Słuchamy i czytamy albo o muzyce do czytania książek

Nie wiem, czy należycie do tego typu czytelników, którzy nie lubią, jak ich cokolwiek rozprasza. Z prostotą swą muszę przyznać, że ja do tego typu nie należę. Czytać właściwie mogę zawsze, chociaż wiadomo, że często coś mnie rozproszy i zajmie uwagę na chwilę, ale zasadniczo jak czytam, to czytam. A do czytania lubię słuchać – muzyki. Dzisiaj o tym słuchaniu do czytania zatem.


Skąd brać?
Oczywiście możemy sobie puścić ulubione radio, płytę czy – jeśli nadal mamy taką możliwość – kasetę, ustawić playlistę na dowolnym urządzeniu, które nam na to pozwala i tak dalej. Ale nie wiem jak Wy, ja należę do tych strasznych ludzi, którym jedna ścieżka dźwiękowa wysłuchana w określonej kolejności się nudzi, ergo przestaję jej słuchać, a staje się tylko dźwiękiem tła. Albo znajduję na niej ulubione utwory i przeskakuję do nich – ale trzeba uważać, żeby też się za szybko nie „osłuchały”. Tymczasem mam takie wrażenie, że odpowiednia do nastroju muzyka naprawdę może czynić cuda. Pamiętacie, jak pisałam o moich bojach z „Doktorem Żywago”? No to właśnie zdobyty przez mojego ulubionego Domownika winyl z muzyką filmową do ekranizacji „Doktora...” pomógł mi jakoś wyjść z impasu. Muzyka instrumentalna zresztą nudzi mi się rzadko (albo klasyczna, chociaż nie każdego kompozytora lubię i umiem słuchać; a na pewno nie umiem słuchać oper). Czasami bez nowego muzycznego odkrycia jest mi dość smutno i czuję się taka bez energii. W zeszłym roku odkryłam stronę jak stworzoną dla mnie, czyli 8tracks. Jeśli jeszcze nie znacie, polecam. To coś w rodzaju wielu otagowanych playlist, które można przesłuchać, ale do danego utworu wrócić nie można, a sama playlista jest dostępna danego dnia do odsłuchania trzy razy (po ośmiu godzinach można ją odtworzyć znowu – ale raczej się wtedy nie osłuchamy aż tak bardzo). Ale to, co jest piękne, to właśnie możliwość skorzystania z funkcji wyszukiwania po tagach. Sama trafiłam tam szukając muzyki pasującej do gry w „Ankh-Morpork” i znalazłam cudną ścieżkę piosenek pasujących klimatem do czytania Pratchetta. I teraz zwykle sprawdzam, kiedy coś czytam, czy ktoś przypadkiem już wcześniej tego nie czytał i nie postanowił wybrać piosenek i utworów kojarzących mu się z daną książką. Nie dość, że przez słuchanie poznaje się czyjś gust literacki – często przecież okazujący się zaskakująco zbieżny z naszym – to jeszcze można spędzić przyjemne popołudnie z muzyką dobraną do właśnie czytanej książki.
 W ramach ilustracji -- piękne ptaki. Tutaj flaming. Jedno z tych zwierząt,
o których zawsze gdy sobie przypomnę, że też istnieją na świecie, wpadam
w zadziwienie i zachwyt. Źródło.

Jak dobierać?
No właśnie, jak to jest z tym doborem muzyki do książek? Szczerze mówiąc, sama hołduję chyba tylko dwóm zasadom. Nie lubię słuchać piosenek w języku, w którym czytam (strasznie rozpraszające) i zasadniczo najbardziej lubię czytać przy utworach instrumentalnych. Oczywiście jeśli nie chcecie się zdawać na innych, sami możecie dobrać sobie muzykę do danej lektury – pomocna, ale i zwodnicza – może być tu na przykład ścieżka dźwiękowa z ekranizacji (tyle tylko, czy, no właśnie, jeśli wcześniej film widzieliśmy, to jaki obraz będziemy podczas czytania mieć w głowie?). Możemy słuchać muzyki, której słuchają bohaterowie (fabuła często dużo na tym zyskuje, a czasami ciekawie jest porównać opis muzyki z jej faktycznym brzmieniem w naszych uszach). Ale czasami można się przecież zdać na los przypadku i to nie my, a ktoś inny zdecyduje, czego akurat słuchamy. 
 Nie wiem, jak się prawidłowo nazywa ten ptak po polsku (astrylda?), ale fakt,
że pochodzi z tej samej rodziny, co wróbel, jest zachwycający. Źródło.

