Powrót do przeszłości albo o książkach, na które byłam za młoda


Tak ostatnio przy okazji pisania i myślenia o powtarzaniu sobie pewnych książek i powodach, dla których można to robić, zaczęłam się zastanawiać, jakie książki z tych, które czytałam, przeczytałam w nieodpowiednim momencie. I to w konkretny sposób nie odpowiednim.


Bo można przecież na przykład nie być w nastroju i bęc, lektura zupełnie nam nie podeszła. Albo mieć złe wydanie. Powodów jest bez liku. Ale pomyślałam, że dzisiaj będzie o książkach, które przeczytałam, chociaż byłam na nie za młoda. I co z tego wynikło dla moich wspomnień o lekturze.

Książka przeczytana z powodu tego, że miało być nieprzyzwoicie: „Nana” Emila Zoli 
Na pewno każda i każdy z Was ma taką książkę. Taką, o której się słyszało, ale rodzice nie pozwalali czytać albo nigdzie jej nie było, ale chodziły słuchy, że takie tam, panie, sceny, że ho ho. To chyba w „Madame” Libery uczniowie podają sobie „Dzieje grzechu” Żeromskiego dla dwóch scen nieprzyzwoitości, prawda? No to to jest trop w ten deseń. To znaczy w moim domu rodzinnym nigdy mi nikt czytać niczego nie zabraniał, ewentualnie Mama wyrażała zaniepokojenie słowami „no, może na to za młoda jesteś?”, ale jeśli zdecydowałam, że mam jednak ochotę czytać i mi idzie, to czytałam. Z „Naną” było zatem tak, że gdzieś usłyszałam, że to takie nieprzyzwoite, więc ściągnęłam sobie z biblioteki na wakacje i zatonęłam po uszy. Bo z Zolą mam jakoś tak, że mnie strasznie wciąga, chociaż nie umiem do końca wskazać, czemu właściwie i co konkretnie. No, ale ta „Nana” zdecydowanie mogła jeszcze poczekać, bo w wieku lat jedenastu, w którym ją czytałam, tak z połowy odniesień nie wyłapałam, sama bohaterka jedynie mnie irytowała, a z całości zapamiętałam głównie Nanę w muszli i to, że za kruszenie w łóżku zebrała cięgi. A mam wrażenie, że tam jest dużo, dużo więcej niźli tylko to. I jak tak ostatnio czytałam wrażenia Magdy po lekturze „Nany”, to sobie uświadomiłam, że zdecydowanie za wcześnie tę powieść przeczytałam. Ba, nie wiedziałam jeszcze wtedy nawet, co to jest naturalizm. I wiecie, oczywiście można pewne wnioski nakładać na lekturę po czasie, tyle że to już nie do końca to samo. 


 Dla ilustracji będą, a jakże, czytające dzieci. 
J. W. Smith "Książka z obrazkami zimą" z 1905. Źródło.


Książka przeczytana, bo dorosły księgozbiór to jest coś: „Hrabia Monte Christo” Alexandra Dumasa 
W mojej podstawówkowej bibliotece zasadniczo większość regałów była z lekturami dla ludzi do lat czternastu. Ale że w pewnym momencie gmina likwidowała biblioteki gminne i wybrała dwie czy trzy szkoły, żeby ichniejsze biblioteki stały się także gminnymi, to za jednym z regałów zaczynała się fascynująca terra incognita, czyli rejon, gdzie stały książki „dla dorosłych”. Powiem Wam szczerze, że jak czytam o dziale Ksiąg Zakazanych w hogwarckiej bibliotece, to widzę dokładnie ten dział z książkami w mojej bibliotece podstawówkowej. I jak już wyczytałam większą część zbiorów dla mnie jako dla tej osoby czternaście minus przeznaczonych, zaczęłam zapuszczać się w te rejony regałów z książkami czternaście plus; i z jednego z takich poszukiwań wyszłam z „Hrabią Monte Christo”. Nikt się nawet specjalnie nie dziwił, wszak to Dumas i miła przygodówka. Ale co ja się namęczyłam z hrabią! Jakoś mi zupełnie nie podszedł, ale czytałam, bo jednak w pewnym wieku człowiek pragnie pewne rzeczy udowadniać. Więc przeczytałam i oprócz zarysu głównej intrygi – wiadomo – głównie pamiętam scenę z zapachem przypalanych nieboszczykowi pięt. I że myślałam sobie wtedy coś na kształt O rajuśku, klasyka, dla dorosłych, a tu takie rzeczy! Mniej szczegółów, proszę!”.


 Grupka dzieci czytająca wspólnie na początku zeszłego wieku. Źródło.
 

