Co nam wygląda z książek albo o różnicy pokoleniowej i literaturze


Są takie momenty w życiu, kiedy czytanie czegoś – albo czegoś nieczytanie – uświadamia nam, że znajdujemy się w nieco innej grupie odbiorców niż inni. Ba, że może to jest wcale nie ta grupa, w której znajdujemy się z jakichś innych prozaicznych powodów, takich jak na przykład wiek. No i właśnie o czymś takim będzie dzisiaj. Sam temat jest szeroki i przynajmniej ze dwie różne notki jeszcze można by mu poświęcić, ale dzisiaj tylko o jednym jego -- wycinkowym -- obliczu.


Będą ze dwa lata temu, jak postanowiłam sobie uciąć powtórkę starej Jeżycjady. Przeczytałam ciurkiem do „Kwiatu kalafiora”, potem mnie świat rozproszył i reszta czeka na lepszy czas. Ale to tylko punkt wyjścia – bo swojej Jeżycjady nie mam, musiałam się w tym szczytnym celu udać do biblioteki. I tam właśnie miała miejsce sytuacja, która mnie jakoś natchnęła do takich rozmyślań. Otóż kiedy położyłam książki na kontuarze, pani bibliotekarka westchnęła popatrując to na mnie, to na książki, „ach, powieści mej młodości”. Pomyślałam sobie, że no, mojej także. Ale między mną a panią była znaczna różnica wieku. I przeszłabym nad tym do porządku dziennego – wszak pewne lektury są uniwersalne i kilkanaście pokoleń może doskonale i łatwo wychować się na tym samym (w przypadku baśni łatwiejsze, powieści – trudniejsze, ale wykonalne), gdyby nie to, że jakoś chwileczkę dosłownie później natknęłam się na taką dyskusję, że tak zwani „młodzi ludzie” (celowo tak piszę, bo to jest w sumie bardzo pojemna kategoria) to już jak czytają te starsze powieści z czasów PRL-u, to nie umieją ich odnieść do swojego doświadczenia. Więc pomyślałam „hm?” i zaczęłam się zastanawiać, co jest ze mną nie tak.

Bo widzicie, nawet jak czytałam ostatnio „Dziewczynę i chłopaka” Ożogowskiej, to ja to doskonale umiem odnieść do takiego zwykłego, codziennego doświadczenia. Idzie mi tu oczywiście o pewne realia życia codziennego. Może nie od razu kupowanie na kartki, stan wojenny czy braki w zaopatrzeniu, ale ogólną atmosferę jeszcze tak. I pomyślałam, że to chyba kwestia wsi. To znaczy nie chcę powiedzieć, że PRL jako taki trwał na wsi dłużej, raczej o to, że pewne formy spędzania czasu, poskramiania codzienności, po prostu dłużej wyglądały w bardzo podobny sposób. Dlatego jak czytam te starsze powieści młodzieżowe, nawet te dziejące się w latach 50., to gdzieś odczuwam taki sentyment, że o proszę, to znam, tamto pamiętam, a z taką kanką to sama wieczorami chodziłam po mleko. 
 
 
 

To wszystko sprawia, że zawsze z pewnym zdumieniem reaguję na te westchnienia, że ci młodzi, oni nie rozumieją. Takie rzeczy są, mam wrażenie, szalenie względne. Nasz odbiór literatury nie jest uzależniony wyłącznie do tego, czy coś znamy – i czy znamy dosłownie o, ten fragment czasu. Jasne, literatura młodzieżowa PRL jest literaturą specyficzną i czasami niektóre elementy rzeczywistości dzisiaj mogą wydawać się archaiczne. Na ile jednak sam system – z którym dzisiejsi potencjalni odbiorcy się nie zetknęli, ale z grubsza mają jednak o nim jakieś informacje (jeśli nie z lekcji historii, gdzie się zwykle na wiek XX poświęca czasu mało albo wcale, to choćby z imienin u babci, gdzie wszyscy wspominają młodość) – jest tu kluczowy? Powieści te w gruncie rzeczy nie tyle zajmują się przecież systemem, co ogólniejszymi problemami: miłością, szkołą, przyjaźniami, rolami kulturowymi i tak dalej. No, ale powiecie przecież, że nieprawda, że nawet Ignacy Borejko był internowany, a wczasy pracownicze, a kolejki, toż to wszystko są rzeczy wynikające z działania systemu.

