Tajemnicza historia albo o słynnych postaciach na tropie zagadki


Z postaciami historycznymi jest tak, że niekoniecznie wszystkich bawi czytanie biografii. Albo przynajmniej nie tylko. Czasami chciałoby się zobaczyć taką postać w działaniu, otoczoną klimatem epoki, w sytuacjach, które niekoniecznie muszą się znaleźć na kartach biografii.

Jak już się pewnie zorientowaliście, lubię powieści, w których autor umiejętnie łączy fikcję i historię, uzupełniając luki w materiale historycznym. Dlatego pewnie Was nie zdziwi, że często napotykając w bibliotece książkę, która sugeruje mi, że wykorzysta znaną postać w nowym kontekście, z ochotą niosę ją do biurka, żeby ją wypożyczyć. Nie zawsze to są lektury sprawiające tyle radości, ile sugerują. Ba, często są to książki dość, no, takie sobie. Pomyślałam, że przy okazji zrobię takie małe zestawienie – przy czym żeby był tu jakiś motyw przewodni, skonstruowałam taki mały spis książek, w których postaci historyczne tropią tajemnicę.

Klub Dantego” M. Pearl
Już kiedyś wspominałam o tej książce, ale w innym kontekście. O co chodzi? Ano grupa bardzo znanych anglojęzycznych poetów zabiera się za przekład „Boskiej Komedii” Dantego na angielski (czyli Dante nie jest tu tą słynną postacią bawiącą się w detektywa, a nawet wręcz przeciwnie). Tymczasem ktoś, kto najwyraźniej ma jaki taki dostęp do ich prac, wykorzystuje pieśni „Piekła” jako inspirację do makabrycznych mordów – pytanie, czy znając oryginał, czy tłumaczenie. Oczywiście poeci zaczynają podejrzewać siebie nawzajem, a do tego wszystkiego morderstwa robią się coraz paskudniejsze. No i książka się sama nie przetłumaczy, ale bohaterowie zaczynają się zastanawiać, czy tłumaczyć i dawać psychopacie możliwość dalszego inspirowania się Dantem, czy nie tłumaczyć i zostawić literaturę rodzimą bez przekładu wiekopomnego dzieła. Muszę powiedzieć, że w momencie, kiedy „Klub...” czytałam, nie wiedziałam jeszcze do końca, kim jest na przykład Longfellow i nie dawało mi to aż takiej radości z lektury, że oto, ha, ha, śledzę sobie wybitnego poetę, jak tropi mordercę. Zapewne z tą wiedzą czytelnik dużo bardziej się z czytania raduje. Autor napisał również powieść „Cień Poego”, ale jakoś po dziś dzień się nie skusiłam.


 Poeta na tropie zbrodni. Dzisiejsze zdjęcia
i obrazy pochodzą z wikipedii.
 

Sekret Freuda” J. Rubenfeld
Autor zdecydował się wyjść od historii o tym, jak to Freud narzekał na Amerykę i po swoim z niej powrocie powtarzał wszędzie, że pobyt tam był okropny i nigdy więcej do Nowego Świata się nie wybierze, i zrobić z tego twórcze pytanie: co mu się tak tam nie podobało? Oczywiście nie podobało mu się, bo po Stanach szaleje zbrodniarz, który wykańcza ofiary wykorzystując różne psychoanalityczne tropy, nie wspominając już o tym, że ktoś czyha na pokazowe ofiary wiedeńskiego profesora. Stąd też możemy oczekiwać przeróżnych zawirowań na tle seksualnym i wmieszaniu ich w i tak zagmatwaną intrygę. Muszę powiedzieć, że choć jako kryminał „Sekret...” zły nie jest, to Freud jest tam, mimo deklaracji autora, postacią dość drugo-, a może nawet i trzecioplanową, i właściwie jakby zamiast niego był jakiś inny psychoanalityk, to nie wiem, czy powieść by na tym ucierpiała. Ale tym sposobem przyciąga się czytelnika. Freud wystąpił też w innej powieści Rubenfelda, „Instynkcie śmierci”, ale tak jak w przypadku Pearla nie starczyło mi determinacji, żeby póki co przekonać się, jak wypadła inna powieść autora.


