Lemat-o #1 albo o „Człowieku z Marsa” S. Lema


No to zaczęłam. Na pierwszy ogień poszedł debiut Lema, czyli wydawana w odcinkach w 1946 roku powieść „Człowiek z Marsa”. Czy to jest proza zwiastująca geniusza? Moim zdaniem nie. Czy jest to spektakularnie zła książka? W żadnym przypadku. Czy czuję się zachęcona po niej, by dalej zgłębiać twórczość Lema? I tak, i nie.

Jestem osobą, która z rzadka czyta posłowia. Głównie dlatego, że nie chcę sobie wyrabiać opinii o książce na podstawie innej opinii, a jak już chcę o książce napisać, to w ogóle. Ale ostatnio zdarza mi się czytywać posłowia, a w przypadku „Człowieka z Marsa” była to lektura bardzo pouczająca. Nie dlatego, żebym dowiedziała się z niej czegoś, co zupełnie zmieniło mój odbiór powieści: Jerzy Jastrzębski, redaktor dzieł zebranych Lema, postawił w niej na pokazanie „Człowieka...” w szerszym kontekście, rzucając go na całokształt dorobku Lema. I uwierzcie, ale była to lektura fascynująca nie przez jakąś analizę samej powieści (bo tylko częściowo się z Jarzębskim zgadzam), ale właśnie przez to, że redaktor przyznając, że powieść jest taka sobie, stwierdzał również, że warto ją czytać przez wzgląd na dalszą twórczość pisarza.
 
 
 Co prawda rzecz się dzieje na Ziemi, ale niechże nam dzisiaj potowarzyszą mniej lub
bardziej naukowe fotografie Marsa, a co. Źródło.
 

To mnie skłoniło do zadania sobie pytania, jak to w ogóle jest z tymi pierwszymi powieściami słynnych autorów? Słynnych właśnie nie z tych pierwszych powieści, ale z kolejnych? No bo oczywiście zdarzają się spektakularne debiuty, zdarzają się też pisarze, których ta pierwsza powieść tak przyćmi, że każdy ich kojarzy właśnie z nią, nawet jeśli mają w dorobku wiele innych, nie mniej – a może i bardziej – ciekawych. Ale w tym przypadku mamy do czynienia z prozą dość... Jakby to ująć? Taką sobie. Średnią. Bo o co chodzi? Dostajemy bohatera, wykreowanego w ten sposób, że niewiele o nim wiemy: wiemy, że przeniósł się z Chicago do Nowego Jorku – akcja dzieje się w Stanach – że jest dziennikarzem, nie ma pracy, więc głoduje i szuka zajęcia, a rok jest burzliwy, bo 1945, zaraz po kapitulacji Japonii. Tło jak tło, bohater jak bohater – w sumie jest on bardziej obserwatorem (jako narrator) rzeczywistości, a Lemowi jest to potrzebne dla zawiązania i przeprowadzenia akcji. Oto naszego bohatera porywają przez pomyłkę naukowcy, badający pozaziemski byt, który spadł z nieba. Byt okazuje się przybyszem z Marsa i sprawia niemało problemów, bo zachowuje się bardzo nie po przyjacielsku. Nasz bohater dołącza zatem do grona naukowców – w sumie nie do końca wiadomo, czemu i po co, ale dołącza – i zaczyna się cała awantura z nieludzkim Marsjaninem.
 
 
 

Trudno mi póki co oczywiście ocenić „Człowieka...” (o tytule zaraz) na tle całokształtu, ale próbując rozebrać powieść kawałek po kawałku stwierdziłam, co następuje:

Osadzenie akcji w USA powoduje dwie rzeczy: oczywiście pewien kontekst awanturniczo-przygodowy (wiadomo, że Nowy Jork jest bardziej standardową i zrozumiałą scenerią do napadu kosmitów niż chociażby Tarnów, do czego nas przyzwyczaja i z czym nas oswaja kultura od lat wielu) narzuca się sam, klimat też wywołuje to odpowiedni. Czytelnik jest zatem przez samo to poinformowany, czego mniej więcej może się spodziewać; doborowe towarzystwo naukowe też jest bardziej wiarygodne, zaaranżowane właśnie za wielką wodą. Z drugiej jednak strony sprawia to, że tekst bywa niezamierzenie chyba zabawny. Moje ukochane zdania, to: „chłop znał jujitsu – było to fatalne” oraz „jakem reporter USA!”.

