Kiedy wreszcie zakwitną kasztany albo o maturze z języka polskiego

Wspominacie czasami maturę? Muszę powiedzieć, że jest coś takiego w egzaminie maturalnym, co jest jakby zakodowane w kulturze: cała krzątanina wokół niej, nauka, jeszcze sto dni do, kwitnące kasztany – że mimo że zgadzam się z tymi, którzy mówią, że matura to tylko przepustka do wielu o wiele trudniejszych egzaminów (tak w szerszym znaczeniu), to jednak co jakiś czas sięgam sobie pamięcią do mojej matury. A już jak kwitną kasztany...!


Które co roku, mam wrażenie, kwitną coraz szybciej. No, ale zostawmy to na boku. Dzisiaj wiele osób pisze maturę z języka polskiego, więc – chociaż początkowo myślałam, żeby napisać o czymś innym – to jadąc w czasie majówki piękną zieloną drogą, gdzie kasztany już właściwie przekwitały, pomyślałam, że może napiszę coś o maturze. Oczywiście związanego z literaturą, bo jakże to tak. I, przyznam, głowiłam się, jakby tu temat ugryźć, aż w końcu pomyślałam, że może nie będę kombinować i troszkę się podzielę wspomnieniami.

I na początek wyznanie: nie pamiętam zupełnie tematu pracy pisemnej. Ni w ząb. Pamiętam natomiast, że do wyboru był albo fragment „Dwunastu stacji” (przy czym Tomasz Różycki w wywiadzie jakiś czas później zapytany o wrażenia – stał się wszak autorem omawianym – odpowiedział, że się za bardzo nie przejął, bo nawet jak komuś nie poszło, to obwini „tego Różewicza”) albo „Sklepy cynamonowe”. Bardzo przeze mnie lubiane – może nie jako całość, ale znaczna część doskonałych konceptów i do tego to otwarcie! W dodatku jeśli chce się opisać nastrojowo jakąś porę roku, to przecież nie ma lepszych obrazów niż te wielkie, parujące łopiany, upalny sierpień, czy stokrotny urodzaj na ciemność.
 Co prawda nie kasztany, ale a) też piękne, b) też teraz w rozkwicie.
Wszystkie dzisiejsze zdjęcia stąd.
 

Poza tym, samo przygotowywanie się do matury z polskiego było niczym akcja czytelnicza. Bo jakoś tak się złożyło, że większości książek z listy lektur nie omawialiśmy na lekcjach, więc z samozaparciem czytałam je sama i były to często powieści wspaniałe i takie, które zostały ze mną na długo. Znosiłam więc przeróżne dzieła z biblioteki i początkowo w fotelu, a później na podwórzu siedziałam i czytałam. Pięknie się przy tym opaliłam, bo wiosna była owego roku wczesna i niczego sobie (i to był chyba ostatni taki rok, bo ja się opalać nie umiem; wtedy książki mnie jakoś rozproszyły). O lekturach zresztą już pisałam, także widzicie, że ogólnie same przygotowania wspominam bardzo miło. Zresztą, przy moim charakterze czytelniczym, który uwielbia listy, akcje i skreślanie kolejnych pozycji takie czytanie było jak znalazł.

Natomiast w czasach, kiedy przyszło mi zdawać maturę, ustna matura z języka polskiego była maturą zreformowaną i byłam jednym z tych roczników, który przygotowywał prezentację. Całość dopiero raczkowała, więc istniało kilka sprzecznych kierunków co do tego, jak ma wyglądać taka prezentacja, więc panował ogólny popłoch, ale nie aż taki, żeby wszystkiego nie dało się ostatecznie zorganizować. Funkcjonowała lista tematów – ale można było odpowiednio wcześniej zgłaszać swoje tematy. Oczywiście nie oparłam się pokusie i temat zgłosiłam. Nie pamiętam dokładnie, jak brzmiał, ale było to coś o prowansalskiej poezji średniowiecznej (którą się akurat wtedy strasznie fascynowałam – wyszła wtedy książka z przekładami i grubym komentarzem do nich, a wszystko było tak egzotyczne i daleko powiązane z Petratką, którego bardzo lubię – muszę koniecznie napisać suplement o ulubionych poetach! – i Dantem, że to było jak stworzone dla mnie). Temat mi odrzucono, co nieco mnie zaskoczyło (z dzisiejszej perspektywy mnie to już nie dziwi) i pozostawiło rozżaloną przed plikiem kartek z tematami maturalnymi.
 

