Świat to akuratnie tyli, co Klimontów z Koprzywnicą albo o „Popiołach” S. Żeromskiego (Pikniki z Klasyką #2)


Na początku przyznam Wam się, że dawno się tak nie zmęczyłam lekturą, jak przy tych „Popiołach”, które woziłam ze sobą wszędzie, żeby je przeczytać, a i tak pochłonęło mi to niecało trzy tygodnie. Dlaczego tak było? Postaram się w krótkim streszczeniu zawrzeć moje emocje odnośnie do powieści, a potem to już będę szczegółowo analizowała, co mi w „Popiołach” grało, a co nie. No i dla porządku zaznaczam, że od spojlerów aż ciemno.

O czym to w ogóle jest? To historia antypatycznego bohatera, Rafała Olbromskiego, który od końca osiemnastego wieku, tuż po zaborach, usiłuje się wykręcać od wszystkich obowiązków, ale trafia w końcu do polskich wojsk przy Napoleonie, przy okazji niszcząc kilka związków, traktując kobiety instrumentalnie, mając gdzieś przyjaciół i nie nabywając ani grama świadomości (jakiejkolwiek). A że mamy tutaj styl Żeromskiego w pełni – jeśli chodzi o sposób prowadzenia narracji – to dorzucając jeszcze dwóch bohaterów: Krzysztofa Cedro, krótkowzrocznego hrabiego, który przechodzi narodowościową przemianę i wydaje mu się, że ojczyzna to wartość nadrzędna, warta mordowania obcych ludzi, którzy z tą ojczyzną nie mają nic wspólnego, ale skoro już się powiedziało a, to trzeba powiedzieć i b, oraz księcia Gintułta, chyba najciekawszą postać „Popiołów”, arystokratę, który rozdarty jest między wstrętem a poczuciem obowiązku, dostajemy szaloną podróż spod Sandomierza, przez Warszawę, Kraków, Wielkopolskę, Tatry, Spisz i Orawę, Włochy i Hiszpanię. A wszystko, jako się rzekło, na tle początków zaborów i wojen napoleońskich.

Jakie to w ogóle jest? „Popioły” mają trzy tomy. Przy czym pierwszy jest bardzo dobry, drugiego mogłoby nie być (serio – gdyby go opuścić, niewiele by się zmieniło), trzeci zaś jest męczący, ale dobry (oprócz może zakończenia, z którym mam problem, bo odstaje od całości swoim wydźwiękiem). Z tym że Żeromski momentami odczuwał naprawdę brak redaktora, i to takiego z ostrym ołówkiem, więc niektóre partie rozdymał do niemożliwości, inne skracał i rzucał bohatera to tu, to tam, na zasadzie „a po trzech tygodniach...”, „minęła wiosna”, „rok miał się ku końcowi” i tak dalej, nie wspominając już o tym, że naprawdę dawno nie widziałam tak złych wykończeń rozdziałów. Widać też ten brak redaktora w opisach, które czasami klimatyczne, a czasami mimowolnie zabawne, można by tu i ówdzie przyciąć. Mój ulubieniec to chyba ten passus:


Potworny kaktus wwiercał w szczeliny skał i ścian szpony swych korzeni i wystawiał na słońce krzywe pazury łap rozpłaszczonych. 
[cytuję z dwóch wydań, albo z Czytelnika z 1964 – 
wtedy zaznaczam je jako „I”, albo z Czytelnika 
z 1956, wtedy zaznaczam jako „II”, II s. 112]

Ale nie ulegnijcie aby iluzji, że tak mi się te „Popioły” nie podobały. To znaczy daleka jestem od tego, żeby mówić, że tak strasznie mi się znowu podobało, ale to jest powieść pełna po brzegi tak ciekawych obrazów i obserwacji, tak doskonale polemizująca z narodowymi mitami i je punktująca, że aż dziwię się, że na fali krytyki sarmackości i zainteresowania losem chłopów tak mało się o niej mówi! Ale zacznijmy może od początku.
 A za ilustracje niech posłużą nam wycinki prasowe,
które znalazłam w wypożyczonych z biblioteki "Popiołach"!

