Co ja robię tu albo o problemach z bohaterkami

 
Słuchajcie, zapomniałam wczoraj zapowiedzieć wpisu! I okazało się, że to w sumie nie tak źle, bo odrzuciłam w kąt mój notatniczek z zaplanowanymi wpisami i postanowiłam napisać o czymś, co pod wpisem o „Popiołach” budziło naszą wspólną konsternację – czyli o tym, jak się pisze postaci kobiece.

Kilka uwag wstępnych: 

1. „Pisze” a nie „pisało”, bo nadal powstają przecież książki, gdzie kobiece bohaterki wcale nie mają tak daleko do Heleny de With z „Popiołów”.

2. Zainteresowanie nie tylko moje wzbudza kwestia chłopska i o tym też napiszę kiedyś, jak już poczuję, że mniej więcej chociaż wiem, co chcę powiedzieć, także możecie wypatrywać, jeśli los chłopa pańszczyźnianego w literaturze też Was drażni.

3. To są moje prywatne laickie obserwacje na materiale, który czytałam i czytuję, także nie roszczę sobie żadnych praw do wygłaszania sądów ex cathedra. Co tym samym oznacza, że jak macie kolejne pomysły albo się z czymś nie zgadzacie – to jest dokładnie ta przestrzeń, w której możemy się powymieniać wrażeniami i ideami.

4. Oczywiście to są uwagi z perspektywy kogoś, kto czyta, a nie kogoś, kto pisze i zakładam, że jak się pisze, to może się mieć najlepsze intencje, a wyjdzie niezamierzenie inaczej. Ale chyba warto wtedy się zastanowić, co poszło nie tak i co leży u podstaw takiego pójścia nie tak.

5. Myślę, że analogicznie można napisać o bohaterach płci męskiej, z tym że zdarza się rzadziej, żeby tak o nich pisano w fabułach i dlatego piszę o bohaterkach.

6. Tak, ten tekst powstał trochę z wkurzenia.
 
 
 Podumajmy zatem nad tym, jak to jest z tymi bohaterkami. Źródło.
 

Postać kobieca to nie ozdoba 
Innymi słowy: na litość, autorze i autorko, dlaczego wprowadzając postać kobiecą od razu robisz z niej ozdobę? Czemu ona w tym tekście tak naprawdę nic nie robi, tylko wygląda i koncentruje na sobie uwagę innych postaci z powodu swojej urody? Nie mam nic przeciwko ładnym bohaterkom, ale wiecie, jest różnica: kiedy uroda jest jedyną cechą, którą tak naprawdę po odłożeniu książki możemy przypisać bohaterce, to co jest nie tak. Poza tym, jeśli bohaterka pojawia się w fabule tylko po to, to przepraszam, ale to widać.

Postać kobieca to nie wyłącznie punkt odniesienia dla postaci niekobiecych
To znaczy definiowanie bohaterek tylko w relacji z bohaterem – czy bohaterami – to jest kiepski pomysł, bo w gruncie rzeczy bohaterka znowu jest ozdobą, bo porusza się w określonej orbicie tego, co jej wolno, a czego jej nie wolno. To znaczy żony, matki, możemy mieć siejącą mądrościami babkę ewentualnie, dziewczynę, narzeczoną, no i nie wiem, co jeszcze, ale generalnie poruszamy się w obrębie tych ról (wiecie, Helena Kurcewiczówna). Co jest tutaj nie tak? Ano to, że po zakończeniu lektury nie wiemy o bohaterce wiele poza tym, co wynika z pełnienia takiej typowej roli. I to trochę jak z typami: powielanie ich nie jest specjalnie twórcze ani nie prowadzi do pokazania tego, co się nam w rzeczywistości po lekturze może odsłonić. Przy czym wiecie, to nie jest tylko problem literatury powiedzmy sprzed 1945 roku. Bo i tam mamy postaci definiowane same przez siebie (Agnieszka Niechcicówna!) i dzisiaj mamy takie, które poza krąg typowych ról do odgrywania jak z elementarza nie wychodzą.

Postać kobieca to ktoś, kto może działać
To, że brakuje nam silnych kobiecych protagonistek w fabułach, to już truizm, bo powtarza się to często i z uporem. Co nie zmienia faktu, że jakoś ich nie przybywa – może zatem one gdzieś są, ale poukrywane w książkach, po które nie sięgamy? Może u jakichś klasyków? A jeśli nie, skąd to się bierze? Czemu nadal jest ich tak mało? Poza tym istnieje tutaj poważne zagrożenie, to znaczy przefajnowanie takiej bohaterki i uczynienie z niej w gruncie rzeczy bohatera tylko że z żeńskimi cechami płciowymi. I nie chodzi mi tu o to, że zatraca się jakaś esencjalna „kobiecość”, ale o to, że po odłożeniu książki w sumie trudno powiedzieć, czy myśmy aby nie czytali tego samego schematu, tyle że odwróconego o 180 stopni.

Postać kobieca to nie zawsze ta „emocjonalna” bohaterka
Tak się zastanawiam, kto wpadł na szerzenie tego poglądu o kobiecej emocjonalności i męskiej racjonalności, skoro – co zresztą doskonale widać na przykładzie na wskroś przesyconych męskością „Popiołów” – postaci męskie w klasycznej prozie to są ludzie mocno zaangażowani w emocjonalne poznawanie świata i w gruncie rzeczy przez cały czas siedzą i rozmyślają właśnie nad rzeczami o zabarwieniu emocjonalnym. Klasyczni poeci robią to samo! I tak dalej, i tak dalej. Aż tu nagle bach, okazuje się, że wcale nie, że to te bohaterki takie histeryczne i rozedrgane. A figa.

