Nie śpimy, czytamy! Albo książkach, przez które zarwałam noc


Widzicie, nie wiem czemu, ale od lat wydaje mi się, że Sobótka wypada 23 czerwca. Jakoś tak chyba widać tu wpływ edukacji wczesnoszkolnej, bo mam wrażenie, że to wtedy z jakiejś książki dowiedziałam się, że 23 czerwca to przesilenie letnie i tak już ze mną zostało. Także wpis dzisiejszy kręci się poniekąd dookoła nocy – nie najkrótszej może, ale jednak nocy – i wybaczyć mi musicie, że nie wypadł idealnie w słowiańskie święto, ale cóż poradzić.

A mianowicie zastanawiałam się ostatnio w gronie znajomych, jakież to książki sprawiły, że zarwałam noc. W sensie, że nie mogłam przestać ich czytać, póki się nie skończyły, a za oknem kur zapiał i różanopalca Jutrzenka... No, sami wiecie. W każdym razie po podsumowaniu wspólnych doświadczeń stwierdziłam, że najczęściej były to książki w jakiś sposób nie do końca mi się podobające, co do których albo nie mogłam uwierzyć, że naprawdę coś takiego się w nich dzieje, albo wiedziałam, że jak je odłożę, to już do nich nie wrócę. A jak to wygląda na przykładach?

Anioły i demony” Dana Browna
To jest klasyczny przykład, który zawsze przywołuję, kiedy myślę o czytaniu do rana. Nie powiem, żeby Dan Brown nie umiał „wciągać”, tyle że owo „wciąganie” to nie jest w żadnym przypadku wartość nadrzędna. Bo muszę powiedzieć, że przez „Anioły i demony” przebrnęłam głównie dlatego, że naprawdę nie wierzyłam w to, co czytam. I mina mi się wydłużała i wydłużała. Bo o ile w przypadku „Kodu Leonarda da Vinci” mniej więcej wiedziałam, o czym będzie mowa – nie dało się od tej książki w pewnym momencie uciec – i zabierając się za nią z góry zgadzałam się na absurdalność pewnych rozwiązań, o tyle na to, co się działo w „Aniołach i demonach” nie była przygotowana. A jak już za oknem zaczynało się robić jasno, a w książce papież wyskoczył z helikoptera... 
 A w kontrze do wpisu: smacznie śpiące zwierzęta. Źródło.

Przepiórki w płatkach róży” Laury Esquivel
Widocznie zdarza mi się sięgnąć po literaturę, którą uważam za niedobrą (z różnych względów: fabularnych, warsztatowych albo sprzeczności tego, co mówi o tekście autor z tym, o czym tekst tak naprawdę jest i jaki jest) późnym wieczorem, a potem nie mogę się oderwać. Na wiosnę zeszłego roku wylądowałam w ten sposób z „Przepiórkami...”. Czego to ja się nie dowiedziałam we wstępie od autorki: że tak ją inspirował polski teatr, że Kantor (którego skądinąd bardzo lubię), że Grotowski, że ach i och, no słowem: najlepsze tradycje. Po czym czytam ci ja te „Przepiórki...” i robi się coraz gorzej. Pal licho ckliwość i kopiowanie pewnych wzorów (pisałam już zresztą, że nie rozumiem zachwytów nad tą książką, widzicie, jak mnie to nurtuje), ale to, co się dzieje na poziomie relacji między bohaterami jest wzorem, mam wrażenie, szalenie szkodliwym, ale autorka jakoś tego nie zauważyła chyba, przybierając to w szatkę „romantycznej miłości”. W każdym razie wiedziałam, że jeśli nie skończę tej książki teraz, to już do niej nie wrócę, a łudziłam się, że może jednak końcówka wywróci moje zdanie o powieści o 180 stopni. No, nie wywróciła, jak widzicie.