Zgoda, tyle tylko, że mam wrażenie, że docelowy odbiorca jak wtedy, tak teraz, zwraca uwagę nie tyle na to internowanie Borejki, czy na kolejki jako wynik gospodarki centralnie planowanej, ile właśnie na to, co też bohaterowie czują, myślą i jakie przeżywają przygody (niezależnie czy na wczasach pracowniczych, czy nie). Co oznacza, że te realia życia codziennego są albo przekładalne na pewne inne doświadczenia, które można nabyć i dzisiaj (szkoła wydaje się przykładem uniwersalnym), albo przynajmniej jeszcze część z nas zdołała je nabyć w ten czy inny sposób. I nie chcę przez to powiedzieć, że deprecjonuję to tło historyczne, które jest tam obecne (w formie zwykle, z wiadomych powodów, zaowalowanej). Ależ to jest szalenie fascynujące czytać te powieści ze świadomością tego tła. Chciałam po prostu powiedzieć, że nie ma tak naprawdę aż takiej ogromnej przerwy czy wyrwy nie ma. Że jasne, może trzeba czasem dopytać o jakieś słówko albo zadziwi nas jakiś element rzeczywistości, ale też – śmiem twierdzić – bez przesady.Nie wspominając już o tym, że czegoś takiego jak jeden PRL po prostu nie było i właściwie każda dekada była odmienna od innych pod wieloma względami: tego życia codziennego również.

Szczególnie dobrze widzę to właśnie tam, gdzie bohaterowie przeżywają swoje problemy szkolno-miłosno-przyjaźniane na wsi lub w małym miasteczku. Uwielbiałam w dzieciństwie i nastolęctwie czytać tego typu książki (nadal lubię, ale ja nie o tym dzisiaj), bo wydawały mi się dużo bliższe temu mojemu wiejsko-małomiejskiemu doświadczeniu (chociaż oni w socjalizmie, ja już w kapitalizmie) niż wydawane wtedy (do dzisiaj wśród powieści na przykład Marty Fox czuję się jakaś wyobcowana, a Ożogowskiej zadomowiona). I chociaż miejskie tła były wybierane, mam wrażenie, zdecydowanie częściej, to i na wieś bohaterom zdarzało się zawitać. W sumie jedyne, czego by mi brakowało, to jakaś dobra powieść, w której bohaterowie spędzali by czas nie na idyllicznej wsi z polami ornymi i ogródkiem opodal domu, ale takiej wsi skolektywizowanej, gdzie wszyscy nie tyle orzą na swoim, co w pegeerze. A jakby tak jeszcze ktoś uchwycił doświadczenie wczesnej transformacji ustrojowej na wsi – byłoby przepysznie. Łączyłoby jedno z drugim.

Czy Wy macie podobne doświadczenia z czytaniem?

____________________

Jutro zaś będzie o praktyce i pragmatyce, i książkach oczywiście.

Weź dokładkę!

22 komentarze

  1. To chyba podpada pod to "Ale tato, jak to całe Tesco pełne octu?", które krąży w anegdotach. I myślę, że osoby narzekające na dzisiejszą młodzież za bardzo skupiają się na tle historycznym powieści. Ja z PRLu mało pamiętam, bo miałam niecałe sześć lat jak upadł (ale pamiętam pierwsze wolne wybory i obalanie pomnika Dzierżyńskiego), ale jakoś nigdy nie miałam problemów ze zrozumieniem Kreski z Jeżycjady :). Jasne, że lepiej się czyta ze znajomością tła, ale bez tej znajomości powieści nadal są czytelne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę to, a trochę właśnie też i to, że czasami pewne zjawiska -- nie tylko takie, które są udziałem każdego (jak na przykład szkoła) -- mają nieco dłuższe trwanie niż tylko dany okres czasu. Przy czym z tego tła historycznego można, czemu nie przeczę, powyciągać fascynujące rzeczy. Ale da się i bez niego: docelowy czytelnik wówczas też wcale nie musiał tego tła tak znowu rozbierać.