Postać kobieca to nie tylko ktoś, komu przydarza się nieszczęście
I oczywiście nie ktoś, kogo wyłącznie trzeba ratować. Widzicie, mam mnóstwo zastrzeżeń do postaci Ciri z Sagi o wiedźminie (notabene dzisiaj Dzień Czytania Wiedźmina!), ale lubię to, że bohaterka dojrzewa do tego, by w końcu sama siebie ratować i że w gruncie rzeczy to ona wszystkich ocali, a przynajmniej tych, których się da. Dlatego klasyczny schemat damy w opresji raz, że już się przejadł (no ileż można!), a dwa, że niewiele wnosi do konstrukcji bohaterki poza to, o czym pisałam w punkcie drugim. A że można go stosować przewrotnie i obnażając drugie dna takich relacji opartych na wybawieniu, są dowody (choćby w „Zardzewiałym mieczu”, o którym ostatnio pisałam).

Postać kobieca to w ogóle jest ktoś, kogo warto jest mieć w fabule
Bo po prostu świat składa się z mężczyzn i kobiet. Jasne, jeśli czytamy dystopię opartą na braku którejś płci, to nie ma rady. Jeśli autor/ka postanowił/a pisać o środowisku typowo męskim/kobiecym – jeśli takie istnieją, bo jednak takie środowiska to nie są wyizolowane wyspy na oceanie, do których nie docierają żadne wpływy z zewnątrz – można się zastanowić, dlaczego postanowił/a pozbawić fabułę bohaterów/ek. Przy czym jak to zrobić pokazywała chociażby w doskonałej „Lewej ręce ciemności” Ursula LeGuin – mamy tam wszystko, a przecież autorka zrezygnowała z klasycznych podziałów. Da się? Da się. I wcale przykład nie musi być ekstremalny. Po prostu bohaterki tak samo jak bohaterowie są ciekawymi postaciami, nawet jeśli nie są ładne, zdefiniowane w relacji do bohatera, same podejmują akcje i nie chodzi im wyłącznie o nawiązanie romansu, no i niespecjalnie wymagają bycia ratowanymi. No więc po co się ograniczać?

W ogóle schematy w książkach, jeśli są odtwócze i źle zrobione, drażnią. To jeden z takich przykładów, ale można by je mnożyć. Ach, a gdybyście znali powieści, co do których wszystkie te zarzuty się nie tyczą – dajcie znać, zapiszę sobie na listę do przeczytania, koniecznie!

_____________________

A jutro będzie o dziennikach.

Weź dokładkę!

34 komentarze

  1. Jakoś utarło się nam, że standardowy bohater to facet, a żeby wprowadzić kobietę trzeba mieć powód. Podejrzanie często nam się zdarzają męscy autorzy, którzy "nie umieją opisywać kobiet"- jakbyśmy były oddzielnym gatunkiem.

    Myślę, że należy silniej zaakcentować, że Fajna Kobieca Postać Nie Musi Być facetem v2.0 czyli coś co nazywam Problemem Sansy.

    Nie wiem czy czytałaś Grę o Tron, ale zapewne dotarły do Ciebie echa polaryzujących sióstr Stark- tej grzecznej Sansy, którą broni niewielkie grono feministek i fajnej Aryi co oczywiście chce być chłopakiem. Arya oczywiście jest ponad takie babskie rzeczy jak szycie i haftowanie, woli miecz, konie i takie tam. Jej siostra jest głupia i zła, bo mając 12 lat marzy o dobrym zaaranżowanym małżeństwie.

    Kiedy czytałam PLIO po raz pierwszy to zauważyłam, że postać Aryi mnie nudzi. Zwyczajnie dość mam Ksieżniczek- Chłopczyc, tej piątej kolumny mizoginii. Czytając po raz drugi zauważyłam, że nawet w swoim świecie dziewczęta nie sa traktowane równo. Aryia dostaje miecz, nauczyciela fechtunku, długie rozmowy z ojcem. Sansa jest grzeczna. Nie trzeba nic jej tłumaczyć. Nikt się z nią naprawdę nie liczy. W efekcie dziewczyna nagle dowiaduje się, że z bliżej nieznanych przyczyn mają wracać do domu leci poskarżyć się królowej, którą do tej pory miała za wzór tego jak być damą. Bo kochany wszechwiedzący tatuś nie pomyślał, że wypada córce powiedzieć, że właśnie poszedł z królową na noże, że sytuacja odwróciła się do góry nogami i nie powinna się z nimi w ogóle kontaktować. Ale fani widzą swoje, ona wszystkiemu winna, powinna przejrzeć tych złych od razu. Nie to co jej dzielna siostrzyczka, która od początku pyskowała każdemu, kto się nawinął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to się chyba wiąże też ze specyfiką pisarek-kobiet: jest ich mniej, spycha się je do szuflady "literatura kobieca" (czymkolwiek miała by ona być, jak już kiedyś wspominałam), przy czym zwykle mam wrażenie ten argument, że ktoś nie umie pisać bohaterek nie działa w drugą stronę, czyli że ktoś nie umie pisać bohaterów (w tym pisarki).

      Zgadzam się jak najbardziej! Samej z "Grą o tron" mi nie po drodze (przeczytałam dwa pierwsze tomy i w sumie teraz wiedzę czerpię z dyskusji i omówień ;)), ale Alicja napisała tekst dokładnie o tym, o czym mówisz: http://www.gryzipior.pl/2015/05/gra-o-tron-sezon-5-sansa-stark.html (plus w gratisie jest fajna dyskusja pod wpisem). Także zgadzam się jak najbardziej: błędem jest założenie, że dobra postać kobieca musi być jak najbliższa wzorom pisania postaci męskich.