 Ojciec psychoanalizy poniekąd na tropie
zbrodni.
 

Krytyka zbrodniczego rozumu” M. Gregorio
Przyjęłam co prawda zasadę, że piszę tylko o książkach, które znam i czytałam, ale tutaj zrobię wyjątek. Otóż rzecz jest o Immanuelu Kancie i, no jasne, o zbrodniach popełnianych w Królewcu, w których to zbrodni rozwiązaniu Kant ma pomagać. Zagarnęłam zatem powieść z bibliotecznej półki, a już tytuł powinien był mnie ostrzec! Ale nie. Zaczęłam czytać i czytałam, czytałam, a twarz mi się coraz bardziej wydłużała i wydłużała. Autor postanowił przedstawić Kanta jako starego piernika, którego najbardziej interesuje regularność wypróżniania się i szczerze mówiąc, gdyby zrobione to było dobrze, to bym jakoś przebolała, ale w momencie, kiedy ma robić za efekt komiczny, to średnio się sprawdza, zwłaszcza w takim natężeniu. Także przyznaję, może dalej robi się lepiej – nie wiem. I nie wiem, kto też tam grasował po Królewcu autora, bo jakoś nie miałam chęci sprawdzać. Na pewno nie w towarzystwie takiego Kanta.


 Słynny filozof albo ktoś pod niego się
podszywający chyba również na tropie. Czegoś.
 

Korona śniegu i krwi” E. Cherezińska
Nie kryminał, powiecie? No, nie kryminał, ale jest i słynna postać historyczna, i zagadka. W sumie to właśnie ten wątek bardzo, ale to bardzo mi się spodobał i przykuł do pierwszego tomu piastowskich powieści autorki. Chodzi mi o Jakuba Świnkę, który wpada na trop skrzętnie skrywanej tajemnicy, czyli jak to właściwie było z tymi patronami Polski. Podoba mi się, jak Cherezińska zagrała z tym motywem, bardzo lubię kreację Świnki (chociaż już w „Niewidzialnej koronie”, czyli tomie drugim, nie za bardzo), chociaż liczyłam na bardziej twórcze rozwiązanie wątku, który się tak właściwie jakby urwał. Za to dochodzenie do tego, jak było z buntem biskupa Stanisława przeciwko Bolesławowi Śmiałemu i o co chodzi ze świętym Wojciechem – o, to jest ten rodzaj wykorzystywania luk w historii, który trafia w mój gust!


 Przyszły biskup na tropie nie tyle zbrodni, co zdrady.
 

Tajemnica królestwa” M. Waltari
W ogóle muszę przyznać, że lubię powieści, w których autorzy usiłują się zmierzyć z tematem śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale nie od strony hagiograficznej, ale po prostu usiłując rozgryźć, jakie to mogło mieć znaczenie i jakie robić wrażenie na ludziach niekoniecznie z Jezusem związanych (co nie oznacza, że znam takich powieści za dużo – gdybyście jakieś znali, to podzielcie się wiedzą!). W tym przypadku główny bohater, Rzymianin z pochodzenia, Marek, przybywa do Jerozolimy akurat w momencie, kiedy Jezus zostaje ukrzyżowany i umiera. I w sumie nie pamiętałby pewnie o jednym ze skazańców, jakich mijał w drodze do miasta, gdyby nie dziwne pogłoski, które zaczynają szerzyć się po mieście. Marek postanawia więc zająć się sprawą i dowiedzieć się, o co chodzi. W tym celu zaczyna śledztwo (prawda, że sam pomysł jest ciekawym odwróceniem zwykłego pomysłu w śledztwie: chodzi przecież nie o morderstwo, ale wręcz odwrotnie) i tak spotyka się pomału z postaciami, które znamy z Biblii, odwiedza na przykład przybitego życiem Łazarza i wystraszonego Szymona Cyrenejczyka. I im dalej tropi, tym dziwniej się robi. A są jeszcze, oprócz pierwszego, dwa kolejne tomy.


