10 najlepszych baśni skandynawskich z "Zardzewiałego miecza" R. Stillera albo ranking wybitnie subiektywny #6


W dzisiejszym zestawieniu moich ulubionych baśni biorę na warsztat „Zardzewiały miecz” Roberta Stillera. To zbiór legend, podań i opowieści skandynawskich, ale w podaniu autora. Czyli właściwie coś między inspiracją baśniową a baśnią literacką. Ale ponieważ Stiller świetnie podrzuca jedne tropy, inne delikatnie popycha w odmienną niż to w baśniach stronę i w ogóle jest bardzo, mówiąc krótko, „klimatycznie”, pomyślałam, że czemu nie. No i to nie do końca są baśnie, ale skoro pisałam o "W krainie Gryfitów", to i "Zardzewiały miecz" się łapie.


Nie pamiętam, skąd się ta książka wzięła w moim domu rodzinnym, ale znalazłam ją jako dziecko, już w baśniach obczytane, i wpadłam. To co prawda nie jest zdecydowanie lektura dla dzieci, bo to co robi Stiller to retelling znanych motywów, pokazywanie, jak się rzeczy mieć mogły. I nie chodzi mi tutaj o to, że on te baśnie urealnia: pod pewnymi kątami, powiedzmy społeczno-psychologicznymi – być może. Ale cała magia, wszystkie trolle i huldry, są na swoim miejscu. Wybiera raczej to, co z legendy najciekawsze i potem to literacko obrabia aż wychodzi historia niby stara, niby dobrze znana, ale jakoś inna. A dodatkowo do napisania o „Zardzewiałym mieczu” skusiły mnie moje notatki. Nie pamiętam, ile lat miałam, jak je zrobiłam, ale pozaznaczałam sobie każdą z legend na własny użytek pisząc „niezłe”, „super”, „smutne” i tak dalej. Co mi znacząco ułatwiło przygotowanie dzisiejszej notki (jak widać, we współpracy z samą sobą sprzed lat). To co? Gotowi na chwilę ochłodzenia w Skandynawii?
 Co prawda widoki były już wczoraj, ale cóż się bardziej kojarzy z leśnymi trollami
skandynawskich opowieści niż lasy? No więc będą lasy. Wszystkie stąd.

Miejsce dziesiąte: Jak Völund się doczekał
Potworny tekst. Serio, cała historia jest okropna. No to po co ją tutaj umieszczam? Bo daje do myślenia. Całość jest mocno a la „Pieścień Nibelungów”. Bo jest sobie główny bohater, znajduje żonę, żyją sobie i żyją, ale że żona jest walkirią (no nie mówcie, że się nie spodziewaliście), to odlatuje do ciepłych i krwawych krajów, a Völund siedzi i kuje dla niej pierścienie. Z tym że ona ma to gdzieś, a zainteresowany jest władca kraju, który chce te wszystkie skarby razem z kowalem na własność. I tak właśnie Völund ląduje z poprzecinanymi ścięgnami na wyspie, gdzie ma wykuwać dla władcy same wspaniałości. A zamiast tego wykuwa paskudną zemstę.

Co w niej jest takiego? Otóż mamy tutaj klasyczny zabieg: nasz bohater zostaje skrzywdzony nie ze swojej winy i postanawia się zemścić. Trudno mu jednak kibicować, jak zwykle kibicuje się takim postaciom w baśni. Wręcz przeciwnie, mimo że jego przeciwnicy opisywani są jako wredne indywiduua, trudno pochwalać jego czyny. Zresztą on sam, już po dokonanej zemście, widzi, że nie przyniosła mu ona absolutnie niczego poza goryczą. Stiller urywa opowieść w takim momencie dość znaczącym. Zamiast „i żyli długo i szczęśliwie” pisze bowiem, że „dla nich był to długich lat ledwie początek”. Długich, bo okropnych, można dopowiedzieć.

Miejsce dziewiąte: Po ryby na południe
Jest sobie rybak Asmund, który w trakcie zbiorowej wyprawy na ryby zaniemógł i musiał potem gonić towarzyszy. A że był dość śmiały to gonił ich drogami, które mu wszyscy odradzali. W związku z tym natrafia do dziwnej wsi, gdzie mieszkają ludzie-nieludzie, którzy pomagają mu w połowach, a on im w problemach z sąsiadami. Koniec końców wszystko obraca się tak, że Asmund zostaje uwiedziony przez córkę swoich gospodarzy, a w chacie ich wrogów odkrywa piękną porwaną dziewczynę. A że i jedna, i druga są w nim zadurzone, postanawia nie wracać do wsi, gdzie musiałby wybrać jedną, i zamieszkuje w chacie swoich nieludzkich teściów.

