjne, tych autoanalizujących się bohaterów uwikłanych w wieczny kompleks pochodzenia. To taki pisarz, któremu co roku kibicuję, żeby dostał literackiego Nobla (którego pewnie nie dostanie, ale to mi nie przeszkadza mu kibicować). Na „Amerykańską sielankę” miałam ochotę już dawno, ale w bibliotece, w której była, była tylko pozornie – bo ktoś ją wyniósł i słuch o nie zaginął. No, ale ostatecznie znalazła się w innej bibliotece w tym roku, więc jak mogłam przegapić taką okazję (a w ogóle to widziałam też całkiem ładne wznowienie tegoroczne, tak na marginesie).

O co chodzi? Zuckerman wspomina gwiazdę swojego liceum, wybitnego sportowca, Seymoura „Szweda” Levova. Jego ojciec był właścicielem fabryki rękawiczek, syn odziedziczył po nim firmę, ożenił się z byłą Miss New Jersey, kupił piękny stary dom pamiętający Waszyngtona – no i był zupełnie inny niż jego żydowska rodzina i koledzy: wysoki blondyn, bardzo przystojny, uzdolniony, serdeczny. Kiedy Levov prosi Zuckermana o spotkanie w sprawie wspomnień po ojcu Szweda, Zuckerman jest pewien, że teraz się dowie, co też kryło się za fasadą ogólnego sukcesu. Ale tego nie odkrywa, ba, jest przekonany, że ostatecznie za tą fasadą nic nie ma. Dopiero brat Szweda, klasowy kolega narratora, Jerry, po śmierci Szweda napomyka, że Levov był ojcem jednej z zamachowczyń, która w latach 60. ni z tego, ni z owego, podłożyła bombę pod miejscową pocztę. I tak Zuckerman zaczyna zastanawiać się, jak też mogła wyglądać historia Szweda.
 Rzecz się dzieje w stanie New Jersey, a dokładniej w Newark i okolicach.

Jak to jest zrobione? Chyba najlepiej byłoby powiedzieć, że to jest taka powieść dygresyjna. Narrator najpierw kreśli nam ogólną sytuację, trochę napomyka o sobie – znamy go zresztą z innych książek Rotha, więc nie jest to obraz jakiś bardzo wyraźny – ale od chwili, kiedy dowiaduje się o córce Szweda, snuje już wielowątkowo i mocno dygresyjne swoją historię domysłów, jak też doszło do zamachu, co doprowadziło córkę Levovów do takiego kroku, no i co też działo się z nią i z jej rodziną dalej. Wchodzi w skórę Szweda, drobiazgowo rozbiera elementy jego przeszłości – na podstawie tego, co wie i tego, czego się domyśla, i oczywiście tego, co sobie całkowicie, ale wiarygodnie, zmyśla. A wszystko to na tle przemian w USA lat 60. i początku 70., więc komunizująca córka może zarzucić ojcu, że – jako właściciel fabryki – jest paskudnym kapitalistą, a Szwed może się zastanawiać, co jest takiego paskudnego w tym, że dobrze płaci za dobrze wykonaną pracę. Poza tym te opowieści o szyciu rękawiczek, które snuje pojawiający się co jakiś czas ojciec Szweda, są niesamowite. Te rękawiczki i sztuka ich robienia to jest jedyny pewnik w zmieniającym się świecie – do momentu, kiedy przestają one być w ogóle bieżącym elementem kobiecej garderoby, bo zmieniła się moda. W tych opowieściach o losach rękawiczników można się doszukać takiego właśnie drugiego dna: świat porządku przeminął, świat, w którym się porządnie pracowało, a kobiety miały po dwadzieścia par rękawiczek już nie istnieje. I ta jego zmiana się wiąże ze zmianą poglądów córki Levovów, z jej bombą, która wysada pocztę i świat jej rodziny równocześnie.

I co z tego? Oczywiście Roth rozbiera na części pierwsze tę pozorną „amerykańską sielankę” (zresztą ta "sielanka" tutaj to odwołanie też do gatunku literackiego, który Roth z przekorą wykorzystuje, usadawiając bohatera na wsi spokojnej, wsi wesołej, co jest tylko pewnym pozorem, jak się okazuje -- zawsze było), stawiając w jej centrum właśnie kogoś, kto się do niej wyrwał z miejsca, w którym nie było wcale tak „amerykańsko” – wnuka imigranta z Europy (pięknie zresztą pisze o tym, że to, co się działo w „starym kraju”, wszyscy ci liczni przodkowie, poznikali z rodzinnej pamięci), w dodatku Żyda, ale z wyglądem godnym każdego WASP-a. I przez to udaje mu się osiągnąć zamierzony efekt. Bo w sumie to się wszystko broni przez doskonały styl Rotha, te dygresje zamiast nużyć fascynują, człowiek co prawda zastanawia się, jak to się wszystko potoczy, ale poczytać o rozmiarach rękawiczek spokojnie może, tak to jest napisane. Ale, no właśnie, mam wrażenie, że Rothowi chyba w ogóle nie chodzi o to, co będzie, ale o to drobiazgowe roztrząsanie kilku sytuacji w kółko i w kółko. I myślę, że gdyby szło tylko o taką śmiertelnie poważną wiwisekcję, to całość mogłaby wypaść nudno i blado – ale ten czarny humor, w który Roth wyposaża narratora, ubarwia całość.
 Newark u Rotha wchodzi właśnie z fazy "świetnie rozwijającego się centrum
drobnego przemysłu" w fazę "niszczejący świadek dawnej świetności Ameryki". I sam ten
portret miasta jest fascynujący. Źródło.