Chłopi, szlachta i państwo, którego nie ma 
Już na samym początku Żeromski strasznie przewrotnie ustawia nam perspektywę. Rafał bawi u wuja na Kielecczyźnie, kiedy do dworu starego szlachcica przyjeżdża urzędnik austriacki z Krakowa, żeby dać znać, jak się teraz sprawy mieć będą – jest jakoś dwa-trzy lata po ostatnim rozbiorze. Sytuacja wygląda z początku na klarowną: z kim też czytelnik może sympatyzować, jeśli nie z naszym panem bratem, w końcu wiecie, uciśniony, pod zaborami i tak dalej. Ale im dłużej słuchamy bzdur, które szlachcic plecie, poczynając od nieznośnej maniery „cha, jam królom równy, bom szlachcic!” po „chłop jest moją własnością i go będę lał, ile chcę”, tym mina się nam wydłuża. Doskonale i przewrotnie to jest zrobione: sympatyzujemy z zaborcą, bo zaborca jest po prostu rozsądny, nie wspominając już o tym, że sympatyczniejszy od butnego szlachetki. Rozmowa ta zresztą obfituje w interesujące spostrzeżenia, które niewiele straciły na aktualności:

To są, mości panie, polskie drogi. Ale jakoś i takimi zajedzie, skoro się uprzeć. Co mówię? Wjedzie tam, gdzie, zdawałoby się, tylko czarownica na łopacie doleci...
 [I s. 24]

No, może ten pierwiastek dumy ze złych dróg nam znikł, ale to chyba dobrze, że tutaj to dziedzictwo kiepskiego państwa sprzed 1795 roku nam wyparowało. Jak świetnie Żeromski wydobywa na wierzch i dekonstruuje ten obraz szlachcica, który nam w głowy nawciskał Sienkiewicz: pokazuje bowiem nie tylko to absurdalne, nieludzkie momentami zachowanie, ale też język szlachty – która szczyci się kiepską albo wręcz brakiem edukacji, ale równocześnie ubarwia każdą wypowiedź łacińskimi wtrętami (tyle że to, co u Sienkiewicza jest zaletą, tutaj obnaża mizerię intelektualną, bo te wtrącenia są albo „od czapy”, albo podejrzanego sensu i potrzeby). Sceny, w który Rafał czyta ojcu gazetę (perełka!) albo opisy kuligu, na którym rej wodzi młodzież wykwintniejsza i bardziej światowa (od strony Zawichosta) [I s. 47] są absolutnie doskonałe: punktują to zacofanie intelektualne i społeczne najwyższych warstw społeczeństwa – czy może raczej: warstw, uważających się za najwyższe – przez co od razu spada z piedestału ten mit o uciskanym Polaku pod zaborami. No bo i ten „Polak” się rozmywa: kto tu nim jest? I jaki jest, skoro jeden z bohaterów mówi:

Czy myślisz, że słowiańska dusza nasza przeistoczy się w duszę niemiecką od patrzenia i nauki? Jesteśmy inni, odmienni.
[II s. 154]