 Łazarz, świadek w śledztwie. Obraz Juana de Flandes.
 

Tak by wyglądało moje zestawienie po przejrzeniu tego, co miałam na listach swoich lektur. Przychodzą Wam do głowy inne przykłady? A może ktoś doczytał zbrodniczego Kanta do końca?

____________

Jutro zaś będzie trochę wyjazdowo. Ale jak zawsze o książkach.

Weź dokładkę!

33 komentarze

  1. Z wymienionych czytałam tylko Klub Dantego i jakoś nie bardzo mi się podobało. "Krytyka zbrodniczego umysłu" kilka razy rzuciła mi się w oczy, ale się jej oparłam, słusznie jak widzę. W sumie, zastanawiam się czy czytałam dobrą książkę, gdzie postać historyczna była detektywem i chyba nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się zastanawiam, czy nie wynika to po trosze z faktu, że rzadko zdarza się udane połączenie kryminału i powieści historycznej, czy może inaczej: mamy taką tendencję do uznawania powieści za kryminał albo za powieść historyczną, i w zależności od tego, gdzie ją sobie przyporządkujemy, to tak ją oceniamy. Z powyższych trzy pierwsze są kryminałami, które jednocześnie z mniejszym ("Krytyka...", "Sekret...") lub większym ("Klub...") powodzeniem chcą być powieściami historycznymi, co jednak wiąże się z nieco innym spojrzeniem na zgromadzony materiał. Tak mi się przynajmniej wydaje.

      Usuń
    2. Myślę, że to też kwestia tego, że mamy jakąś swoją wizję osób historycznych (zwłaszcza tak znanych jak Poe czy Kant) i kiedy wizja autora odbiega od naszej, to się gryzie.

      Usuń
    3. Z jednej strony -- na pewno. Z drugiej, jeśli autor zrobi to przekonująco, czemu nie? Ten Kant z "Krytyki..." po prostu, moim zdaniem, zupełnie nie wyszedł, bo był pisany pod włos i nieumiejętnie, ale jakby ktoś umiejętnie napisał Kanta-bawidamka albo nawet niechby tego Kanta, co go interesuje, kiedy i jak się wypróżnia, to mogłoby to nie wyjść źle (chociaż nie wiem, ale tak gdybam).

      Usuń
  2. "Korona śniegu i krwi" - coś pięknego. Świetnie napisana powieść, przedstawiająca historię Polski w taki sposób, że...;) Każdemu będę polecać;) Niestety przez "Niewidzialną koronę" na razie nie przebrnęłam. Za to mój Tato już przeczytał, tak samo jak "Legion" i jest zachwycony;)
    Przeczytałabym "Cień Poego" (Poe jest mi bliższy niż Dante i nie chodzi tylko o to, że temu pierwszemu bliżej do współczesności;)
    Nie przypominam sobie teraz o innych, podobnych książkach... no, może poza "Historykiem" Kostovy, tyle że tam postać Wlada Palownika była właściwie tożsama z Drakulą-wampirem, a to nie do końca zgodne z faktami;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja powiem tak: "Korona..." jest świetna. Ale "Niewidzialna..." -- też przez to, że tak bardzo podobała mi się część pierwsza -- nie podobała mi się przeokropnie. Brnęłam przez nią z coraz większym niedowierzaniem, bo aż wydawało mi się nieprawdopodobne, że to ta sama autorka: niewiarygodne postaci, okropna Mary Sue, wrogowie traktowani jak półgłówki, wątki jak z podręcznika... Ból! I teraz wszędzie chodzę i narzekam ;). Ale czekam bardzo na tom trzeci, może wydawnictwo pozwoli autorce go dopracować, bo mam wrażenie, że wiele grzechów "Niewidzialnej..." to kwestia zbyt krótkiego czasu na jej napisanie.