Wiecie, jak to jest. W tym wieku człowiek bardzo by chciał zrobić coś oryginalnego, a tu nie dość, że poetów prowansalskich mi odrzucili, to wszystkie tematy oscylowały wokół zagadnienia „motyw tego i owego tam i ówdzie”. Dzisiaj uwielbiam takie zestawienia, wtedy wydawało mi się to jednak mało twórcze. Na szczęście była też pewna pula tematów pozostawiających sporo wolności, nazwijmy to, twórczej, więc w końcu udało mi się coś wyłuskać. Nie pamiętam, jak to brzmiało dokładnie, w każdym razie chodziło o to, żeby pokazać cechy właściwe literaturze danego języka. Oczywiście – bo już wtedy srodze byłam zaczytana w Hrabalu – wybrałam literaturę czeską. Po czym wyprawiłam się do sklepu papierniczego po wielki kawał błękitnego brystolu i przystąpiłam do szykowania prezentacji.

Którą dzisiaj oczywiście zrobiłabym zupełnie inaczej, ale wtedy starałam się za wszelką cenę wyciągnąć jakieś cechy charakterystyczne literatury czeskiej (dzisiaj uważam, że to w ogóle podejrzany proceder, mówić o jakimś wspólnym duchu tak wielkiej rzeczy, jak literatura, którą łączy to, że powstała w określonym języku – ale wtedy nie byłam jeszcze taka podejrzliwa). Wybrałam też wszystko, co znalazłam w bibliotece i zostało przetłumaczone, ale nie było tego aż tak znowu dużo. Oczywiście znalazł się tam Hrabal i jego „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, dołączyłam mniej znanego wtedy jeszcze Otę Pavla ze zbiorem opowiadań „Śmierć pięknych saren” (doskonała literatura pokazująca, jak wygląda historia oczyma świadka wydarzeń, który nie tyle ma poczucie, że oto dzieje się historia, ile z pewnym niedowierzaniem ogląda, jak świat mija – a do tego Pavel cudownie opisywał przyrodę; w innym tomie, „Jak spotykałem się z rybami”, opisuje na przykład podwodne pastwiska pasących się w mule karpi, to jeden z takich obrazów, który zawsze mi się przypomina, kiedy jest lato i znajduję się blisko jakiejś rzeki – myślę sobie wtedy: „ach, wy karpie, pasiecie się tam pewnie w głębinie!”).  
Żeby udowodnić, że co nieco z klasyki też czytałam, spędziłam kilka ładnych dni wędrując z wojakiem Szwejkiem po różnych frontach wojny światowej. I przyznam się Wam od razu: nie przepadam za Haškiem. Żadnym. Próbowałam się przekonać (na zasadzie: daj klasykowi szansę), ale coś nam razem nie po drodze. W sadze o Szwejku jest co prawda kilka wyjątkowo celnych scen i obserwacji, ale nic nie poradzę: denerwuje mnie ta książka. Chociaż zeszłego roku mój ulubiony Domownik odkrył przypadkiem jakieś opowiadania Haszka (że tak go dla wygody spolszczę) i znalazłam go, jak śmiał się w głos, niemalże spadając z kanapy. Zalany łzami ze śmiechu zaczął mi czytać na głos, ale mnie nawet wtedy to jakoś nie ruszyło. Jesienią za to na imieniny Domownika sprawiłam mu kompletne wydanie Szwejka w przekładzie Antoniego Kroha (to jest doskonałe tłumaczenie i przyznaję to jako niefanka Haszka; może jestem uprzedzona do tłumaczeń Hulki-Laskowskiego, wiem, że niektórzy uważają je za kultowe, ale one dla mnie nie do końca są pisane po polsku). I tak rozważam od jakiegoś czasu powrót do Szwejka (swoją drogą Haszek pisał swego czasu felietony o zmyślonych zwierzętach – i chociaż i one mnie jakoś nie powalają, to bardzo doceniam pomysły).