Co w niej jest takiego? Okropnie mizoginistyczny tekst na pierwszy rzut oka, prawda? Tyle że właściwie jest to taki komentarz do baśni w rodzaju „odnalazł księżniczkę i porzucił swoje życie, ale długo i szczęśliwie żył sobie z księżniczką”. Bohater natomiast zastanawia się, co zrobić, żeby mieć jedno i drugie. A i same księżniczki wolą żyć poza społeczeństwem narzucającym pewne normy, które nie każdemu – zwłaszcza tej „księżniczce” nie-ludzi – muszą odpowiadać. Zresztą w ogóle bardzo zdroworozsądkowe są te postaci Stillera.

Miejsce ósme: Wąż ukryty w lesie
Historia jest prosta: dziewczę trafia w lesie na jaskinię, w jaskini leży wąż. Częstuje ją jadłem i napitkiem, po czym proponuje, żeby się z nim, czyli z wężem, przespała. Dziewczyn oburzona ucieka, ale sama sytuacja wydaje jej się tak absurdalna, że postanawia sprawdzić, o co w ogóle chodzi. Wąż zresztą spuszcza z tonu i teraz proponuje jej tylko, żeby przysiadła na łóżku. I tak po serii negocjacji, dziwnych odwiedzin i przygód dziewczyna w końcu przytula węża, no a ten okazuje się być, oczywiście, pięknym młodzieńcem.

Co w niej jest takiego? To w sumie taka baśń inicjacyjna, z dość wyraźnym podtekstem seksualnym, ale bardzo lubię w niej taką serię niedopowiedzeń: czemu łoże węża z każdą wizytą dziewczyny staje się coraz piękniejsze? Kim są dziwni tancerze, którzy nawiedzają jego komnatę? Dlaczego właściwie dziewczynę ciągnie do lasu, a wąż jest skłonny do negocjacji? Krótki, ale pełen znaczeń utwór.

Miejsce siódme: I bądź czym chcesz
Baśń o Friisie, który wiecie, ratuje zwierzęta, zyskuje moc przemiany w jastrzębia, mrówkę i lwa. Wykorzystuje to oczywiście do ratowania królewien i w sumie nic by w tym nie było odkrywczego (chociaż sam ten motyw polimorfii bardzo lubię), gdyby – po pierwsze – Friis nie poddawał ciągłej refleksji tej swojej umiejętności, a – po drugie – nie postanowił wykorzystywać tych swoich umiejętności także w inny, nieco bardziej codzienny niż zabijanie potworów, sposób.

Co w niej jest takiego? W sumie to przede wszystkim jest dobrze napisana, z odpowiednio porozkładanymi napięciami, tak że się nie nudzimy przy przejętej z baśni tradycyjnej strukturze powtarzania wszystkiego po trzy. A po drugie podoba mi się, jak Stiller gra ze stereotypem dzielnego rycerza ratującego księżniczki i księżniczek, co to niewinne wypłakują sobie oczy czekając na ratunek.

Miejsce szóste: Łowca fok z Mikladal
Najsmutniejsza chyba opowieść w całym zbiorze, która pokazuje, że warto uważać, z kim się wiążemy – i że wiązanie się z bytem magicznym nie wychodzi na dobre. Tytułowy łowca fok zauważa, że w pewnym miejscu o pewnym czasie foki zrzucają swoje skóry i stają się ludźmi. Upatrzył już sobie jedną kobietę, szczególnie piękną. Ona zgadza się za niego wyjść. Doczekują się dzieci, no, sielanka. Tylko że żona gdzieś się wymyka, zaszywa w swoją foczą skórę i prowadzi drugie życie. Co ma zrobić, jej się to wydaje naturalne. Ale łowcy fok, niestety, nie.