Cecora 1620” Kacpra Śledzińskiego
Tu w sumie trudno mówić, żeby była to książka zła albo szalenie wciągająca. Wręcz przeciwnie: jest w porządku, a o wciąganiu trudno mówić, bo jednak wiadomo, jak się skończy. To jedna z tej serii Bellony o słynnych bitwach (takie książeczki w malutkich formatach w różnych kolorach – Cecora mam wrażenie jest akurat pomarańczowa). Ale dorwałam się do niej z jakichś już mi bliżej niejasnych powodów akurat po zakończeniu roku szkolnego (chyba w podstawówce?) i pamiętam jak dziś, że doznałam olśnienia, że przecież nie muszę iść spać, mogę czytać choćby i całą noc! Nie powiem, było to jakoś ożywcze stwierdzenie i jak widać, zostało ze mną i w innych przypadkach.



Na posłaniu z trawy” Lian Hearn
To była cała seria (tetralogia, być może?) powieści, szalenie popularnych swego czasu. Pamiętam, że wszyscy o nich mówili i czytało się o nich właściwie wszędzie. Ale jak to bywa, udało mi się znaleźć tylko tom drugi. Nie powiem, wciągnęłam się i zasadniczo treść mi się podobała, ale po nocy spędzonej na śledzeniu przygód bohaterów (jak mam być szczera nic już z nich nie pamiętam, oprócz tego, że rzecz działa się ni to w średniowiecznej Japonii, ni to w krainie na taką stylizowaną) jakoś nie wróciłam do serii, nie znalazłam pierwszego tomu i w ogóle jakoś zarzuciłam zainteresowanie losami postaci. Co w sumie jest dziwne, bo książka była raczej zachęcająca, ale tak czasem bywa. Widziałam ostatnio ją w taniej książce, może się kiedyś skuszę, żeby zarwać dla pozostałych tomów jakieś noce.



Kroniki rodzinne” Tony'ego Parsonsa
Otóż swego czasu wracając do domu rodzinnego i korzystając z najbliższej biblioteki miałam zwyczaj udawania się prosto do półki, która stała najbliżej pani wypożyczającej, a gdzie gromadzono książki ani nowe, ani stare, ale „chodzące” (w związku z czym miały swoje własne miejsce, a nie stały alfabetycznie w swoich własnych kategoriach). Wśród nich prym wiodła taka biała seria Albatrosa, gdzie wydawano książki właściwie od Sasa do Lasa, bo i trochę obyczajówek, jakieś historyczne, romansy i w ogóle spory misz-masz z jakąś taką mam wrażenie myślą przewodnią „żeby się stało popularne”. W każdym razie wyczytywałam tę serię namiętnie, chociaż ze ¾ tych książek uznawałam za przeciętne, ale czytanie ich było szalenie odprężające, więc czemu nie – czytałam (zresztą były tam też powieści doskonałe, jeśli mówić o jakichś korzyściach, nazwijmy je, merytorycznych). Tony'ego Parsonsa też tam było sporo: „Kroniki rodzinne” to w sumie historia trzech sióstr z traumami, którym autor jeszcze dokłada tych traum i tak lawiruje, żeby śledzić ich losy. Nie jest to może powieść najwyższych lotów, ale postanowiłam ją już od jednego zamachu przeczytać, bo bałam się, że jak odłożę, to zupełnie stracę zainteresowanie. I w sumie fabuły za dobrze nie pamiętam, ale to jak i gdzie czytałam, pamiętam doskonale!

A Wy macie takie książki, dla których zarwaliście noc?
_________________

A jutro pierwsza relacja z Lemat-a!

Weź dokładkę!

42 komentarze

  1. Nie licząc podręczników?

    Jest taka książka. Niezwykle wciągająca, obfitująca w zaskakujące zwroty akcji, wspaniałych pełnokrwistych bohaterów i zaskakująco dobrze oddane tło obyczajowo-społeczne.