      Usuń
    2. Ta nieszczęsna „Pieśń lodu i ognia” Martina! Piszę, nieszczęsna, bo ileż w swoim czasie zdarłam naskórka z palców, zajmując się pisaniem postów za Sansą i Catelyn. Czy to zbrodnia, że akurat te bohaterki były dla mnie najsympatyczniejsze i kibicowałam im, a nie Aryi i Jonowi (który mnie tak niemożebnie nudził, bo zachowywał się, jakby za młodu wmurowali mu idealny kompas moralny za alabastrowym czółkiem – zaznaczam, że były to czasy oczekiwania na czwarty tom, bo w piątym wreszcie coś drgnęło i jakoś Jon znormalniał). Podobne skontrastowanie postaw życiowych, na zasadzie chłopczyca – mała dama (Althea - Malta) jest pokazane u Robin Hobb. Podobne w idei, ale zupełnie inne w wykonaniu. „Żywostatki” to w ogóle moja ulubiona fantasy obok Martina, bo dużo tam ciekawych kobiet. Straszliwe lubię ten fragment opowieści, gdy trzy pokolenia babek siedzą razem na gruzach rodowej fortuny i niby próbują poskładać to do kupy, a tak naprawdę wylewają kubły zaległych pretensji i niedopowiedzeń. BTW, czy ktoś mógłby napisać analizę porównawczą Sansy i Malty? Oszalałabym ze szczęścia, bo one są niby podobne (piękne sukienusie, walka z własną rodziną, syndrom księżniczki w wieży, romantyczna miłość i wyznania przy księżycu), ale tak naprawdę zupełnie inne (Sansa wierzy, że życie to pieśń, Malta reżyseruje swoje życie na pieśń).

      Usuń
    3. O rety, mam na liście poleconą niegdyś gorąco przez Książki mojej siostry serię Hobb o skrytobójcy, teraz zacznę też gromadzić Żywostatki w takim razie. A merytorycznie się na razie nie odniosę, bo przygoda z Hobb przede mną :).

      Usuń
    4. Popieram Żywostatki, tam są ciekawsze bohaterki - możesz od nich zacząć ;)

      Usuń
  2. Hue hue, ta emocjonalnośc bohaterek. To rozemocjonowana Izabela Łęcka i ten na wskroś racjonalny w wyborze partnerki życiowej Wokulski, ten opanowany i zawsze rozważny Kmicic i histeryzująca Oleńka. I tak dalej, i tak dalej...

    Do punktu przedostatniego będę się mocno odnosić w kontekście notki o "Cudach i Dziwach", którą właśnie piszę.;)
    A co do punktu ostatniego, to w fantastce ten problem nie powinien istnieć IMO, bo od tego autor ma wyobraźnię. Weźmy taką Novik, która swoje powieści osadziła w jednym z najbardziej zmaskulinizowanych środowisk, o jakim można pomyśleć - armia Imperium Brytyjskiego z początku XIXw. - a jednak zgrabnie wprowadziła kilka ciekawych kobiet. Po prostu doszła do wniosku, że skoro mamy smoki w wojsku, to posuńmy się o krok dalej i sprawmy, żeby niektóre ich rasy dawały się obłaskawić wyłącznie kobietom. Można? Można.

    A reszta to rzeczy tak bezdyskusyjne, że nawet się do nich nie odniosę.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonałe przykłady :D.

      To czekam na notkę, ciekawam :). Novik wydaje się być bardzo dobrym tropem, ale przyznaję, że (jeszcze!) nie czytałam, a czaję się na nią, tylko w mojej bibliotece jest wydanie z bardzo małym drukiem. Ale liczę, że znajdę coś z większym, ewentualnie już tak zapragnę przeczytać, że przestanę zwracać uwagę na wielkość literek :). Zresztą ten wątek z "skoro są smoki, to czemu nie kobiety" jest nawet szerszy: skoro wprowadzamy mnóstwo różnych nieprawdopodobnych z punktu widzenia naszej rzeczywistości elementów, a świat przedstawiony obywa się bez kobiecych protagonistek -- chyba, że w rolach wymienionych jak wyżej we wpisie -- to coś jest nie tak. I trudno się tłumaczyć prawdopodobieństwem.

      Usuń
  3. Właśnie dlatego lubię soczyste bohaterki i z chęcią wyszukuję takie postaci w literaturze!
    Saga Millenium napisana przez Larssona, poza jednak pewnymi niedociągnięciami, tworzy pełnokrwistą kobietę, która nie jest ani ładna, ani powabna, ale za to piekielnie inteligentna i w dodatku potrafi wzbudzić w mężczyznach swoistego rodzaju zainteresowanie. Dlatego Larssona czytałam z wypiekami na twarzy.

    Wydaje mi się, że przed 1945 też możemy znaleźć ciekawie zarysowane postaci kobiece, które jednak nie będą efektem pewnych podziałów. Chociażby niedawno czytana przeze mnie "Duma i uprzedzenie"! Przecież Elisabeth znacząco wychodzi ze swojej roli posłusznej i zawsze służącej dobrze mężczyznom kobiety, wykracza ponad podziały nie tylko płciowe, ale też klasowe!

    W kontekście "Gry o tron", o której wspomniała powyżej Eire, to owszem, mamy w tamtym cyklu umieszczone na zasadzie polaryzacji Aryę i Sansę, które (przynajmniej dla mnie) są nieco przejaskrawione. Ale, ale przecież mamy też mnóstwo innych genialnych kobiet. Właściwie Martin pokusił się o stworzenie całej mozaiki kobiecych postaci, bardzo rzeczywistych, bo przecież w prawdziwym świecie też możemy znaleźć odpowiedniczki tych bohaterek! Królowa Cersei jest taką prawdziwą suczą powieści, będąc przy tym cudownie kobiecą, z tymi wszystkimi emocjami, humorami, fochami. Brienne z Tarthu fizycznie może jest dosyć męska, masywnie zbudowana, silna, ale jednocześnie emocjonalnie jest twardą i nieustępliwą (i upartą!) kobietą. Słaba i lekko nawiedzona Lysa Arryn jest matką, nieco chorobliwie przywiązaną do swojego syna, zastraszoną i nieszczęśliwą. Asha Greyjoy to prawdziwa wojowniczka, uparta, zdolna, skuteczna, a jednocześnie niezwykle uparta, urodziwa i niepozbawiona kobiecych pierwiastków. Żmijowe bękarcice - samodzielne, niezależne i mocno niesforne dziewczęta, które za wszelką cenę walczą o swoje. Piękna Margery Tyrell, a jednocześnie bardzo przebiegła i inteligentna. I kwintesencja kobiecości, czyli Daenerys, która przechodzi niezwykłą przemianę na oczach czytelnika - z delikatnej, strachliwej, dręczonej przez brata dziewczynki, w prawdziwie mocną kobietę, matkę smoków i królową.