      A o "Historyku" słyszałam sprzeczne opinie i jakoś póki co mnie jego lektura ominęła.

      Usuń
    2. O widzisz. A mi się wydawało, że moja niechęć do "Niewidzialnej..." wynika po prostu z tego, że ostatnio ciężko mi znaleźć lekturę, która w pełni by mi odpowiadała.
      Niedopracowanie może zniszczyć nawet najlepszą książkę...

      "Historyk" mi się podobał, ale na pewno ogromny wpływ na taką właśnie reakcję miało moje zainteresowanie Rumunią i postacią Drakuli;)

      Usuń
  3. Ciekawy temat, lubię takie klimaty:) Wydaje mi się, że jest dużo takich książek, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć zbyt dużo konkretnych:)) Czytałam Klub Dantego i Cherezińską z Twojej listy. Dantego również z mieszanymi uczuciami. Intryga była poprowadzona dosyć ciekawie, ale całość była trochę taka podręcznikowa. Cherińska mi się bardzo podobała. Z innych, które przychodzą mi na myśl (choć może nie do końca mieszczą się w wyznaczonych przez Ciebie ramach): "Jaskinia filozofów" Somozy (nie ma, o ile pamiętam, konkretnego historycznego bohatera, ale jeśli chodzi o sposób połączenie historii z tajemnicą, to było całkiem nieźle, w każdym razie oryginalnie), "Opętanie" Byatt (tu też postać historyczna zdaje się była fikcyjna, ale wzorowana na rzeczywistej, całość świetna), "Szyfr Szekspira" Lee (dość przyjemne wariacje na temat życia Szekspira, choć bez rewelacji), "Klub Dumas" Perez-Reverte (postać samego Dumas jest tutaj wątkiem pobocznym, ale jakiś tam udział w intrydze bierze, choć trudno powiedzieć czy on sam czy raczej jego książka, całość należy do moich ulubionych lektur, choć chyba jednak nie ze względu na wątki historyczne:) ). Sama przymierzam się od jakiegoś czasu do "Drooda" Simmonsa o Dickensie. B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam żadnej z wymienionych przez Ciebie książek, to znaczy o "Droodzie" słyszałam i nawet się zastanawiałam, czy by nie przeczytać, ale najpierw pomyślałam, że przeczytam powieść Dickensa i tak mi się jakoś odwlekło. Ale wiadomo, co się odwlecze... ;) Także jest szansa. Pereza-Reverte mimo wielu zachwytów też jeszcze nie miałam okazji czytać, także muszę sprawdzić. No a o "Szyfrze Szekspira" w ogóle nie wiedziałam, też muszę się za tą książką rozejrzeć. Dzięki :)!

      Usuń
    2. Oj tak, "Klub Dumas" jest świetny :) Właśnie szukając czegoś podobnego sięgnęłam nieświadoma po "Kod Leonarda da Vinci" i zawiodłam się srodze, bo i bohaterowie strasznie nudni, i da Vinci zupełnie niewykorzystany, i fabuła bzdurna i w porównaniu z "Klubem..." prosta jak budowa cepa. Gdzie tam Brownowi do Pereza-Reverte :)

      Usuń
    3. Browna akurat przeczytałam w momencie, kiedy była na niego wielka moda i o ile "Kod..." zostawił mnie z takim poczuciem "no, niezbyt, nie rozumiem fenomenu", to "Anioły i demony" zostawiły mnie z wielkim "ale... co to było właściwie?" na twarzy ;).

      Usuń
  4. Szkoda, że w tych kolejnych tomach Waltariego powieść zmieniła się z pasjonującego śledztwa (hej, fajnie, że tak faktycznie jest - to znaczy też to widziałem, ale myślałem, że może przesadzam i widzę kryminałową fabułę tam, gdzie jej nie ma) w ufabularyzowany zapis dat oraz wydarzeń historycznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A warto czytać tylko pierwszy tom? Odkąd przeczytałam Egipcjanina Sinuhe, zakochałam się w Waltari, ale ani Turms ani Czarny Anioł nie dorównują Egipcjaninowi. Niemniej jednak mam ochotę na książkę historyczną i może by dać Waltariemu (?) jeszcze jedną szansę.