      Usuń
  2. Tak, mam podobne doświadczenia. Doskonale odnajduję się w dawniejszych lekturach, nie tylko tych rodem z PRL-u. I chodzi tutaj właśnie o uniwersalne wartości, które opisywały - miłość, przyjaźń itd. To pozwalało mi się utożsamiać z bohaterami niezależnie od tego, w jakim okresie historycznym przyszło im występować;)
    Ale jakoś wolę te starsze lektury. Nowsze powieści nie mają już takiego uroku;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bym powiedziała, że mają, ale inny :). To znaczy z pewnymi rzeczami jest trudniej, bo trudniej jest je sobie wyobrazić czy odnieść do znanego tła -- w tym sensie sentyment czy nostalgia jest zwykle "z drugiej ręki", a nie z naszego, bezpośredniego mniej bądź bardziej doświadczenia. Bo w ogólnej myśli się zgadzam, ale w tym konkretnym aspekcie to sobie myślę właśnie w ten sposób :).

      Usuń
  3. Hmm, ze wszystkim tak jest - "za naszych czasów" i "ta dzisiejsza młodzież na pewno tego nie zrozumie". Zawsze mnie to jakoś itytuje (bo to hasła, które powtarza się pewnie od kilku tysięcy lat, powinniśmy być teraz już naprawdę zdegenerowani do cna :D), a takie gadanie zaczyna się to bardzo wcześnie. To znaczy pamiętam na przykład, że w klasie maturalnej moje koleżanki narzekały na pierwszaków i mówiły, że my byliśmy jakoś bardziej "ogarnięci"... Hmm, raczej nie byliśmy, tylko wtedy im, już trochę starszym, się tak wydawało...

    A właśnie - czasy się zmieniają, ale pewne rzeczy pozostają takie same. I hmm... myślę, że nie musiałam żyć w PRL-u, żeby zrozumieć Musierowicz. Może tło jest inne, ale to, co najważniejsze pozostaje bardzo bliskie, także współczesnej młodzieży. Właśnie patrząc na "Jeżycjadę" - to też są książki mojego dzieciństwa i chociaż pokoleniowo pasuję bardziej do tej nowszej "Jeżycjady" (myślę, że Józinek i Ignacy Grzegorz to mniej więcej moi rówieśnicy ;)), to bliższe są mi te starsze części.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, w końcu już Cyceron narzekał na psujące się obyczaje, a pewnie nie był w tym pierwszy ;). Z Jeżycjadą mam tak, że przyznaję, że od pewnego momentu robi się dla mnie niestrawna. Tylko nie mogę go dokładnie uchwycić -- "Imieniny"? "Tygrys i Róża"? Może już nawet "Córka Robrojka"? Muszę sobie zdecydowanie znowu cięgiem odświeżyć wszystko po "Kwiecie kalafiora" i sprokurować notkę, żeby nie zapomnieć ;).

      Usuń
    2. Ja już zaczęłam od "Jeżycjady" odbijać na wysokości "Dziecka piątku". I nie, nie przez wiek, bo jeszcze wtedy byłam w odpowiednim, a niektóre wcześniejsze nadrobiłam później i mi się podobały.

      Co do znajomości i czucia realiów... skoro da się czytać powieści całkiem historyczne i fantastykę, to i w takich się można połapać. Nawet w nastolęctwie.

      Usuń
    3. Sprawdziłam daty (wiem, trzeba było wcześniej, a tak to sieję komentarzami) - nawet nie tyle byłam w odpowiednim, co i to nadrabiałam z lekkim opóźnieniem, musiało być ze dwa-trzy lata po wydaniu.

      Usuń
    4. O, "Dziecko piątku" to też jest mocny kandydat do tytułu. Bo w sumie mam wrażenie, że nie tylko te starsze części są po prostu lepiej napisane, ale i dużo lepiej wyczuwają ogólny klimat -- nie tyle właściwie klimat epoki, ile życia (młodzieży? ale nie tylko przecież) jako takiego. A potem już robi się dziwnie i strasznie dużo wątków wychodzi zupełnie wbrew autorskim intencjom, niestety.

      Usuń
    5. No właśnie trudno mi się wypowiadać, na ile te wcześniejsze części oddają rzeczywistość i "wyczuwają klimat", ale te najnowsze są pod tym względem bardzo, bardzo słabe. Niby starają się być takie "dzisiejsze", ale czuć w nich jakąś straszną sztuczność. Czytam wszystkie, ale z coraz większym zniechęceniem...

