5 najdziwniejszych książek, jakie posiadam albo o cudach w zbiorach

 
Zdarza się i mnie, jak chyba każdemu, porządkować księgozbiór. Niekoniecznie po to, żeby faktycznie go jakoś uporządkować, ale po prostu poprzeglądać, co też w nim jest, może coś przestawić, ułożyć, odnaleźć po latach jakąś książkę, o której nie wiedziałam albo zapomniałam, że tam jest i z tysiąca innych podobnych powodów. I tak jak go przeglądałam ostatnim razem wymyśliłam taki oto wpis.


A wpis to będzie krótki, acz treściwy, bo wyszukałam najdziwniejsze książki, które posiadam. Każdy zapewne ma takie, które wzięły się w sumie nie wiadomo skąd – albo dobrze wiadomo, ale to nie zmniejsza absurdalności danego obiektu w naszym zbiorze. Książki, jak wiadomo, się mnożą i nawet jak człowiek ich nie kupuje, to się pojawiają, a dziwne książki to po prostu jest ten odsetek, który w tych pojawiających się być musi. Co do ich dziwności – zapewne nie dla wszystkich to są książki dziwne. Ba, są zapewne czytelnicy, dla których to jest bułka z masłem i chleb powszedni. Dlatego zaznaczam, że to są książki dziwne w perspektywie reszty tego, co sobie stoi w moich książkowych zbiorach. 
 
 
 To, że te książki odnalazłam nie oznacza oczywiście jeszcze, że zrobiłam im zdjęcia.
Także zamiast tego -- może truskawki? W końcu takie piękne i takie czerwcowe są! Źródło.
 

Książka o muzeach lotnictwa na wolnym powietrzu
Książka w tym temacie leżąca sobie na półce mnie zadziwiła, ale rychło się okazało, że to nie ja mam jakiś ubytek w pamięci, kiedy to w szalonym widzie nabyłam taki album, ale to mój domownik kiedyś przytargał książkę jako zubytkowaną z jakiejś biblioteki. Zapytany, dlaczego właściwie to zrobił, odpowiedział najpierw, że chyba fascynowało go wtedy jakieś muzeum lotnictwa, ale nie do końca wie, które konkretnie, po chwili milczenia dodał, że być może znajdują się tam ciekawe zdjęcia, a na koniec – po kolejnej chwili milczenia – wzruszył ramionami i stwierdził, że nie wie. Ale wychodzi z założenia, że nawet najdziwniejsza książka może się kiedyś przydać. Poza tym sam temat jest fascynujący, nie uważacie? No bo na czym polega specyfika trzymania tych samolotów na zewnątrz, a nie w budynku – to dopiero temat do zgłębiania! 
 
 
 

Książka o Breughelu po bułgarsku
Otóż znalazłam ją kiedyś w pudle książek do oddania. Pomyślałam sobie, że nie mamy żadnej książki o Breughelu, a w niej było kilka (co prawda czarno-białych, ale jednak) reprodukcji. Książka jest cała po bułgarsku, ale pomyślałam, że cóż to, mój Domownik tak lubi Breughla, świetnie zna rosyjski, języki słowiańskie nie są dla nas tajemnicą – damy radę. Jak zapewne się spodziewacie, do dzisiaj książka sobie leży i żadne z nas nie zamierza się przez skomplikowaną bułgarską składnię przedzierać, no a te reprodukcje też są takie sobie. Ale skusiłam się, no bo skoro leżało i nikt nie chciał, to jak się miałam nie skusić? 
 
 
 

Książka o pasożytach
Tak, mam u siebie potężną księgę o pasożytach, a właściwie podręcznik do parazytologii. A mam ją stąd, że caluśka jest po czesku i ktoś znajomy się jej pozbywał, a że czeski znam, zapytano mnie, czy bym nie chciała. Oczywiście chciałam, ale do dzisiaj zachodzę w głowę, po co właściwie. No bo to rzecz jasna fajna sprawa mieć książki po czesku, ale po co o pasożytach? W dodatku mnóstwo jest w środku przerażających rycin i jak w przypadku każdej książki medycznej po lekturze dwóch stron jest się święcie przekonanym, że ma się tak ze cztery omawiane dotąd pasożyty i wszystkie objawy doskonale pasują. Także książka sobie stoi w drugim rzędzie, na wypadek gdybym kiedyś chciała popracować nad moim parazytologicznym słownictwem czeskim. 
 
