Dziewczyny do piór albo o powieściach w formie dziennika nastolatki

 
Otóż przyznam Wam, że uwielbiam powieści pisane w formie dziennika nastolatki. W sumie odkryłam je bardzo późno, bo dopiero w liceum, ale naprawdę – co jakiś czas wybieram się na poszukiwania czegoś w tym rodzaju, żeby sobie po prostu poczytać ten klasyczny zestaw szkoła-miłość-problemy rodzinne w innej odsłonie, od czasu do czasu ubarwiony jakimś dodatkowym elementem. Dlatego też w sumie piszę tę notkę, samolubnie licząc, że może coś nowego albo swojego ulubionego mi doradzicie i polecicie. A tymczasem kilka ogólnych obserwacji dotyczących tego specyficznego gatunku.


Proporcje: zaznaczyłam już, że zasadniczo powieści, dla których autorzy/ki wybrali/ły formę dziennika nastolatki, obracają się wokół trzech tematów zasadniczych, czyli szkoły, zakochiwania się i problemów rodzinnych. Wydaje mi się jednak, że proporcje, w jakich te trzy tematy są do siebie skonstruowane, spełniają tu istotną funkcję. Strasznie łatwo jest napisać szkolny romans z leciutkim dodatkiem jakiejś szkoły tak naprawdę i dużą ilością przeżywań, dużo trudniej utrzymać tę formę „zejdą się, nie zejdą?”, a jednocześnie trzymać ją bezpiecznie w tle. Wtedy zresztą dużo korzystniej wypada nam bohaterka: trochę tak jak pisałam wczoraj – nie definiuje się jej w stosunku do chłopaka (czy chłopaków, bo wiadomo, dobry trójkąt nie jest zły), ale ma oprócz tego swoje zainteresowania, przyjaciół, zwierzęta, rodziców, rodzeństwo, słowem jest postacią, a nie ideą zaochanej nastolatki, której nic poza tym nie obchodzi. 
 
 
Towarzyszyć nam będą sailorki, bo to w końcu
nastolatki. A w mandze Chibiusa nawet pisze dziennik.
 
 
Realia: wiecie, nie idzie mi o jakieś odwzorowanie 1:1 tego, z czym można mieć do czynienia w rzeczywistości; te powieściowe dzienniki mają raczej oddawać pewne idee, które się tam w tle mogą pałętać tak samo, jak i nam. Ale mimo wszystko dobrze, jeśli autor/ka nie jest oderwany/a od rzeczywistości. To znaczy bohaterki mówią normalnym językiem (a nie dziwną mieszanką tego, co w użyciu kiedyś, tego, co zasłyszane w tramwaju i języka literackiego), zajmują się tym, co w danej epoce dla nastolatek istotne (to znaczy nie udajemy w latach dwutysięcznych, że nasza bohaterka nie wie, co to internet), jeśli osadzamy akcję po reformie maturalnej, to nie każemy jej zdawać ustnej matury z historii i tak dalej, i tak dalej.

Koloryt: to trochę się wiąże z realiami, bo o ile taka nastolatka w warunkach polskich to jest bohaterka, której wiarygodność mogę ocenić – jako była nastolatka w warunkach polskich – to w przypadku mojej ulubionej highschoolowej formuły już nie, a przynajmniej średnio. Ale co tu się liczy (właściwie w obu przypadkach)? Koloryt. Jasne, autor/ka może popadać w lekką groteskę, coś przerysować, przedstawić w krzywym zwierciadle, czy dodać element zupełnie fantastyczny (Meg Cabot, och, Meg Cabot!). Ale tu też proporcje są ważne. I sam wyjściowy pomysł.
 
 
 

Pomysł: o właśnie, nie ma chyba nic gorszego niż zupełnie mdła powieść w tym stylu, napisana „bo chyba to nietrudne, a popyt jest”. Otóż nie, otóż można zrobić to źle, a nawet bardzo źle. Standardowa bohaterka – bo bohaterka musi jakoś być przeciętna: nie za piękna, nie genialna, z niedoskonałą rodziną, oczywiście twist fabularny może ją odmienić, ale wewnętrznie pozostanie sobą – może być albo ciekawa (kiedy my wiemy, że to zwykła dziewczyna, ale taka, z którą chciałoby się zakumplować), albo nie. A bywa, że autor/ka idzie w przesadę i tworzy postać przeciętną w tym znaczeniu, że nie mogącą nas zainteresować, bo zwyczajnie nic nie robi albo robi to, co wszyscy. Że tak jest w życiu? No jasne, że jest. Ale sęk w tym, że dobra literatura to nie dokładne odwzorowanie życia.