    Wydaje mi się, że Martin naprawdę doskonale pracuje nad postaciami, bo żadna nie jest podobna do kolejnej. I chyba też dlatego tak bardzo jego książki lubię :) I oczywiście uwielbiam wszystkie kobiece bohaterki!


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Larssona nie zmogłam, więc nie mogę się odnieść, o "Grze..." pisałam wyżej w odpowiedzi @Eire, za to ta "Duma i uprzedzenie"... Przyznaję, że czytałam jeszcze w liceum, więc dobrze wszystkiego nie pamiętam, ale możesz rozwinąć ten wątek wychodzenia poza klasę? Bo jeśli dobrze rozumiem chodzi o to, że Lizzie zachowuje się "nieokrzesanie", czyli bardziej jak kobieta z niższej klasy społecznej niż jak "dama z wyższych sfer"? Bo to jest bardzo ciekawe, że tutaj te wizje kobiet-bohaterek mają się różnić w zależności od ich pochodzenia społecznego (co bywa niekiedy wymówką do tworzenia właśnie tak skonstruowanych bohaterek, jak to opisuję we wpisie, mam wrażenie).

      Usuń
    2. @Claudette, wyjęłaś mi to z ust! Fantasy stworzyła wprawdzie trochę interesujących bohaterek kobiecych (w tym gatunku można sobie fajnie pogrywać z archetypami: wiedźmy, księżniczki, wojowniczki-chłopczycy i tak dalej), ale nie ma w niej chyba drugiego takiego feministy jak Martin. Jego postaci kobiece są po prostu świetne: zróżnicowane, wiarygodne, niebanalne, z wadami i zaletami. Wpływ na fabułę mają równie duży (a czasem równie mały) jak mężczyźni. Przede wszystkim są jednak bohaterkami własnych historii, a to już rzecz naprawdę rzadka w powieściach, których kobieta nie jest wyłączną protagonistką.

      Usuń
    3. @Pyza Wędrowniczka, w kontekście Lizzie, chodziło mi bardziej o to, że nie należy ona do tych prawdziwych wyższych sfer (nie jest na równi z Panem Darcym), natomiast jej nieokrzesanie, jej cięty język powodują, że nie tylko wychodzi ponad to, co wolno kobiecie względem mężczyny, ale też poza to, co wypada osobie znajdującej się niżej społecznie. Wydaje mi się, że Lizzie właśnie dzięki tej ciętej ripoście wzbudza zainteresowanie Darcy'ego i zdobywa jego serce - jest wszak inna niż wszystkie kobiety, jest odważna, nie boi się wyrazić własnego zdania i sprzeciwić komukolwiek.

      Usuń
    4. @Alicja Szymańska, wydaje mi się, że Martin nie tworzy takiej typowej fantastyki i w tym tkwi jego siła. Te historie przez niego opowiadane są mocno zakorzenione w rzeczywistości, wszak mnóstwo w nich nawiązań do średniowiecza, do legend i podań, do prawdziwych wydarzeń znanych nam z historii. Ja uwielbiam Martina właśnie za to delikatne odejście od fantastyki, lepiej mogę odnaleźć się w jego świecie i mogę utożsamiać się z bohaterami. Z niecierpliwością czekam na kolejne części sagi :)

      Usuń
    5. @Claudette, ale tak się teraz zastanawiam, czy z Lizzie w tym kontekście nie jest trochę tak, jak niżej pisała @ann-wlkp, czyli czy ona właśnie nie jest aby wyróżniająca się na tym tle niespecjalnie lotnych albo spiskujących innych kobiet? Muszę sobie zdecydowanie odświeżyć "Dumę...", ale tak się teraz zastanawiam nad stosunkiem bohaterki i innych kobiet w powieści.