Nasz Marsjanin jest bardzo dalekowaty (na niemal dwie dekady przed „Doctorem Who”, tak dla porządku zaznaczę). To maszyna z organiczną plazmą w środku, no i obowiązkowo wykoszonymi emocjami. Jest to wizja interesująca, nie powiem, ale poprowadzona w sposób dość standardowy. Poza tym nie wiem, jak będzie w przypadku kolejnych powieści Lema, ale przyznam, że mam problem ze zwizualizowaniem sobie wszystkich tych elementów, o których pisze (walce, stożki i cylindry w różnych konfiguracjach jakoś do mnie nie przemawiają i nie wiem, czy problem tkwi we mnie, czy w opisach, ale będę się to starała rozgryźć).

Ludzkie/nieludzkie to dychotomia, która akurat się w „Człowieku...” wygrała nieźle. Bo Lem gra tutaj trochę z tym „zdobyliśmy but pozaziemski, będziemy na nim eksperymentować!” i „byt pozaziemski chce nas zniszczyć, a to dziad!”. Tyle że w zakończeniu stanowczo zbyt łatwo bohaterowie dochodzą do tych samych wniosków, co nieco wygrywanie tej opozycji osłabia. No i nie wspomnę już nawet o chwycie „wiem, ale nie powiem”, na którym Lem opiera rozwiązanie jednego z wątków. No i tak swoją drogą najlepiej w tym wszystkim wypada konfrontacja tytułu z treścią: bo to założenie o jakimś pokrewieństwie Marsjanina z ludźmi (czy to biologicznym, czy myślowym) wypada interesująco w przebiegu akcji. No i sama nazwa, którą opatrują przybysza naukowcy – areanthropos – już na początku ustawia go w określonej pozycji: a mimo to nie zapobiega to dość specyficznemu sposobowi obchodzenia się z tym niecodziennym gościem.
 
 
 

Ano właśnie, traktowanie przybysza przez naszych naukowców w sumie chyba doprowadziło mnie do najciekawszej konkluzji, mianowicie zaczęłam się złościć, że oni tego Marsjanina tak rozkładają na czynniki pierwsze i traktują szalenie przedmiotowo. Ale jak już zaczęli podmiotowo – to autor pozbawia tej możliwości bohaterów dość szybko, jednoznacznie pokazując, do czego to może prowadzić i że zdecydowanie lepszym pomysłem była wiwisekcja Marsjanina niż uczenie go alfabetu. Co jest jakoś ciekawe, nie przeczę (i bardzo, ale to bardzo pachniało mi odcinkiem „Doctora Who” – który z chęcią bym zobaczyła, tak na marginesie!).

Bohaterowie inni niż główny są niestety galerią typów (zastraszony fizyk, dzielny elektryk, mądry profesor, dowcipkujący lekarz i tak dalej), a sympatyczny podobno profesor mnie osobiście irytował. Czym? Głównie tym, że przedstawiony został jako niezachwiany autorytet moralny, który w imię wyższej racji może poświęcić cudze życie i nawet nie mrugnie. Nawet, jeśli okaże się potem, że ci poświęceni mieli ostatecznie rację. Refleksji nad tym nie podejmuje też narrator, co chyba jest najboleśniejsze, bo faktycznie można odnieść wrażenie, że profesor jest postacią taką wiecie, prawą i światłą. Podczas gdy mnie się wydaje, że zasila raczej szeregi naukowców-co-to-mają-wyższe-idee (i raczej nie bywają sympatyczni).

