Gwiazdki i punkty albo o ocenianiu książek

 
Szczerze mówiąc nie wiem, czy mam aż tyle do powiedzenia w tej sprawie, ale tak sobie pomyślałam, że dobrze by było zebrać to, co myślę. A że jak ostatnio myślę o czymkolwiek związanym z czytaniem, to od razu zaczynam myśleć w kategoriach notki, to postanowiłam to zebrać, pisząc. Także dzisiaj słów kilka o ocenianiu książek. A konkretniej – o takim ocenianiu cyframi, procentami, gwiazdkami i tak dalej.


Po pierwsze, nie mam nic przeciwko wystawianiu ocen. To znaczy zakładam, że jest to całkiem ciekawym pomysłem na podsumowanie recenzji, analizy czy w ogóle zdania o książce. Ciekawym jednak o tyle, o ile faktycznie odnosi się do tego, co napisaliśmy (a nie na zasadzie „wspaniałe!” – „3,5”, jak ze starego dowcipu, wiecie, o co mi chodzi) i jeśli idzie za tym coś więcej. To znaczy kiedy czytam rozbudowaną wypowiedź o książce, i nie chodzi nawet o objętość, po prostu o klarowne wyłożenie swoich racji, wtedy rozumiem taką ocenę jako podsumowanie. I wtedy na przykład, kiedy znamy gust danej osoby, zerkamy na tę cyferkę, i możemy się zdecydować: czytamy, bo będzie zachwyt albo krytyka, albo może odłożymy lekturę, bo taki sobie średniaczek. Tu dochodzimy od razu do drugiej kwestii związanej z ocenami. 
 
 
 Już się ujawniłam jako książkowy astronom, więc jak nie wykorzystać okazji,
żeby ozdobić wpis wizerunkami naszego wszechświata? Źródło.
 

Po drugie, mam wrażenie, że istotne jest odróżnienie ocen stawianych „dla siebie” i „w świat”. Jak wspominałam kilkukrotnie jestem fanką Biblionetki, czyli jednego z tych portali czytelniczych, gdzie można wystawiać książkom oceny. I ja je wystawiam, co tu dużo kryć. To dobra informacja dla mnie – bo zwykle cały ten wyżej wspomniany kontekst danej oceny mam w głowie – i kiedy wracam do książki po jakimś czasie mogę zobaczyć, jakie miałam zdanie na jej temat. Zresztą jestem dość beznadziejnym przypadkiem, bo mam straszny problem z takim ocenianiem. Biblionetka, dla wyjaśnienia, posiada taki szkolny system – można oceniać coś od 1 do 6, przy czym 1 to ocena najniższa, 6 – najwyższa. Chociaż z ocenami w szkole mam problem (w sensie, że widzę, jak one zawężają jednak pewne kwestie dość mocno), o tyle jest to jednak system dla mnie – osoby, która przez ścieżkę edukacji jednak przeszła – czytelny. Tyle że jak się może zorientowaliście, mam zwyczaj strasznie drobiazgowo zajmować się powieściami – w związku z czym bardzo rzadko stawiam te skrajne oceny.

Po trzecie zatem sprawa wygląda tak, że z bliskiej perspektywy czasowej stawiam książce, która bardzo mi się podobała ocenę 5,5, no bo przecież tu i tam była dłużyzna, tu się autor zgubił, a z tamtym bohaterem coś było nie tak. Więc zdarza mi się, z czego często podśmiewywa się mój Domownik, nagle zacząć rozmowę od zdania „wiesz co, chyba bez sensu oceniłam tę książkę na 5,5, powinnam była dać 6”. Już widzicie, o co mi chodzi? O to, że taka skrótowa ocena nie oddaje całego spektrum stosunku do lektury – która trwa jeszcze po jej zakończeniu, kiedy myślimy o fabule, bohaterach i rozwiązaniach narracyjnych. Więc często ją zmieniam. Serio, serio, inaczej nie daje mi to spokoju – no i nie spełnia tego założenia, że mogę zerknąć szybko na ocenę i zobaczyć, co też ona mi mówi o moich wrażeniach z lektury. 
 
