O czytaniu książek jeszcze raz albo o korzyściach z powtórek

 
Ostatnio przeczytałam w różnych miejscach o takim przytłoczeniu ilością książek, jakie zostały napisane i które chciałoby się przeczytać, a przecież nie jest tak, że mamy w życiu nieograniczoną ilość czasu, zasobów i generalnie, no, śmiertelni jesteśmy, co zrobić. Kto nie zazdrościł Evie z „Only lovers left alive” Jarmuscha, która w podróż pakowała same książki, bo wampiry jeść nie muszą, bez ciuszków się obędą, a do czytania czasu mają całą wieczność?

 No, ale wpis nie ma być o tym, tylko o tej presji trochę. Ale przewrotnie. Bo nie wiem jak Wy, ale ja lubię wracać do książek. Z nowościami jestem najczęściej na bakier, bo powieści kupuję rzadko, a w bibliotece trochę trzeba poczekać, więc czytam nowości, jak już nowościami nie są, nigdy nie jestem na bieżąco z książkami nominowanymi do nagród literackich (chociaż ciągle sobie mówię, że przydałoby się). W dodatku mam kilka takich książek, do których staram się regularnie wracać – z mniejszym lub większym powodzeniem – albo takich, do których wrócić sobie obiecuję. No i właśnie, pewnie znacie to uczucie. I zaraz za nim może pojawiać się drugie, inne: ale kiedy to robić, ale czy warto, skoro tyle jeszcze jest nowych książek, których nie znam? Wydaje mi się, że warto. I postaram się napisać teraz, dlaczego. 
 
 
 A w roli ilustracji kadry z "Zeszłego roku w Marienbadzie" Resnaisego. Bo to film
o powtórkach i do powtórek, i właściwie czemu nie. Źródło.
 

Może zauważyliście, że mam do książek też i takie podejście, że szukam w nich odpowiedniego schronienia, kiedy na przykład pada albo kiedy pracy huk, a człowiek potrzebuje się od tegoż huku jakoś oderwać. Wtedy zwykle kieruję się do tych moich ulubionych, wypróbowanych miejsc: Doliny Muminków, Ankh-Morpork (chociaż to jest naprawdę paskudne miejsce, ale Straż Miejska, sami rozumiecie), Avonlea, Śródziemia i tak dalej. Myślę, że w takich chwilach, kiedy od książki oczekujemy jakiegoś pocieszenia, czasami łatwo jest się zrazić, jeśli trafimy nie na ten materiał, którego akurat potrzebujemy – a znane fabuły nam go dostarczą, więc wtedy wracać na pewno warto. Zresztą nie jest tak, że coś raz zapamiętanego z nami zostaje. Wręcz przeciwnie, pamięć jest gotowa płatać nam najróżniejsze figle. Na przykład mimo że swego czasu starałam się w okolicach Sobótki czytać rokrocznie „Hobbita” byłam przekonana, że Bilbo trzyma w spiżarni jabłecznik, podczas gdy przechowuje tam ciasto z kminkiem. Rzecz jasna w czytaniu raz jeszcze nie chodzi nawet o to, żeby sobie odświeżać takie detale – bo mojego odbioru rodzaj hobbitowego ciasta nie zmienił – ale przyznajcie, że jest to sympatyczne. Jeśli lubimy jakiś świat przedstawiony, to po prostu lubimy też dobrze się w nim orientować. To jak ze spacerami po lesie – dobrze jest się orientować we wszystkich ścieżkach i wiedzieć, gdzie pójść na prawdziwki, gdzie na jagody, a gdzie rosną rydze.

Poza tym mamy pewien limit doświadczenia poznawczego. I nie chodzi mi o to, że możemy przyswoić tylko pewną ilość informacji (chociaż to zapewne też), ale i o to, że w pewnym momencie po prostu możemy nie mieć ochoty na czytanie czegoś nowego, że z chęcią sięgniemy po coś znanego. Nie za każdym razem chcemy śledzić fabułę dla dowiedzenia się „co będzie”. Ba, to przecież tylko jedna z motywacji, dla których w ogóle sięgamy po książkę – i czasami ograniczająca się tylko do pewnych gatunków literackich (tu od razu wszyscy krzyczą „kryminały! Kryminały!”, ale na przykład ja pochodzę z długiej linii czytelników doskonale zapominających „kto zabił”; nie w każdym przypadku, ale jednak, potrafię z dużym zainteresowaniem po raz kolejny przeczytać powieść opartą o to podstawowe pytanie, bo zapomniałam rozwiązania zagadki). I w takich momentach, kiedy po prostu nie mamy ochoty sięgać po coś nowego, zanurzać się w nowy świat z nowymi bohaterami – bo na przykład właśnie skończyliśmy coś z bardzo rozbudowanym światem i jeszcze się nie otrząsnęliśmy – można zamiast tkwić w dołku czytelniczym sięgnąć po coś, co lubimy i znamy.
 