Książka przeczytana, bo trzeba było: „Faraon” Bolesława Prusa 
Widzę się do dzisiaj, jak w niedzielny poranek przerzucając się po łóżku kończę „Faraona”, bo zostało mi tylko kilka stron, więc chcę dokończyć i rzucić go w diabły. To była jedna z najnudniejszych moich lektur – bo była to moja lektura szkolna, ostatecznie chyba nieomówiona (albo tego nie pamiętam). Myślę jednak, że strasznie dużo tam przegapiłam. Głównie dlatego, że większość intryg politycznych i odniesień mi umknęła, a sama warstwa historyczna nie zainteresowała. Żywię też przekonanie, że to nie wina Prusa – pisarza o bądź co bądź świetnym warsztacie – tylko młodości mej chmurnej i durnej. I obiecuję sobie ciągle za „Faraona” się zabrać znowu, ale paraliżuje mnie ciągle jeszcze to wspomnienie okropnej nudy przy jego pierwszym czytaniu. A tak mam tylko chyba z nim i z „Pilotem Pirxem”, o czym już kiedyś pisałam. Na szczęście „Faraonowi” nie udało się jednak zrazić mnie do Prusa, tak jak „Pirxowi” do Lema. Ale i to zamierzam wkrótce naprawić, także nic straconego! 


  J. W. Smith "Dobranocka" z 1907. Źródło.


Książka przeczytana, bo wydawało mi się, że powinnam: „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego 
Przygotowując się do matury czytałam wszystko, co było na liście lektur, nawet jeśli nie mieliśmy o tym rozmawiać na lekcjach. I tak przyszła kolei także na „Małą apokalipsę”, która była moim nie do końca udanym pierwszym spotkaniem z prozą Konwickiego. Bo wiadomo było, jak się rzecz ma skończyć, a cały entourage nie robił na mnie wrażenia. W sumie strasznie to dziwne, jak o tym pomyśleć, bo jednak poetyka Konwickiego jest mi tak w ogóle dziwna, ale w tej „Małej apokalipsie” coś nie zaskoczyło. Nie wyłapałam chyba większości ironii, zupełnie nie znałam topografii Warszawy jako miasta, co też pewnie miało znaczenie. Jakiś czas później kilkoro moich znajomych zaczęło rozmowę o tym, jak to „Mała apokalipsa” zupełnie zmieniła ich życie (no, może ciut przesadzam, ale to była rozmowa w tym stylu, o Wielkiej-Literaturze-Zmieniającej-Życie) i zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie coś nie jest na rzeczy. Całości sobie co prawda do dzisiaj nie powtórzyłam, ale po fragmentach, do których wracałam, widzę, że należy się sumienne drugie podejście do całości z dzisiejszego mojego punktu, w którym jestem.


 Bardzo poważny młody człowiek czytający, uwieczniony przez L. Hine'a około roku 1924. Źródło.
 

Książka, którą przeczytałam, bo nie dało się jej uniknąć: poezje Czesława Miłosza 
Serio, pisałam już trochę o tym w poście o poezji w szkole, i w moim przypadku chyba najbardziej ucierpiał właśnie Miłosz. Czy może konkretniej: ucierpiał w pewnym momencie. To jest poeta trudny mimo zwodniczo łatwej niekiedy formy, z wierszami pełnymi zakrętów, podszytymi niełatwą metafizyką – zwłaszcza tymi późniejszymi – no, jednym słowem zupełnie go nie doceniałam, czytając go na lekcje polskiego w późnej podstawówce. I to nawet nie chodzi o to, że go w ten czy inny sposób znielubiłam – raczej miałam poczucie, że więcej tam nie ma niż jest, a że akurat do Miłosza wracam często, to za każdym razem się zastanawiam, jak to możliwe, że wcześniej tego nie widziałam? I mam wrażenie, że właśnie dlatego, że byłam zwyczajnie na niego za młoda. Chociaż oczywiście strasznie trudno jest odtworzyć dokładne szlaki, którymi chodziła nasza myśl, kiedy mieliśmy mniej niż czternaście lat (i czy na pewno to, co o tym, co myśleliśmy wtedy nie pochodzi z naszego teraz). 


 A. H. Watson "Czytająca dziewczyna" (lata 20.). Źródło.


Zdarzyło Wam się coś podobnego? A może powróciliście po latach do takich książek i okazało się, że jednak nie zmieniliście zdania?

__________________

A jutro będzie o gwiazdkach.

Weź dokładkę!