 
 

Książka o zgromadzeniach charytatywnych w okolicach Płocka
Oboje z moim ulubionym Domownikiem mamy taki zwyczaj, że zbieramy książki, bo a nuż się przydadzą. Nie wiem, któremu z nas może przydać się ta konkretna książka, ale przy jakiejś okazji w naszym domostwie pojawił się ten oto kompletny przegląd zakonów żeńskich działających w Płocku i okolicy. A że okazja była dobra – bo książka została znaleziona w Płocku w antykwariacie (cóż lepszego można sobie przywieźć z wyprawy do Płocka?) – to i książka została nabyta. I jeśli będzie nas kiedyś nurtować problem związany z istnieniem zakonów w tym rejonie, to będzie jak znalazł, żeby sprawdzić. 
 
 


Książka o historii reformacji po hiszpańsku
To książka z cyklu „zobacz, co ci wspaniałego przyniosłem!” -- "tylko nie do końca wiadomo, po co, ale jakie ładne i pożyteczne!". Jako że żadne z nas nie mówi po hiszpańsku, to książka leży i wygląda bardzo zacnie, bo faktycznie jest to (chyba) świetne kompendium wiedzy o reformacji, co jest szalenie ciekawie, no ale po hiszpańsku. Ale jak stwierdził mój Domownik, może nada się dla kogoś na prezent – jeśli znajdziemy kogoś, kto i zna hiszpański, i interesuje się reformacją. A póki co możemy oglądać obrazki i przeglądać kalendarium, które nawet po hiszpańsku jest dość czytelne.

A Wy macie takie dziwne okazy w swoich zbiorach?

________________

Na jutro mam w planach przygotować notkę o trzech książkach, o których wydaje mi się, że najsensowniej będzie napisać razem, chociaż nie są trylogią.

Weź dokładkę!

45 komentarze

  1. Ostatnio kupiłam "Językowy kształt współczesnych nekrologów prasowych". Liczy się?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj pięknie brzmi, myślę, że się liczy jak najbardziej. Ciekawe, czym się współczesne różnią od niegdysiejszych?

      Usuń
    2. Na razie nie mam książki o starych ;)

      O, z ciekawostek to jeszcze mam np. "Historie dziwne i straszliwe. Jezuickie opowieści z czasów saskich".

      Usuń
    3. Ale może w nowych piszą, co je różni ;).

      Usuń
  2. Też pewnie mam dziwaczne książki, ale co ciekawsze mam też kilka książek kupionych po pijaku albo kliknietych w ramach głupawki w pracy - i 99,9% z tej kategorii tyczą się współczesnych konfliktów zbrojnych i wojskowości

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie zdarzyło mi się w ten sposób kupić nigdy żadnej książki, ale wierzę, że muszą to być zakupy ciekawe :). A o wojskowości coś mam, ale zwykle średniowiecznej ;).

      Usuń
    2. no są ciekawe - to było z reguły tak: szłam na drina/piwo z dobrą koleżanką - też książkoholiczką, a potem szłyśmy lekko wstawione do księgarni - każde takie wyjście zakończone było dozbrojeniem się :)

      Usuń
    3. I to dosłownym, i przenośnym :). Piękne :).

      Usuń
  3. Tą ostatnią chętnie bym przygarnęła ;3 ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, Kingo, to co Ty na to, żeby się wymienić? Może masz coś na zbyciu ciekawego? A jeśli nie, to daj znać, z chęcią Ci tę reformację po hiszpańsku wyślę -- tylko w lipcu dopiero, bo stoi w domu mym rodzinnym, gdzie się po nią muszę najpierw wybrać :).

      Usuń
    2. Na zbyciu coś ciekawego? Mam parę książek ,więc mogę zrobić Ci zdjęcia i wyślę na Twój email.Może sobie coś wybierzesz :-)

      Usuń
    3. No to super. A nawet jak nie, to i tak Ci tę książkę wyślę -- niech żyje, bo u nas się drugiego życia raczej nie doczeka, bo w najbliższej przyszłości ani ja, ani Domownik się nie nauczymy hiszpańskiego :). To będziemy się już dogadywać mailowo w takim razie :).