Z czym się kojarzy?
Często zdarza mi się taka sytuacja, że czytając w miejscach publicznych złapię w ucho jakąś melodię, która akurat wszędzie leci i już jakoś tak się przyczepi do czytanej właśnie książki. Wiele lat temu czytając „Quo vadis” miałam taką właśnie przygodę: do dzisiaj powieść Sienkiewicza kojarzy mi się z największym przebojem Brathanków, który wtedy leciał wszędzie. Mimo że przecież nie ma między fabułą a dźwiękiem żadnego pokrewieństwa. I wtedy już nie ma przebacz, strasznie się trudno takiej przypadkowej ścieżki dźwiękowej pozbyć. Zresztą czasami te „ścieżki dźwiękowe” nawet nie do końca są tym, co się pierwotnie rozumie przez takie sformułowanie. Może przecież być tak, że czytamy książkę nad jeziorem – i plusk wody połączony z nawoływaniem się plażowiczów wejdzie nam w tło do czytania, a potem do pamięci związanej z tą właśnie lekturą. Czasami może być tak, że to są dźwięki jakoś współbrzmiące z treścią czytanej książki, a czasami nie. Jeden z moich znajomych opowiadał mi, że „Cierpienia młodego Wertera” do dzisiaj wywołują w jego pamięci dźwięk młota pneumatycznego, bo czytał to akurat wtedy, kiedy obok jego domu trwał w najlepsze remont drogi. Co swoją drogą jest szalenie ciekawym kontrapunktem dźwiękowym. Czyli nie zawsze to brzmienie musi się idealnie zgadzać; czasami ciekawiej, kiedy się nie zgadza. 
 Cudowronek (a przynajmniej ptak z tej rodziny; wspaniała nazwa, prawda?). Źródło.

Przy czym nie słucham?
Natomiast nawet ja mam takie książki, przy których nie umiem słuchać muzyki. Z pewnym zdziwieniem odnotowuję takie przypadki, ale się zdarzają. Na przykład zupełnie nie wiem czemu, ale Kierkegaarda mogę czytać tylko w ciszy (a miałam taki sezon, kiedy wyczytywałam całego, który był dostępny). W sumie aż się prosi o jakiś podkład muzyczny, coś klasycznego, ale bez przesady, może nawet jakieś mroczniejsze tony, a tu nic. Co tylko włączałam, od razu plątała mi się śledzona w tekście myśl – widocznie Kierkegaard w moim przypadku jest zupełnie ekskluzywistyczny (jest takie słowo? W każdym razie wiecie, o co mi chodzi). Na początku myślałam, że to kwestia lektur, przy któych bardzo potrzebne jest skupienie – ale okazało się, że niekoniecznie. Po prostu widać taki urok duńskiego filozofa (w moim przypadku).

A jak wyglądają Wasze obyczaje muzyczne przy czytaniu? Słuchacie? Nie słuchacie? Jak sobie radzicie z dobieraniem muzyki do czytania?

__________________

Jutro będzie recenzja – z dedykacją.

Weź dokładkę!