 
 Znamy to, prawda? Źródło.
 

Bo widzimy za każdym razem co innego. To oczywiście nie jest żadną regułą, ale przecież wracając do książek możemy dostrzec w nich inne treści, poboczne wątki, zdziwić się, że nie zwróciliśmy uwagi na pewne aspekty powieściowego świata i tak dalej. Miałam tak z „Harrym Potterem”, który przy gruntownej powtórce rok temu zadziwił mnie tym, jak silny elitaryzm społeczny – mimo czarodziejów pochodzenia mugolskiego! – się w tym świecie przebija na plan pierwszy. Czasami można w ogóle odkryć na nowo jakiegoś bohatera – bo nam się przebił do pamięci jako wysoki blondyn, a to krępy brunet według autora jest. Albo w ogóle zanotujemy sobie coś jako „cudny romans” albo „taką sobie obyczajóweczkę”, a pzy powrocie zauważymy, że to ważny głos w jakiejś sprawie albo ciekawy pejzaż społeczny lat siedemdziesiątych. Dlatego takie powtórne czytanie w gruncie rzeczy nie jest czytaniem tego samego – ale też czytaniem czegoś zupełnie na nowo. I mam wrażenie, że to dotyczy też takich książek, które znamy dobrze i na wylot.

Dochodzi jeszcze powód pragmatyczny. Kupujemy to, co znamy i lubimy. I książki te patrzą na nas z wyrzutem, stojąc nie czytane, bo my je zbieramy, ale czytamy to, czego jeszcze nie znamy. A urządzając sobie powtórki eliminujemy ten wątek „mam wyrzuty sumienia z powodu zbyt dużej ilości nie przeczytanych egzemplarzy własnych książek”. W ten sposób i wilk jest syty, i owca cała.


Źródło. No i nie wiadomo czasami: czytaliśmy czy nie czytaliśmy już tej książki?


A Wy jakie macie podejście do czytania książek jeszcze raz? Zgadzacie się ze mną, czy raczej nie pozwalacie sobie na powtórki?

_______________

A jutro będzie taki wpis, co to już od dawna miałam go napisać.

Weź dokładkę!

25 komentarze

  1. Coś wisi w powietrzu, też dziś o tym wrzuciłam notkę ;)

    Lubię powtórki. Mam rzeczy, do których wracam regularnie, na przykład Pratchett (tak naprawdę dopiero drugie czytanie jego książek uważam za to prawdziwe), jest też kilka starych ulubionych rzeczy, do których wracam, kiedy mi źle, czytelniczo albo życiowo (Austen, Montgomery, Chmielewska - w sumie ich książek nie czytam już w całości, tylko wracam do ulubionych fragmentów, względnie do losowo wyrwanych).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam! I tak sobie też pomyślałam, że coś jest na rzeczy ;).

      Z Pratchettem to się w zupełności zgadzam -- bo za pierwszym razem, kiedy się gna "bo co też będzie dalej" sporo się przegapia. I bardzo mi się podoba ta Twoja uwaga, że powroty są dobre nie tylko, kiedy źle w życiu z jakiegoś powodu, ale i kiedy czytelniczo jesteśmy w dołku. W takim momencie bardzo dobrze robią powroty.