Co w niej jest takiego? Bardzo dobrze pokazuje, że taki typ, który w europejskich baśniach się zadomowił na dobre, czyli uroczy, choć magiczny, partner życiowy, to wcale nie jest taka prosta i przyjemna sprawa. Dla obu stron. Przede wszystkim jednak Stiller sięga nieco głębiej, do tych warstw historii, które pokazywały, co tu może pójść nie tak. No i strasznie mi się podoba ta analogia fok do ludzi (podobno kości foki bardzo przypominają ludzkie, twierdzi narrator), z pochodzeniem fok i całym tym ambarasem.

Miejsce piąte: Netta i dziewiętnaście
W gruncie rzeczy to jest „Titelitury”, tyle że dużo bardziej racjonalny. Idzie sobie Netta drogą i liczy, z iloma mężczyznami już spała. Wychodzi jej dziewiętnastu, co deklaruje na głos, ale nie jest na drodze sama. Towarzyszy jej z ukrycia syn dziedziczki. Nie chcąc mu się przyznać, co takiego liczyła, dziewczyna kłamie, że tyle motków włóczki jest w stanie uprząść w jedną noc. Jak się domyślacie, dziedziczka chce mieć taką prządkę, zamyka ją więc na noc w komorze i czeka na rezultaty. Netta płaczem wywołuje spod ziemi huldra, czyli podziemne stworzenie magiczne, coś jakby krasnal z wyglądu. Huldr zgadza się jej pomóc, ale nie za darmo. I tu Stiller odwraca zwyczajową prośbę: huldr wcale nie chce dziecka Netty, bo i po co mu ono, woli raczej sam proces. I tak zaczyna się plątać wokół bohaterki sieć kłamstw, zależności i obrzydzenia, z której trudno jest się wyplątać, zwłaszcza że to nie tyle tajemnica, co owoc hipokryzji. Wszak dziedziczka wszystko widzi przez dziurkę od klucza. No, ale motki! Dziewiętnaście motków!

Co w niej jest takiego? Główny zły wcale nie jest takim złym klasycznym, jak można by się spodziewać. W ogóle te akcenty są tu rozłożone inaczej, bo nie ma „złych” i „dobrych”, ale wszyscy uwikłani w ekonomiczne zależności. No i ten pragmatym bohaterów jest porażający.

Miejsce czwarte: Poszarzały pierścień
Historia trochę jak z Poego. Oto mamy zaklątwioną gospodę, której wszyscy się boją, tylko nie zmęczona drogą arystokratka. Wszak jako szlachcianka wie, jak świat działa. I kiedy spod podłogi na piętrze wyłazi ku niej zombie, żądające sprawiedliwości, nawet nie mrugnie, tylko każe mu się odwrócić na chwilę, żeby mogła się przebrać do snu, a potem od rana zacznie tropić winnych tego, że pod podłogą w karczmie leży nieboszczyk.

Co w niej jest takiego? Ogólny klimat, bo napisane to jest w najlepszej konwencji grozy, a także sam sposób rozwiązania zagadki, naprawdę warto się zapoznać. Kilka stron zaledwie, aż chciałoby się więcej.





Miejsce trzecie: Zardzewiały miecz
Tytułowy i najdłuższy w zbiorze utwór to historia Knösa, którą zresztą poznajemy z ust jego samego, w nietypowej jak na takie opowieści formie, czyli w narracji pierwszoosobowej. Stiller oddając głos bohaterowi robi coś niesamowicie ciekawego: każe mu mówić jak było, obierając z plotek, podań i legend czystą historię. Która jest oczywiście fantastyczna, bo wychowany w lesie Knös wie dużo o trollach i huldrach, niejedną księżniczkę uratuje, ale tym co okaże się jego największą konkurencją i zagrożeniem nie są morskie smoki, ale postępująca chrystianizacja kraju. I to taka, która polega głównie na zacieraniu różnic kulturowych i nakładaniu siłą jednych kategorii na drugie, co prowadzi do oddalenia się od swoich korzeni.

Co w niej jest takiego? Może trochę zbyt karykaturalny jest ten obraz księży, ale z drugiej strony zostaje zrównoważony całkiem sensownym biskupem. Poza tym sam zdroworozsądkowy Knös (po co się kląć trollowi na coś, czego złamać nie sposób?), jego zardzewiały miecz, który okazuje się nie być tym, na co wygląda, cudne trzy magiczne psy, cała masa trolli i prymat wiedzy wyniesionej z doświadczenia nad czysto teoretyczną – jest co czytać.