    Pozwolę sobie zacytować fragment

    W 1862 roku Edwin Smith – nietuzinkowa postać: na poły uczony, na poły oszust, fałszerz antyków i egiptolog samouk – zakupił (lub, jak twierdzą niektórzy, ukradł) od antykwariusza w Luksorze papirus długości pięciu metrów101. Nabytek był w fatalnym stanie – pożółkłe stronice pokryte egipskim pismem rozpadały się w rękach. Dziś uważa się, że papirus pochodzi z XVII wieku przed naszą erą i jest transkrypcją rękopisu datującego się mniej więcej z roku 2500 przed naszą erą. (...)
    Papirus ten, przetłumaczony w 1930 roku, zawiera, jak się dzisiaj sądzi, zbiór nauk Imhotepa, wielkiego egipskiego lekarza, który żył około 2625 roku przed naszą erą. (...)
    Opisane na papirusie czterdzieści osiem przypadków – pęknięcia kości dłoni, ropiejące wrzody na skórze, strzaskane kości czaszki – traktowane są nie jak tajemnicze zjawiska, tylko jak schorzenia. Każde opatrzono objaśnieniem terminów anatomicznych, diagnozą, krótkim opisem i rokowaniem.
    (...)
    „Jeżeli badasz chorego, który ma na piersi napęczniałe guzy, i okazuje się, że jest ich kilka; jeżeli położysz mu na piersiach dłoń i wyczujesz, że owe guzy są zimne, nie towarzyszy im gorączka, nie wykazują ziarnistości, nie zawierają płynu, nie wycieka z nich ciecz, a jednak w dotyku są wypukłe, powinieneś rzec: »Oto przypadek napęczniałych guzów. […] Napęczniałe guzy w piersiach oznaczaj ą istnienie obrzmień w piersiach, dużych, rozległych i twardych; w dotyku są niczym ciasno zwinięte płócienne opatrunki, można je też porównać do niedojrzałego owocu hematVIII. który, kiedy się go weźmie do ręki, jest twardy i chłodny«”102.
    (...)
    W kolumnie zatytułowanej „leczenie” Imhotep zapisał: „Brak”.

    Dalej jest jeszcze lepiej- lekceważenie przeciwnika, mylne tropy, kolejne cudowne rozwiązania okazujące się być ślepą uliczką, błędne teorie. O drugiej połowie akcja przyspiesza, bohaterowie wreszcie zaczynają rozumieć przeciwnika, dzięki czemu udaje im się opracowywać coraz nowsze, bardziej skuteczne rodzaje broni. Jedynym problemem jest otwarte zakończenie, ale sądzę, że życie dopisze jeszcze lepszy sequel.

    Siddhartha Mukherjee- Cesarz Wszech Chorób. Biografia Raka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, słyszałam o tej książce same dobre rzeczy -- teraz od Ciebie też -- ale jakoś przyznam, że trochę się boję po nią sięgnąć. Z powodów bliżej chyba niesprecyzowanych.

      Usuń
  2. Co za rozczarowanie! Byłam przekonana, że sypniesz garścią zachwycających tytułów, a tu same przeciętne i nic wartego uwagi :P
    Mnie się chyba nie zdarzyło. Do drugiej, trzeciej jeszcze ewentualnie, ale na pewno nie do rana, zresztą i to dawno. Odkąd mam dzieci... cóż, jak bym nie była zafascynowana książką, jak bym nie chciała jej skończyć już, teraz, natychmiast, choćbym miała czytać całą noc - po prostu oczy mi się zamykają w połowie zdania. I śpię z głową na książce, w okularach. Albo na siedząco. A rano nie mogę znaleźć miejsca, w którym skończyłam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, mnie tego typu książki przetrzymują przez całą noc, z tymi najbardziej się podobającymi szkoda tak gnać, bo potem zdecydowanie za szybko się kończą ;). Do drugiej od czasu do czasu czytuję, głównie jak już chcę coś skończyć, ale to się za dobrze nie kończy, bo jednak rano trzeba wstawać i czynić swe powinności ;). I muszę przyznać, że chyba nie zdarzyło mi się zasnąć w ten sposób "na książce", za to nagminnie ściągam z mojego Domownika książki, pod którymi zasypia ;).

      Usuń
    2. Naprawdę się nie zdarzyło?! Ja mam tak co drugi dzień ;)

      Usuń
    3. Nie wiem, czego to kwestia, może jakoś nie umiem się ułożyć w takiej pozycji, żeby móc w niej czytać i bezpośrednio przejść od razu w spanie ;).