      Usuń
  4. Z moich najdziwniejszych to chyba historia polskiego narciarstwa (albo w ogóle sportów zimowych - coś w tym stylu), którą, nie wiedzieć czemu dostałam w podstawówce za udział w jakimś konkursie naukowym. Nigdy do niej nie zajrzałam i gdzieś się w ciągu tych lat zawieruszyła. Ale najdziwniejszą książką, która gościła przez jakiś czas w moim domu, była zakupiona przez mojego brata pozycja naukowa (chyba wydana przez wydawnictwo UJ, ale głowy nie dam) zatytułowana "Urbozoonimia polska" (albo "Współczesna urbozoonimia polska"). Gdyby ktoś się nie zorientował po tytule, była to praca naukowa jednego z profesorów na temat imion nadawanych przez mieszkańców miast pieskom i kotkom (być może ujęte zostały tez chomiki).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, to jest dobry pomysł na wpis: najdziwniejsze książki, które z niewiadomych przyczyn dostałam w szkole ;). No i zachwyciło mnie, że istnieje jedno słowo na określenie nauki (?) o imionach zwierząt w mieście. Urbozoonimia, doskonałe! Ciekawa jestem, co też wyszło z tych badań -- czy miasto jest bardziej postępowe niż wieś? Czy dominują imiona od-ludzkie czy jakieś fantazyjne? Fascynujące :)!

      Usuń
    2. Urbozoonimia <3 Teraz tylko zapamiętać to słowo i używać, ale będzie szpan!

      Usuń
  5. Również wychodzę z założenia, że książki jakie ściągam do domu kiedyś się przydadzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, czasami jednak można puścić je dalej, bo kto wie, może się faktycznie gdzie indziej przydadzą bardziej :).

      Usuń
  6. Każda książka jest wartościowa :) Ja ostatnio namiętnie nabywam książki dotyczące astrofizyki, którą nie do końca rozumiem, ale która mnie fascynuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Sama mam taką pasję, to znaczy zbieram książki o fizyce kwantowej. Bo fascynuje mnie, chociaż nie wszystko rozumiem. Także dobrze rozumiem Twój pociąg do astrofizyki :).

      Usuń
    2. Bo w niej jest coś... pięknego. I w żaden sposób nie ogranicza jej wyobraźnia :)

      Usuń
    3. Nie wspominając o tym, że rzuca zupełnie nowe światło na, no, właściwie na wszystko ;).

      Usuń
  7. Mnie się trochę dziwności uzbierało z lat 90. Wtedy weszły kluby książkowe - przysłali ci gazetkę, a tam nowości i promocje. pamiętam, że Pruszyński regularnie miewał rubryczkę "3 książki za 9 zł, a potem za 12" (swoja drogą, to były ceny!). Czasami się łamałam i domawiała do dwóch kryminałów Christie czy innych LeGuin jakieś coś z kapelusza. O, dziwo, kilka z nich okazało się nad wyraz chodliwymi egzemplarzami, gdy w 20 lat później wypychałam większe ilości książek na allegro. M.in. kilka dzikich romansów, jakiś poradnik grzybiarsko-kucharski i jeden podręcznik, który był napisany w tak typowo polski sposób (wodolejstwo + co-mi-w-duszy-gra), że w życiu z niego nie skorzystałam. Z książek od czapy nadal posiadam: z lekka prześmiewczy przegląd doniesień o potworach z Loch Ness i olbrzymich kalmarach; biografię misjonarza polskiego fabularyzowaną na cross-over powieści przygodowej w stylu Tomka i średniowiecznej opowiastki o świętym oraz coś a la poradnik małego poborowego w PRL. Upchnęłam na antresoli, bo czuję w jakiś dziwny sposób związana emocjonalnie, choć w życiu tego nie przeczytam (za wyjątkiem przeglądu potworów z Loch Ness, bo tam są takie urocze rysunki, np. przegląd typów węzy morskich; zawsze mnie to rozbawi:)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, jak byłam mała, marzyłam o należeniu do takiego klubu książki, ale u mnie w domu rodzinnym patrzono na to zbyt podejrzliwie ;). A ceny -- jak się na nie spojrzy dzisiaj -- są obłędne. Ale jednak wtedy inaczej się na nie patrzyło, prawda? To takie dziwne, że panuje tu taka względność. A przegląd potworów z Loch Ness brzmi fascynująco, wcale się nie dziwię, że takiej tajemnej wiedzy nie chcesz puszczać dalej w świat ;). Poradnik małego poborowego to w sumie też taka wiedza tajemna -- za to fabularyzowana biografia misjonarza brzmi jak prawdziwy rarytas! :)

      Usuń
    2. Jaki tytuł ma to o potworach? Chcę!