Miejsce drugie: Jak Thorsteinowi ulżyło
Jak nie kochać historii o woju Olafa Trygvassona, do którego mam słabość po „Sadze o jarlu Broniszu”? No, sam woj jeszcze zapewne nie wywołałby we mnie żadnych ciepłych uczuć. Ale cała intryga jest taka, że staje sobie Trygvasson na popas u jednego ze swoich ludzi, a ten informuje go, żeby po nocy nie chodzić samemu do wychodka, bo tam grasuje jakieś widmo. Thorstein, rzeczony woj, nie ma jednak po nocy czasu budzić towarzyszy, a musi pilnie do toalety. A że nie wie, co to strach, to idzie, siada jak człowiek i oto nagle do wychodka włazi upiór. I też udaje, że za potrzebą. Ale Thorstein nie w ciemię bity, znajdzie sposób, jakby tutaj uratować swoje ciało i duszę, a jednocześnie nie rezygnować z zaspokojenia potrzeb fizjologicznych.

Co w niej jest takiego? Po pierwsze: Olaf Trygvasson! Po drugie: nietypowe zawiązanie i przeprowadzenie akcji. Po trzecie: wierzcie lub nie, ale to jest całkiem zabawna historia.

Miejsce pierwsze: Wilk z dużym brzuchem
Cudowny jest już sam punkt wyjścia: oto uwięzieni w brzuchu wilka ludzie i zwierzęta słuchają historii opowiadanej przez również zjedzoną gospodynię. Jak to się stało, że tam wylądowali? Czemu tam siedzą? Co ich łączy? No i co będzie dalej? Piękna historia, która się tworzy w miarę opowiadania, nie unika przeróżnych zmyłek ani pozostawiania czytelnika z nieodpowiedzianymi pytaniami. A do tego wilk, który chce być przyzwoity, więc zanim kogoś zje, szuka wymówki. Najczęściej zatem domaga się chleba, który akurat zjada jego przyszła ofiara. A jak go w końcu dostaje, to wcale nie jest taki szczęśliwy.

Co w niej jest takiego? Słuchajcie, to jest tak sprytnie napisane, że czapki z głów. Nie wiemy, czym albo kim ten wilk właściwie jest i czy oni naprawdę zostali zjedzeni, czy to się aby nie rozgrywa na nieco wyższym poziomie abstrakcji. No i ten wilk, i ta gospodyni, która nie ma złudzeń, że w brzuchu wilka czy nie – pracować trzeba.

Cały zbiór obejmuje dwadzieścia jeden historii, wybrałam dziesięć, do których najczęściej wracam. Znacie ten zbiór? A może macie ochotę na wyprawę do stylizowanej baśniowej Skandynawii? Jeśli tak – „Zardzewiały miecz” jest dla Was.

_________________

Jutro będzie o słuchaniu, ale nie o muzyce.

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. A znasz "Bajarka Opowiada"?
    Jeśli lubisz regionalne baśnie polecam "Złotą Dzidę Bolesława"- są dwie wersje, szukaj tej grubej, oprawionej w płótno. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/106908/zlota-dzida-boleslawa---podania-legendy-i-basnie-ziemi-lubuskiej
    Jako dorosła widzę, że dość dużo tu propagandy (złe Niemce dręczące biednych Polaków od zarania dziejów)- ale kiedy byłam mała te historie- z braku innego określenia-zryły mi beret.

    Dużo tu uroczych, ciekawych i śmiesznych historii (o czeladniku szewskim w którego oczach każdy widział swoją duszę, o butach z kwiatem paproci, o Mariannie ratującej księcia i w nagrodę poślubiającej rycerza, z którym się kochali, o diable lepszym niż zła żona) ale niektóre... pal licho przeróbkę baśni o Popielu, gdzie pan pali chłopów zamiast dać im ziarno (i wiadomo co dalej- opisane w szczegółach). Historia o złym panu zabierającym panny do zamku ( pewnie bił je i kazał pracować)- kiedy jedna z wolnych panien mu odmówiła kazał podpiłować most którym przejeżdżał jej orszak ślubny- ZNOWU opisane co się stało z nią, mężem i gośćmi- jej duch powraca, umierają kolejni słudzy biorący w tym udział. Na koniec pan wyjeżdża, po latach wraca z młodą żoną, jedzie przez naprawiony most, konie się płoszą, jej nic się nie stało, ale jemu tak.