Mieliśmy rok temu 150 rocznicę zniesienia pańszczyzny, ale szczerze mówiąc o „Popiołach” się chyba nie mówiło, a szkoda, bo obraz pańszczyzny, jaki pokazuje tam Żeromski (i to pańszczyzny w okresie przeobrażeń: z całotygodniowej pracy na pańskim do skracania tego wymiaru godzin pod obcymi rządami) jest przerażający. W czasie sceny, w której dawny adiutant brata Rafała, Piotra, po śmierci tegoż zostaje zmuszony do powrotu w niewolę, ale stara się temu przeciwstawić, jest przejmująca, przerażająca i sprawia, że człowiekowi nóż się w kieszeni otwiera. Ma straszliwą siłę oddziaływania, jak rzadko która scena w „Popiołach”: ma długą ekspozycję, Żeromski niczego nam nie oszczędza, a Rafała wprowadza tam, żeby patrzył na upodlenie przyjaciela brata i nic nie zrobił. I to chyba sprawia, że nawet teraz, jak o tym piszę, to mnie złość bierze. Ta pańszczyzna tutaj to jest faktycznie niewolnictwo, a obrazy chłopów zaskakująco bliskie są opisom niewolników. Kwestia pańszczyzny i chłopów wiąże się zresztą z powtarzającą się przez całą powieść myślą o tym, na czym oprzeć państwo: na wojsku czy na dobrobycie wszystkich mieszkańców? Tutaj rozważania Żeromskiego o pańszczyźnie idą dwoma torami – z jednej strony widzi w zniesieniu jej i poprawie losu chłopów szansę na odbudowanie państwowości, bo po prostu wszystkim by na tym zależało, z drugiej portretuje chłopów jako ciemne, brudne (serio – obrazy utytłanych w gnojowicy dzieci i skołtunionych „bab” są w każdym opisie wsi) masy, z których nic dobrego nie będzie. Porównanie ze zwierzętami też pojawia się tu i ówdzie (na przykład rozpacz chłopska jest rozpaczą „zwierzęcą”). I ta ambiwalencja jest zastanawiająca. 

Żydzi, Hiszpanie i wódz, który prowadzi w ciemność 
Z drugiej strony, ten systemowy antysemityzm Żeromskiego, który gdzie indziej może by się i dało przeoczyć, w „Popiołach” jest na planie strasznie wysuniętym. Począwszy od takich niby niewinnych uwag, jak:

Tam [w ogrodzie] o zmierzchu gonili się, ciskali pigułami w siebie nawzajem, ile się dało, w przechodzących izraelitów, a nawet, ze smutkiem wyznać to trzeba, w przechodzących katolików. 
[I s. 55]

Widzicie tę konstrukcję? To jest, proszę ja Was, żarcik. Tak to jest napisane. Bez większej refleksji, czemu niby taka szkoda, że rzucali śnieżkami w katolików, no ale wiadomo, cha, cha, w Żyda rzucić nie grzech (albo w Niemca, tak swoją drogą). Żydzi są u Żeromskiego albo głupi (Uryś, jeden z Żydów w posiadłościach Piotra, non stop wychwala tylko jego przemyślność, ponieważ sam nie ma dobrego pomysłu na nic), albo podstępni (w czasie oblężenia jeden z nich wyciąga od księcia Gintułta kolejne dobra w zastaw za jedzenie), albo służą jako większa metafora czegoś złego. Przemowa jednego z żołnierzy polskich pod Saragossą sprowadza się w gruncie rzeczy do tego, że Hiszpanie to „przechrzczeni Żydzi”, no bo z jakich innych powodów chcieliby się bić z Napoleonem, co to zaprowadza światłe prawa, a jak mu się przypomni, to nawet pozwoli się bić za własną ojczyznę?

Ale mimo to są w tym obrazie pęknięcia. To Uryś jako jedyny zobaczy bestialstwo pastwiących się nad Michcikiem, opisywanym wyżej chłopem, który nie chciał wrócić „na pańskie”. To żydowski bankier zbudzi Gintułta, o którym zapomnieli jego towarzysze broni, żeby uciekał z miasta. No i sama kwestia walk, prowadzonych przez polskich żołnierzy pod rozkazami Napoleona, jest poprowadzona tak, że trudno jest mieć jednoznaczne stanowisko o tej – wedle słów jednego z bohaterów – wojnie, która nigdy się nie kończy. Sprawki na Haiti czy właśnie w Hiszpanii, mordowanie czarnoskórych i partyzantów – to wszystko są rzeczy, o których się u nas wspomina, ale z rzadka: przeważa obraz epoki napoleońskiej jako takiej dla nas raczej chwalebnej. A tu Żeromski pokazuje, że wszystko to było okropne, nieludzkie, zezwierzęcające. Łatwiej zrozumieć, czemu inni mieli Napoleona za „rzeźnika Europy”. Sam Napoleon jest zresztą tutaj takim robotem, skamieniałym z braku uczuć, bogiem wojny.