      Usuń
    3. "Poczet potworów letnich" Pikuły i Kleczkowskiego. Choć jeśli chodzi o węże morskie i inne cuda to numero uno na wieki wieków jest dla mnie "Na tropach nieznanych zwierząt" Heuvelmansa. To była chyba pierwsza książka popularno-naukowa, jaką przeczytałam. Jasne, wcześniej były jakieś opowiastki Zuzanny Stromenger i inne takie, ale one typowo dla dzieciaków pisane i ta dydaktyka z nich wychodziła na lewo i prawo. A Heuvelmans to poważnie do tematu podchodził, przesiew relacji, że to na pewno nie chimiset, tylko prosię ziemne, a tu ratel, a tu fotomontaż z Tatzelwuremem, a tu kompletnie nieprawdopodobna historyjka o dzielnym, młodym Angliku, co ze strzelbą pojechał na brontozaury, za to ta opowieść o bunyipach to całkiem, całkiem... Czyta się pięknie. Za to pamiętam, jak kiedyś sięgnęła po Andrzeja Trepkę i piana mi wyszła na ustach, bo ewidentnie cale fragmenty zerżnięte właśnie z Heuvelmansa. Tak poza tym, to nic już z krytptozoologi w ręku nie miałam, więc porównania nie mam.

      Usuń
    4. Dzięki, poszukam :) Heuvelmansa też.

      Usuń
    5. Historia o dzielnym młodym Angliku, co wybrał się ze strzelbą na brontozaury brzmi zupełnie jak scenariusz do odcinka "Doctora Who"!

      Usuń
  8. Ależ parazytologia jest fascynująca! (tylko robienie na nią preparatów nie bardzo. Rzecz zdecydowanie dla ludzi o stalowych żołądkach i nosach).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja wierzę, tylko że ja z tych, co ani stalowego żołądka, ani nosa nie mają i już przy samej lekturze (czy oglądaniu wspomnianych rycin) żołądek podnosi mi się do gardła ;).

      Usuń
  9. Mam takie cudo z wydawnictwa Dwie Siostry. Tytuł: "Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam o tej książeczce, ale nie miałam jej w rękach. Ale marzy mi się, odkąd przeczytałam "Niucha" Pratchetta, gdzie Sam Junior fascynuje się dokładnie takimi zwierzęcymi wycieczkami na stronę ;).

      Usuń
    2. Z takiej tematyki jest jeszcze książka zatytułowana "Ciemna materia. Historia gówna". Mam, ale jeszcze nie czytałam, bo od razu poszła w obieg i jestem ostatnia w kolejce do przeczytania własnoręcznie kupionej książki ;) Chyba coś jest nie tak z poziomem mojej asertywności.

      Usuń
    3. Ale to już nie dla dzieci, a bardziej dla dorosłych. Nie wiem, czy aż tak mnie to fascynuje, ale nie wykluczam, jeśli by była dobrze napisana, to może warto wiedzieć więcej w temacie.

      Usuń
  10. Nie mam w domu za wiele książek, więc takich cudów pewnie musiałabym szukać u rodziców. Chociaż ostatnio nabyłam "Historię śmierci" (o rytuałach pogrzebowych) i mam zamiar ją przeczytać. Moje książki związane ze studiami mogą pewnie uchodzić za osobliwe, jakieś opowieści ludu Hausa czy Biblia w suahili. Mam też gramatykę suahili po włosku, ale to nie moja, przyniosłam z biblioteki. Dla mnie i tak najdziwniejsze są książki mojego męża, typu "Wprowadzenie do algorytmów", brrr....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja z kolei czytałam "Człowieka i śmierć" Ariesa (bardzo dobry przegląd zwyczajów funeralnych przez wieki) i "Trupa" Thomasa (to już bardziej przegląd różnych podejść do śmierci w wielu kulturach, miejscami mocno makabryczny), ale o tej "Historii śmierci" nie słyszałam.