Scenografia wybrana została bardzo klasycznie: oddalone od siedzib ludzkich laboratorium z najnowocześniejszym sprzętem staje się zamkniętnym tłem dla całej akcji. Bardzo zacny wybór, w sumie dość zrozumiały i przydający opowieści kameralności, co dobrze robi klimatowi. Klimat ten zresztą faktycznie jest – jak zapowiada już okładka mojego wydania – dość podobny do Wellsa, co w sumie działa też bardzo na korzyść „Człowieka...” przez takie właśnie skojarzenie.

No ale właśnie, summa summarum „Człowiek z Marsa” to jest taka minipowieść, o której raczej dość szybko się zapomina. Brakuje tutaj głębszych przemyśleń, widać cliffhangerową strukturę powieści w odcinkach, bohaterowie są niepogłębieni i w sumie trudno powiedzieć, na cóż się ich tyle po tym laboratorium kręci, a sam Marsjanin jest interesujący, nie powiem, ale niespecjalnie oryginalny w swoim pomyśle. Ale już zaczęłam „Astronautów”, więc chyba jednak coś chwyciło. Może właśnie to, że czytało się „Człowieka...” właśnie na zasadzie „ale co będzie dalej?”, „ale o co chodzi?”.

A książki do swojej lematowej listy nie dodałam, bo została mi polecona w komentarzach, więc odhaczę ją sobie przy okazji w akcji czytelniczej jako, oczywiście, pierwszą książkę znanego autora. Swoją drogą okazał się „Człowiek z Marsa” strasznie trudny do dostania, ale znalazłam jednak bibliotekę, gdzie go mieli.
 
 
 
 
_______________

Jutro będzie zaś znowu trochę o pamięci, trochę o dziwieniu się, no i oczywiście obowiązkowo o literaturze!

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Ja mam ogólnie z Lemem problem, podobnie jak z Dickiem. O ile pilota Pirxa pochłonęłam w wieku lat jedenastu, o tyle do innych powieści przystąpiłam albo zbyt wcześnie i po prostu mnie znudziły, albo zbyt późno i... też mnie znudziły. Ale jako że na półce w domu rodzinnym mam ich kilkanaście (tata jest wielkim fanem), co jakiś czas sięgam po jedną i ciągle mam ten sam kłopot - doceniam niesamowite wizjonerstwo, pomysły, problematykę, kwestie moralne, dostrzegam "co autor chciał powiedzieć" i chętnie potem o tym dyskutuję, wychwytuję nawiązania, ale ze wstydem przyznaję - nudzę się nad tymi powieściami straszliwie. Nie mój styl, nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje złe wspomnienia związane z pilotem Pirxem odrzuciły mnie od Lema na dłuuugo, więc teraz próbuję się przekonać, jak to z tym Lemem jest. I coś jest na rzeczy z tą nudą -- chociaż nawet nie sama akcja, ale styl pisania powodują, że miejscami odpływam (ale jestem dopiero na drugiej książce); to, co we wpisie ujęłam jako problem z opisami. Nie wiem, czy to ja mam ograniczoną wyobraźnię, jeśli chodzi o to, co Lem opisuje, czy po prostu z tym językiem jest coś nie tak do końca.

      Usuń
    2. No właśnie - do akcji, fabuły, wyobraźni nie mam zastrzeżeń, wręcz padam na kolana. Ale rajuśku, jak to się ciągnie, jak to się wlecze... na domiar złego wielu twórców s-f stara się na siłę "pisać Lemem", co widać często w opowiadaniach w "Nowej Fantastyce" i wtedy to już w ogóle wychodzi takie coś, co mogłoby być ciekawe, ale zostało zarżnięte, bo ktoś na siłę nadużywał funkcji retardacyjnej opisów ;-)

      Usuń
  2. Lema tak średnio lubię.Doceniam jego książki,aczkolwiek "Dzienniki gwiazdowe" niezbyt mi podeszły.Być może powinnam sięgnąć po inną jego książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dzienniki..." będę czytać niedługo, to się przekonam, jak to jest w moim przypadku :).