I jeszcze a propos wojny i sposobów jej opisywania: każda sposobność, żeby wymienić liczbę, rodzaj i dowództwo brygad i regimentów, jest dobra. Dlatego Żeromski albo te wyliczenia non stop przedstawia, albo każe bohaterom o nich rozmawiać. To niby ma nam dać orientację w tym, co się dzieje, ale zdaje mi się, że bardziej obrazuje problem z korzystaniem ze źródeł. Bo te informacje o pułkach i regimentach są, w gruncie rzeczy, nie za wiele mówiące, oprócz może tego, że faktycznie autor się naczytał. 

Kobiety, miłości i słynne sceny z historii literatury 
No i nie mogę nie wspomnieć o tym, że postaci kobiece w „Popiołach” są straszne. Żeromski widzi tu dla nich – w książce, którą zadedykował żonie! – zasadniczo dwie role: mają być ładne i mają dać się zdobywać. Rafał ma swoje dwa love interests: Helenę, którą poznaje na kuligu i o której marzy – pod kątem erotycznym niż pod jakimś innym – a z którą los zetknie go dużo później ponownie. Pojawia się oczywiście nieśmiertelne pytanie: co też te kobiety w nim widzą? No właśnie, bo Rafał jest postacią okropną. Przechodzi jedynie pozorną przemianę, kłamie w żywe oczy swoim dobroczyńcom i generalnie myśli głównie o tym, co zjeść, z kim się przespać i jak się modnie ubrać.

To z postacią Heleny związana jest ta słynna scena gwałtu w górach. Scena zresztą kuriozalna: obudowana modernistycznymi frazesami, pojawiająca się znikąd, wykorzystująca koszmarny stereotyp tatrzańskiego zbójnika, zupełnie jak z innej książki i z innego porządku literackiego. W dodatku reakcja Rafała jest taka, że nic, tylko dać mu po gębie.

Drugą postacią kobiecą w „Popiołach” jest kobieta, która faktycznie daje Rafałowi po gębie za jego zuchwalstwo, czyli księżniczka Elżbieta Gintułtówna. I co z tego jedna, że daje, skoro potem okazuje się, że jednak Rafał ją jakoś tam pociąga? Można by argumentować, że z nudów, bo – jak sama mówi:

Białogłowom trudno jest zawsze i nie tylko w tych stronach przeżywać niepokoje, wstrząsające światem. 
[II s. 216]

Także co innego jej pozostaje na wielkopolskiej wsi, niż szukać podniet w podstarzałym (w końcu przebył ciężkie więzienie – ale Żeromski wtrąca tam bohatera chyba po to, żeby potem zupełnie zapomnieć, jak to Rafałowi miał włos zrzednąć i ogólnie brzydota wyjść na twarz) dawnym absztyfikancie. Niemniej oba te portrety kobiece są dość słabe, zwłaszcza na tle tego, co dzieje się z bohaterami męskimi. W dodatku stosunek Rafała do kobiet nie zostaje w ogóle spuentowany. A jest on, na przykład, taki:

Tancerkę swoją, pierwszą lepszą pannę z brzegu, zasypywał mnóstwem słów wesołych, dowcipnych, miłych, bezmyślnych. Bawił ją jak wesoły trzpiot, jednocześnie drwiąc z niej oczyma pełnymi odrazy i wzgardy i klnąc ją wewnątrz siebie najwstrętniejszymi przezwiskami. 
[II s. 230]

Ach, nie mogę sobie potańczyć z księżniczką, to powyżywam się na dziewczynie, którą mam pod ręką. I w sumie, wiecie co, to jest taki cytat, który doskonale pokazuje Rafała Olbromskiego, potwornego typa, w pigułce. Także jakby gdzieś był plebiscyt na najbardziej antypatycznego bohatera polskiej literatury sprzed 1945, to Rafale – masz mój głos!

Ponieważ notka ta rozrosła się już znacznie, to tutaj zakończę swoje refleksje, bo to w sumie są główne rzeczy, które z „Popiołów” wyczytałam. I liczę, że kwestie tytułu, wątku masońskiego i inne pojawią się jeszcze w naszej dyskusji. A tymczasem do niej właśnie Was zapraszam tutaj oraz oczywiście na blogu Tarniny!