Usiłowałam też wcisnąć w ramy narodowego charakteru Kunderę. Przyznam, że był to wysiłek nie lada, ale jakoś go na ten mój brystol nakleiłam i udowadniałam komisji, że to wszystko ma sens. Dzisiaj, obczytawszy się stosownie bardziej w czeskiej literaturze widzę, że sensu to miało może trochę, ale nie żeby znowu tak dużo, ale ileż się przy tym nawymyślałam – to mi zostało. No i myślę, że w innych okolicznościach długo mogłabym pozostać czytelniczką zupełnie ahaszkową, a tak jednak pewien zasób początkowych lektur wypadowych sobie zgromadziłam. A jak już przy Kunderze jesteśmy – to znowu się przyznam: poza dwoma-trzema książkami Kundery nie lubię. Może napiszę o tym kiedyś więcej niż takie rzucone lakoniczne stwierdzenie, ale w czasach licealnych siłą rzeczy z literatury czeskiej naczytałam się najwięcej Hrabala i Kundery właśnie – bo po prostu oni byli najliczniej u nas reprezentowani w przekładach.

Także jak widzicie całkiem miło wspominam moje maturalne boje. Głównie dlatego, że tego typu akcje wpasowują się w moje umiłowanie do pewnej systematyczności w lekturze i stawiają konkretne wyzwania. Ale przy okazji na dobre wdepnęłam w literaturę czeską. Także są pewne korzyści płynące z edukacji, nieprawdaż.

Raz jeszcze zatem: maturzyści, do boju! Matura ustna co prawda się zmieniła, ale spójrzcie na to od tej strony – nie musicie przynajmniej kupować brystolu i naklejać zdjęć Milana Kundery na tenże brystol. Sama radość.

__________________

A jutro prawdopodobnie będzie dalej w klimatach maturalnych, ale już bez zwierzeń i wspomnień. Problemowo bardziej będzie.

Weź dokładkę!

30 komentarze

  1. Ja jeszcze zdawałam starą maturę :). I byłam ostatnim rocznikiem, który miał starą maturę, o czym dowiedzieliśmy się w listopadzie. A że zaliczałam jednocześnie drugą i trzecią klasę liceum (tak to jest jak człowiek na dwa lat wyjedzie z kraju), robiłam normalnie program czwartej i uczyłam się do matury, to egzamin pisałam w lekkim odsunięciu od rzeczywistości. Taka bardzo zen, bo już mi wszystko jedno było czy zdam czy nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo mam wrażenie, że stres okołomaturalny nie tyle dotyka każdego, dlatego że zależy mu na wyniku, bo może przecież nie -- z różnych powodów -- ale wtedy włącza się czasami taki brzęczyk "ale to matura, a jak matura -- to trzeba się stresować!". Taki stres kulturowy, powiedziałabym ;).

      Usuń
  2. Też zdawałam starą maturę jako ostatni rocznik. Złapałam dziś doła z tego (i jeszcze z innego) powodu. Temat pamiętam: było to: bezradność odwaga heroizm na przykładzie postaci z literatury 20 wieku, pamiętam, że można było też tam opisać o bohaterach piosenek, filmów, a także osobach zmarłych czy żyjących. Jakoś tak wtedy w Iraku zginął Waldemar Milewicz, pamiętam jak strasznie płakałam i Mama się bała iść do pracy i zostawić mnie samą w domu. Zginął jakoś przed moją maturą. Nie był kimś z rodziny, lubiłam Go jako dziennikarza. I chyba coś o Nim napisałam na maturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, też to pamiętam. Nie dziwię się, że tak Cię to uderzyło.

      Usuń
  3. O, to ja zdawałam maturę jeszcze w poprzednim stuleciu, zdecydowanie starą i pewnie jakieś roczniki po mnie też tę starą zdawały, ale po uzyskaniu świadectwa dojrzałości już tej kwestii nie śledziłam ;) Za moich czasów matura pisemna z polskiego to było po prostu obszerne wypracowanie, nie było żadnych testów z kluczem itp, a jak się zdało na 5 lub 6, to się było zwolnionym z ustnej. No więc o tej ustnej w ogóle nie myślałam, bo liczyłam na 5. Ku mojemu zaskoczeniu dostałam ocenę celującą - zgodnie z kryteriami na tę ocenę trzeba było przeprowadzić "wywód erudycyjny" i wykazać się w nim znajomością literatury spoza programu szkolnego. Po raz pierwszy (i niestety ostatni) w życiu poczułam się wtedy jak erudytka ;) Ale o czym pisałam i jakie ambitne dzieła przywoływałam, zupełnie już nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja znalazlam sie w podobnej sytuacji. Pisalam wypracowanie o milosci, nie pamietam juz dokladnie w jakim kontekscie, ale wrzucilam do niego "Klimaty" Maurois, "Luk triumfalny" Remarque'a i "Bramy raju" Andrzejewskiego, i, wg. mojej polonistki, komisja sie rozplynela dajac mi celujacy z polskiego. Potem dostalam to samo z matmy, wiec ustny zdawalam tylko z angielskiego. Chodzilam za to kibicowac zdajacym. I pamietam, ze ustny z polskiego przeszedl do historii mojej klasy jako pogrom. Nasza polonistka, naprawde swietna nauczycielka i bardzo mila osoba, wziela odwet na osobach, które jej podpadly, pytajac np. o jezyki Biblii i jej przeklady. Z perspektywy czasu wcale jej sie nie dziwie - ja bym pewne osobniki po prostu oblala.
      Ach, matura! Jak to milo wspominac!

