Miejsce miejscu nierówne albo 5 specyficznych miejsc, w których zdarzyło mi się czytać


Ostatnio ciągle piszę o dziwieniu się albo czymś dziwnym, co jakoś jest związane z czytaniem. Widać mam taką filozoficzną naturę, co to każe mi się dziwić. Bo i dzisiaj o dziwnościach będzie, chociaż może nie takich znowu wielkich i szalonych, ale miłych i sympatycznych zazwyczaj. Także już nie przedłużając, bo i nie ma potrzeby: zadumałam się i sporządziłam spis miejsc, w których coś czytałam, a które odbiegają zwykle od standardu, w którym czytam.


Zamek nocą
Otóż w pewne cudowne wakacje wiele lat temu zdarzyło mi się przez tydzień mieszkać na zamku. Trochę przypadkiem, trochę przez szczęśliwy zbieg okoliczności wszelkiej maści, wylądowałam na siedem dni w zabytkowym budynku, gdzie umieścili mnie co prawda pod samiuśkim dachem, ale była łazienka, był duch straszący po nocach, strasząca za dnia zarzęsiona fosa i piękny widok z okna (bo zamek był, jak to bywa z zamkami, na wzgórzu). Ogólnie rzecz biorąc nie było wiele zajęć, które na tym zamku mogły dostarczyć rozrywki, więc czytałam wtedy całkiem sporo, na przemian z kąpaniem się w pobliskim jeziorze, aż nadszedł ten straszny moment, kiedy skończyły mi się książki. Na szczęście okazało się, że na zamku mają jeszcze -- bardzo adekwatnie -- "Małą księżniczkę", której nie czytałam. Siadłam więc i machnęłam całość za jednym zamachem -- o czym zupełnie zapomniałam we wpisie o książkach czytanych po nocy, a co mi się przypomniało, kiedy wpadłam na ten wpis -- aż zastał mnie blady świt przy zamkowym oknie, kur zapiał, w kościele zabiły dzwony i pomyślałam sobie, że bardzo jakoś tak wszystko się ze sobą zgrało.


No nie był to taki zamek, ale taki zupełnie mały, jakie czasem się ostały po nie za bogatej
przeszłości jakiegoś rodu, ale postanowiłam wyszukać zdjęcia do dzisiejszego wpisu w jednym miejscu.


Pieniek pośrodku lasu
W pewnym momencie życia przychodzi taki moment -- a przynajmniej w moim przypadku przyszedł -- kiedy uznałam, że przecież muszę dopasować miejsce czytania do tego, co czytam, i że inaczej być nie może, a że czytałam akurat "Anię z Szumiących Topoli", gdzie Ania wyszukuje różne wykroty i zakamarki, żeby pisać do Gilberta, uznałam, że las będzie w sam raz. Nie powiem, żeby moja wyprawa była zupełnym sukcesem: znalazłam całkiem romantyczny pieniek, wokoło cisza, głusza może nie, ale generalnie bezludnie, no więc siadłam i zaczęłam czytać, ale jakoś tak było za cicho, więc obudziły się we mnie jakieś atawistyczne lęki i po kilku stronach zapakowałam książkę do plecaka i ruszyłam z powrotem. Wspominam całą wyprawę dość nostalgicznie (dzisiaj chyba by mi się nie chciało lecieć taki kawał, żeby godzinę posiedzieć na pieńku, chociaż do lasu mam teraz bliżej), ale nie była to najmądrzejsza wyprawa w moim życiu.


Ale za to las bardzo podobny, choć ciut jaśniejszy niż tamten. Źródło.


Rozpędzony autobus
Pewnie każdemu się zdarzyło, ale to był autobus szczególny, bo kierowca zamierzał jak najszybciej dotrzeć z punktu a do punktu b, więc wszyscyśmy pasażerowie latali po całym autobusie z każdym zakrętem dalej i bardziej obijając się o współtowarzyszy. A mnie jeszcze przypadło miejsce stojące, starałam się więc owinąć jakoś wokół poręczy, żeby mieć pewną swobodę ruchu, bo nie mogłam się akurat oderwać od "Wesel w domu" Hrabala. To była chyba naj niewygodniejsza lektura, jaką przeczytałam: stojąc w pozycji raczej chwiejnej, obijając się o ludzi ze wszystkich stron -- i vice versa -- mknąc w autobusie kilka ładnych kilometrów. Ale szczerze mówiąc, jak dzisiaj myślę o tej podróży, to głównie pamiętam poszczególne strony książki, także może i dobrze się stało, nie zostałam straumatyzowana, a do tego jeszcze kawał książki przeczytałam.


Nie był to autobus londyński, ale był właśnie taki rozpędzony. Źródło.