__________________

A za miesiąc, czyli 20 lipca, mamy zamiar tak może bardziej letnio-wakacyjnie, przeczytać kryminał. I to nie byle jaki, ale „Tajemnicę Czerwonego Domu” pióra A. A. Milne'a, czyli człowieka, który stworzył Kubusia Puchatka. I jak widać, nie tylko jego. Jeśli też będziecie mieli ochotę się przekonać, jak mu szło z kryminałami – zapraszamy serdecznie do dyskusji, równo za miesiąc, 20 lipca!

Weź dokładkę!

43 komentarze

  1. Fragmenty Popiołów o kobietach doskonale pokazują co było nie tak w czasach patriarchatu. Szacunek dla kobiet równych mi klasą (bo żydówka czy baba ze wsi to nie kobieta) i tylko jak na to zasłużą i pan jest w humorze.

    Co do obrazu szlachty- bardzo, bardzo nie lubię wychwalania tej warstwy społecznej i wiem, że niejednemu z moch rówieśników przydałoby się dokładne czytanie Żeromskiego. Bo w czasach dworków to ą-ę kultura, szacunek dla tradycji, wykształcenie, normalnie raj na ziemi. Nasze swojskie Przeminęło z Wiatrem, gdzie rzadko ktoś się zająknie, że kultura osobista bardzo klasowa, wykształcenie mierne, a wszystko wyrosłe na ludzkiej krzywdzie i wyzysku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, powiedziałabym nawet: dla wyższych mi klasą. Bo Rafał gustuje albo w bogatych szlachciankach (Helena) albo w ogóle w magnaterii (Elżbieta). W dodatku Żeromski zupełnie obiera je ze sprawczości, co jest koszmarnym błędem: bo Helena to tylko snująca się firanka, która swoje zdanie zyskuje tuż przed śmiercią (i to jak to jest, kurczę, źle napisane!), a Elżbieta to chodzące paskudne powiedzenie, że "nie znaczy tak". Okropność!

      Już miałam Cię kiedyś zapytać -- a czytałaś "Fantomowe ciało króla" Sowy? Bo co prawda jako całość to ta książka mi się nie podobała, ale bardzo dobrze pokazuje, co jest nie tak z tym kulturowym obrazem szlachty. Sowa nie wspomina o "Popiołach", a szkoda, bo Żeromski świetnie pokazuje, że ta szlachta to tak średnio przystaje do narracji rodem z "ku pokrzepieniu serc". I właśnie ten wyzysk będący źródłem i podłożem, Żeromski pokazuje bardzo dobrze, tu me serce się akurat przy lekturze radowało. Tyle że nie potrafi wyjść poza ten stereotyp "ciemnego chłopa", co to się przywiązuje do ludzi i do form.

      Usuń
    2. Nie, ale pomęczę akademickich znajomych :)
      Obraz szlachty wkurzał mnie mniej więcej od czasu kiedy przed konkursem historycznym przeczytałam pamiętniki Paska. Lektura zabawna, dopóki nie uświadomiłam sobie, że pisał to na serio dorosły człowiek. Potem przeglądałam inne teksty do XVII do XX wieku i Jezu, jacy oni wszyscy byli infantylni i zadufani w sobie. Nigdy nie miałam sympatii ani sentymentu do tej warstwy społecznej i niedobrze mi jak ludzie starają się ją wybielić.

      Co do chłopstwa... bo żeby być człowiekiem trzeba ludzkich warunków- a chłop polski był biedny. Rozkład inteligencji wg Gaussa ale myśl o czymkolwiek innym, kiedy każdy przednówek może okazać się ostatnim. Mój pradziadek był w XX leciu uważany za bogatego gospodarza- nigdy nie głodowali, każdy miał własne buty i stać go było na sprzedanie kawałka mającego przypaść temu synowi, który chciał się kształcić (starczyło na seminarium, studia ufundował sobie sam).

      Co do kobiet- bo nikt nie staje przed lustrem i nie mówi "jestem mizoginem". Żeromski prawdopodobnie uważał to za słodkie i niewinne. A sprawczość? Kto myśli o sprawczości?