 
 

Po czwarte, no właśnie: o moich wrażeniach. Bo o ile recenzja, opinia czy refleksja nad danym dziełem pisana jest zwykle – jasne, że nie do końca – ale wedle pewnych kryteriów, to znaczy istnieją pewne wyznaczniki „arcydzieła”, „przeciętniaka”, „grafomanii”, „słabego warsztatu”, „doskonałego prowadzenia akcji” i tak dalej, o tyle ta skrócona opinia w postaci gwiazdki niewiele nam powie o dziele, a mam wrażenie, że całkiem sporo o oceniającym. O jego guście, podejściu do oceniania w ogóle, o sympatiach i antypatiach. I dlatego zwykle jeśli coś piszę, i potem wystawiam do tego ocenę, to traktuję to mocno umownie.

Po piąte, okej, powiecie, umownie, ale jednak spoglądasz na te gwiazdki? No jasne, że spoglądam. Przerzucam gazetę do działu kulturalnego (jeśli jest) i patrzę, ile co ma kropek, a ile kresek, rzucam okiem na recenzję (jeśli jest i nie ogranicza się tylko do zarysu fabuły i trzech przymiotników, co w sumie zwykle nie jest winą recenzenta, ale miejsca, które dostał). Innymi słowy, chyba działam jak większość ludzi: jak są już te gwiazdki, to na te gwiazdki patrzę, czy chcę, czy nie. Bo są. Nie zżymam się na to bardzo, bardzo, raczej się dziwię. Bo widzicie, piszę może dość ogólnie, ale o ile nie dziwią mnie oceny różnego typu spotykane w internecie, ale dziwi mnie, że prasa papierowa stara się od internetu odcinać (kryterium zdaje się tu być różnie rozumiana „profesjonalność”), a jednak tę skrótowość przyjmuje. Zwyczajnie dlatego, że ma mniej miejsca. To znaczy tutaj mogę sobie pozwolić na pisanie codziennie tych minimum trzech stron, podejrzewam jednak, że pracownik działu kulturalnego pisma nie może.
 
 
 

Po szóste, ale tu pojawia się problem: bo z jednej strony tę skrótowość się krytykuje, z drugiej – coraz mniej miejsca daje się w przestrzeniach papierowych na pisanie takie, że ta ocena na końcu spełnia taką rolę, o której pisałam w „po pierwsze”. To zadziwiające, smutne też – ale ponieważ nie mam żadnych konstruktywnych porad w tej kwestii ani też światłych rozwiązań (dajcie więcej miejsca!) – to już zostawiam ten wątek. Za to przechodzę do innego: do tego, jak taka skrótowa ocena może wyglądać. Pozwolę sobie zaczerpnąć z blogowej skarbnicy pomysłów. Może być podsumowaniem (fajnie to robi Krimifantamania, która wybiera w kilku kategoriach, co można o książce powiedzieć: jej „temperaturze” odbioru, o czym jest w dwóch słowach, jak wygląda pierwsze zdanie – nie czarujmy się, każdemu zdarzyło się wypożyczyć książkę, bo zaczarowało go pierwsze zdanie – i tak dalej), może być pewną osobistą kategorią (bardzo lubię pomysły na Wielkim Buku: przy założeniu, że szuka się doskonałych powieści, Olga dodaje kategorie w rodzaju „na tropie”, „gruby zwierz”, „drobny zwierz” – jak to się pięknie wpisuje w sam pomysł!), może w końcu korespondować z całością bloga (Owca z książką przyznaje książkom owce, a w Tramawaju nr 4 doradza się, czy brać książkę do tramwaju, czy nie – no i jest ocena ogólna i „na bezludną wyspę”, co fajnie pokazuje właśnie to, jak taka skrótowa ocena działa: że trudno, by była jednoznaczna).