      Usuń
    6. To jest właśnie fascynujące: już nie sama fabuła, ale ten fenomen, że nie podoba nam się, ale czytamy. Przywiązanie do serii to na pewno jest powód, ale chyba to trochę za proste wytłumaczenie. Może o tym napiszę osobno, bo to dobry temat! :) Natomiast co do tej "dzisiejszości": one się starają być dzisiejsze, ale tak tylko w części (bo raczej w kontrze do takiej "dzisiejszości", jak ją autorka definiuje -- Borejkowie mają ucieleśniać takie "staromodne wartości", tyle że to zamiast czynić ich godnymi podziwu, czyni z nich typy coraz bardziej antypatyczne).

      Usuń
  4. oh brr Borejkowie.. strasznie mi się literatura młodzieżowa PRL wydawała zawsze wygładzona i ugrzeczniona, zupełnie nie mogłam się identyfikować, ani nawet kibicować jakiemukolwiek bohaterowi, bo wszyscy byli tacy... obrzydliwie gładcy i płascy. Wydiealizowani. Och ach pod linijkę. Niby się czymś wyróżniali, ale na dobrą sprawę reprezentowali jedną monolityczną masę, która porozumiewała się jakimś tragicznym, nieprzystającym do jakichkolwiek realiów językiem. To trochę jak z przedwojennym polskim kinem, patrzy się na to z sentymentem, ale za bardzo nie ma w tym wartości artystycznej, ani nawet odwzorowania ówczesnych realiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że nie wszyscy bohaterowie i nie zawsze. Niektórzy w części -- na pewno. Ale przecież u Jurgielewiczowej na przykład znajdziemy już tych kanciastych i niewygładzonych, a to tylko taki pierwszy z brzegu przykład, który mi przychodzi do głowy :). No i tak się jeszcze zastanawiam nad tymi realiami: chyba w części zawsze powieść jest jednak fantazją na temat realiów. Jasne, trzyma się prawdopodobieństwa i rzeczywistość naśladuje, ale jednak nie w stu procentach.

      Usuń
    2. chyba w części zawsze powieść jest jednak fantazją na temat realiów - to fakt, jakoś zawsze się realia fikcjonalizuje, z racji tego, że jestem filmoznawcą, to najczęsciej odnoszę się do filmów, chociaż akurat te prlowskie typu moralnego przedpokoju nie byly takie Borejkowate ;)
      za to wspolczesnie tez realia w filmach fikcjonalnych w duzej mierze sa upiekszane, czy to na sielanke wiejska w stylu Rancza, czy też wszystkie te TVNowskie hity kinowe, ktore nie wiem w jakiej rzeczywistosci sie dzieja, ale dla mnie swiat ze Zmierzchu juz bardziej przystaje do realiów :D

      Usuń
  5. Bo ja wiem? Może to raczej kwestia podejścia - patrzymy na ten sam obraz, ale ja widzę tryumf oręża polskiego, a ty poniewierkę chłopa pańszczyźnianego. A kolega w żółtym sweterku to ogóle zainteresowany głównie kwestią tego, jak słońce się chyli na nieboskłonie. Jasne, pewne rzeczy są nieprzekładalne, ale tak jest ze wszystkim. Inaczej odbiera filmy wojenne ten, kto był na wojnie, inaczej ten, kto zna to tylko z opowiadań, ale czy to źle? Źle chyba, jak damy sobie wmówić, że nie nam pisane delektować się tym czy tamtym kawałkiem kultury. A że czasem się nie łapie nawiązań, że umyka drugie dno? Tak pewnie jest i w co drugiej książce/filmie/piosence. Bo nie jestem Amerykaninem z Środkowego zachodu, bo nie jadam kolacji z francuskimi hrabinami, bo nie uczyłam się o operze werystycznej, bo nie znam poetów chińskich, a na Marsie nie postawiłam ani pół bucika. Mnie się czasem zdarza czytać książki, których ewidentnie nie rozumiem i zdaję sobie sprawę, że nie rozumiem, bo autor posługuje się całkowicie mi obcym systemem odniesień, a mimo to tak miło się czyta, że z przyjemnością wracam. I choć jestem zbyt leniwa, że się dokształcić, to taka niedookreśloność ma nawet swoje plusy.
    A tak na marginesie: czasem odnoszę wrażenie, jakby w 1989r. miała się nam zdarzyć Osobliwość przez duże "O". Bez przesady, zwłaszcza że pokolenia chowały się na "Czterech pancernych" i "Klossie", a w życiu nie szturmowały Berlina w T34, o akcji "liść dębu" nie wspominając.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się ta myśl z podejściem i się z nią zgadzam, ale to podejście zależy też, myślę, od kontekstu: wieku, pochodzenia, takich rzeczy. W jakiejś części, w każdym razie. Właśnie tak jak z tymi filmami wojennymi. I w sumie gdybyśmy mogli czytać książki tylko takie, które jakoś pokrywają się z naszym doświadczeniem, to mało chyba byśmy jednak czytali, w sensie że mały wycinek powstającej literatury. No a niektórych książek w ogóle nie byłoby komu czytać ;).