      Usuń
  4. Czy ja mogę paść do nóg za te notkę? Metaforycznie, rzecz jasna. Bo jestem wielką fanek bohaterek. Choć, z drugiej strony, czy to nie jest z moje strony trochę idiotyczne? Oznaczać bohatera etykietą płci? Bądź co bądź, nikt nie mawia „jestem fanem mężczyzn w literaturze”. W czasach, gdy byłam młoda, piękna i obdarzona większą ilością mocy przerobowych, machnęłam na blogu dramatyczne wyznanie, że tak, właśnie, tak, w beletrystyce wolę kobiety. I to jako autorki, i to jako bohaterki. I nie ma w tym nic z założeń czy ideologii – po prostu, jak popatrzę na półki, to prawda wali prosto w oczy. Jakbym przejrzała szafki w kuchni, to też łatwo doszłabym do wniosku, że przedkładam sok pomidorowy nad pomarańczowy. Choć to tylko statystyka, bo i autorów, i bohaterów też zdarza mi się kochać, acz jednak rzadziej.
    No, ale powiedzmy, szczerze, są tacy twórcy, co mają w szafie dwa schematy sklejone z tektury i jak piszą, to wyciągają rękę - i ot, już bohaterka gotowa. Na przykład Waltari, którego kocham miłością dozgonną, ale kobiety u niego to albo typ A (atrakcyjna, przebiegła intrygantka), albo typ B (mądra partnerka, która widzi wady swojego chłopa, ale i tak go kocha). Rzekłabym, że tertium non datur, gdyby nie Klaudia, która z Minutusem tworzy jedną moich ulubionych par (tacy dość prostaccy, egocentryczni parweniusze). Gorzej, niestety, u LeCarre’a. Tam typ A to zdradzająca partnerka (pierwsze prawo dynamiki powieściowej brzmi: bohater u LeCarre’a nie ma prawa być bohaterem, dopóki go babka nie wyroluje), a typ B – dama w opresji. Co gorsza, kiedy LeCarre próbuje w swoich późniejszych książkach wyjść poza ten układ, dzieją się rzeczy straszne i powstają potwory gorsze niż w japońskich filmach. Godzilla to w sumie małe miki przy Tessie, która jest piękna, inteligenta, społecznie zaangażowana i płacze po niej pół Afryki. A choć inne, podłe babska przypinają jej etykietkę puszczalskiej, to pod koniec powieści okazuje się, że rzekomy kochanek Tessy był li i jedynie jej kumplem, a do tego gejem (co – jako lojalna, uczciwa i prawdziwa przyjaciółka – zachowała w tajemnicy, zwłaszcza, że coming out mógłby się zakończyć linczem. Schemat iście harlequinowy!).
    A co zrobić z Henrym Jamesem, który pisywał ciekawe kobiety, ale sympatyzował raczej z tymi z drugiej strony barykady? Przy czym nie mam tu na myśli „Bostończyków”, bo tam, jak dla mnie bardzo mało jest żywych ludzi, a więcej pisania „pod ideę” (a może nawet „pod tezę”?). Ale co ja poradzę, że więcej sympatii budzi we mnie Henrietta, niż Isabel i Kate, niż Millie?
    Żeby nie było, że tak tylko na panów jadę – nie lubię tych kobiet obowiązkowo wyzwolonych (z czego, zawsze się mam ochotę zapytać? Z biustonosza czy z konieczności słuchania dowcipów o blondynkach?), które pojawiają się w kryminałach. Zresztą, tu jestem akurat idealnie seksualnie obojętna, bo cynicznych inspektorów z traumą też nie trawię. Ale do tego łatwo mi się przyznać. Gorzej z kliszą typu „starsza pani z polotem” – bo klisza to straszliwa, ale jednak akurat ją lubię.

    No więc jak to jest? Czy są klisze lepsze i gorsze? A co zrobić, kiedy wydaje się, że mamy do czynienia z kliszą, potem nagle wyrasta nam pełnokrwista postać (patrz: Augusta w „Podróżach z moją ciotką”, która zaczyna właśnie od takiej ekscentryczki w wieku zaawansowanym, a potem okazuje się, że rzecz jest bardziej skomplikowana). A jak już zdryfowałam w pobliże Grahama Greene’ie – u niego występuje ciekawe zjawisko: są książki, w których bohaterki pełnią właśnie taką funkcję służebną i służy tylko charakterystyce bohatera (w „Spokojnym Amerykaninie” Fuong wręcz nie może być czymś więcej, bo cała powieść poszłaby się bujać), a są takie, gdzie tworzą odrębną postać (Beatrice w „Naszym człowieku w Hawanie” dostaje tylko jedno jedyne zdanie pisane ze swojego POVu, ale to nie zmienia faktu, że jest bohaterką, choćby i drugiego planu. Poza tym to bardzo ważne zdanie, bo ostatnie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pardon za tasiemcowanie, ale mi ucięło z poprzedniego komentarza:

      A i jeszcze jedno, coś, co jest dla mnie ważne, a gdy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak test Bechdel, nazywam to „literackim testem Bechdel”. Chodzi o interakcje między bohaterkami. Straszliwie, straszliwe, irytuje mnie schemat, który z lubością stosowały Charlotte i Anne Bronte (wyjątek to „Shirley”) – pokazanie bohaterki jako lepszej na tle innych. Ta lepszość może być moralna, intelektualna, mentalna, może polegać na lepszym wykopie, bardziej życiowej postawie, większym profesjonalizmie, a czasem na ogólnym wymiataniu. W efekcie bohaterka lśni jak diament na aksamicie, ale nie ma żadnej równorzędnej partnerki. Bo akurat ona – i tylko ona! - jest inna, niż wszystkie i klękajcie narody! Rany Boskie, niech sobie będzie, nie mam nic przeciwko brylantom (Neal Stepehnson na przykład pisuje same takie brylantowe babki i jest fajnie), ale brylant lśni wszędzie, nie tylko na aksamicie. Przy czym nie chodzi mi o to, żeby pisarz przydzielał talenty bohaterkom „po sprawiedliwości”. Dobry przykład to znowu Henry James. W „Portrecie damy” to ewidentnie Isabel jest bohaterką autora; na Henriettę autor patrzy z lekkim pobłażaniem czy nawet z rozbawieniem. Ba, samej Isabel zdarza się tak traktować przyjaciółkę. Ale nikt – ani bohaterowie, ani pisarz – nie mówią mi, że Isabel jest lepsza, bo ma to, czego Henrietta nie ma i mieć nie będzie. Co więcej, mimo tych nierówności w traktowaniu, to, co je łączy, to prawdziwa przyjaźń; rzekłabym, że jedna z najbardziej ludzkich przyjaźni między kobietami. Ludzkich, bo nieidealnych i bez wodotrysków. Swoją droga, kiedyś chciałam napisać notkę o kobiecych przyjaźniach i załamałam się, jak mało tego w książkach. Ewidentnie schemat kobiecej przyjaźni słabo się komponuje albo słabo sprzedaje, albo jest ginącym gatunkiem. Być może kobieta bywa kobietą tylko w interakcji z mężczyzną, a gdy go nie ma – to rozpływa się w niebycie. :)