      Usuń
    3. To pomęcz ;), tam co prawda zupełnie nie ma potrzeby czytać całości, ale same rozdziały właśnie odnośnie do szlachty i jej kulturowego fenomenu są naprawdę niezłe.

      Bo to chyba funkcjonuje u nas dwojako: raz -- szlachta jako ten "naród", który wiesz, króla obiera, demokrację "szlachecką" kultywuje i w ogóle ostoja to, panie, nauki i kultury (kult małego dworku, te sprawy), a dwa -- wiadomo co prawda o warcholstwie i liberum veto, ale że Sienkiewicz tak całkiem serio wybielił bohaterów z tej grupy, to przecież wiadomo: była zła szlachta, ale o niej nie mówimy, i ta dobra, właśnie taka trylogiczno-panotadeuszowa. Przy czym u Mickiewicza to wygląda jeszcze inaczej. No i, co ciekawe, wiąże się ten motyw szlachecki zwykle z Kresami, a tu Żeromski nam pcha przed oczy tę tradycyjną szlachtę z Kielecczyzny i Sandomierszczyzny, której się wybielić przez wojowanie ku chwale ojczyzny nijak nie da, bo wszędzie jej daleko, a rusza się z rzadka gdziekolwiek i to w obronie swojej klasy społecznej bardziej. W tym kontekście w ogóle decyzja Rafała, żeby iść do wojska, jest ciekawa.

      Widzisz, zgadzam się, co do tej diagnozy, ale problem jest chyba jeszcze głębszy, bo na poziomie opisu: chłopi są opisywani zwykle jako ci, co wyglądają tak samo (znowu: analogia do niewolnictwa czarnoskórych nasuwa się sama), są podobni do zwierząt, prości (ale raczej w tym pejoratywnym znaczeniu) i nie dbają o nic (a to, że nie mają na to czasu, pojawia się jako problem z rzadka).

      Właśnie, właśnie, dodałabym, że słodkie, niewinne i właściwe. No bo jakże by ta księżniczka nie miała w końcu Olbromskiemu nie ulec, a cóż miała innego do roboty. Ech.

      Usuń
  2. Pyzo, zastanawiam się, czy kiedyś wspólnie przeczytamy lekturę, co do której będziemy się różnić opiniami. To by z pewnością uczyniło dyskusję ciekawszą. Bo jeśli chodzi o "Popioły", to popieram Cię w całej rozciągłości, nasze spostrzeżenia są bardzo podobne, tylko ja już nie miałam siły na bardziej szczegółową analizę. A co do mocnych scen, to jedna jest już na samym początku: polecenie, by chłopi przenieśli (na własnych barkach) sanie z damami przez lodowato zimną rzekę podczas kuligu.

    Teraz muszę biec do swoich sobotnich zajęć, ale już się nie mogę doczekać dalszego ciągu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nam się uda :). Ale powiem Ci, że tak czytałam, czytałam i myślałam, że gdyby nie to, że się umówiłyśmy, że czytamy razem, to chyba bym rzuciła "Popioły" na drugim tomie.

      No właśnie: ta scena, kiedy szlachta myśli, że co tam zimna woda, rzuci się chłopu pieniądzem, ale będzie zabawa. W ogóle pogardliwy stosunek do chłopów -- i to nawet u tych, którzy powinni już coś zrozumieć (Rafał, Gintułt -- po rozmowie z Piotrem) jest straszny. To, że nikt nie stanął w obronie Michcika (ten sąsiad Piotra to jakiś koszmar, dawno nie miałam takiego uczucia, że gdyby się dało wejść na karty książki, to rany!), a ten mimo to uparcie pozostawał wierny idei!

      A właśnie, mnie ta scena biczowania Michcika przywodziła na myśl podobne sceny z książek i filmów o niewolnictwie w Stanach. Najbardziej chyba tę scenę ze "Zniewolonego", w której bohatera biją, żeby przestał mówić, że jest wolnym człowiekiem. Toż to niemal słowo w słowo to samo, co w "Popiołach"!