Granica ze Słowacją
Dawno temu, kiedy jeszcze trzeba było mieć paszport, żeby wyprawić się na Słowację, a ja tego paszportu nie miałam jako jedyna z licznej grupy, co to na tę Słowację chciała się przeprawić, zostałam porzucona przez współtowarzyszy (no, dobrze, nie było aż tak dramatycznie, powiedziałam po prostu: "idźcie sobie, ja tu poczytam i poczekam") na granicy, siadłam sobie zatem i zaczęłam czekanie, czytając. I czytałam "Powrót króla", także wiecie, do dzisiaj mi się wydaje, że Minas Tirith to jakoś niedaleko Słowacji, a że było bardzo ciepło tego dnia, to i sądzę, że w Gondorze mają okropne upały. Grupa moja wróciła zadowolona, ja byłam zadowolona, że taka doskonała książka, wszyscy byli szczęśliwi, ale na Słowacji do dzisiaj nie byłam, niestety. Za to w Śródziemiu -- kilka razy.


Góry też były inne, ale jakby tak się zastanowić, to góry w ogóle to niezłe tło do czytania
"Powrotu króla". Źródło.


Pociąg na bocznicy
Tu trochę oszukuję, bo było tak: jechaliśmy sobie z Domownikiem na weekend na północ pociągiem najspokojniej w świecie z zaplanowaną i zgłoszoną konduktorowi przesiadką, kiedy okazało się, że nasza przesiadka odjechała, a my utykamy w środku nocy w małym miasteczku z grupą równie co my zdezorientowanych podróżnych, zimno strasznie, do rana trzeba czekać na kolejny pociąg, a dworze zamykają za czterdzieści minut. Ostatecznie pan konduktor wskazał nam tenże poranny pociąg, stojący sobie aktualnie na bocznicy, włączył nam tam ogrzewanie i wszyscy poukładali się, jak mogli, żeby czekać do rana. W jednym wagonie zostawiono nam światło przynajmniej na część nocy i nawet coś wtedy czytałam przez chwilę, ale zbyt byłam rozeźlona sytuacją, więc jak zdecydowana większość podróżnych poszłam spać. Ale mój Domownik był dzielny i czytał "Marię Konopnicką" Leny Magnone (bardzo dobra książka zresztą), nawet jak już to światło wyłączyli i musiał się posiłkować latarką w telefonie.


 Ciemno, ponuro, pociąg na bocznicy -- najlepiej by chyba było Grabińskiego tam czytać? Źródło.


Także tak się przedstawia mój zbiór miejsc, w których zazwyczaj nie czytam, ale się mi zdarzyło. A Wy macie takie wspomnienia?

___________________

Jutro zaś będzie bardziej problematycznie.

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. kiedy byłam młoda piękna i pełna ideałów (czyt. miałam lat kilkanaście) na pewnych wakacjach brałam książkę - Dziennik statecznej panienki- i szłam do lasu poczytać. Wspominam to bardzo przyjemnie, strachu we mnie nie było żadnego, co nawet dziwne może się wydawać, gdyż zazwyczaj trzy kroki wgłąb lasu powodują średni atak paniki. Ach, cóż może zdziałać dobra książka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ba :). Zresztą to może właśnie dobór lasu i dobór lektury zgrały się lepiej niż w moim przypadku ;).

      Usuń
  2. Zazdroszczę czytania w Zamku ;D Mi z wymienionych przez Ciebie udało się w pędzącym autobusie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdarzają się zatem te pędzące autobusy dość często ;). A zamek był taki, wiesz, nie szalenie imponujący. Dokładnie jeden z tych, co to się po prostu jakoś ostały, bez wielkiej historii w tle ani imponujących rozmiarów. Ale wspominam go bardzo dobrze, a czytanie w nim -- jeszcze lepiej ;).

      Usuń
  3. Do dziwnych miejsc chyba nie zaliczają się łazienka, poczekalnia u lekarza,L czy ławka w parku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałabym, że wszystko zależy od tego jaka łazienka, jaka poczekalnia i jaka ławka, no i od sposobu opowiedzenia o tym :)!

      Usuń
    2. Bardzo dobre spostrzeżenie wszystko może byc mega ciekawe intrygujace i dziwne lub szare nudne i bez wyrazu w zależności jak się to przedstawi naprawdę świetne

      Usuń
  4. Będąc nastolatką często czytałam w lesie. Niedaleko mojego rodzinnego domu kończyła się granica miasta, zaczynała wieś, a za nią dłuuuuuga ścieżka rowerowa do sąsiedniej miejscowości przez las. Były tam co kilka kilometrów leśne przystanki i zatrzymywałam się tam i czytałam, a jak nie było miejsca to znajdowałam leśną polankę, kładłam plecak pod głowę i też czytałam. O ile nie trafiło się na mrówki to było to bardzo przyjemne. Zresztą jak jestem takim dzieckiem lasu i mieszkając w Warszawie strasznie za tym tęsknię. W lesie czuję się dobrze, bezpiecznie, znam wszystkie odgłosy, a jak nadchodzi "intruz" (inny człowiek znaczy :P) to słychać go z daleka.
    Aj jak mi się wzięło na wspominki dzięki Tobie. Dziękuję! :)

    Straszne zazdro o czytanie i mieszkanie w zamku. To moje marzenie. Kiedyś nawet miałam taką możliwość w świeżo odnowionym zamku na Mazurach, gdzie były pokoje noclegowe, ale przeraziła mnie łazienka na zewnątrz. Później sobie plułam w brodę za to moje wygodnictwo, ale jeszcze może kiedyś się zdarzy się okazja.