      Usuń
  2. Z jednej strony już dawno uznałam, że nie przeczytam wszystkich książek świata, więc jeśli zamiast po Dostojewskiego sięgnę dziewiąty raz po "Małą księżniczkę" to świat się nie zawali. Z drugiej - gdzieś tam podświadomie drążą mnie jakieś wyrzuty sumienia, że nie sięgam po nowe rzeczy i tu furtką było założenie bloga - "czytam, bo potrzebuję do notki", "No przecież muszę odświeżyć sobie poprzednie piętnaście powieści Akunina, żeby napisać recenzję nowej", "kiedyś napiszę coś o Saramago, ale przecież już nie pamiętam o czym była jego pierwsza książka, ojej, jak miło, ktoś ją oddał do biblioteki". A że ostatecznie notka nie zawsze powstaje, to inna sprawa :)
    Trzecią sprawą jest fakt, że rzeczywiście po czytaniu kolejny raz odkrywa się nowe rzeczy, nawiązania do innych dzieł, których wcześniej nie czytaliśmy i tak dalej. Ostatnio właśnie miałam taką fazę na powroty do książek z dzieciństwa - baśni czy wspomnianej wyżej "Małej księżniczki" i "Tajemniczego ogrodu" - jak zupełnie inaczej smakują po dwudziestu latach, jak inne momenty wzruszają, inne bawią, a jeszcze inne irytują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Solidny powrót do baśni też od dawna za mną chodzi. Zdarzają mi się powroty okazjonalne, ale jakoś nie mogę się zebrać na coś bardziej systematycznego, choć ochotę mam wielką.

      Usuń
    2. @aHa, w ogóle to z tym odkrywaniem nawiązań jest też tak, że czasami przy powrocie do książki odkrywamy coś nowego, dlatego że w międzyczasie nasza czytelnicza "baza" się powiększyła o nowe pozycje. To jest doskonałe uczucie, nagle tak zaskoczyć "aha, to jest to!" :).

      @aHa i @Procella, bo powroty do baśni są świetne. Dlatego ten cykl baśniowy, który sobie wymyśliłam każdego dziesiątego, to doskonała okazja do powtórek -- i w tym się zgadzam, że blog bardzo pomaga, no bo trzeba przeczytać "żeby było do notki", tak jak pisze @aHa ;).

      Usuń
  3. Mogłabym się podpisać pod wszystkim, co napisałaś. Każdy argument za ma sens. I to jest jeden z minusów mojego blogowania o książkach, które trochę wymusza czytanie kolejnych książek i zabiera czas, który chętnie poświęciłabym na powtórki.Jasne, można wracać do przeczytanych lektur, ale wtedy trzeba zmienić sposób blogowania. A druga sprawa jest taka, że ja jestem takim nienaczytanym człowiekiem - chcę być na bieżąco, chcę znać, chcę wiedzieć, o co chodzi - sama się w takie poczucie wiecznego niedoczytania wpędzam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, to poczucie niedoczytania jest, ale ono chyba jest zawsze i nie do przezwyciężenia tak naprawdę :). Natomiast mam wrażenie, że faktycznie wybrany model blogowania może w powtórkach pomagać albo właśnie odwrotnie. Może by tu znaleźć złoty środek ;)?

      Usuń
    2. Ja między innymi (choć nie tylko) z tego powodu piszę bloga o książkach, ale nie recenzyjnego. Bo czuję, że taki typowy tak naprawdę przeszkadzałby mi w czytaniu i cieszeniu się tym, co czytam, za dużo byłoby w tym obowiązku.

      Usuń
    3. Właśnie ja też się zastanawiam, jak to z tym jest. Bo jednak przy pisaniu recenzji o nowościach trzeba by się zobowiązać do czytania pewnych rzeczy w danym terminie, a wciąż czuję, że tylu starszych książek nie znam, no i tych zgromadzonych w domu, no i takich, które chcę przeczytać jeszcze raz i jeszcze... Straszne dylematy czytelnicze :).

      Usuń
    4. Pewnie zależy od nastawienia, bo nie wierzę, żeby wszyscy blogerzy od nowości byli masochistami :) U mnie jednak prawdopodobnie uruchomiłby się syndrom lektury szkolnej (chce mi się czytać wszystko oprócz właśnie tego).