      Usuń
    2. Doskonałe kwestie! Pozwolę sobie przyjrzeć się im bliżej, bo są strasznie ciekawe. No bo raz: ta nierównomierność między literaturą mężczyzn a kobiet -- bo właśnie, bo mężczyzn się nie wyróżnia, ale czy przypadkiem nie dlatego, że oni są (nawet w języku) tym podstawowym odnośnikiem? Że jak mówimy o literaturze, to te autorki gdzieś tam są, rzecz jasna, i te bohaterki też, ale jakby tak zerknąć nawet na podstawę programową w szkole, to raczej się mówi i o pisarzach, i o bohaterach (a jak o bohaterkach to mamy wyrodne matki z "Cudzoziemki", zwariowaną Barbarę z "Nocy i dni", uległą Helenę z "Ogniem i mieczem", a przykłady można by mnożyć). Tak się zastanawiam, bo jednak w tym stereotypowym, podstawowym (póki co jeszcze) ujęciu, te pisarki i bohaterki się wyróżnia, bo jest ich mniej i bardziej w tle. Nie wiem, jak sądzisz?

      Ulubione klisze: no właśnie, lubimy je, bo co, bo wydają nam się przyjazne? Nieszkodliwe? Mam wrażenie, że tu jednak jest różnica jakościowa: starsza pani z polotem to jest typ, który nikogo w sumie w żaden sposób nie uprzedmiatawia, dama w opresji zaś -- bardzo. Może wykrzywić rzeczywistość co najwyżej w tym, że od każdej babci będziemy oczekiwać werwy, animuszu i ciętego dowcipu, ale nie jest to wykrzywienie rujnujące, ba, nie jest chyba, mam wrażenie, wykrzywieniem krzywdzącym i budującym dziwne rzeczy na kanwie płci bohaterki (do merytoryki się nie odniosę, bo i James, i LeCarre jeszcze przede mną).

      A to ciekawe, z tym testem. W sumie dałoby się to pokazać też i gdzie indziej (rety, "Ania na uniwersytecie"!), przy czym dodałabym jeszcze wariant a propos tej przyjaźni, czyli: że obie przyjaciółki wybijają się "na tle". A temat kobiecych przyjaźni w literaturze faktycznie łatwo się potyka: o tę "emocjonalność", o mężczyzn, o wiele tego typu progów. Aż się muszę przyjrzeć (czy ja dobrze rozumiem, że Twoja notka jednak nie została napisana?).

      Usuń
    3. A nie, jakoś mi się wypaliło. Napisałam tylko o tym, jakie bohaterki lubię, z zaznaczeniem, co dla mnie znaczy owa odmieniana dziś przez wszystkie przypadki ”niezależność”. Pamiętam tylko, że chciałam tam wepchnąć właśnie „Portret damy”, „Smażone zielone pomidory”, „Niewinne mścicielki” i „Muskając aksamit”. Może jeszcze dałoby się podciągnąć „Grace i Grace” i „Żony i córki”, ale miałam ambicje dociągnąć do dziesiątki, żeby się ładnie zaokrągliło.
      A co do klisz – faktycznie, jedna jednej nierówna. Po zastanowieniu: z kliszy „dziwnej staruszki” może wyjść całkiem krwista postać, nawet pozostawiając bohaterkę w ramach schematu (choćby staruszki w kryminałach Caroline Graham). Z kliszy „dama w opresji” nic nie może wyjść, chyba że przełamie się schemat. Choć, przyznam, są takie klisze, które mi po prostu nie podchodzą ani wzdłuż, ani w poprzek (wspomniani wyżej inspektorzy/patomorfolodzy/profilerzy (BTW, kiedyś pisali, że żadnej policji świata nie stać na to, że na stałe zatrudniać kogoś takiego jak profiler, tylko konsultanci są. Ciekawe, czy teraz to się zmieniło? To byłby przykład, że popkultura może kreować rzeczywistość :)) z trudną przeszłością i ciężkimi przemyśleniami – niezależnie od płci takowych).
      W kwestii bohaterek w lekturach szkolnych – przypomniał mi się sztandarowy temat, którym wprowadzono charakterystyki porównawcze, czyli Jagienka & Danusia. Coś jak z tym Stasiem i Nel. Bo skoro Danusia się snuła, a Jagienka biegała z dzidą, to wiadomo, co z takich porównań wychodziło.

      Usuń
    4. A zalinkowałabyś?

      Bo właśnie z niezależnością jest problem, strasznie łatwo spotkać bohaterkę napisaną w ten sposób, że autor/ka stawia ją w zupełnej opozycji do poprzednio występującego wzoru i pojawia się problem. Bo chyba popadnięcie ze skrajności w skrajność występuje dość często (co jest jakoś zrozumiałe -- bo długa akcja powoduje w końcu gwałtowną reakcję), ale mimo wszystko jest szalenie niekorzystne dla tak napisanej bohaterki. No i możemy spotkać Mary Sue, a wtedy to już w ogóle.

      Oj, oj, ci dowcipkujący nad zwłokami patologowie, profilerzy, co to snują myśl przez cztery strony, mroczni komisarze policji -- obowiązkowo rozwiedzeni albo w trakcie rozwodu -- oj, tak. Ale to chyba właśnie kwestia przesytu: jakby ich było mniej, nie staliby się kliszą. A tak to wręcz oczekuje się, że autor/ka ich napisze, no bo jakże to tak, bez nich.

      Ano właśnie: marzy mi się notka o postaciach kobiecych u Sienkiewicza, a Jagienka to jest świetny przykład tego, jak Sienkiewicz tworzy pełnokrwistą postać i wciska ją w sztywny format, żeby sobie czytelnik nie pomyślał. Przy czym porównywanie Danusi i Jagienki jest niewłaściwie na wielu różnych poziomach, zaczynając od tego, że wychodzi na to, że ta biedna Danuśka to była jakaś forma przejściowa (nie lubię bohaterki, ale chyba wiadomo, o co mi chodzi), a skończywszy na tym, że to jest interpretacja jak głaskanie z włosem, a jednak ciekawsze rzeczy tam wychodzą pod włos ;).