      Usuń
  3. "Drużyna Pierścienia". Miałam spokojnie położyć się spać, ale oni weszli do Morii. I nie było przebacz. A ostatnio pierwszy tom Piekielnych Maszyn Cassandry Claire (co mnie napełnia jednak pewnym wstydem, bo nie wypada). Ach i "Wiedzma.com.pl" Ewy Białołęckiej, tak dobrze mi się czytało, że musiałam skończyć. Zwłaszcza, że końcówka była już przerażająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, no to wiadomo, jak Moria... :). A "Wiedźma..." jest szalenie wciągająca, sama przeczytałam ją w pociągu z zapartym tchem (chociaż szkoda, że się tak szybko skończyła, bo klimat był więcej niż przedni; nie wspominając o tym, ze mamy tu moją ulubioną kompozycję motywów: kobieta - przeprowadzka - nawiedzony dom :)).

      Usuń
  4. Zimą do białego rana czytałam ostatnią Musierowicz, którą dostałam pod choinkę. Lekko się czytało i jakoś tak świt mnie zastał. A że teraz Różanopalca pojawia się znacznie wcześniej, to tak średnio połowę książek czytam o wschodzie słońca. Proza życia - poczytać we względnej ciszy (chrapanie tuż obok) i spokoju mogę dopiero po 23, kiedy chłop i dziecię oddają się Morfeuszowi, a ja nie muszę się angażować w rozwiązywanie miliona niecierpiących zwłoki problemów i mam kilka godzin na zatopienie się w lekturze. Tym to sposobem połknęłam ostatnio "Dumę i uprzedzenie", wspomniane wczoraj "Zdobywam zamek", dwie pierwsze Flawie de Luce i dziełko o edukacji domowej. Szkoda tylko, że niedobory snu potem mszczą się na mnie migreną...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to niedobrze, w sumie chyba takie poświęcenie czytelnicze bardzo! Ale Twoja "Duma i uprzedzenie" przypomniały mi, że jeszcze w taki sposób przeczytałam "Małą księżniczkę". Ale to mi nasuwa już temat na osobny wpis (ha!). Coś jest w tym czytaniu w nocy, że cisza, spokój, nikt niczego nie chce, można czytać, o ile organizm nam nie zażąda jednak snu.

      Usuń
  5. Sobótka przypada 23.06 ;) ściślej rzecz biorąc w noc z 23 na 24.06 (czyli dziś). To tak jak z Andrzejkami - wszyscy myślą, że przypadają 30.11, a przypadają w noc poprzednią.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Anioły i demony" zgadzam się.Mnie głównie wciągnęła przez to,że nie mogłam przewidzieć ,co się wydarzy.Historia była na tyle dziwna i fascynująca,że czytało się ją naprawdę wspaniale.I tak swoją drogą,nie sądziłam,że na ostatnich stronach Brown "zmieni" zabójcę ... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie muszę powiedzieć, że czytało się szybko, ale wspominam tę lekturę jako jedną z najbardziej absurdalnych w moim czytelniczym dorobku. Przy czym po odłożeniu na półkę naprawdę miałam takie rzadkie wrażenie z gatunku "ale... ale... co to właściwie było?", także do grona fanów autora się nie zaliczam ;).

      Usuń
    2. Przeczytałam dopiero jedną jego książkę,więc w pełni oceniać go nie będę,jednak mnie się podobała.Chociaż ta końcówka była naprawdę dziwna i może aż za bardzo ... ;)

      Usuń
  7. Nie mam w zwyczaju zarywać nocy. Nawet, jeśli książka jest genialna. Muszę się wyspać i już:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, szczęśliwy człowieku! No mnie się zarwane noce zdarzają rzadko, ale czytanie do pierwszej-drugiej zdecydowanie za często. Jakoś tak już mam, że jak przebrnę przez północ, to potem już spać mi się nie chce, więc czytam, póki głos rozsądku nie powie czegoś w rodzaju "rano idziesz do pracy!" albo "idź spać, kobito!" ;).