      A co do osobliwości: chyba to się wpisuje właśnie w tę narrację "dzisiejsze pokolenia nie rozumieją zupełnie tego, co było wcześniej, bo dla nich punktem odniesienia jest co innego". I tak ten 1989 w sumie został takim punktem odniesienia dla nikogo konkretnego chyba.

      Ach, no i jeszcze: ja ostatnio wszędzie widzę tę poniewierkę chłopa pańszczyźnianego. Chyba jakąś notkę muszę stworzyć na ten temat!

      Usuń
  6. Jedna z doszczętnie zaczytanych przeze mnie powieści to był "Gruby" Minkowskiego. Rzecz jeszcze bardziej odległa niż Jeżycjada, akcja w podstawówce zaraz po wojnie, jeden z uczniów właśnie wrócił zza Uralu, drugi - stracił nogę, bo był ofiarą eksperymentów w obozie koncentracyjnym. A mimo to jakoś potrafiłam się z nimi identyfikować - bo jak się okazuje doświadczenia szkolne są te same pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. I wcale nie miałam wrażenia, że to jakaś archaiczna epoka. Oczywiście dopiero potem wiele rzeczy do mnie docierało, ale to chyba dobrze, gdy czytamy książkę kolejny raz i odkrywamy w niej coraz więcej i więcej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam, będę szukać. Bo mam podobne doświadczenie ze "Szpakami z Muranowa", także z wielką chęcią. Zresztą powieści z tuż powojnia są na ogół szalenie fascynujące same w sobie. A to, że książki do wielokrotnego czytania i odkrywania są fascynujące, to się wie :)!

      Usuń
  7. Ja tak sobie offtopne na początek "Dziewczynę i chłopaka" zawsze uważałam za książkę bardzo smutną w gruncie rzeczy. Bo kiedy dziewczyna naprawdę pokonuje ograniczenia, uczy się nowych rzeczy i dokonuje tego, czego nikt by się po niej nie spodziewał, to w sumie nikt (łącznie z autorką) tego nie zauważa ani nie chwali. A kiedy jej brat cwaniakuje i kłamie przez całe lato, zdobywa szacunek na dzielni i sympatię, zarówno bohaterów, jak i autorki...

    Ale ogólnie przyznam, że o ile za większością lektur z młodości mojej Mamy nie przepadam, to nie dlatego, że są epokowo niekompatybilne. Po prostu moja rodzicielka wolała zawsze książki bardziej obyczajowe, ja bardziej przygodowe. I tak Siesicką, Musierowicz czy Ożogowską raczej gardzę, ale młodzieżówki Chmielewskiej uwielbiam.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się teraz, jak to jest z tą "Dziewczyną i chłopakiem" -- dziewczyna w ogóle pokazana jest jako taka mocno ograniczana przez wzory kulturowe, chłopak to odczuwa w sumie bardzo mocno, jak wchodzi w jej skórę zresztą. I szczerze mówiąc tej końcowej ewaluacji nie pamiętam -- naprawdę tam jest aż tak źle?

      Usuń
    2. Polecam tę notkę - https://nietylkomusierowicz.wordpress.com/2014/02/20/gender-czyli-heca-na-14-fajerek/
      W ogóle cały blog jest warty polecenia, zwłaszcza w kontekście Twojej notki.:)

      Usuń
    3. Och, doskonale, zaraz będę czytać! Dziękuję :).

      Usuń