Reasumując? Powiedziałabym, że może nie jest to najbardziej błyskotliwa powieść Rotha, którą czytałam, brakuje w niej takich scen-perełek, które na długo zapamiętam, bohater może i z czasem w mojej pamięci wyblaknie, ale jest to na pewno powieść bardzo równa, szalenie przemyślana, skonstruowana dokładnie, tak jak kiedyś szyte były te powieściowe rękawiczki. I bardzo podoba mi się zabieg, który Roth przeprowadza: że zostawia nas niby z każdym małym faktem w ręku, ale po zamknięciu książki okazuje się, że co najmniej jeden niepokojący szczegół wcale nie został rozwiązany. Więc o żadnej pewności nie ma mowy – ani w przypadku bohatera, ani czytelnika (więc możemy się poczuć zdenerwowani, bo jakże to tak -- ale mam wrażenie, że dokładnie taki był cel autora).

A książkę sobie wpisuję w kategorię tej z nagrodą Pulitzera.




_____________________

Jutro już przedostatni maj! No to będzie karnawał blogowy, oczywiście.

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Ja mam mieszane uczucia wobec Rotha, bo czasem autor ten przekracza granice dobrego smaku. "Amerykańskiej sielanki" jeszcze nie czytałam. Moja ulubione powieści Rotha to "Cień pisarza" oraz "Nemezis", zaś "Kompleks Portnoya" i "Dziedzictwo" nie przypadły mi do gustu. Kiedyś chciałam, by Roth dostał Nobla, ale potem poznałam dwie książki Joyce Carol Oates... i od tamtej pory kibicuję Oates.
    PS. O jakim "Dzikim zwierzęciu" piszesz w drugim akapicie swojego posta? Czy przypadkiem nie chodzi o "Konające zwierzę"? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ci wielkie, już poprawiam (wiesz, że zawsze, ale to zawsze muszę ten tytuł przekręcić? Nie mam pojęcia, czemu akurat ten jest dla mnie zapamiętywalny :-)).

      Z tym dobrym smakiem i jego przekraczaniem u Rotha nie mam problemów i już mówię dlaczego. Dosyć jestem wrażliwa na tego typu pisanie -- bardzo nie lubię szokowania na siłę, wyciągania najbardziej ekstremalnych wątków na światło dzienne i tak dalej -- ale tutaj mam wrażenie, że Roth nie chce szokować dla samego szokowania, że idzie mu raczej o wpuszczenie bohaterów do takiego laboratorium, gdzie będzie ich krok po kroku analizował, ze wszystkich stron. W "Amerykańskiej sielance" to jest wiwisekcja bardziej, powiedziałabym, duchowa niż materialna i może poza jedną sceną niewiele tu jest przekroczeń, więc jeśli sam styl pisarza Ci odpowiada, to nie musisz się bać, możesz śmiało sięgać.

      A ja Oates jeszcze nic nie czytałam! Muszę naprawić to przeoczenie :) (czy poleciłabyś coś na początek?).

      Usuń
    2. Czytałam tylko dwie - "Bestie" oraz "Nadobną dziewicę" - i z czystym sercem je polecam. Inne podobno są jeszcze lepsze. I nie miałabym nic przeciwko temu, by "Konające zwierzę" nosiło tytuł "Dzikie zwierzę" - byłoby i ładniej, i bardziej zachęcająco :)
      Nie mam nic przeciwko temu, by Roth opisywał seks, razi mnie co innego. W "Dziedzictwie" opowiadał o ostatnich tygodniach życia swojego chorego na nowotwór ojca. Ojciec był zmęczony, słaby i nie zawsze potrafił panować nad sprawami fizjologicznymi, czego się bardzo wstydził. Prosił syna, by nikomu o tym nie mówił. Syn obiecał, że nie powie, po czym szczegółowo opisał ten epizod w książce. To właśnie mnie zabolało i zniechęciło trochę do osoby Philipa Rotha.

      Usuń
    3. Już sobie zapisuję, będę miała w pamięci przy wizytach w bibliotece :). Natomiast co do Rothowego zwierzęcia, w sumie "dzikie" też by nawet pasowało, chociaż "konające" bardziej podkreśla to, co się w książce dzieje jednak chyba.

      Tak się zastanawiam właśnie zawsze, na ile Roth w tym swoim laboratorium robi dla nas sekcję prawdy, a na ile literacko przetwarza pewne półprawdy. Mam wrażenie, że te podkreślenia i paralele między życiem autora a narratora nie tyle są takim bolesnym ekshibicjonizmem, co próbą wydobycia pewnych sensów, bez których by się to nie udało. Ale rozumiem zastrzeżenie, oczywiście (przy czym mnie się tu zawsze przypina ten Goethe, który -- tak jak to zawsze pisał Hrabal -- mówił, że pisarz balansuje jednak na tej granicy między prawdą a zmyśleniem i że to granica bardzo cienka).

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Literacko -- bardzo. Fabularnie, jak to w przypadku Rotha, lepiej nie czytać przy jedzeniu, jeśli się jest bardzo wrażliwym. Zwłaszcza tak od połowy ;).

      Usuń
  3. Wspaniała recenzja! Chylę czoła.

    OdpowiedzUsuń