      Usuń
  8. Mi troszkę wstyd bo tak naprawdę jedną z niewielu książek, dla której zarwałam noc jest dość mierne "Alibi na szczęście" Anny Ficner-Ogonowskiej. Strasznie mdła, przesłodzona historia. Wciąga jedynie przyjemny w odbiorze styl autorki. Pamiętam, że rzuciłam wszystko (nawet szkołę :P) dla trylogii Millenium Stiega Larssona. Chyba nigdy nie zapomnę tego zatracenia się w Larssonowskim świecie. Boska, jedna z najlepszych seria, do której uwielbiam wracać. Podobnie było z było z "Cukiernią pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk oraz kontynuacji, czyli "Róży z Wolskich". Również bardzo przyjemna saga rodzinna :)
    PS Ja "Kod Leonarda da Vinci" wspominam całkiem nieźle, ale to było w gimnazjum :P Chyba muszę sobie odświeżyć twórczość tego pana albo sięgnąć po coś, czego jeszcze nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to możemy sobie przybić piątkę, zarwałyśmy obie po nocy nad przesłodzonymi historiami ;). Ale tak serio: Larssona przeczytałam 1/4 pierwszego tomu i straszliwie mnie zdezinteresował (ale nie wykluczam, że może jeszcze kiedyś wrócę zweryfikować opinię), "Cukiernię..." znam z drugiej ręki jako jedyna osoba w najbliższej rodzinie, która jeszcze nie czytała. Natomiast co do Browna, to tak sobie myślę, że się jeszcze skuszę na Langdona wśród masonów kiedyś, jak będę potrzebowała czegoś do szybciuchnej lektury w kryzysie czytelniczym bądź w sytuacji tego typu :).

      Usuń
  9. Może daj drugą szansę trylogii "Millenium" - ja też przez nią zarywałam noce i ledwo wstawałam do pracy. "Drużynę pierścienia" czytałam ukradkiem w podstawówce na lekcjach pod ławką, szczególnie na fizyce i matematyce :) A, i nie wyspałam się jeszcze przez cykl o Wiedźminie Sapkowskiego - przynajmniej do końca czwartej części, kiedy to umarł mój ukochany wampir Regis.
    To tyle w tym momencie, co przychodzi mi do głowy z książek, które pozbawiły mnie snu, bo takie były wciągające. Bo niestety jako studentka polonistyki nie raz i nie dwa zarywałam noce z musu czytając stosy lektur na egzaminy, ale to się nie liczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dam, nie mówię nie. Pamiętam, że utknęłam na jakiejś wyjątkowo długiej przemowie bohatera, która wydawała mi się strasznie sucha -- i chociaż strasznie mnie interesowała wszędzie zachwalana i omawiana postać Lisbet Salander, to nie dałam rady. Przy czym, tak jak mówię, nie zarzekam się, bo nadal mnie korci sprawdzić, co też jest takiego w tym Millenium :).

      Co się tyczy wiedźmina -- kiedyś już pisałam, że czytałam sagę w tak dziwacznym porządku, że czytając "Panią..." nie byłam jeszcze związana z postaciami z drużyny Geralta i nie odchorowałam tak tego, co się z nimi stało. Ale wierzę, że jak się czyta po kolei, to się człowiekowi robi smutno (no, ale z Regisem nigdy nie wiadomo, tak sobie myślę zawsze na pocieszenie, w końcu co wąpierz, to wąpierz).

      Usuń
    2. "Millenium" jest strasznie przegadane. Spokojnie by po 100 stron można było z poszczególnych tomów powycinać. Ale jak już się przewalczy nudnawy początek, to potem idzie. Choć w sumie uważam tę serię za lekko przereklamowaną, niezłą, ale czy zasługującą na aż na taki zachwyt? Dobre jest to, że po Larssonie ruszyła moda na skandynawskie kryminały i sypnęło fajnymi ksiażkami, to muszę przyznać, ale to największa jego zaleta :)

      Usuń
  10. Z tych świeżych jeszcze to Cabre "Głosy Pamano", Twardoch "Morfina" i "Miniaturzystka" Jessie Burton, Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Llosy. A z tych starowinek, to pamiętam, że będąc młodym dziewczęciem siedziałam z latarką pod kołdrą i doczytywałam "Awanturę o Basię". to chyba pierwsza książka, przez którą nie mogłam zasnąć dopóki jej nie skończyłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, "Awantura o Basię" była dla mnie jakoś traumatyczna -- nie mogłam sobie z tą książką poradzić, ale jak tak się teraz zastanawiam, to już nie pamiętam dokładnie, z jakiego powodu. W każdym razie na wspomnienie tej lektury robi mi się smutno.