      Usuń
    2. Tak, chłop pańszczyźniany w Polsce miał mniej więcej ten sam status, co czarny niewolnik w Ameryce. Bardzo ciekawe to spostrzeżenie podobieństwa scen bicia. Już domaganie się wolności jest wywrotowe, a co dopiero stwierdzenie, że jest się wolnym, tak, to musi się skończyć batami.

      Usuń
    3. Ale to, co jest w tej scenie takie szokujące -- dla współczesnego czytelnika, przynajmniej mam takie wrażenie -- to nie to, że Michcik domaga się wolności (którą de facto przecież otrzymał), ale reakcja Rafała. No właśnie, przy czym Rafał jest już przecież uświadomiony przez brata, jak wygląda cała sprawa, ale ani tego nie rozumie, ani chyba tego zrozumieć nie chce. Nie jest tym "młodym, co idzie", tylko kimś, kto trzyma się tego, co wygodne (dlatego przecież pozwala sąsiadowi Piotra sobą lawirować i dlatego przyrzeka Gintułtowi, że o "sprzeczce" księcia z bratem nic nie powie rodzicom -- co swoją drogą jest paskudną rysą na charakterystyce Gintułta, a czy potrzebną -- myślę, że nie, bo nie gra później większej roli w fabule; tutaj widać, mam wrażenie, że to była powieść pisana w odcinkach).

      Usuń
    4. Rysą na charakterystyce Gintułta jest to, że nie dotrzymał danej Piotrowi obietnicy (i dlatego to on jest odpowiedzialny za ukaranie Michcika), nie do końca zrozumiałam, co miałaś tutaj na myśli. Co do Rafała, to nie jestem pewna, czy on w tej scenie prezentuje bardziej tchórzostwo, czy obojętność. W ogóle Rafał cierpi na jakąś chorobę woli. Pójdzie, gdzie wiatr go zagna, albo gdzie ktoś go zaprowadzi (wszystko jedno, czy do burdelu, czy na zebranie masonerii, czy do wojska). Zdecydowaniem potrafił się wykazać tylko w szczeniackich wybrykach i romansach.

      Usuń
    5. Już mówię: chodzi mi o tę scenę, w której Gintułt mówi Rafałowi, żeby nie wspominał rodzicom o tym, że Piotr zmarł po sprzeczce z nim, bo jeszcze by mogli wysnuć złe wnioski i dochodzić od niego jakiejś wypłaty za spowodowanie śmierci syna. Odczytałam to jako takie cwaniactwo właśnie i zaklinanie rzeczywistości: Gintułtowi zrobiło się głupio, że mógł spowodować śmierć Piotra i postanowił zatuszować ślady.

      Mam też wrażenie, że ta "kara" (w cudzysłowie, no bo za co go karają!) to jest wina po trosze wszystkich, bo wszyscy są uwikłani w ten koszmarny system: nawet ci chłopi naokoło, co stoją i nic nie mogą zrobić (swoją drogą, pół wieku później przychodzi rabacja, więc to jest jakieś dalekie echo w tych wszystkich rozmowach, co też zrobią ci chłopi, jak im się podpali lont -- chyba to w rozmowie z Trepką wychodzi taki motyw).

      A tak w ogóle, to zagwozdką jest dla mnie tutaj jeszcze jedna rzecz: ci towarzysze Rafałowych wybryków i romansów. Bo oni potem też idą do wojska, kręcą na boku jakieś interesy -- i wszyscy są w sumie przez narratora opisywani tak... jakby to nazwać? Po prostu jako tacy sobie zwyczajni ludzie, nic złego nie robiący, ot, folklor lokalny epoki.