      Usuń
    2. @Anonimowy, trochę tak jest, ale sama "Tajemnica..." jest bardzo dobra. Dla mnie to było odkrycie, że można w taki sposób pisać i do tego umiejętnie pokazywać pewne niedomówienia w, nazwijmy to, materiale wyjściowym. No i sam pomysł na intrygę, póki Marek nie jest jeszcze taki mocno podchodzący pod "Quo vadis" mnie ujął.
      @Magdalena, warto! Bohater nie jest taki rozmemłany i emujący jak w "Czarnym aniele" (którego mimo wszystko jakoś tam lubię), a do tego fajnie się przekonać, co autor robi z bardzo znanymi motywami i jak je rozgrywa.

      Usuń
    3. Jeżeli Pyza nie miałaby nic przeciwko, mógłbym wrzucić linka do swojej recenzji, moim zdaniem warto przeczytać nawet i całą trylogię, nie tylko "Tajemnicę Królestwa", tyle że o ile pierwszy tom jest takim mocnym wow, tak już dwa kolejne się czyta fajnie, ale raczej z rozpędu i chęci zobaczenia co się stanie i jak się skończy, a nie faktycznej jakości. Plus nie wiem czy takie wrażenie nie jest spowodowane lekturą "Quo Vadis" właśnie, czytałem je w w niewielkim odstępie i "Rzymianin Minutus" oraz "Mój syn Juliusz" nieco się zazębiały tematycznie oraz czasowo z dziełem Sienkiewicza, ale pod względem kunsztu pisarskiego to dwie klasy niżej.

      Usuń
    4. Czytałam w większych odstępach, to znaczy najpierw "Quo vadis", a potem Waltariego długo potem i mam podobne wrażenia. To chyba kwestia tego, że w pisaniu o początkach chrześcijaństwa istnieje to zagrożenie wpadnięcia jednak w syndrom Barabasza, czyli rób co chcesz, a i tak bohater się w końcu zafascynuje nową religią, chociaż i tak mam wrażenie, że Waltari większości klisz pounikał, ale przyznam szczerze, że tylko "Tajemnicę..." czytałam więcej niż raz, więc musiałabym sobie odświeżyć całość, żeby sprawdzić ponownie wrażenia. (A linkiem się podziel, sama z chęcią przeczytam wrażenia :)).

      Usuń
    5. Z tych klisz uniknął Waltari przede wszystkim denerwującego, kilkutysiącletniego wybiegania w przyszłość i zaznaczania w słowach bohaterów, że chrześcijaństwo będzie takie a takie i kiedyś będzie tak a tak. Za co mu chwała, bo niczego w powieściach historycznych nie cierpię bardziej.
      Recenzja zaś tutaj (a w niej odnośnik do kolejnej): http://michalmalysa.pl/waltari-tajemnica-krolestwa/

      Usuń
    6. Po pierwsze: zgadzam się. Chociaż wiesz, Sienkiewicz też umiał to ograniczyć -- jest takie jego opowiadanie o Piłacie, bardzo zacne, w którym Piłat przeżywa cały proces, znajomi go uspokajają, żeby się nie martwił, ale niepokoją go nadal plotki, a kończy się tak, że wchodzi Piłat do pokoju, gdzie trwa w najlepsze jakaś dyskusja i wykrzykuje: "A wiecie, co teraz mówią? Teraz mówią, że zmartwychwstał!". Tak jakoś została ze mną ta puenta, bo uważam, że całe opowiadanie jest dość zgrabne (i zupełnie inne niż "Quo vadis"). A po drugie: Michale, wróciłeś :)!