      Usuń
  11. Może się trochę wybiję z reszty, ale ja ogólnie nie lubię długo spać, więc noce i tak mam krótkie ;) Szybciej wstanę o 4ej (na ogół wstaję o 5ej) i zacznę czytać, niż do 4ej zasiedzę się nad książką. Ale na pewno ma jakiś urok takie całonocne czytanie (choć może niekoniecznie z Brownem;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może na palcach jednej ręki dałoby się policzyć te razy, kiedy wstawałam tak raniutko, żeby coś przeczytać (na pewno tak mi się zdarzyło z "Historią filozofii" Tatarkiewicza, bo byłam bardzo ciekawa, o co chodzi z tymi uniwersaliami, tak że jakoś nie mogłam widać spać ;), no i nowe Pratchetty zwykle sprawiały, że czytałam do oporu w nocy, a potem szybko się budziłam, żeby doczytywać przed wyjściem, jeśli nie było możliwości inaczej dokończyć :)).

      Usuń
    2. Siedzenie rano nad Tatarkiewiczem - to Ci się chwali. Choć zamiast tego polecałabym filozofię w wersji hardcore ;) Heidegger o 5ej rano, albo KANT (a to już skrajnia). Przeżywało się :D

      Usuń
    3. Ani Heideggera, ani Kanta nie czytałam nad ranem, ale zapewne dlatego, że Heidegger wydawałby mi się zbyt mglisty o poranku (chociaż przyznam, że lubię go czytać -- ma urok ten język, naprawdę ma, ale podejrzewam, że jak się go czyta, żeby wynieść jakąś taką wiedzę nie tyle dla siebie, co w jakimś bardziej pragmatycznym celu, może być strasznie ;)), a Kant z kolei, no właśnie, wymaga jednak wzmożonego wysiłku umysłowego, a nad ranem to jednak jest w moim przypadku nie do końca możliwe ;).

      Usuń
  12. Zarwałam kilka nocy przez książki, ale najbardziej chyba zapadło mi w pamięć to, jak do rana czytałam "Wichrowe Wzgórza". Miałam wtedy jakieś 14 lat i ani trochę mi się ta powieść nie podobała, bohaterowie mnie irytowali, ale za nic nie mogłam się oderwać od lektury, po prostu musiałam wiedzieć co z nimi wszystkimi będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest w sumie jeszcze tak skonstruowane, że niby wiemy co, ale że nie wiemy jak, to trudno się oderwać. A nawet jak już się przeczuwa jak, to i tak się czyta z wypiekami, bo przecież pozostaje jeszcze "dlaczego" i "po co" ;).

      Usuń
  13. W ósmej klasie podstawówki zarwałam noc przez "Świat Zofii", wtedy był straszny szał na tę książkę. Ale ogólnie rzadko mi się to zdarza, jestem raczej typem szybko padającym. Jeszcze jakiś jeden czy drugi kryminał, ale już nawet nie pamiętam który dokładnie.

    Ogólnie nie lubię kończyć książki tuż przed snem, bo potem mam trudności z zaśnięciem. Nie wiem dlaczego, bo nie chodzi o przejęcie się losem bohaterów, z niebeletrystyką też tak mam. Muszę zwykle przeczytać przynajmniej kilka stron innej ksiażki.

    A, jeszcze do późna czytałam "Halucynacje" Olivera Sacksa (nawiasem mówiąc bardzo polecam!). Nie doczytałam do końca, poszłam spać po rozdziałach "Na progu snu" i "Narkolepsja i zmory nocne". To był błąd, jak mi się to nigdy nie zdarza, tak tamtej nocy przerobiłam znaczną szęść tego, o czym czytałam, dusiło mnie i w ogóle!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to mnie skłania ku refleksji, że najczęściej wykańczam książki w środkach transportu, bo i "Świat Zofii" skończyłam telepiąc się pekaesem przez bezdroża. Faktycznie był szał na tę książkę, a mnie jakoś tak wcale nie zafascynowała, a końcówką byłam dość zażenowana (to chyba odpowiednie słowo?).