Po siódme, ano właśnie, jednoznaczna. Bo chyba to najczęściej pada ofiarą krytyki, czyli właśnie to, że jak można dać dziełu określoną liczbę punktów, kiedy to jest niemierzalne i dochodzi do sytuacji, w której „Oto jest Kasia”, „Dżuma” i „Nigdy w życiu” mają tę samą ocenę. I co wtedy? No, myślę sobie, nic. To znaczy – to są oceny orientacyjne. Wystawiane w pewnych kategoriach. Z założeniem, jak mniemam, że czytelnik zrozumie, że podsumowują to jedno dzieło, a niekoniecznie to dzieło w relacji do innego dzieła, które też ma trzy gwiazdki. Tak sobie dumam, ale może powinnam powiedzieć: ja tak zakładam, kiedy na te gwiazdki patrzę. Dlatego mnie to nie bulwersuje. Ale sama nie chciałabym ich stawiać, bo jednak to jest strasznie trudne. Mam niewielkie zdolności syntezy, jak widać. Ale równocześnie sama z tych podpowiedzi gwiazdkowo-punktowych czasami korzystam. Bo czemu nie? Jeśli idą w parze z ciekawą analizą treści – dla mnie w porządku.

Jest miejsce i na jedno, i na drugie. A jak nie ma: to czemu nie ma? I czy nie mogłoby jednak być więcej? A czy Wy macie swoją filozofię oceniania? Oceniacie w ogóle?

______________________

Jutro natomiast będzie sezonowo i doświadczalnie.

Weź dokładkę!

19 komentarze

  1. Stawiam gwiazdki na GoodReads, choć nie wszystkim ksiażkom. Traktuję to jako osobistą, subiektywną notatkę, trochę dla pamięci, trochę dla dostawania lepszych rekomendacji. Nie mam ścisłych kryteriów, oceniam intuicyjnie, na podstawie poziomu satysfakcji z lektury (który jest zależny też od oczekiwań, każdą ksiazkę oceniam w odniesieniu do podobnych, pięć gwiazdek dla kryminału i dla noblisty znaczy dla mnie co innego, ale jest - w moim systemie - tak samo uprawnione i niepozbawione podstaw).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, zapomniałam jeszcze o systemie rekomendacji, który też nie jest sam w sobie zły, no a jakoś musi nasze preferencje poznać i w sumie po to też oceniamy. I dokładnie mam tak samo: ocena jest dla mnie zrozumiała i wiem, za co stawiam "5" "Pamiętnikowi księżniczki", a za co "Ostatniemu rozdaniu" ;).

      Usuń
  2. Gwiazdki przyznaję tylko na portalach typu Goodreads, Lubimyczytac itp. To bardziej dla mnie, orientacyjnie, chociaż notuję sobie czemu np. obniżyłam ocenę (bo książka zawiera problematyczne dla mnie albo szkodliwe kwestie). Na blogach wolę długie notki, chociaż wiem, że to niezbyt popularne podejście ;). A jak jeszcze recenzentka/recenzent zaczyna pisać o książce w szerszym kontekście, to już cudnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długie notki są fajne ;). Sama mam konto na Biblionetce, rozważałam założenie sobie Goodreads, ale jakoś się jeszcze nie zdecydowałam. W ogóle jestem kontofobna, zacznijmy od tego ;). I też czasami sobie notuję, czemu dana ocena wygląda jak wygląda (przy czym to i tak powoduje u mnie czasami wyrzuty sumienia).

      Usuń
  3. wydaje mi sie ze system ocen ma sens tylko jak ocenia sie ksiazki na jeden temat. ja stosuje je u siebie na plowej bestii bo oceniam ksiazki o heydrichu i sa to oceny pod tym katem, a wiekszosc blogow ksiazkowych recenzenckich nie ma dla mnie sensu, bo sa od sasa do lasa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja lubię tę różnorodność :). To znaczy wiadomo, że jeśli to jest blog nietematyczny, to autor/ka będzie czytał/a przeróżne gatunki i rodzaje, co w sumie jest też chyba udziałem każdego czytelnika. Bardzo lubię blogi tematyczne, ale te nie -- i tyczy się to też kwestii oceniania -- również. Bo mam wrażenie, że te oceny są umowne, że autor/ka wie, z czym je porównuje. I na tyle, na ile się jej/jego gust zna, można sobie tę ocenę przetłumaczyć "na swoje" :).