      Usuń
  5. A czy u Sienkiewicz jest opis Jagienki po ślubie? Może przesublimowała latanie z bronią na ubijanie masła?

    Osobiście uważam, że powinien powstać jakiś front poparcia dla policjantów z normalnym życiem prywatnym. Może nawet jakaś kampania społeczna, skoro już ludzie wyrzucają pieniądze na takie bezsensowne rzeczy. :)

    Coś mi to linkowanie nie idzie, chyba czas na nowa wersje przegladarki, choć i tak mój podziw budzi fakt, że teksty sprzed trzech i więcej lat jeszcze dają się otworzyć; internet przetrwa wszystko. W każdym razie, tak całkowicie po szkolnemu, szósta notka od góry, o tu, http://ann-wlkp.livejournal.com/ (zaznaczam, że pisane głównie dla krewnych i znajomych królika oraz z lekka od czapy).


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to jest dobre pytanie (piję do Twojej notki): czy kobieta to osobny rodzaj bohatera? Bo mnie się wydaje, że nie. Tylko że jest tylu męskich bohaterów -- co pisałam wyżej -- że bohaterki po prostu się wyróżniają. To jest jakoś nadbudowane na tej ilości, jakości i przekonaniach i stereotypach dotyczących płci. Chyba dlatego nie mówimy o konstrukcji bohaterów, bo są i tacy, i tacy -- jest ich dużo i są od wieków. A z bohaterkami już sprawa się komplikuje (a Grahama Greene'a mam już dopisanego na liście do przeczytania, a teraz sobie go podkreśliłam!).

      U Ćmy książkowej ostatnio się toczyła dyskusja właśnie na temat tych nieszczęsnych policjantów z przetrąconym życiem osobistym, więc kto wie, coraz więcej osób to drażni, kampania czai się za rogiem ;).

      No a Jagienka po ślubie osiada w tym dziwnym dworcu, który sobie budują i głównie opisana jest jako osoba, która rodzi dzieci (więc nie ma czasu latać z bronią). Pamiętam, że to było jedno z moich największych literackich rozczarowań, tak swoją drogą. Bo zupełnie wyprało ją to z charakteru i pojawia się w fabule już tylko marginalnie (a przecież można było z niej zrobić taką świetną matkę!).

      Usuń
    2. Nie mam tyle czasu i możliwości, by zagłębić się w dyskusję i materiał, ale słowo w sprawie policjantów-z-trraumą: to konwencja. Jak rycerz z klątwą i rewolwerowiec. Jeśli zabierzecie tego straumatyzowanego policjanta, co uzyskacie? Czy nie będzie tak, że western bez rewolwerowca nosi tytuł "Domek na prerii"? Albo "Doktor Quinn". Problemem nie jest rewolwerowiec, ale koleiny. Konwencję da się naginać lub dawać jej nowe życie: wyjść z kolein. Nie trzeba wychodzić z kolein zabijając konia ;-)

      Usuń
    3. "Czy nie będzie tak, że western bez rewolwerowca nosi tytuł "Domek na prerii"?" Powiedziałabym, że niekoniecznie. Że pewne wzorce narracyjne mają dość dużą wariantywność (coś jak z bajkami magicznymi Proppa), więc będzie western z rewolwerowcem, western z rodziną przeprawiającą się przez góry, western z Indianami i tak dalej. W tym sensie obrabianie tego samego schematu -- który kiedyś się pojawił jako odkrycie -- w podobny sposób może nawet nie denerwuje, ile śmieszy, i chyba widać, że coraz bardziej się nam rozpijaczeni rozwodnicy policjanci/prokuratorzy/sędziowie przejadają. Może czas na coś nowego? ;)

      Usuń
    4. Tu offtopnę: ale nowe już jest! Wszak są fajne kryminały ( i niektóre nawet społeczne!) kompletnie olewające ten schemat "z traumą" - z moich ulubionych: Caroline Graham, Richard Hill, Ryszard Ćwirlej, Anne Perry.
      Albo "Obudź się i śnij" - niby to jest fantastyka z alternatywnym wszechświatem, ale bardziej retelling czarnego kryminału. I tu doznałam olśnienia - na Boga, da się napisać czarny kryminał z bohaterem, któremu postęp technologiczny złamał karierę i rzucił na bruk, a bohater nie snuje się po rynsztokach, monologując o podłym świecie, a autor nie podsuwa mu jako ładnego tła rozkokainowanych dziwek i spluwaczek przelewających się płynami fizjologicznymi. Ot, bohater sobie czasem westchnie, że ha!, miało się kiedyś świat u stóp i wielbicielki w ramionach, ale w sumie... są i plusy: dziś może być prywatnym detektywem, zamiast tylko go grać. A jak widzę te smęcenia o upadku świata i cywilizacji, bo się jeden trup wala w brudzie i żona puściła się z mleczarzem, to przypominają się wytwory niejakiego George'a Quiryna, który pisywał kryminały PRlowskie, ale dziejące się w USA. Jak można się domyślić, w tym USA było brudno, strasznie i ponuro, szalała korupcja, narkomania i degrengolada i nawet klimatyzacja nie działała.:)

      Usuń
    5. Muszę wypróbować, bo nazwiska kojarzę -- jedne lepiej, inne gorzej -- ale jeszcze nie czytałam. Na marginesie: tego Quiryna też koniecznie, toż to musi się czytać! ;)