      Usuń
  4. Do niedawna nawet bym nie pomyślała, żeby wracać do czegoś, co już kiedyś przeczytałam. Ale miałam sporo książek w moich rękach w ciągu ostatnich lat i zdarzyło mi się przeczytać powieści, które niesamowicie mnie porwały i zachwyciły. Rzadko się to zdarza i czytam właściwie po to, żeby znaleźć następną taką książkę, ale jest kilka takich już zaliczonych i coraz częściej myślę, żeby je sobie odświeżyć. Bo np. pamiętam, że Pieśń Salomona Toni Morisson mnie zachwyciła, ale nie pamiętam z książki NIC. Kompletnie. Z drugiej strony boję się, że książka okaże się niewypałem i już tak na mnie nie zadziała. Dlatego trochę się tego boję. Nie chcę sobie psuć wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam doskonale to uczucie. Ale chyba jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy czytaliśmy już książkę kilka razy i bardzo nam się podobała, i przy którymś kolejnym podejściu nagle odkrywamy, że coś nie zaskakuje, że coś jest nie tak. Zawsze wtedy się czuję tak lekko oszukana -- trochę przez siebie samą, a trochę przez książkę. Ale na szczęście z takiego impasu da się wyjść -- czytając po raz kolejny ;).

      Usuń
  5. Ja to jestem za powtórkami. Bardzo, bardzo. W ogóle sporą cześć książek o wiele lepiej czyta się za drugim razem, jak już wiadomo jak jest skonstruowany świat przedstawiony, na jakie myki zwracać uwagę, a przed wszystkimi, jak już nie gna człowieka potrzeba "co dalej, co dalej". Choćby Dukaj się na to łapie: pierwsze czytanie to czasem jak wizyta u dentysty, drugie - olśnienie "aaaa, to o to chodziło!", a trzecie i kolejne - to już sama przyjemność, jak wyżeranie rodzynków z sernika. Z tego względu nie mam nic przeciwko spoilerom, czasem sama sobie zajrzę na ostatnie strony, żeby wiedzieć, jak się skończy i czytać już na spokojnie.
    Odrębna kategoria to książki sczytane do cna - takie właśnie, co się po nie sięga, jak ma się wszystkie dość albo po 24 godzinach roboty i odespaniu chce się wyprostować fałdy mózgowe. Ja to nazywam kategorią wygodnych kapci, ot tak, żeby przelecieć się po raz enty po ukochanych scenach, zresztą i tak znanych na pamięć. Czasem mnie tylko dziwi, jak to jest: niby najbardziej lubię książkę X danego autora, ale sczytaną do cna mam książkę Y (przykład: najbardziej kocham "Emmę", ale to "Mansfield Park" znam na pamięć) - więc jak to jest? A najpiękniejsze jest to, że nawet jak znam na wyrywki, to i tak czasem po dwudziestu latach olśni mnie coś, czego dotąd nie zauważałam.
    No i są jeszcze książki, z którymi idzie się przez całe życie, czytając wcale nie tak często, ot, co 10 lat i w jakiś dziwny sposób nadal to trafia, choć za każdym razem nieco inaczej (dziecięciem będąc, nie mogłam znieść Mariuszka w "Nędznikach", dziś uważam, że rzeczony Mariuszek i jego dziadziuś to dwie najlepsze postaci). Albo inaczej - kiedyś nie trafiało, a teraz jak najbardziej. Choć jest i druga strona medalu, w którym lekturze towarzyszy westchnienia "Matko Boska, naprawdę tak to lubiłam?" (i tak już nigdy nie dałam rady ponownie przeczytać "Vilette"). Czasem aż strach sięgać po raz drugi, bo tu takie piękne wspomnienia, a tak się można rozczarować (z duszą na ramieniu brałam się za powtórkę "Wieży" Tuchman, a w efekcie tylko się głębiej zakochałam).
    No i jest jeden minus - jak się ma książkę tak sczytaną do imentu, to bardzo trudno czytać w oryginale. Bo się po prostu narzucają zdania z tłumaczenia. Przetrenowałam to osobiście z Christie - i jak orka na ugorze.
    A na bieżąco to już dawno nie jestem i chyba nigdy nie byłam. W ogóle widzę raczej tendencję, że co raz trudniej mi znaleźć kogoś nowego z beletrystyki, na czyje książki będę czekała. Taki miś koala się robi ze mnie - tylko eukaliptusy mnie interesują, a jak eukaliptusów nie ma to oddalam się do działu nonfiction, żeby tam zawisnąć na gałęzi i znaleźć coś do podczytania. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że czasami człowiek czyta gnając, bo nie może przestać się denerwować, że żyje w niepewności, co też się w fabule stanie. Ale sama zwykle nie zaglądam na koniec -- bo sobie zostawiam inne elementy za kolejny raz, a czasami ostatnia strona za bardzo mi dekonstruuje obrazy ze środka na przykład. I wtedy pomysł autora może nie wypalić. A ja lubię patrzeć też, jak to jest skonstruowane pod względem rozkładania napięcia przy takiej lekturze gonitwowej ;).