Bohaterka: w sumie to chyba najważniejsza sprawa w takim razie? Bo skupia też w sobie wszystko to, o czym było powyżej – musi być proporcjonalnie skonstruowana (nie w sensie urody, ale wyważenia cech), musi być napisana z pomysłem i dobrze, jeśli jest osadzona w jakich realiach mniej więcej spójnych albo sprawiających takie wrażenie. W końcu chodzi o to, żeby – w zależności od wieku – odkryć w tym jakieś podobieństwo do siebie (te bohaterki są zwykle pisane tak, żeby dało się z nimi na jakimś poziomie utożsamić) albo wspomnieć stare czasy. Nasze życie zwykle bywa dla nas interesujące, nawet jak nic się w nim nie dzieje – w przypadku bohaterki powieści jednak dobrze, gdyby coś się tam działo, nawet na poziomie zwykłej rzeczywistości otaczającej bohaterkę, bo tak po prostu działa literatura.
 
 
 
 
A czy Wy lubicie w ogóle taką formę opowiadania? Macie swoje ulubione powieści w tym gatunku (podzielicie się?)? Bo ja się już przyznawałam, że lubię „Pamiętnik księżniczki”. Ale i nasza „Ala Makota” daje radę. Muszę się pokusić kiedyś o suplement do tej notki z opisem moich ulubionych powieści w tej formule!

__________________

A jutro będzie temat okołosobótkowy.

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. "Pamiętnik księżniczki" kojarzę ;-) Opowieści typu pamiętniki bardzo lubię w książkach.Można bliżej poznać głównego bohatera ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo przynajmniej to, na jakiego bohatera się kreuje ;).

      Usuń
  2. O, "Pamiętnik księżniczki" znam i nawet lubię :) hm, tak teraz dumam nad książkami w formie pamiętnika i mogę Ci polecić serię "Monument" - utopia, ale taka właśnie trochę pamiętnikowa i wspaniałą serię Jacqueline Wilson "Dziewczyny" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam, zaraz sobie sprawdzę i dopiszę do odpowiedniej listy. Dziękuję :)!

      Usuń
  3. "Zdobywam zamek" z takich młodzieżowo-pamiętnikowych ostatnio czytałam i bardzo mi się podobało. Chociaż rozdziały tam dłuższe niż u Cabot, taki pamiętnik, gdzie po jakimś czasie zapomina się, że to ta forma wypowiedzi. Chociaż narratorka co jakiś czas przypomina. Polecam, bo książka wciągająca nawet dla osób starszych niż nastoletnie i taka trochę nietypowa, przynajmniej ja ją tak odebrałam, nie jak zupełnie typową powieść dla młodych dziewcząt. Ale więcej nie napiszę, żeby nie spoilerować. Tylko osobom, które lubią podejrzeć ostatnie strony przed zakończeniem lektury, odradzałabym, bo sobie przyjemność zepsują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, już sobie dopisuję, żeby się za nią rozejrzeć. Wiedziałam, że taki wpis to dobry pomysł, żeby zebrać kolejne pozycje w kolejce lekturowej :). Dzięki!

      Usuń
  4. Jak dla mnie to przede wszystkim "Sloneczniki" Snopkiewiczowej, które wiem, ze Ci się nie podobają. Mnie uwiodly wspomnienia szkolne Lilki, te metafizyczne wagary pod lawkami, Calvus i partyzanci w klasie. Myslę, ze autorka swietnie oddala nastrój tamtych czasów nie uciekając od tematów niewygodnych wówczas, jak anglistka, której syn zginąl w Powstaniu Warszawskim etc. Dla mnie bomba i gorąco ją polecam, choc dzisiejszym nastolatkom moze się to wydawac przedpotopowe. Ale z drugiej strony czytają przeciez L. M. Montgomery czy inne Austen...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, ja "Słoneczników" jeszcze nie czytałam -- a kilka razy już mi je polecono, więc mam na liście (ale na pewno wypowiadałam się, że powieści Siesickiej mnie nie biorą, może stąd?).