      Usuń
  6. Nic dodać, nic ująć! Ciekawa rzecz: przeglądam sobie moją biblioteczkę w poszukiwaniu powieści wartych polecenia ze względu na ciekawe, niebanalne bohaterki i... trafiam na same powieści młodzieżowe. Cykl o Harrym Potterze (oczywista oczywistość), "Mroczne materie" Pullmana, "Córka czarownic" Terakowskiej (z zastrzeżeniami, bo tam kobiety są wprawdzie mądre i odważne, ale mam wrażenie, że ciągle karze się je za brak "kobiecej" empatii), "Igrzyska śmierci"... Jak to się dzieje, że te sprytne, zaradne i niezależne dziewczynki/nastolatki wyrastają - w innych powieściach - na banalne damy w opresji, histeryczki albo chłopczyce?
    Poza tym Gaiman. Dużo Gaimana. To gość, który powiedział, że kiedy konstruuje postać, zadaje sobie pytanie, dlaczego nie mogłaby być ta postać kobietą. Jeśli nie znajduje odpowiedzi, czyni ją kobietą. Z - moim zdaniem - niezłym skutkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzielę z Tobą tę obserwację :). To znaczy znacząco więcej mamy ciekawych postaci dziewczęcych niż kobiecych -- i to nawet nie tylko w ostatnich latach. Myślę, że po prostu jakąś trudność sprawia autor/k/om pisanie postaci kobiecych, które pozostawałyby kobietami, a nie bohaterami przebranymi za kobiety, a jednocześnie pokazywać je jako realizujące się w karierze, rodzinie, i tak dalej. Może w tym tkwi problem? W całym tym "oprzyrządowaniu"? Tak strzelam. Jak myślisz?

      A co do Gaimana... Nie czytałam wszystkiego, ale szczerze mówiąc teraz ad hoc nie kojarzę żadnej postaci kobiecej z jego powieści! Zresztą mam z jego twórczością tak, że zwykle pamiętam pomysł, ogólne zarysy, może ze dwie sceny, ale gdyby mnie ktoś zapytał, jak dokładnie idzie fabuła, to mam zwykle problem.

      Usuń
    2. No Koralina! Ale poza nią? Przy czym od razu wyznaję, nie czytałam "Gwiezdnego pyłu".

      Usuń
  7. Niedawno czytałam "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg i jest tam parę dobrze przedstawionych bohaterek. Najbardziej charakterystyczna jest Idgie, która nie jest ładna, podejmuje dużo akcji, nie musi być ratowana, a raczej ona ratuje i dodatkowo łączy ją przyjaźń/miłość z inną bohaterka Ruth.

    ... chociaż teraz zastanawiam się, czy nie jest tylko męskim bohaterem w żeńskiej skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam "Smażone..." w styczniu (nawet o nich pisałam :)) i szczerze mówiąc tutaj chyba dochodzi kilka innych czynników: przede wszystkim zaś to, że Izzie łamie wiele tabu społecznych (od przyjaznego nastawienia do osób o innym kolorze skóry czy klasie społecznej po związek z kobietą). Przy czym to, czy nie jest aby męskim bohaterem w żeńskiej skórze, to nie jest chyba wcale mylna intuicja. Ale nawet jeśli, to wydaje mi się, że Izzie wraz z przybyciem Ruth po prostu odrzuca kobiecość rozumianą jako podległość i małżeństwo gdzieś w perspektywie. A nie biologiczne uwarunkowanie.

      Usuń
  8. Moje zdanie (niekoniecznie słuszne) jest takie:
    1. Jest taka zasada, wywodząca się z kręgów powieści kryminalnych, że autor nie jest w stanie wykreować postaci inteligentniejszej od siebie. Żadnych genialnych detektywów i superinteligentnych złoczyńców. Można to tylko w jakiś sposób markować. Podobnie ma się sytuacja z postaciami kobiecymi – jeśli autor (mężczyzna) nie ma pojęcia, jaka może być specyfika kobiecego charakteru, to tego nie wymyśli sam. Ewentualnie spłaszczy ją niemiłosiernie,
    2. W tym miejscu z pomocą przychodzi SCHEMAT. SCHEMATEM może być archetyp wiedźmy, famme fatale, lolitki, damy w opałach, marysujki. Mając SHCEMAT, autor wykorzystuje go jak każde inne narzędzie.
    3. I tu dochodzimy do sedna: każdy autor, który ma minimum wstydu nie będzie nadużywał SCHEMATU, żeby się nie ośmieszyć. Chyba, że celowo robi się hucpę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam tok rozumowania wydaje mi się przekonujący, ale ;). No bo tak, bo przecież można sobie wyobrazić, że się jest elfem/królikiem/Bolesławem Chrobrym -- to w czym leży problem z kobietą? Zresztą, gdyby było tak, że autorzy wszyscy jak jeden mąż mają problem z pisaniem bohaterek kobiecych -- wtedy wiadomo, klops. Ale tak nie jest. Wydaje mi się, że tutaj trzeba by dodać jakieś widmo krążące nad tym wszystkim (stereotyp, patriarchat, normy społeczne, przesądy i tak dalej, i tym podobne). I wtedy wiadomo, skąd ten schemat i w którą stronę można z nim albo bez niego iść. Tak sobie dumam.

      Usuń
  9. A wiesz, że bardziej niż bohaterki, które opisałaś wyżej wkurzają mnie pierwszoplanowe postacie kobiece, które są (ujmując najprościej) głupie?
    Stanę też w obronie Sienkiewicza i jemu podobnych - w XIX wieku historiografia tak przedstawiała kobiety (tzn. nie przedstawiała ich wcale), więc on nie bardzo miał z czego czerpać. A chciał być (ponoć) w miarę rzetelny :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko że ta głupota często wypływa jakby nie z zamiaru autora, żeby tak napisać, ale pomimo albo wbrew temu zamiarowi. To jest w sumie smutne, bo mam wrażenie, że strasznie często dotyka to właśnie bohaterek. A z tym Sienkiewiczem to jest trochę tak, jak piszesz, ale wydaje mi się, że to też kwestia źródeł, które wybrał (swoją drogą, źródeł najczęściej pisanych przez mężczyzn -- a przecież to już jest czas, kiedy istniały i kobiece pamiętniki chyba?).

      Usuń