      Usuń
    2. @Tarnina i @Agnieszka, ależ miałyście fajnie :). Pamiętam, że jako dziecko (w dodatku z nauczycielskiej rodziny) marzyłam o tej starej maturze: w sensie, że ach, taki egzamin, tak się trzeba wykazać, taki długi tekst napisać i -- no właśnie -- erudytą być. A tu potem niecnie zmienili maturę i ta stara pozostała w strefie dziecięcych marzeń, jak jeszcze kilka rzeczy, o których w związku ze szkołą czytałam głównie w powieściach albo słuchałam w opowieściach. Co zrobić -- z listą lektur miałam podobnie ;).

      Usuń
  4. Czyżby matura 2007 poziom rozszerzony? Mój rocznik :) Ale nie było "Sklepów Cynamonowych" - tematem były dwa obrazy prowincji w "Pani Bovary" i "Republice marzeń". Nawet znalazłam ten arkusz na tronie CKE. Też wybrałam ten temat, choć nie pamiętałam, że były fragmenty z dwóch książek - zapamiętałam tylko tego Flauberta, którego wówczas jeszcze nie przeczytałam (ale już nadrobiłam).
    Na prezentację wybrałam "Poetyckie interpretacje malarstwa w wierszach W. Szymborskiej i innych poetów". Oprócz 2 wierszy noblistki na warsztat wzięłam także człowieka z mego miasta - Stanisława Grochowiaka. Prezentację zrobiłam w Power Point i chyba wciąż ją mam gdzieś w czeluściach komputerowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemożliwe! Zdawałam maturę w 2007 roku na poziomie rozszerzonym i wyraźnie pamiętam, że pisałam o "Sklepach cynamonowych". Wierzę swojej pamięci, bo Schulza lubiłam i się ucieszyłam. A ustna? Byłam w pełni świadoma, że żaden interesujący mnie uniwersytet nie bierze jej pod uwagę, więc jej nie przygotowałam. ;) Wybrałam temat o impresjonistach, ich też akurat wtedy lubiłam, więc mogłam mówić z głowy.

      Usuń
    2. @aem, dokładnie ta matura :). Ale zgadzam się z @Magdą, w moich wspomnieniach zdecydowanie są "Sklepy cynamonowe" (czy "Republika..." to nie ich fragment?) -- pamiętam nawet, że w tym kluczu odpowiedzi, który drukowali w "Wyborczej" było przykładowe wypracowanie, gdzie kazali pisać o axis mundi u Schulza, nie pomnę w jakim kontekście, ale wtedy się zafrasowałam, że też nie wpadłam na coś podobnego (czy już wtedy wiedziałam, co to takiego ta axis mundi, nie pomnę ;)). Ale to fakt, było to coś o prowincji (naprawdę była tam "Pani Bovary"? Zupełnie jej nie pamiętam!).

      Usuń
    3. Zapytałam wujka Google i "Republika marzeń' na pewno nie jest częścią "Sklepów cynamonowych". Ale za Boga nie pamiętam nic o "Pani Bovary"! A w internecie rzeczywiście można znaleźć taki temat: Dwa obrazy prowincji. Porównaj sposoby ich kreacji w podanych fragmentach Pani Bovary Gustawa Flauberta i Republiki marzeń Brunona Schulza. Może po prostu zapamiętałam Schulza, bo go czytałam i lubiłam, a czas zmienił w moich wspomnieniach "Republikę marzeń" na "Sklepy cynamonowe" (to w końcu bardziej znany utwór), a "Panią Bovary" wyrzuciłam z pamięci, bo wtedy jeszcze jej nie znałam? Flauberta czytałam już jakiś czas po tym, jak skończyłam szkołę średnią.