      Opowieści ludu Hausa są wydane po polsku? Bo z zamiłowania zbieram różne opowieści ludowe, więc jeśli tak, to czy mogłabyś podać autora? No a Biblia w suahili musi być bardzo fajnym nabytkiem, zwłaszcza, jak się umie ją rozszyfrować :).

      Usuń
    2. Też wcześniej nie słyszałam o "Historii śmierci", po prostu zobaczyłam ją przecenioną i się skusiłam. Ale jeszcze się za nią nie zabrałam, więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest dobra. Opowieści hausańskie wydał mój wykładowca, Stanisław Piłaszewicz. Książka się nazywa "Egzotyczny świat sawanny. Kultura i cywilizacja ludu Hausa". Najpierw jest krótka część historyczno-obyczajowa, a potem różne baśnie i legendy. Książka nie jest chyba zbyt popularna, bo na Targach Książki widziałam ją przecenioną a 5 zł. Aż mi żal zrobiło autora, że go tak nisko cenią.

      Usuń
    3. O, to daj znać, czy warto. Ze swojej strony Ariesa polecam bardzo, bardzo, jeśli będziesz chciała czytać dalej coś w tych tematach. A za "Egzotycznym..." się rozejrzę, może i gdzie indziej da się dostać, może w bibliotece mają. Poza tym mam wrażenie, że cena nie wyznacza standardu -- część książek, zwłaszcza z wydawnictw uniwersyteckich, po prostu w ten sposób dostaje szansę na wejście do księgowego krwioobiegu, zamiast zalegać na półkach w wydawnictwie bądź być wydawanym na zasadzie "weźcie to, mamy tego jeszcze dwie skrzynki" ;). Więc dla autora to chyba nie tak źle, przynajmniej jeśli chodzi o poczytność.

      Usuń
    4. A dla czytelników jeszcze lepiej :)

      Ze śmiertelnych klimatów oprócz Ariesa i "Historii śmierci" mam jeszcze na półce taką solidną cegłę "Śmierć w cywilizacji Zachodu". Natomiast "Trupa" jakoś nie mogę upolować w ludzkiej cenie :(

      Usuń
    5. Aż popatrzyłam na Allegro i "Trup" w ludzkiej cenie jest, ale akurat w tej chwili nie bardzo mogę wydać nawet tyle :( A jak mogę to nigdy nie ma :/ Może w przyszłym tygodniu jeszcze będzie?

      Usuń
    6. Swojego egzemplarza też nie mam, ale z tej serii ostatnio znalazłam (i dosłownie: znalazłam) "Celtów" Schlettego, którą to książkę też bardzo lubię. A skoro sobie leżała i nikt jej nie chciał, to może i "Trupa" da się gdzieś w ten sposób upolować. Nie trać nadziei :).

      Usuń
  11. Wolę nie sprawdzać ;) Może ja sama, odkąd zaczęłam nabywać książki za pieniądze z własnej kieszeni i odkąd okazało się, że nie mam już gdzie ich kłaść, raczej dbam o to, by nie kupować "dziwnych", przypadkowych książek, choć czasem zdarzają się i niezwykle cenne. Za to w domowej biblioteczce, której lata świetności przypadły na czasy PRLu, mamy takie dziwolągi, że głowa mała. Nie idę tam, nawet na rzecz Twojego świetnego wpisu :D (to muszę przyznać, Twoja pomysłowość jest niewyczerpana!! :)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo te dziwne książki w moim przypadku to zwykle nie są zakupy, ale przyniesione skądś, dostane, znalezione i tak dalej ;). A teraz mam taką wizję Twojej domowej biblioteczki pełnej tajemnic (no i dziękuję za komplement, staram się jak umiem i na ile mi wyobraźni starcza :)).

      Usuń
  12. Raczej nie mam dziwnych książek, bo staram się trzymać tylko te naprawdę warte przeczytania - ciężko mi to ocenić w przypadku bułgarskiej biografii czy czeskiego atlasu pasożytów ;) Ale w sumie fajnie mieć takie osobliwości w domowej bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano fajnie, zasadniczo fajnie :). Zresztą mam od dawna tak, że dzielę sobie książki na te "do zerkania na bieżąco", "takie, które dobrze jest mieć", "ulubione, które mieć muszę" i właśnie takie dziwoksiążki ;).

      Usuń