37 komentarze

  1. Hej, właśnie też miałam o tym pisać u siebie :P

    Słucham muzyki przy czytaniu, zresztą słucham muzyki kiedy tylko mam taką możliwość, prawie cały czas coś mi brzęczy w tle. Odpadają rzeczy po polsku (w przypadku angielskiego jestem w stanie w dużej mierze "wyłączyć" rozumienie, przynajmniej kiedy robię jeszcze coś innego) i bardzo pokręcone. Świetnie czyta mi się przy Modern Jazz Quartet i przy rocku progresywnym, ale nieco spokojniejszym i lżejszym (znaczy - przy King Crimson czy Van Der Graaf Genetator nie za bardzo się da, przy dajmy na to Camel albo Marillion już tak). Nie dobieram muzyki do ksiązki, raczej do nastroju w danym dniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolę kiedy muzyka jest spokojniesza, chyba że to płyta, którą znam na wylot. Wtedy mogą być zmiany nastroju jak w Bohemian Rhapsody, nawet ich nie zauważę ;).

      Usuń
    2. U mnie to "spokojniejsza" odnosi się do konkretnie rocka progresywnego, bo tak ogólnie to mogę czytać i przy rzeczach mocno hałaśliwych, zwłaszcza kiedy jest potrzeba odcięcia się od świata.

      Usuń
    3. @Procella, bo to chyba istotny temat jest dla każdego, kto lubi słuchać i czytać jednocześnie ;). Rock progresywny w moim przypadku -- zależy jaki. Mój Domownik sporo tego puszcza na gramofonie, a że nie mamy do niego jeszcze słuchawek, to i mnie się siłą rzeczy zdarza coś niecoś wychwycić i przy tym czytać. Za to jazz jak najbardziej -- ale ostatnio zauważyłam, że to jeszcze zależy od pory dnia: idealnie wieczorem i nocą, rano i w trakcie dnia za to już nie bardzo.

      @Anna, no właśnie, mam dokładnie tak, że jeśli już coś bardzo dobrze znam, to tych niuansów brzmieniowych w tle nie zauważam, muzyka staje się wtedy przy czytaniu przezroczysta, a to nie zawsze jest efekt, o który mi chodzi. Wtedy muszę się bardziej skupić na samej muzyce, a tekst cierpi ;).

      Usuń
  2. Ja, na przykład, kiedy czytam klasyczną fantastykę, lubię słuchać Jethro Tull (te lżejsze/bardziej folkowe płyty jak Songs from the woods). Mają odpowiedni klimat i nawet słowa dopasowane do czytanej książki. Z drugiej strony, Aqualung zawsze mi świetnie pasuje do wszystkich książek "anioły i demony we współczesnym świecie".
    Czasami sugeruję się też tym, czego słuchają bohaterowie/autorzy. Dobry Omen czytałam przy The best of Queen :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam, zaraz poznam :). Już nie pamiętam dobrze fabuły "Dobrego Omenu" (poza tym, że autostrady wokół Londynu to przedsionek piekła ;)), zapomniałam zupełnie, że był tam Queen!

      Usuń
  3. Uwielbiam muzykę i nie wyobrażam sobie bez niej życia, ale jednak kiedy zasiadam do czytania bądź nauki, to jedyną muzyką, którą akceptuję, jest śpiew ptaków bądź hałas dochodzący z podwórka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i to też czasami się udaje "dopasować" do lektury ;). Gorzej zimą, przy zamkniętym oknie pozostaje słuchać stukotów z mieszkań naokoło ;).

      Usuń
  4. Ja bardzo lubię czytać przy muzyce, bo paradoksalnie pomaga mi się ona skoncentrować na tekście. Warunek: musi być instrumentalna albo chociaż niezbyt angażująca emocjonalnie (nie wyobrażam sobie czytać przy takim, powiedzmy, Nine Inch Nails). Gatunek muzyki dobieram zwykle do nastroju i rodzaju tekstu. Jeśli tekst naukowy - jazz albo trip-hop, jeśli literatura piękna - muzyka klasyczna, jeśli fantasy - muzyka celtycka (niezawodna Loreena McKennitt) albo Dead Can Dance, tudzież solowe płyty Lisy Gerrard. Nieźle sprawdzają się soundtracki dobrane pod klimat czytanej powieści, o ile nie osłuchaliśmy się z nimi za bardzo (ja niczego więcej nie przeczytam przy ścieżce dźwiękowej do "Gladiatora" -.-'). Paradoksalnie przy swoim ulubionym gatunku - muzyce rockowej i metalowej - czytać nie mogę. Zbyt intensywne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie wychodzi na to, że wszystkim nam fantasy kojarzy się od razu z muzyką celtycką (czego się w sumie można spodziewać). Z literaturą piękną muszę przyznać, że bardzo lubię takie kontrasty: to znaczy coś zupełnie z innej epoki, z innego porządku rzeczy, może czasem wywoływać ciekawy dodatkowy efekt. Mam wtedy takie wrażenie filmowości -- tylko że cały film rozgrywa się między mną a książką, z tymi efektami dźwiękowymi dobranymi czasami celowo, a czasem na chybił-trafił :).