      Usuń
    4. A to faktycznie ciekawe, że obu nam się utrwaliły "Sklepy...", a "Pani Bovary" zniknęła w odmętach niepamięci :). Teoria o tym, czemu "Sklepy..." jest przekonująca, ale co do Faluberta, to już wtedy go znałam (choć fakt, że nie w całości -- jakoś Emma Bovary mnie do siebie nie przekonała, ale ciągle sobie obiecuję, że w końcu przeczytam tę książkę od początku do końca jak człowiek), a mimo to wypadł mi z pamięci. Fascynujące :).

      Usuń
  5. Kolejna maturzystka z rocznika 2004 pozdrawia ;-) Na szczęście załapałam się na ostatnią starą maturę, chociaż pamiętam że było jakoś tak, że przez dwa lata męczyli nas czytaniem ze zrozumieniem, bo mieliśmy zdawać nową, po czym w 2002? roku zmieniła się władza i zarządzono, że jednak ostatnia ósma klasa będzie ostatnią ze starą maturą. I dobrze, bo jako humanistyczny nerd bardzo lubiłam wypracowania przekrojowe - pamiętam, że na maturze wybrałam temat o roli śmiechu w literaturze i filmie. Pamiętam też, że tego dnia powiedziałam wychowawczyni-polonistce, że wybieram się na polonistykę. Spodziewałam się łez wzruszenia, ale ta wzruszyła jedynie ramionami i powiedziała coś w rodzaju, że jak chcę zmarnować sobie życie, to moja sprawa. Milutko ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, nie ma nikogo lepiej sprowadzającego na ziemię w takiej sytuacji od tego, od kogo akurat oczekujemy błogosławieństwa ;). Zresztą polonistyka w ogóle cieszyła się (cieszy?) też w kulturze jako takiej estymą studiów rujnujących życie i to widać chyba najbardziej w filmach, ale z książek też by się pewnie jakieś przykłady znalazły (to tak a propos przekrojowości tematu -- skąd to się bierze? Że niby na polonistyce jak w soczewce skupiają się wszystkie wady polskości czy jak?).

      Usuń
  6. Ja zdawałam maturę w 1998 roku. Wtedy jeszcze nikt nawet nie słyszał o nowych maturach. Nie pamiętam jaki temat wybrałam na pisemnej, ale na ustnej trafiło mi się pytanie "Symbol krzyża w średniowieczu". Tamta epoka nigdy nie była mi zbyt bliska i musiałam trochę bardziej się wysilić, aby sprostać wymogom komisji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jakoś fascynowało to, że na starej maturze ustnej można było po prostu trafić na temat, a nie przygotować jakiś -- i w sumie chyba do tego formatu teraz powrócono (wiadomo, to bardziej stresujące, bo nie wiadomo, o czym trzeba będzie mówić, ale też jakoś wzmagające kreatywność ;)).

      Usuń
  7. Zazdroszczę trochę doświadczenia przygotowywania prezentacji na maturę, zwłaszcza, że tak ładnie to opisałaś (no może Kundery na brystolu niekoniecznie). Co prawda zrobiłam już w tym roku jedną, na olimpiadę z historii muzyki, ale właśnie dlatego wiem, jakie to fajne przedsięwzięcie, i bym sobie jeszcze jakąś machnęła ;-) Z drugiej strony cieszy mnie, że moja ustna z polskiego to taka ruletka, lubię się pogimnastykować intelektualnie, a 15 minut to naprawdę sporo czasu na przygotowanie materiału do wypowiedzi.
    Wczorajsze czytanie ze zrozumieniem niestety średnio przypadło mi do gustu, zwłaszcza pytania do pierwszego tekstu, ale cieszę się, bo to ostanie tego typu zadanie w moim życiu! :-) A na studia na szczęście chcą ode mnie tylko wyniki rozszerzenia.

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że będziesz jeszcze miała okazję do robienia prezentacji, bo teraz wszędzie się przygotowuje jakieś prezentacje, ale zgadzam się, ogólnie przygotowywanie prezentacji na temat, który nas interesuje, jest świetną zabawą (całe myślenie o tym, gdzie, co i jak przedstawić!). No i właśnie, jak już pisałam wyżej, taka matura ustna, gdzie jednak trzeba się nieco pogimnastykować, też może być fajnym przeżyciem (tu jeszcze dochodzi, wiadomo, kwestia wylosowanego tematu, ale na pewno będzie dobrze :)).