      Usuń
    2. trafiam często via facebook na takie ogólne blogi i najczęsciej to domena młodych osób, gdzie nie ma własciwie uzasadnienia co oznaczają gwiazdki i robi się przysłowiowy Grey na 5 gwiazdek kontra Dostojewski na 1 :D jeśli chodzi o ilość wezwań świętego Barnaby to wtedy ta ocena jest całkiem sensowna, :D

      Usuń
  4. Tylko w jednym przypadku nie wystawiam oceny - gdy książka jest za dobra na jakąś skalę. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwrotnie chyba też można mieć problem ;). No, ja tak jak pisałam -- jestem strasznym malkontentem, rzadko mi się zdarza tak zupełnie i na sto procent się zachwycić wszystkimi aspektami lektury.

      Usuń
  5. Po pierwsze, wystawiam zawsze oceny na Biblionetce, zanim to uczynię w recenzji, czy gdziekolwiek indziej (kocham Biblionetkę! jak w ogóle można korzystać z innych serwisów? tam jest tak wysoki poziom merytoryczny, że takie "lubimy czytać" się nie umywa)
    Po drugie, zawsze mam problem z tymi ocenami, bo nie zawsze potrafię odnieść wszystkie przesłanki w jednej, przecież tak mało pojemnej ocenie!
    Po trzecie wreszcie, patrząc na swoje oceny wystawiane chwilę lub tydzień, czy miesiąc wcześniej, zawsze kombinuję i w efekcie zazwyczaj je zmieniam.

    Także, jak widać, niezwykle mamy zbieżne zachowania :)
    Co więcej, mnie również bardzo podobają się owieczki u Justyny, "zwierze" w Wielkim Buku i sama żałuję, że te pomysły nie są już oryginalne, że ktoś to już ma. Może jednak pokuszę się o jakiś własny system ocenny.

    Jedyne czym się chyba różnimy to fakt, iż wystawiam czasami (nawet często) najwyższą ocenę i nie zastanawiam się (niestety) nad tym głębiej. Lubię mieć świadomość, że jakaś lektura tak bardzo mi się podobała, iż zasługuje na najwyższą notę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uf, jak dobrze odkryć, że nie tylko ja tak kombinuję z ocenami :). W ogóle to uważam, że czasami powinnam stłamsić mojego wewnętrznego krytyka i wystawiać "6", bo właściwie jeśli książka ma niedociągnięcia, ale mnie porwała, to czemu nie? Staram się to przepracować ;). Bo jeśli ocena jest tylko dla mnie, to ta "6" może mi dużo powiedzieć nawet nie tyle o samej książce, co o przyjemności z jej czytania.

      A co do Biblionetki i innych portali -- nie mam nigdzie więcej konta, więc trudno mi porównywać. Zresztą z Biblionetki korzystam od lat, więc nawet jakbym teraz założyła w celach poznawczych, to nie miałabym odpowiedniego porównania :). Chociaż ostatnio zauważyłam, że wyszukiwarki rzadko podrzucają wyniki z BNetki, a częściej właśnie z Lubimy Czytać na przykład.

      A co do systemu oceniania, to jeśli się chce go wypracować, to taka twórcza, kreatywna praca nad wymyśleniem go brzmi bardzo ekscytująco :).

      Usuń
    2. Również nie mam nigdzie indziej konta, ale kilka razy właśnie wyszukiwarka podrzuciła mi Lubimy Czytać. I prawie zapłakałam nad (oczywiście niektórymi! nie wszystkimi!) tamtejszymi ocenami i recenzjami. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że BNetka jest nieco bardziej elitarna, że nie każdy tam może ot tak po prostu wrzucić byle recenzję i się cieszyć.

      Pracować nad ocenianiem warto. Ja pracuję teraz w drugą stronę. Bo za dużo książek mnie zachwyca tak, iż mam ochotę dać wysoką ocenę, a jak się nad tym głębiej zastanowię i porównam je do innych moich lektur, które taką ocenę otrzymały to odczuwam jawną niesprawiedliwość.