      Usuń
    2. To tylko potwierdza moją tezę, że Lema się nie lubi, Lema się docenia ;)

      Usuń
    3. Och, z tym "nielubieniem" bym polemizowała, ponieważ kocham Lema miłością dogłębną (oraz jak najbardziej go doceniam :)). Jest jednym z moich ukochanych pisarzy, paraduję nawet w koszulce z jego wizerunkiem, choć pewnie większość osób nie kojarzy, któż to. Co ciekawe, odkryłam go całkiem późno, bo dopiero na studiach - ominęły mnie dziwnym trafem "Bajki robotów" i Pirx, nadrabiałam to wszystko razem. Mam swoje ukochane pozycje, jak "Solaris", "Eden", "Niezwyciężony", "Dzienniki gwiazdowe", ale są i takie, które przeczytałam i już (np. "Dziennik znaleziony w wannie", a "Golemowi XIV" nie dałam rady...). Co ciekawe, mam znajomą, której do Lema zupełnie nie ciągnęło, po czym w trakcie swojej ciąży czytała jedną książkę za drugą, żądając dostarczania kolejnych :). Jak więc widać, z Lemem jest różnie.
      Iza

      Usuń
    4. Nie będę na razie ryzykowała żadnych tez, dopiero jak się już porządnie obczytam, czyli pewnie wraz z końcem lata :).

      Usuń
  3. PYTANIE BARDZO WAŻNE:
    Zaczęłam dzisiaj czytać "Dzienniki gwiazdowe" (Wydawnictwo Literackie, 2001). Czytało mi się bardzo dobrze, sporo fajnych pomysłów itd. Po czym odeszłam na jakiś czas od książki i nagle zdałam sobie sprawę, że w zasadzie nie ma w niej postaci kobiecych. Żadnych astronautek, żadnych kobiet-naukowców (a naukowców mężczyzn jest mnóstwo, Ijon Tichy ciągle ich spotyka). Jedyne kobiety, które pojawiają się w książce, są dodatkami do mężczyzn. Do tego bezimiennymi, np. "żona mojego gospodarza" itp. Kobiet pracujących - brak na wszystkich planetach w całym kosmosie. I teraz zastanawia mnie, czy w innych powieściach Lema, takich jak "Człowiek z Marsa" jest podobnie? "Dzienniki" to moje pierwsze spotkanie z tym autorem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobre pytanie! Przygodę z Lemem sama zaczynam (o założeniach mojego czytania pisałam tutaj: http://pierogipruskie.blogspot.com/2015/06/lemat-o-albo-lato-z-lemem.html), więc na razie opieram się na "Człowieku z Marsa" i stan postaci kobiecych w tej książce wynosi: 0. Teraz jestem w połowie "Astronautów", o których też zresztą zamierzam napisać, i póki co kobiet też nie ma. W ogóle nie ma. Będę raportowała tę kwestię w kolejnych wpisach, bo sama jestem ciekawa, jak też to wypadnie (i wtedy możemy się zastanowić, czemu tak jest -- jeśli jest, zobaczymy!).

      Usuń
    2. Niestety zmartwię Cię, bo u Lema nie ma postaci kobiecych na pierwszym planie, a w niektórych powieściach w ogóle ich nie ma. W sumie ze wszystkich książek Lema jakie przeczytałam, kobiety (a raczej postaci żeńskie) pojawiają się najczęściej w opowiadaniach w "Bajkach robotów" i "Cyberiadzie" - i są to właśnie roboty. Załogi statków kosmicznych są najczęściej męskie. Gdyby były mieszane to pewnie byłby kłopot - trzeba by wytłumaczyć czytelnikowi jak astronauci radzą sobie w czasie długoletniej podróży z pociągiem do płci przeciwnej, ewentualnymi ciążami w stanie nieważkości, wpływie tego stanu na płód itd. Wydaje mi się nawet, że w jednej z powieści Lem zawarł rozważania nad tym problemem - to chyba było w "Powrocie z gwiazd". Inna możliwość jest taka, że po prostu nie umiał pisać postaci kobiecych :)

      Usuń
    3. O nie, to nie wróży najlepiej. "Powrót z gwiazd" mam na liście, będę weryfikować, jak to jest. Ale póki co widzę ciekawą prawidłowość: że jest dywersyfikacja pod względem koloru skóry, pochodzenia, wyznawanego systemu wartości i tak dalej, ale płci -- nie.