      Usuń
  5. Podpisuję się pod "Słonecznikami". Jeszcze z polskich dodałabym "Magda.doc" i "Paulina.doc" Marty Fox - czytałam daaawno temu, ale dobrze się kojarzy i nawet fabułę pamiętam chociaż nie wiem jak odebrałabym to teraz. Skoro jest Sailor Moon jako ilustracja do opisu, a więc zakładam, że pewny schematy mangowe są znane, to bardzo, bardzo polecam serię o Haruhi Suzumiya; nie ma tu typowej pamiętnikarskiej formy, ale jest pierwszoosobowy narrator męski, który opowiada ostatnie (około)szkolne przypadki jego i grupy znajomych. Centrum wydarzeń (i wszechświata) jest Haruhi i to ona jest motorem wydarzeń. Cudo. Autor sięga do niemal wszystkich możliwych schematycznych postaci mangi czy też anime, ba, pisze je do bólu schematycznie, ale ostatecznie jest to wspaniała gra z konwencją. Dla mnie był to też niezły punkt wyjścia do przemyśleń na temat rzeczywistości czy czasu.
    Jakoś nie mam szczęścia do nastolatek, bo znowu przypomina mi się jeszcze w podstawówce czytany Adrian Mole (ale tylko pierwsze, szczenięce tomy). I na tę chwilę nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

    Pozdrawiam,
    Elżbieta

    PS: Pozdrawiam pierwszy raz, ale bardzo serdecznie - podczytuję wiernie niemal od początku, ale dopiero teraz daję o sobie znać. Bardzo dobry blog, a i pióro zacne; dobrze się czyta. Wciąga - pierwsze posiedzenie trwało do przeczytania wszystkich notek, jakie się do tamtego momentu ukazały ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, bardzo mi miło, cieszę się, no i postaram się, żeby dalej też było ciekawie :).

      Martę Fox mam wrażenie, że czytałam, ale jeśli nawet, to bardzo dawno temu i nic nie pamiętam. A ostatnio wpadła mi w oko w bibliotece bardzo wyraźnie (bo okładka była różowa na tle brązowych), więc może to znak ;)? Cudownie, że polecasz mangę -- ostatnio właśnie tak rozmyślałam, że przydałaby mi się do poczytania jakaś nowa seria, bo nie mogę trafić na nic wciągającego (z nowymi mangami mi nie po drodze, a jakąś część starszych już znam). Będę zaraz tropiła Haruhi! No i Adrian Mole oczywiście, zaczytywałam się jego ponurą refleksją nad rzeczywistością (a jak dorasta nadal jest pesymistą ;)) w liceum i bardzo mi się podobała, ale nie uwzględniałam go tutaj, bo to nieco inna para kaloszy :).

      Usuń
    2. To właściwie nie jest manga, a tzw. light novel i jeszcze niedostępne w wersji polskiej, ale jakoś kojarzy mi się, że po angielsku czytasz, dlatego polecam :) Ale jeśli ktoś chciałby zobaczyć perypetie Haruhi w wersji obrazkowej (ruchomej), to jest anime na podstawie książek; podobno bardzo dobre i ta popularność oraz zachwyty przyciągnęła mnie do pierwowzoru. I wspaniały pełnometrażowy film animowany jest na podstawie 4 tomu (dosłownie, po prostu widz zostaje rzucony w wir historii bez większego tłumaczenia co i jak), i dlatego wg mnie lepiej znać jako tako zasady świata opisanego w książkach lub anime i dopiero wtedy się za film zabrać.

      Usuń
    3. Okej, będę poszukiwać. Z anime ostatnio muszę powiedzieć, że oglądam niewiele, a w zasadzie wracam do tytułów, które znam i lubię (z nowości to chyba pozostał mi w oglądaniu "Sailor Moon Crystal" z takiego połączenia masochizmu i nostalgii ;)). Ale dobrze, skupię się na razie na wyszukaniu mangi -- angielski nie jest problemem, wszczynam poszukiwania papierowej kopii "Melancholii..." (jestem z tych, co to jednak dużo chętniej w przypadku mang i komiksów w ogóle czytają na papierze niż na ekranie) :-). Oczywiście jak znajdę, zdam relację :).