      Usuń
    2. Mnie Loreena McKennitt już zawsze będzie się kojarzyć z "Historią krain i miejsc legendarnych" Umberto Eco. W książce znalazłam wiersz "Lady of Shallott", w internecie postanowiłam wyszukać go sobie po angielsku, trafiłam na piosenkę... i tak mi się zapętliło przy dalszym czytaniu. Bo zazwyczaj jednak do czytania nie włączam muzyki - za bardzo się na niej skupiam, albo zastanawiam się nad tekstem piosenek zamiast nad treścią książki.

      Usuń
  5. Słucham muzyki podczas czytania, ale zasada jest taka, że piosenki muszą być w innym języku niż książka :) Przestawiam się wyłącznie na język książki i piosenka mnie nie rozprasza. Przy pisaniu mam podobnie.
    Nie mogę też włączać moich ulubionych kawałków, bo wtedy już niezależnie od języka nie będę mogła się skupić i na pewno zacznę śpiewać, po raz setny informując domowników, że to jest moja ulubiona melodia (jak milion innych).
    Najbezpieczniejszym sposobem jest dla mnie stereomood.com, wybieram sobie na przykład właśnie hasło "reading" i jest dobrze :)
    Ale prawda jest taka, że nad naprawdę dobrą książką głuchnę i mogliby mi dom wyburzyć, a ja nawet nie podniosę głowy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co innego po książce! Po lekturze mogę sobie z uwagę posłuchać muzyki, która mi się z nią kojarzy. Uwielbiam to! Po Knausgardzie David Bowie, po Christensenie wspaniała Ella :)

      Usuń
    2. Dokładnie -- też tak mam, jeśli słucham to nie tego, co jest w danym języku, tak jak napisałam. Też mnie to rozprasza. Przy pisaniu za to -- nie. Stereomoodu nie znałam, będę teraz miała alternatywę do mojego 8tracks, dziękuję :)! No i jak najbardziej zgadzam się co do kwestii muzyki "po książce" (ale akurat Christensen mi trochę obrzydził tę konkretną Ellę ;)).

      Usuń
  6. Jej, gdyby nie muzyka, nie byłabym w stanie czytać w środkach komunikacji miejskiej. Te rozmowy, krzyki, cudze opowieści o rzeczach zupełnie dla mnie nieistotnych, albo darcie się do telefonu. Swego czasu były u nas w SKM naklejki: "Stul dziób, oddzwonisz jak wysiądziesz!". Święta prawda, którą ktoś pozrywał. Dlatego. Dzięki bogom wszelkiej maści za muzykę i słuchawki. A w domu czytam już w ciszy (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to prawda, muzyka w tym wypadku pozwala się odciąć od "dźwięków tła" jeśli nam przeszkadzają. Przy czym niestety jestem z tego gatunku, który nie posiada żadnego sprzętu przenośnego, który by pozwalał na takie słuchanie, za to jestem doskonałym podsłuchiwaczem autobusowo-pociągowo-tramwajowym. Nawet ostatnio na siedzeniu niedaleko mnie toczyła się frapująca rozmowa o literaturze. Mama dopytywała nastoletnią córkę, jak tam się jej podoba "Ania z Zielonego Wzgórza" słowami "Ależ ta Ania i Gilbert, prawda?", na co córka niewzruszenie odparła "Wiadomo, że będą razem. Wtedy takie komplikacje są nawet okej". Podzielam to zdanie :).