      I tak, faktycznie jest tak, że z wiekiem/pogodą/nastrojem i tak dalej zmienia się odbiór poszczególnych wątków i postaci. Co jest samo w sobie fascynującym procesem, bo to przecież nie te postaci się zmieniają, tylko my :).

      Piękne jest to porównanie z koalą!

      Usuń
  6. Oj, ja to często wracam do książek.
    Najczęściej do tych z dzieciństwa jednak - niedawno przeczytałam wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza. Uwielbiam też wrócić sobie do Opowieści z Narnii, Polyanny, Małej Księżniczki, Braci Lwie Serce, czy Hobbita. Czytam je kolejny raz, a za każdym razem od nowa.
    Poza tym, nie wiem dlaczego, ale mam taką przypadłość, że nigdy nie pamiętam, co się w książkach, czy filmach działo. Przypominam sobie dopiero wraz z biegiem danej historii. To w sumie świetne, bo te same historie nigdy mnie nie nudzą. Poza tym, można mi opowiadać pięćdziesiąty raz ten sam dowcip, a on mnie ciągle bawi. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest coś właśnie szczególnego we wracaniu do książek z dzieciństwa. Chyba dlatego, że wraca się do nich nie tylko żeby wrócić do fabuł, ale i do tego szczególnego klimatu, który towarzyszy książkom czytanym w danym okresie życia :).

      Usuń
  7. Ja mam kilka ulubionych książek, do których powracam - z sentymentu, z potrzeby i prozaicznie: bo zapomniałam o czym była książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, czasem się pamięta tylko ogólne wrażenie albo zgoła nic i wtedy powrót jest taki przyjemny. Tylko czy to w sumie naprawdę jest powrót czy już lektura nowa ;).

      Usuń
  8. Heh, tak jak Ty z ciastem Bilba ja miałam z Volatilusem. Byłam przekonana, ze jet Winchesterem, a tu jednak się okazało, że Greylingiem (co w sumie było dość istotne, bo Greylingi są większe i nie mają purpurowych skrzydeł, tak że ten)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to się tak jakoś robi, prawda? Ciekawe, że pamięć tak działa. I człowiek czasem dałby sobie głowę uciąć, że ma rację, a tu klops ;).

      Usuń
  9. Ja raczej nie lubię. W zeszłym roku urządziłam sobie taki cykl powtórkowy, ale książek które czytałam po kilka razy jest tylko kilka. Na pierwszym miejscu Mistrz i Małgorzata. Wydaje mi sie, ze kiedy tak powracamy, to już nie czytamy dla treści, tylko dla klimatu, ulubionych wątków, albo wartości literackich

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę na pewno, ale i dla samej treści -- jeśli jest skonstruowana w pewien sposób albo właśnie nie do końca ją pamiętamy, bo jak widać po komentarzach nie tylko mnie się tak zdarza -- też. Chociaż jestem w stanie się zgodzić, że jednak dla fabuły w nieco dalszym rzędzie.

      Usuń
  10. Nie mam określonego ogólnego zdania o czytaniu ponownie książek,bo są takie,których czytać kolejny raz nie zamierzam,ale są też te,które uwielbiam czytać i drugi raz i trzeci... Tylko oczywiście po upływie pewnego czasu ... U mnie to zależy od tego,jak bardzo książka przypadła mi do gustu ... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to wiadomo. Chociaż czasem z przekory czyta się drugi raz, kiedy na przykład wszyscy dookoła mówią, że coś było bardzo dobre, a nam się jakoś nie spodobało. Wtedy po jakimś czasie zdarza mi się sprawdzić, czy aby na pewno coś się w moim odbiorze nie zmieniło. No chyba, że już tak się do książki zraziłam, że nie mogę się przemóc ;).

      Usuń
    2. Oj tak .Ja tak właśnie miałam z "Wielki Gatsby".Czytałam drugi raz,bo tak się wszystkim podobało,a ja nie mogłam zrozumieć jej fenomenu ... ;-)

      Usuń