      Usuń
    4. Och, też długo podchodziłam do czytania w wersji innej niż papierowa, ale głód poznania nowych treści przeważył i obecnie dużej różnicy sam proces czytania nie robi, chociaż ze względu na brak czytnika i posługiwanie się laptopem, to w podróży lub późnym wieczorem jednak wygrywa papier ;) Z mangami to mam tak, że niestety sporo z tego co mnie zainteresuje nie jest wydawane w Polsce, a i nie zawsze gdzieś w świecie w wersji angielskiej; faktem jest, że w takich wypadkach piracę (team Jack Sparrow!), w sensie piracone wersje czytam online i są to przede wszystkim tłumaczenia fanowskie, bo np. koreańskich komiksów jeszcze wydanych po angielsku nie widziałam (chociaż może się coś zmieniło, dawno nie sprawdzałam), a szkoda, bo np. takie "TRACE" czy "Cheese in the trap" są super. I tak po nitce do kłębka myślami powędrowałam do horroru anime, który mnie kiedyś zaintrygował i teraz rozpaczliwie szukam tytułu. Tam zdaje się najpierw było light novel, czyli same literki, później anime z bardzo charakterystyczną kreską, a na końcu manga kreskę tę podtrzymująca. OK, kończę off top mangowy ;)

      PS: dziękuję za "Kroniki Amberu"! Znam je tylko dzięki Tobie, Pyzo, i nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą serią. Najważniejsza wada: za szybko się czyta :)

      Usuń
    5. Hm, mnie się zdarzyło dawno temu przeczytać "Berserka" na komputerze (ile wtedy już było tomów, tego nie pomnę), a było to w czasach, kiedy w ogóle mang u nas było malutko, a na wsi były szalenie trudno dostępne. Tego "Berserka" zresztą też ktoś zdobył w wersji elektronicznej i mi pożyczył, także coś na komputerze czytałam, przy czym do dzisiaj mam wrażenie, że tak to przeczytałam jakoś nie tak -- co jest zabawne, zwłaszcza że z książkami zupełnie nie mam takiego poczucia. Może to właśnie kwestia ilości już przeczytanych pozycji?

      Ojej, to doskonale! Bardzo się cieszę: okazuje się, że to kolejna fantastyczna rzecz w pisaniu bloga -- że można kogoś zachęcić do swojej ulubionej lektury :). Gdybyś chciała po skończeniu serii porozmawiać o niej, to ja zawsze chętnie podyskutuję. No i czyta się to szalenie szybko, niestety, ale w sumie takie jest też zamierzenie autora, mam wrażenie: krótko, bez rozbudowywania i mnożenia opisów, nie tak znowu dużo wątków pobocznych i tak dalej. Ale tu nie liczy się ilość, ale jakość, wiadomo ;).

      Usuń
  6. Bardzo lubie tak zwane powiesci pensjonarskie, generalnie w typie szkola z internatem. Ostatnio zachwycila mnie "Wsrod obcych" Jo Walton.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, powieści pensjonarskie to jest świetna sprawa :). Natomiast mnie "Wśród obcych" rozczarowało -- może miałam za wysokie wymagania, ale o ile pomysł z przenikaniem się światów, pomysł na główną bohaterkę, no i ogromna ilość książek do czytania, jakie człowiek z tej lektury wynosi są bardzo dobre, o tyle cała intryga, a już zwłaszcza finał są zrobione do nie do końca umiejętnie (mam wrażenie, że końcówka jest w ogóle nieco niedopracowana).

      Usuń
  7. O, dzięki, że przypomniałaś mi o tych powieściach. Kiedyś, jako nastolatka, zaczytywałam się nimi, może czas wrócić i odkryć coś nowego : )

    A z tamtych czasów pamiętam, że uwielbiałam "Patty" Jean Webster oraz "Szkołę narzeczonych" Marii Kruger.
    Zwłaszcza tę pierwszą czytałam kilkakrotnie : )

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze do usług :). A ja z kolei dziękuję za Webster i Kruger -- o "Szkole narzeczonych" słyszałam, ale nie czytałam, "Patty" nie obiła mi się nawet o uszy. Będę szukała!

      Usuń