      Usuń
  8. Nawet sobie znalazłem tematy "mojej" matury z polskiego, ale nie pomogło mi to w przypomnieniu sobie o czymże ja też pisałem. Ale to było ponad dwie dekady temu, więc ... :) Pamiętam tylko, że strasznie zawaliłem pisemną matmę i zdałem ją o włos, co było o tyle dziwne, że matematykiem byłem wówczas niezłym. Odrobiłem na ustnej, która poszła jak z płateczka. Widać bardziej wygadanym niż wypisanym :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są w sumie chyba dwie różne umiejętności, chociaż jak tak po sobie patrzę, to chyba im więcej piszę, tym lepiej mówię ;). Natomiast, no właśnie, te stare matury, gdzie istniała jakaś korelacja między pisemną a ustą, ach :).

      Usuń
    2. Jednym mankamentem ówczesnej matury było ocenianie prac przez własnych nauczycieli, z którymi nie zawsze było się w komitywie :(

      Usuń
    3. Prawda, ale jeśli się było, mogło to działać jednak na korzyść, to znaczy nauczyciel Cię znał, wiedział, na co Cię stać, Twoja praca nie była tylko jedną z rzędu tych, które musi sprawdzić na zgrupowaniu z innymi w czasie dwóch-trzech dni.

      Usuń
  9. Całe liceum zarzekałam się, że co by nie dali za temat będę pisać o prozie. I dali "Lalkę" i sen Izabeli. Więc pisałam o poezji: porównanie Mickiewicza i Przerwy-Tetmajera. :) Już się nie zarzekam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie pamiętam co pisałam na maturze (stara matura), mimo znalezienia tematów w sieci, na próbnej na pewno posiłkowałam się Gombrowiczem, Mistrzem i Małgorzatą i jakąś fantastyką (coś było o "maskach"). Polonistce zdaje się nie spodobała się moja interpretacja o przestępcach z MiM.

    Pamiętam, że dostawaliśmy listę tematów, które będą losowane na ustnej. Chyba trzeba było odpowiedzieć na 3 pytania. Żadne na pewno nie dotyczyło gramatyki (jako nieliczna w klasie miałam to szczeście). Jako nieliczna w klasie też przygotowałam się z "czasopism literackich" i " czytanych magazynów". Byłam w Empiku, zaopatrzyłam się w Zeszyty Literackie, Nowe Książki. I mimo, że Zeszyty Literackie były też do wglądu w sali, to zostałam doceniona za fakt, że powoływałam się na inny numer niż dostępne (chyba nawet jakąś poezję stamtąd). Co do czytanych magazynów - na pewno wymieniłam też "Świat Wiedzy" ówczesny hit. Nadal mam wszystkie numery na regale. ;)

    "Wybrałam też wszystko, co znalazłam w bibliotece i zostało przetłumaczone, ale nie było tego aż tak znowu dużo." To czytałaś też czeską literaturę sf wydaną w latach 70. i 80.? Czytałam choćby w zeszłym roku. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że ten fantastyki wcale nie było w mojej bibliotece (co mnie samą zaskakuje, jak tak teraz o tym pomyślę)? Dopiero potem odkryłam Neffa, Parála i innych tłumaczonych w tym czasie. A sporo ich wydano, chociaż zdaje się, że zostali dość szybko zapomniani (sądząc po tym, jak niewiele osób kojarzy te nazwiska mimo dość dużych nakładów tych książek, które zresztą często "chodzą" w antykwariatach, i szału na Žambocha jako pionerską czeską fantastykę).

      Usuń
    2. Nie wiedziałam. Że był szał na Zambocha też pierwszę słyszę. Mi się Nesvadba ze swoją fantastyczną psyuchiatrią podoba. :D Polecam "cybernetyczne laleczki", niezły zbiorek. :)

      Usuń
    3. Mam nawet własny, znalazłam kiedyś na kiermaszu bibliotecznym ;) (tyle że tam są nie tylko opowiadania s-f, ale też trochę klasyki dorzuconej na zasadzie "o, tu też są motywy fantastyczne").

      Usuń
    4. Z tego co pamiętam ze wstępu, to alchemię uznali za pierwsze motywy science fiction, bo alchemia była bardzo naukowa. Mi się podobało czytanie o golemach. :D

      Usuń