      Usuń
    7. Ściągam opowiadanie z Wolnych Lektur, nie przypominam go sobie, a wydaje się świetne już po samym opisie.

      A nie tyle wróciłem, co przy-wróciłem. Bo zawsze byłem, musiałem po prostu przebudować bloga i zmienić jego koncepcję :)

      Usuń
  5. No, właśnie. Z tymi postaciami historycznymi różnie bywa. Chyba wolę schemat z postacią oryginalną na tropie albo z postacią historyczna, ale na tyle poboczną, że mało znaną.
    „Klub Dantego” jakoś mi nie podszedł, choć nie czepiałam się postaci historycznych, ile tego, że ze stylem autora mi nie po drodze. W związku z tym „Cienia Poego” już się nie dotykałam. „Krytykę…” nawet w ręku miałam, ale jakoś nie poczułyśmy chemii do siebie, więc odłożyłam grzecznie z powrotem na półkę. Po Twoim komentarzu widzę, że słusznie. Co do „Tajemnicy królestwa” to obiektywna nie będę, bo Waltariego kocham, choć może Marek nie jest na pierwszym miejscu (czy będzie kiedyś jeszcze jakiś wpis z udziałem Waltariego? Och, ci jego koszmarni bohaterowie, aż chce się wziąć takiego i za szmaty!).
    Z innych dzieł w tym stylu kojarzę „Ciemną materię” z Izaakiem Newtonem. Mam niejasne wrażenie, że to nie pierwsza, i nie ostatnia powieść, co eksploatuje w ten sposób Newtona. No, ale to akurat solidnie umocowane w biografii, bo wszak fucha w Mennicy Królewskiej wymagała udziału w śledztwach o fałszowanie monety. Aczkolwiek „Ciemną materię” zaliczyłabym do kategorii „miło przeczytać, acz nie ma co szaleć”.
    O wiele bardziej przywiązana jestem do „Słownika Lempriere’a”. To taka dziwna historia, bo przeczytałam to pierwszy raz ni cholery nie kojarząc, kim był Lempriere. Dopiero później zostałam oświecona przez osobę bardziej oblataną, że fabuła wpasowana jest w biografię rzeczywistej postaci historycznej. No i jednego bardzo żałuję – że nie wydano kolejnych książek Norfolka. „Słownik” cierpi na typowe wady debiutu (za dużo grzybów w barszczu, przekombinowanie, domykanie wątków seriami), ale i tak bardzo go lubię. Zostawia akurat tyle niedopowiedzeń, ile trzeba, a to, że autor przerzuca się od kryminału do fantastyki, niczemu nie szkodzi. I rozwiązanie zagadki jest w porządku, i happy-end, i kilka pięknych scen (ci staruszkowie grający w „Oblężenie LaRochelle”!).
    Jak już jesteśmy przy fantastyce, to całkiem udanie wyszedł Clark Gable w roli lokalnego Marlowe’a, działającego w alternatywnym wszechświecie (patrz: „Obudź się i śnij” MacLeoda), choć zagadka kryminalna cienka wielce i deus-ex-machiczny pożar załatwia sprawę za bohaterów. Ale sam Gable piękny, zwłaszcza, że nie popada w cyniczne smęcenie typowe dla wielu pogrobowców Chandlera. A scena spotkania Gable’a ze starym kumplem Bogartem – pierwsza dziesiątka w kategorii „alternatywne losy postaci historycznych”.
    Mam wrażeni, że Simmons może wydać (czy może wydał?) coś takiego – bohaterami mają być Sherlock Holmes i Henry James. Simmonsa, jako jednostka leniwa, lubię czytać w tłumaczeniu i czuję urażona, że MAG nie chce wydać, bo się nie kalkuluje. Przyznam, że dla mnie późny Simmons, ten historyczny jest dwa, jak nie trzy razy, lepszy, niż wcześniejszy Simmons do sf, ale cóż, tu zdaje się, że jestem w mniejszości, więc będę starała się brnąc przy oryginał.