      System oceniania bardzo mi się spodobał, jednakże obawiam się, że nie wymyślę nic bardzo odkrywczego i tutaj mam duży problem ;)

      Usuń
    3. Wiesz, myślę, że i na BNetce da się znaleźć i takie nie do końca teksty -- bo recenzje recenzjami, ale są jeszcze inne miejsca, gdzie są teksty. Osobiście nie lubię tej opinii o elitarności Bnetki, ale ja w ogóle z elitarnością jako taką mam problem, jestem egalitarystką :). O, za to wiem, co lubię na Lubimy Czytać, jeśli mi google zaproponuje, żeby tam sprawdzić coś o książce: podają liczbę stron w danym wydaniu. To bardzo usprawnia niektóre moje rozważania, na przykład co zabrać w podróż, żeby nie dźwigać zbyt ciężkiego bagażu.

      Usuń
    4. Aż się zaśmiałam :) Bo jedyne do czego wykorzystuję Lubimy Czytać to sprawdzanie stron w wydaniach książek!!!

      A jeśli chodzi o elitarność Biblionetki to miałam raczej tutaj na myśli pozytywny aspekt w postaci kameralności i atmosfery praktycznie "domowej" :) Na Lubimy Czytać wydaje mi się, że mimo wszystko jest tak dużo ludzi, dużo różnych głosów, dużo opinii, że gubi się tam taki zwyczajny ludzki kontakt, wymiana zdań, doświadczeń, dzielenie się swoimi wrażeniami.

      Usuń
    5. :D

      No właśnie to jest coś, co trudno mi porównać. Bo wierzę, że jak ktoś jest zadomowiony na Lubimy Czytać, to będzie mógł mieć podobne odczucia, co my do BNetki (bo zgadzam się, że jest tam w niektórych rejonach bardzo domowo).

      Usuń
  6. Na blogu nie oceniam, ponieważ uważam, że moja opinia, którą napiszę na te kilka akapitów da jasno do zrozumienia czytelnikowi, czy warto po daną książkę sięgać, czy też nie. Posiadam jednak konto na lubimyczytać.pl i tam już wystawiam oceny, jednakże tak jak to zauważyłaś w punkcie siódmym zdarza mi się wystawić taką samą ocenę dwóm różnym dziełom, z których jedno jest powiedzmy "bardziej wartościowe", a drugie mniej, bo oceny wystawiam według innych kryteriów. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc właśnie, taka ocena nam jednak mówi więcej niż komuś, kto to może obserwować z boku. A z wyłożonym w kilku-kilkunastu zdaniach stanowiskiem łatwiej jest dojść do porozumienia ;).

      Usuń
  7. Wystawiam oceny przeczytanym książkom (osobno za treść i osobno za wydanie), bo u mnie to po prostu już nawyk - jeszcze z czasów szkolnych, kiedy w notesiku skrobałam pierwsze notki o książkach. Zresztą ze szkoły przejęłam też skalę pięciostopniową (ale bez +,- i dodatkowej 6). Obecnie ocena automatycznie pojawia mi się w głowie podczas czytania, czasem oczywiście zmienia się w trakcie i np. coś co zaczyna się jako "pewne 4" kończy jako "słabe 3" - no cóż, życie :) Wystawianie ocen jest dla mnie pewnym dodatkiem do opinii o książce i lubię jak ocena poparta jest argumentami, ale też lubię jak argumenty spuentowane są oceną, bo bez niej to jakoś tak łyso się czuję ;)
    Przy czym zaznaczę, że mam problem ze skalą dziesięciostopniową - nie umiem jej wyczuć, nie rozumiem intuicyjnie czym się różni np. 7/10 od 8/10 i dla mnie to niepotrzebne rozdrabnianie się. Skala dziesięciostopniowa powoduje u mnie nieprzyjemne uczucie zagubienia :( Za dużo cyferków ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, dla mnie też ta dziesięciostopniowa jest zbyt skomplikowana. Jakoś podskórnie czuję, co jest czym, ale mam z tym problem i 6, 7 i 8 są zasadniczo dla mnie podobne, a różnią się w niuansach. No i zgadzam się z tym wystawianiem ocen w głowie -- mam czasami podobnie, ale zazwyczaj jak rozmawiam z moim Domownikiem. Więc jak się chce skrótowo podsumować lekturę jeszcze bez wchodzenia w szczegóły, to też operujemy czwórkami i trójkami :). Ale to też ma sens w tym znaczeniu, że znamy swój gust.

      Usuń