9 komentarze

  1. Też mam parę takich książek,na które byłam za młoda.Ale teraz już raczej nie wrócę,chociaż może za jakiś czas .. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoja historia z "Faraonem" przypomniała mi moje męki piekielne z "Krzyżakami", których kazano mi przeczytać jakoś właśnie pod koniec podstawówki. To naprawdę złe zagranie - zmuszać do czegoś takiego dzieci. Do dziś patrzę na Sienkiewicza podejrzliwie. Ale to zdecydowanie była kwestia wieku, i myślę, że dziś mogliby mi się ci "Krzyżacy" spodobać. Nie sądzę natomiast, żebym nawet po latach zobaczyła coś ciekawego w "Lordzie Jimie", a już nie daj Boże w "Beniowskim" Słowackiego. Jest za to całkiem sporo książek, z których wyrosłam. Kiedy byłam w gimnazjum, hurtowo czytałam różne babskie powieścidła spod znaku Grocholi. Może właśnie dlatego, że wydawały mi się dorosłe? Dziś za to wydają mi się nieczytalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się "Krzyżacy" nie podobali i nie podobają, za dużo w nich schematów wypracowanych w "Trylogii" i nie do końca twórczo przerobionych. A co do Grocholi -- pamiętam, że też jakoś przed liceum albo zaraz na początku wypożyczyłam sobie Grocholę -- co to mogło być? "Nigdy w życiu"? To było moje pierwsze zetknięcie z taką literaturą i pamiętam, że było to trochę jak olśnienie, że w sumie może też być taki rodzaj książek (zresztą Grochola -- nie wiem, jak teraz, w najnowszych jej książkach mam zaległości) pisarsko jest sprawna i te historie są dość dorzeczne, jak na paradygmat ;). Pamiętam, że jedna z bohaterek tejże pierwszej mej książki Grocholi umawiała się z jakimś poczciwcem, który okazał się mafiozem. Bardzo mnie to wtedy ubawiło, choć uargumentować nie umiem :).

      Usuń
    2. Haha, a u mnie własnie pierwszą lekturą, o której pomyślałam przy lekturze tego wpisu był "Lord Jim". Zupełnie nie trawiłam go w liceum, po czym już na studiach, po powrocie z kina z którejś tam części "Piratów z Karaibów" (ten film już zawsze będzie mi się z Conradem kojarzył) książka jakoś wpadła mi w ręce, przeczytałam i wsiąkłam, a potem poleciałam do antykwariatu po inne powieści Conrada ;-)

      Usuń
    3. Mam "Lorda Jima" na czytniku -- cały czas do przeczytania. A że takie mieszane o nim krążą opinie, to coraz bardziej jestem go ciekawa :). A to skojarzenie z "Piratami..." jeszcze bardziej mnie zachęca ;).

      Usuń
  3. Odniosę się tylko do "Małej apokalipsy", bo możesz mnie zaliczyć do grona osób, którym "zmieniła życie" ;) No, może nie tak od razu zmieniła, ale z pewnością otworzyła jakieś drzwi... Moment, w którym coś czytamy jest okropnie ważny. Stety i niestety. Możliwe, że właśnie teraz "Małej apokalipsy" w ogóle bym nie "odczuła". U Ciebie była na liście lektur... U mnie właśnie nie (chyba że tych nieobowiązkowych) i byłam niemal dumna, że pisałam o niej na maturze ;) Właśnie - to też z pewnością miało znaczenie. Dlatego zjawisko, które poruszyłaś w tym wpisie jest warte przemyślenia. Też w kontekście powrotów do pewnych książek, które kiedyś nie "zaskoczyły" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie, może to była lista lektur nieobowiązkowych i stąd nie pamiętam, żebyśmy na lekcji o "Małej..." rozmawiali? To ma sens. Ale widzisz, obie chyba zostałyśmy fankami Konwickiego mimo różnego wczesnego podejścia do "MA", więc jakże uniwersalną siłę oddziaływania ma ta książka :)!

      Usuń
  4. Też mam parę takich lektur. Na pewno za wcześnie się zabrałam za pierwszą lekturę "Nędzników" (w gimnazjum) - i tak byłam zachwycona, ale w liceum czytałam jeszcze raz i opisy, które mnie poprzednio wykończyły, okazały się interesujące i wcale nie tak długie jak zapamiętałam ;) Za wcześnie się też chyba porwałam na "Mistrza i Małgorzatę" - bo wszyscy mówią że to takie genialne - i wcale nie mam pozytywnych wspomnień. Nie żeby mi się nie podobało, po prostu nic mi po tej lekturze nie zostało. Trochę mi tego szkoda, człowiek chce być taki dorosły i czytać ważne rzeczy, a więcej z tego szkody niż pożytku czasem.

    Za to "Faraon"... kocham! Bardziej niż "Lalkę" :)
    A Miłosz... Cóż, profesor od literatury współczesnej na studiach skutecznie mi obrzydził Miłosza. Chyba zapomniał, że "polska literatura współczesna" to jeszcze garstka innych autorów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie, to jest dokładnie to: pamięta się, że się podobało, ale niewiele więcej z tego zostaje. I to chyba największa szkoda z takiego zbyt wczesnego czytania pewnych książek. Na szczęście nikt nie zabrania potem do nich wracać :). Takie mam przeczucia, że ten "Faraon" to jest bardzo dobra rzecz i w końcu się przemogę, pozbędę tego odczucia nudy, i zajrzę ponownie :).

      Usuń