      Usuń
  7. Jak byłam w szkole średniej to mogłam czytać i uczyć się do muzyki. Teraz nie dam rady, muszę mieć ciszę. Mogłabym w sumie poeksperymentować z muzyką klasyczną albo instrumentalną, bo jak słyszę słowa, to mój mózg je rejestruje czy tego chcę czy nie chcę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie wtedy właśnie pomaga klasyka, filmowa, ogólnie coś, w czym nikt nie śpiewa (no, chyba że czytam Kierkegaarda, tak jak pisałam ;)).

      Usuń
  8. Zawsze słucham muzyki w pracy, bo idealnie skupiam się na swoich zadaniach. Wybieram zwykle utwory znane i lubiane, by nie rozpraszały one mojej uwagi.

    Wypróbowuję właśnie stronę, którą poleciłaś. Naprawdę jest niezła. Dobrała mi taką muzykę do kryminałów Henninga Mankella jakiej się nie spodziewałam, ale jednak - pasuje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze znanymi utworami mam właśnie tak, że one mi brzęczą w tle, ale prześlizgują się jakoś jedynie z lekka po świadomości, więc właściwie nie spełniają w moim przypadku swojej roli ;). Bardzo się cieszę, że Ci się podoba, jestem wierną fanką, więc polecam zawsze i każdemu :). A jak się podoba, to mi miło!

      Usuń
  9. Nigdy nie słucham muzyki podczas czytania. Muzyka, podobnie jak literatura czy praca, w moim wypadku pochłania mnie całkowicie. Jestem zapalonym słuchaczem, poszukującym pojedynczych dźwięków, wsłuchującym się w tekst, kontemplującym muzykę. Co nie znaczy oczywiście, że nie mam podzielności uwagi.

    Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, myślę, że to zależy właśnie od podejścia, od tego, na ile mamy ochotę na słuchanie muzyki dla muzyki, a na ile na jakieś łączenie (w którym muzyka może zostać zmarginalizowana "poznawczo"). Również pozdrawiam!

      Usuń
  10. Czasami słucham, ale jest to muzyka nierozpraszająca. Mam w zasadzie 5 płyt do tego celu:
    50 greatest opera hits, Louis Armstrong, 2 płyty klasyczne, Jlulio Iglesias i mój ukochany Elvis. Zależy od tematyki, ale operę i poważną słucham przy książkach smutnych, a Julia i Elvisa- przy wesołych. Ale jeśli jest pasjonująca akcja, to nie słucham niczego. Cała zamieniam się w książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja -- jak pisałam -- przyznaję, że oper słuchać nie umiem. Oglądać -- nie ma sprawy, słuchać -- niekoniecznie. Julio Iglesiasa od czasów filmowego "Szpiega" bardzo sobie cenię :).

      Usuń
  11. Od dawna nie słucham muzyki przy czytaniu. Kiedyś stanowiła przyjemne tło. Właściwie mogłam słuchać wszystkiego. Nawet dyskusje radiowe nie rozpraszały mnie. Teraz wolę czytać w ciszy. Natomiast, gdy piszę, towarzyszy mi muzyka. Coś francuskiego na ogół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, dyskusje radiowe w moim przypadku odpadają. To znaczy jak już je usłyszę -- bo czasami po prostu jestem na tyle zaczytana, że do mnie nie dociera, że w radiu właśnie coś zaczęli mówić -- to nie mogę ich "odsłyszeć" i zazwyczaj wtedy rezygnuję i radio wyłączam.

      Usuń
  12. Ja wolę czytać w ciszy. Uwielbiam muzyke, ale denerwuje mnie wszechobecność jej w tle, nawet w wiadomościach w radiu w tle muzyka (niekoniecznie fajna). Trochę ciszy, zwłaszcza przy czytaniu jest najlepsza muzyka,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to inna sprawa, że faktycznie muzykę puszcza się teraz prawie wszędzie, ale wychodzę z założenia, że wszystko zależy od samej muzyki. Natomiast wiadomo, że niektórzy z nią czytać lubią, a inni nie.