    Z innych dziwnych i niecodziennych miejsc to czytałam nad Morskim Okiem. Obeszłam go w połowie i czekając na resztę grupy, która się jeszcze wspinała miałam godzinkę dla siebie i książki. Nie pamiętam już jaka to była, ale przypominam sobie, że co kilka stron patrzyłam na okolicę, zachwycałam się jej pięknem i obiecałam sobie, że tam kiedyś wrócę. Okazało się, że wracam tam dosyć regularnie, bo ja człowiek z nizin pokochałam góry i jak tylko jestem w okolicy to zawsze idę nad Morskie Oko.
    Czytałam też na Akropolu, bo też czekałam aż dojdzie reszta grupy :D Greka Zorbę! ;)

    Pozdrawiam cieplutko!

    P.S. Jestem tu u Ciebie i czytam codziennie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do wywoływania wspomnień zawsze służę :). A jak wspomnienia dobre, to i mnie miło! Zgadzam się: mrówki są podstępne i strasznie ciekawskie, w sumie nie wiadomo, czy one się tak same palą do lektury ("posuń się, posuń się, też chcemy zobaczyć, o dalej!"), czy jednak chodzi im tylko o krew, pot i łzy ;).

      Och, Akropol i "Grek Zorba"! Jakie to piękne! Lektura dopasowana do okoliczności, rzekłabym, lepiej by chyba tylko pasował jakiś Platon ;). Sama na "Greka..." się czaję, ale ciągle mi jakoś nie wpada w ręce, może czas na podróż do Grecji? ;)

      PS (jak się zaznacza odpowiedź na PS? Ad. PS? Odp. PS? PS -> PS?) Szalenie mi miło i się raduję, no i mam nadzieję, że się dobrze czyta :)!

      Usuń
  5. W zamku? Królewna? W autobusie nie mogę ze względu na chorobę lokomocyjną, ale owszem, preferuję czytanie na zagonie fasoli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście Myśliwskiego, jak mniemam ;).

      Usuń
  6. Zazdroszczę zamku, to takie moje marzenie niezrealizowane. Będąc małą dziewczynką, właziłam na taką wysoką gruszę pod blokiem, najwyżej jak się dało i tam czytałam, wmawiając sobie, że jest naprawdę wygodnie (nie było) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, to właśnie jest potęga literatury ("przecież skoro ta i ta bohaterka tak czyta, to coś w tym jest!") -- sama tak miałam z taką straszliwie niewygodną brzozą na skraju sadu: było to straszliwie romantyczne i nic mnie nie odstraszało od czytania tam: ani mrówki, ani rozkopy za płotem, ani to, że opieranie się plecami o tę brzozę to był koszmar: no bo czułam się jak bohaterka powieści niemalże ;). Ale podziwiam odwagę -- ja z tych, co to się boją wchodzić na drzewa, bo za wysoko ;).

      Usuń
  7. Lubię czytać w lesie. Gdy mój brat był jeszcze mały zawsze brałam go na spacer i rozkładałam wózek. Miałam wtedy czas na jakieś dwie godziny z książką.

    Moim ulubionym wspomnieniem czytelniczym jest chyba wycieczka na Ukrainę, na którą wzięłam "Zbrodnię i Karę". Nocowaliśmy w Czerniowcach, w jakimś dużym i praktycznie pustym, przynajmniej na pierwszy rzut oka hotelu. Nasz pokój był na przedostatnim piętrze tego socrealistycznego gmaszyska. Wieczorem wyciągnęłam książkę, zaświeciłam lampkę i spędziłam przemiły wieczór z Rodionem, jednocześnie słuchając Ukrainki rozmawiającej przez telefon na balkonie obok. Wszystko to rzecz jasna z przerwami na napawanie się świadomoscia, że jestem w tak świetnym miejscu (serio, to jedno z moich ulubionych miast).

    Inną ciekawą sytuacją było czytanie "Zamku" wiadomego autora podczas oczekiwania na wyniki gminnego konkursu ortograficznego. W jednej ławce siedziała ze mną dziewczynka z czwartej klasy. Po każdym rozdziale domagała się szczegółówego streszczenia fabuły. A podobno młodzi nie interesują się klasyką literatury ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne historie :). A co do "Zamku" -- w sumie to dałoby się go z pominięciem pewnych szczegółów opowiedzieć jako baśń ;). Taki uniwersalny ten Kafka :)!

      Usuń
  8. Nad jeziorem, ale ja jestem z Warmii więc się nie liczy jako niezwykłe miejsce. Ale czytałam książkę siedząc nad rzegiem Atlantyku. Nie pamiętam co czytałam, chyba coś z angielskiej klasyki, ale pamiętam jaka piękna i niebieska była woda :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to piękna historia :). Mnie się co najwyżej zdarzało czytać nad Bałtykiem, ale jak się jest z północy, to trochę jak z Warmią i jeziorami ;).

      Usuń