      Usuń
    4. Zostawcie te rozważania na koniec. Owszem istnieje taki pogląd, że Lem pisze na skraju mizoginii :-( Ostatnia pełna reprezentacja kobiet jest w "Obłoku Magellana" ;-)
      W "Powrocie z gwiazd" nie ma żadnych rozważań, jest tylko jedno zdanie (sic!), że w wyprawie nie brały udziału kobiety ze względu na dzieci (ciąże). Co dla mnie kładzie tę powieść. Nawet we wczesnych latach sześćdziesiątych wiadomo było o istnieniu środków antykoncepcyjnych. Pruderia Mistrza? Niby co seks w Kosmosie to zło, czy jak ;-)

      Usuń
    5. A to ciekawe. Za "Obłok..." się zabieram jak skończę z "Astronautami" ;), ciekawa jestem tych kobiet tam. Bo póki co to mój problem z tym brakiem polega na tym, że ich nie ma nawet tam, gdzie by być mogły: na przykład czemu w szkolnej wycieczce są sami chłopcy? Albo wśród naukowców, którzy absolutnie nie muszą ruszać się z Ziemi (w "Astronautach" jest taki króciutki wątek a propos, napiszę o tym pewnie w notce)? No, ale zobaczę po całości.

      Usuń
  4. "Człowiek z Marsa" faktycznie jest średni. Autor sam krytycznie się o nim wypowiadał - jego opinię można przeczytać tutaj http://solaris.lem.pl/ksiazki/beletrystyka/czlowiek-z-marsa/62-komentarz-czlowiek-z-marsa. Ja czytam powieści Lema w kolejności przypadkowej, więc mnie ten debiut nie zraził, bo wiem, że później było lepiej. Faktycznie dywagacje futurologiczne mogą nudzić - mnie akurat rzadko, ale to zależy co kto lubi (ostrzegam, że "Głos Pana" to w sumie bardziej dywagacje niż fabuła - jakoś przebrnęłam :P).
    Też gdzieś wpadłam na interesujące posłowia - prawdopodobnie właśnie Jerzego Jastrzęsbkiego (tak mi się wydaje). Dotyczyły akurat innych książek, bo "Śledztwa" i "Kataru", ale to też dosyć wczesne dzieła Lema, w których pojawiają się niedociągnięcia i w sumie to dosyć średnie powieści. Posłowie zwróciło mi uwagę na pewne kwestie i jakoś tak mimo wad przychylniej na te tytuły spojrzałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, zaraz będę czytać :). Te dywagacje tutaj nawet nie są specjalnie futurologiczne, bo rzecz się dzieje w rzeczywistości czasowo zbliżonej do czasu powstania samego dzieła, po prostu widać, że nie jest to jeszcze do końca przemyślane w tym sensie, że ten pierwiastek "przygodowy" pokonuje taki, jakby to ująć, "antropologiczny" czy "filozoficzny", więc idą schematy za schematami. Przy czym chyba bohaterowie są najsłabszym elementem "Człowieka z Marsa", bo sam Marsjanin chociaż okazuje się, kim się okazuje, jest jakoś ciekawy.

      Usuń
    2. "Katar" to nie wczesny Lem tylko dojrzały (1976). Posłowia Jarzębskiego są w dziełach wydawanych przez Wydawnictwo Literackie. Agora dodała jako posłowia fragmenty książki Wojciecha Orlińskiego "Co to są sepulki". Też ciekawe, choć ujęcie bardziej "felietonowe", co nie znaczy lżejsze. WO pisze tam bardzo ciekawie.

      Usuń