    Podsumowując, wychodzi na to, że każda postać historyczna, prędzej czy później, zostanie zaprzęgnięta do tropienia, inwigilowania, rozwiązywania i ogólnego robienia za Herkulesa Poirota. Jak się doliczy jeszcze kryminały z oryginalnym śledczymi, acz występującymi w całkowicie fikcyjnych śledztwach (Vidocq, Wicher itd.), to aż strach się bać. Armia kapitanów Sów na tropie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpiszę sobie wpis o Waltarim do kajecika i jak rozgryzę, jak go ugryźć, to będzie :). Natomiast jeśli chodzi o Newtona, to on w ogóle stał się ulubieńcem następnych pokoleń, bo nie dość, że naukowiec z przełomowym odkryciem, pracownik mennicy, to jeszcze jego konszachty z wiedzą tajemną uczyniły z niego ojca magii, więc wiadomo :). "Ciemnej materii" nie znam, już sobie zanotowałam, żeby poszukać (tak samo "Słownik Lempriere'a"!). "Obudź się i śnij" mam na liście, ale jeszcze jej nie upolowałam (wciągnęłam sobie ją po lekturze "Przeminęło z wiatrem", więc nie poluję na nią aż tak znowu długo ;)). Muszę też rozejrzeć się za Simmonsem historycznym, jeśli chwalisz (czy coś konkretnego na początek?).

      I myślę, że może nie każda, ale te co popularniejsze. I z tą popularnością jest tak, że ona może nagle wybuchnąć. Tak było przecież z Dantem, że po "Klubie..." co drugi kryminał był o mordercy, który się "Boską Komedią" inspirował, czasami było to już naprawdę nie do wytrzymania (jak w absolutnie okropnej powieści Chattama "Otchłań zła", gdzie bohaterowie długo się zastanawiają, co to za fragmenty tekstu są inspiracją morderstw, podczas gdy czytelnik potrząsa książką z coraz większym zdenerwowaniem, krzycząc "Dante!"; no, a przynajmniej ja tak miałam, a potrząsać tą książką można z wielu innych powodów także).

      Usuń
  6. Najciekawiej w tym zestawieniu wygląda Waltari, a przy okazji podobnego tematu, nie sposób nie wspomnieć o "Mistrzu i Małgorzacie", choć trochę inaczej wygląda sama intryga. Nie przychodzi mi do głowy żadna pozycja, gdzie konkretna postać historyczna rozwiązywałaby zagadki kryminalne, ale jeśli chodzi o samo tło historyczne, no to przecież jednak doskonałe "Imię róży".
    Ze swojej strony, muszę chyba sięgnąć po tę Cherezińską, skoro tak wszyscy polecają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, "Imię róży"! Miałam nadmienić o nim i zapomniałam, dobrze, że przypominasz (chociaż jest to jedna z tych książek, z którymi walczę od lat, ale to inna sprawa :)). Sięgnij koniecznie po "Koronę śniegu i krwi", bo to jest świetna lektura, natomiast jak pisałam wyżej w odpowiedzi @Beacie, co do drugiego tomu cyklu mam mieszane uczucia.

      Usuń
  7. Oj, nie polecam "Cienia Poego"! Przez całą lekturę czekałam na jakąś akcję, jakiekolwiek rozwiązanie zagadki i niestety się nie doczekałam. Z tego powodu nie sięgnęłam też po "Klub Dantego". I nie zamierzam, brrr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz -- ale jeśli chodzi o akcję, to w "Klubie..." jest ;). Natomiast co do "Cienia..." -- może to specjalny zabieg, w końcu Poe jednak należy do tych tajemniczych postaci? Ale to tylko moje gdybanie niepoparte lekturą.

      Usuń
    2. Właśnie miałam nadzieję, że Pearl podejmie próbę rozwiązania tychże tajemnic Poego. Skończyło się jednak, jak się skończyło. A po "Klub Dantego" może jednak sięgnę, skoro akcja jakaś jest!