      Usuń
  13. Przyznam, że bardzo, bardzo chciałabym mieć taką zdolność słuchania i czytania w jednym :) I piszesz tak zachęcająco, a ja wiem, że i tak mi się to nie uda. Jestem bardzo wrażliwa na muzykę - skupiam się tylko na niej. Ale czy w pojedynku książka-muzyka wygrywa muzyka? Chyba nie. Tylko w tym jednym momencie ;) I węszę w Tobie fankę winyli :) Ach!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że jakoś w tym wypadku słuch wygrywa ze wzrokiem -- ciekawe, prawda? Chociaż myślę, że to jeszcze może zależeć od tego, co to za muzyka (czasami się orientuję dopiero po chwili, że coś gra). No, troszkę jestem fanką winyli, bo cały świat muzyczny nieco dawniejszy kryje się na przeróżnych targowiskach w pudłach za kilka złotych, a odkrycia do poczynienia tam równe tym, co się czasem przydarzają w antykwariatach :).

      Usuń
  14. Drobny dopisek na marginesie: w roku 1999 S. Rushdie opublikował powieść "Ground Beneath Her Feet" (polski tytuł "Ziemia pod jej stopami") dziejącą się takiej ciut alternatywnej rzeczywistości, w której supergwaidami kultury popularnej lat 60. i 70. nie są The Beatles, ale hinduski duet VTO. W jej treści pojawia się tekst fikcyjnego przeboju o tytule, który dał tytuł całej powieści.
    W roku 2000, dla potrzeb ścieżki dźwiękowej filmu "Million Dollar Hotel" (serdecznie polecam) U2 nagrało piosenkę w oparciu o wspomniany tekst. Ciekawie jest poczytać powieść nucąc sobie "fikcyjnie" z niej utwory....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonałe! W sumie nie wiem, jakby to podsumować jednym słowem z incepcją w nazwie, ale bardzo mi się podoba to zapętlenie. Będę miała w pamięci (swoją drogą powieść brzmi zachęcająco).

      Usuń
    2. Powieść jest przednia. S. Rushdie nie pisze równo. Nie wszystko da się strawić. Ale "Ziemia..." to jedna z jego najlepszych powieści, obok "Dzieci Północy" i e.... tej-której-tytułu-wymawiać-nie-wolno :-)

      Usuń
    3. Tę-którą zaczynałam kilka razy, ale jeszcze nie udało mi się w całości przeczytać. Może spróbuję następnym razem podejść do Rushdiego na okrętkę i zacząć od "Ziemi..." właśnie. Taką sobie w każdym razie zrobiłam adnotację na mojej liście ;).

      Usuń
  15. Tak zrób :-) Rushdie pisze dość hermetycznie. Jeśli nie ma się tego klucza do odczytywania tekstu utkniętego między islam, brytyjski imperializm i emigracyjną rzeczywistość, to powieść-której-tytułu-wymawiać-nie-wolno jest ciężka niczym Deuteronomium. A "Ziemia..." dla odmiany mówi głównie językiem kultury Zachodu. Podchodzi do tego samego tematu od drugiej strony, wyprowadzając nas z naszych znajomych salonów i werand.
    Coś chyba płynę z metaforami...

    OdpowiedzUsuń
  16. bardzo super wynalazkiem jest booktrack, na którym do książek jest dodana już ścieżka dźwiękowa. Szkoda, że wszystkiego jest tam bardzo mało, ale czytanie o deszczu i słyszenie go albo idealne dobranie muzyki do właśnie czytanego tekstu robi niezłe wrażenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie znałam tego cuda :). Ciekawa jestem, na jakiej zasadzie dobierają, co jest płatne, a co bezpłatne, bo chyba popularność nie zawsze jest tu kluczem. Faktycznie nie za dużo jeszcze tam jest, ale chyba się rozwijają. Ciekawy pomysł!

      Usuń