      Usuń
  14. Obecnie raczej zdarza mi się zasnąć z książką u boku, lecz bardzo dobrze pamiętam jak po długim okresie zwlekania (tj. stałam rano w kolejce po nią, lecz potem nietknięta czekała na półce) zabrałam się za "Księcia Półkrwi".. Do tej pory nie mogę zapomnieć tych niesamowitych odczuć podczas czytania sceny nad jeziorem zjaw, w jaskini - w domu wszyscy śpią, ja czytam, a w mroku pokoju moja wyobraźnia wypatrywała ręki, która może mnie nagle pochwycić tak jak upiory Harry'ego... Ech te ciary!
    Inne wspomnienie niezapomniane z Harry'm związane z tematem: gdy dzieliłam pokój z moją siostrą i Mamą w wakacje u dziadków, one się budzą ok. 7 rano "i czemu płaczesz?", a ja spod trzymanego nad głową tomiszcza, "bo Syriusz zmarł" ;)
    Kto nie przywiązywał się do literackich postaci, ten nie zrozumie :)
    Pozdrawiam, Agata (ta od "Niemców")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, a ja dokańczałam kolejne tomy gorączkowo w środkach komunikacji miejskiej i poza miejskiej :). Ale doskonale Cię rozumiem! Zastanawiam się, po jakiej postaci literackiej sama płakałam i szczerze mówiąc, muszę się zastanowić -- za to jest to doskonały pomysł na wpis, jak już sobie poprzypominam, po kimż to płakałam. Po Syriuszu na pewno nie, bo nie dowierzałam, że zginął i szczerze mówiąc do samego końca nie byłam przekonana, czy JKR nas nie wkręca :).

      Usuń
    2. O rany, a myślałam, że tylko ja opłakałam Syriusza rzewnymi łzami.

      Usuń
  15. "Diabeł Morski" Felixa von Lucknera sprawił, że zarwałam noc i nie poszłam na uczelnię. Ubawiłam się setnie, chociaż zdecydowanie nie byłam przewidziana jako target tej książki, ale po przeczytaniu rozumiem, co pobudzało wyobraźnię młodych chłopców i sprawiało, że szli hurtowo do marynarki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ci książka -- taka lektura z gatunku tych, co pomagają lepiej zrozumieć pewne aspekty rzeczywistości inaczej trudno już dostępne. Podoba mi się ta historia! :)

      Usuń
    2. Przeczytałam ją tylko dlatego, że młody Reinhard Heydrich po lekturze i wykładach Lucknera wstąpił do marynarki. A że piszę biografię Heydricha, to musiałam i po Diabła Morskiego siegnąć.
      Było warto, chociaż mam pewien dreszcz na plecach, że była to ulubiona książka człowieka, który już jako dorosły wymordował parę milionów ludzi.

      Usuń
    3. A to jest w ogóle inny problem: jak oddzielić książkę i czytelnika -- jeśli ten czytelnik został w historii z tego czy innego powodu, a książka należy raczej do gatunku tych zapomnianych. Zwłaszcza w takiej ekstremalnej sytuacji.

      Usuń
  16. Moją pierwszą książką dla której zarwałam noc był "Szatan z siódmej klasy" K. Makuszyńskiego. Bo ten Adaś i harcerze i Napoleon. No miód na moje serce! :) Potem był chyba "Potop" od którego oderwać się nie mogłam nijak. I ostatnio "Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu". U mnie zarwanie nocy oznacza książkę naprawdę wyjątkową, bo jestem leniem i lubię spać. A że i tak śpię mało nie mogę sobie pozwalać na dodatkowe zarywanie nocek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Potop" swego czasu też mnie okrutnie wciągnął, bo tak chyba zresztą jest napisany, żeby wciągać ;). "Szatana..." wspominam bardzo miło, ale czytałam go w okresie dziecięco-nastoletnim, kiedy pilnowano mnie, żebym chodziła spać o przyzwoitych porach ;).

      Usuń