      Usuń
    3. Spróbuj -- bo to jest właściwie kryminał z wątkami literaturowymi, także jako taki można go spokojnie czytać :).

      Usuń
  8. Powiem ci, że ja nie przepadam za biografiami fikcyjnymi czy ogólnie fabularyzowaną książką opowiadajaca o historii. Ni to pies ni wydra ani bawi ani tym bardziej uczy, albo co gorsza bawi i wprowadza w błąd. W temacie, który zgłębiam natrafilam na parę okropności, z których najgorszą abominacją wcieloną było HHhH - nie dośc, że to paskudnie napisane, to błędów merytorycznych jest tyle, że nic tylko płakać.
    Lubię za to autobiografie i ostatnio urzekł mnie bardzo Diabeł Morski von Lucknera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wychodzę z założenia, że często takie fabularyzowane biografie mogą zainteresować tematem i potem wciągnięty czytelnik szuka dalej i trafia na biografie w ogóle. To znaczy rozumiem obiekcje -- ale mam wrażenie, że to nie zawsze ma tylko taki skutek, że wychodzimy z lektury z pewnym błędnym mniemaniem (w sumie z biografii też możemy, bo na przykład biograf może nie przepadać za osobą, której biografię pisze albo wręcz odwrotnie). A przy takich powieściach rozrywkowych to w ogóle zakładamy chyba jednak pewien margines wolności twórczej ;).

      Usuń
    2. Patrząc po tym, że czytelnicy HHhH próbują kłócić się ze mną na temat artykułów jakie publikuje na blogu, które podparte są materiałami archiwalnymi i ksiązkami historycznymi non-fiction, a ci i tak swoje, to niestety mam wrażenie, że często takie książki nakładają ludziom klapki na oczy. Zauważyłam, że im bardziej coś jest rozrywkowe, przyjemne i lekkie, tym bardziej bierze się to za coś serio, za fakt. Trochę to fatalne.

      Usuń
    3. Nie wiem, czy bym aż tak uogólniała. To znaczy wierzę w fatalne doświadczenia, ale myślę, że trzeba tu brać pod uwagę jeszcze kilka zmiennych: drażliwość/nośność tematu, stosunkowo nieduże oddalenie historyczne (czyli pojawia się jeszcze faktor w rodzaju "ale wszyscy wiedzą, jak było!"), popularność tematu (znowu: jest tyle publikacji, także fabularyzowanych, że odpowiednio wcześnie wiele osób wyrabia sobie o nim opinię) i inne podobne.

      Usuń
    4. Mówię tu o 1942 roku, więc jest to stosunkowo niedawne wydarzenie, aczkolwiek po akcji Witkowskiego, ankiecie Chajzera widać, że jest to wiedza na tyle odległa, że trzeba z nią obchodzić się jak z jajkiem.
      Niestety, czesto ludzie, ktorzy czytaja duzo, maja jakies obycie (niekoniecznie wyksztalcenie, przykład, studentka z mojego roku pierwszy rok magisterki nie wiedziała w ogóle kto to jest doktor Mengele), przeceniaja wiedze innych osob i ich mozliwosci odczytywania roznych kontekstow. Stąd ja tej fikcyjnej prozy historycznej nie cierpię, bo dzień dzień widzę szkody jakie ona wyrządza.
      A już te popularne romanse pseudohistoryczne z róznymi królowymi w tle. ała.

      Usuń
    5. Wiesz, ale z drugiej strony fikcja może przybliżać też pewne okresy historyczne, które uważamy za nudne albo niewarte uwagi, a tu się nagle okazuje, że to były fascynujące czasy, niesłusznie zupełnie zagrzebane w szufladzie "skomplikowane nudy". A że popularne romanse historyczne bywają miernej jakości, to się zgodzę, ale to trochę inny temat (za to bardzo ciekawy, muszę sobie zapisać w kajecie, żeby o tym kiedyś napisać!).

      Usuń