    I mój faworyt forever- biedny chłopak zakochuje się w dziewczynie poznanej na wiejskiej zabawie. Ona odwiedza go w nocy po kryjomu, daje kasę na rozbudowę ojcowizny, biorą ślub, mają dziecko- ale wszystko w sekrecie, bo ona jest nimfą i jeśli się dowiedzą o tym jej krewni to go zabiją., Chyba, że wytrzymają trzy lata, wówczas stanie się kobietą i będą bogaci i szczęśliwi. Ale zazdrosne sąsiadki podglądają- kiedy ona ostatni raz wychodzi od niego pożegnać się z rodziną w rzece próbują ją złapać, ale ucieka, więc obrzucają kamieniami. Słuchać plusk wody i ona nie wraca. Ojciec z córeczką chodzą nad rzekę wołają ją, szukają, ale widzą tylko odbicie księżyca. KONIEC.

    Przepraszam za offtopic, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Kochałam te baśnie właśnie za miks historii śmiesznych, podniosłych, smutnych i strasznych. W przeciwieństwie do większości zbiorów te legendy napisane są naprawdę plastycznie- z nazwami, opisami miast, czynności, strojów. Miałam wrażenie, że to nie bajki, ale coś, co mogło wydarzyć się naprawdę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Bajarkę..." miałam kiedyś w ręku. Raz. Ale serio raz. I nie mam pojęcia skąd, więc nie mogłam jej mieć w ręku po raz kolejny. Taka moja trauma z dzieciństwa, że była ta książka i nie ma. Dobrze, że o niej wspomniałaś, rozejrzę się!

      O "Dzidzie Bolesława" (dzidzie? chyba dzidzie, no bo ta dzida, tej dzidy, o tej dzidzie?) wspominała kiedyś aHa i od tej pory mam ten tom na oku, ale nie wiedziałam, że jest taka z płócienną oprawą. Będę tej szukać w takim razie, bo widziałam kilka innych na allegro za niewielkie pieniądze. Bo mnie te propagandowe elementy baśni z terenów "poniemieckich" szalenie interesują (trochę pisałam o tym w tym linkowanym we wpisie wpisie o "W krainie Gryfitów", tam też jest tego "złe Niemce", "uciśniony chłop prapolski" na pęczki). Ale widzę, że "Dzida..." może godnie stać na półce obok moich ukochanych Gryfitów i się z nimi dopełniać! Wszczynam pilne poszukiwania w takim razie. Takie offtopiki w to mi graj :)!

      Usuń
    2. Niedawno mignęło mi gdzieś wznowienie zbioru "Bajarka opowiada", więc książka powinna być łatwo dostępna.

      Usuń
    3. Tak, od razu sprawdziłam :). Nie powinno być już problemu z jej dostaniem.

      Usuń
  2. Dlaczego nie mam tej ksiazki? Polowanie czas zacząć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że jak wstawiałam tę notkę, to sobie pomyślałam, że na pewno Procella ją zna ;). Myślę, że by Ci się spodobała, także poluj! :)

      Usuń
    2. Zamówione! Razem z kilkoma innymi rzeczami, bo jak to tak jedną kupić?

      Usuń
    3. Doskonale! Ale koniecznie, koniecznie daj znać, jak przeczytasz -- z chęcią porozmawiam o wrażeniach :D!

      Usuń
  3. No, no, niezłe to. Wąż, który spuszcza z tonu i widmo udające się do wychodka za potrzebą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie te przełamania narracyjne są tu takie rozkoszne. Dla mnie to było w ogóle odkrycie, że tak się można wątkami z folkloru bawić. Także polecam :).

      Usuń
  4. Aż się tak na baśniach nie znam i porównań nie robię, ale te wydają mi się dość niebanalne i takie "inne"... Fakt, skandynawskie. Pora się podszkolić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. One są też inne przez to, że są nie z folkloru, ale nim tylko inspirowane i literacko, świadomie "obrobione" w dużym stopniu. Zapoznać zaś się warto, oj, warto :).

      Usuń
  5. Przez pomyłkę przeczytałam, że wąż częstuje dziewczynę jadem. No cóż;) Interesująca historia, również ze względu na to niedosłowne znaczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby ją poczęstował jadem, to pewnie historia dość smutno by się skończyła i o przemianie w młodzieńca i przytulaniu mógłby zapomnieć ;).

      Usuń