      Usuń
    6. Ach, nie, ja to zupełnie inaczej nie odebrałam. Gintułt nie ma żadnego powodu, żeby czuć się odpowiedzialnym za śmierć Piotra, choć być może ma poczucie winy. Byli przyjaciółmi przez długie lata, a potem ich drogi i poglądy się rozeszły i przypadkowo to poprzedzające śmierć rozstanie nastąpiło w gniewie. Wydaje mi się naturalne, że Gintułt woli, żeby rodzina Piotra myślała o nim, jako o jego przyjacielu (co przecież było prawdą). Oczywiście to jest też zapewne podszyte tym, że Gintułt, sam mając poczucie winy (bezzasadne), nie chce dopuścić, żeby obwiniali go inni, ale ja w tym nie widzę jakiejś wielkiej zmazy na sumieniu. Natomiast jest taka zmazą fakt, że po śmierci przyjaciela wycofał się z danego mu słowa, co jak wiemy skończyło się ukaraniem Michcika za odmowę wykonywania pańszczyzny. Z punktu widzenia ówczesnego prawa kara była słuszna, choć w naszych oczach niesprawiedliwa (drakoński jej wymiar). Oczywiście była też niesprawiedliwa, bo pańszczyzna była niesprawiedliwa (ale to pogląd wtedy mało popularny) i dlatego, że Michcik rzeczywiście miał prawo uważać się za wolnego - ale o tym wiedzieli tylko Gintułt i Rafał.

      Co do rabacji, to w książce to bardzo wyraźne odniesienie, pada z ust Cedry, który twierdzi, że Austriacy są zdolni tak zmanipulować chłopów, żeby ci rzucili się na polską szlachtę.

      Wydaje mi się, że w przypadku tych postaci tła łatwiej ustalić stosunek do nich autora, a więc ich funkcję w powieści. Np. Jarzymski jest zdecydowanie takim cwaniaczkiem, co to wszędzie potrafi się urządzić i każdą sytuację wykorzystać, i on tu chyba ma pokazywać, że kraju, który z życia publicznego, funkcji i zaszczytów nie potrafi takich Jarzymskich wykluczyć, nie czeka nic dobrego (problem wciąż aktualny w naszych czasach, niestety). Jednoznacznie negatywnie jest też pokazane towarzystwo Blachy. Ale z Rafałem jest problem: zauważ, że wszyscy go lubią, a właściwie wszystkich, którzy mu zaufali w jakiś sposób zdradził i oszukał (nawet Piotra). Ale mimo to, co rusz narrator wpada w takie współczujące tony wobec niego.

      Usuń
    7. Ach, to jest dużo pełniejsze od mojego spojrzenia, no i lepiej wpasowuje się w całościową koncepcję postaci Gintułta (bo chyba w tym wypadku jakaś koncepcja była, przynajmniej do momentu zostawienia księcia w Tarninach u rodziców Olbromskich).

      No właśnie, ale to jest w sumie taka wizja rabacji, która bierze się znikąd, to znaczy z manipulacji, a nie z wielowiekowych krzywd, na bazie których ta manipulacja się zrodziła. Bo przecież z powietrza się nie wzięła. No i ta spolaryzowana wizja chłopów w wypowiedzi Cedry: nie warto w nich do końca inwestować, bo to się nie zwróci, a może się obrócić przeciwko nam.

      Och, Jarzymski, nie cierpię gościa ;) (możemy założyć chyba antyfanklub tak wielu postaci w tej książce, że strach ;)). Ale tak się zastanawiam, bo to towarzystwo Blachy ma jednak chwalebne chwile na polu walki, no i ten zapał niszczenia, który ogarnia też Rafała, wcale nie zostaje przez narratora poddany refleksji negatywnej (albo ja takowej nie zauważyłam?). Ale tak, faktycznie jest tak, że Rafał "robi karierę" (przez łóżko ;)), nikt mu nie wyciąga jego zuchwalstwa, głupoty, zdrady, raczej -- jak Gintułt -- mówi coś w rodzaju "no, uciekłeś, ale teraz jesteś, to spoko".

      Usuń
  3. Podczas lektury trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że gdyby autor skupił się bardziej na księciu Gintułcie, książka tylko by na tym zyskała. A tak to mamy niekończące się opisy wstrętu, który Rafał Olbromski odczuwa do całego świata, chociaż samemu sobie nie ma nic do zarzucenia. Tak samo wątek Krzysztofa Cedry - idealista, który idzie na wojnę, bo wierzy, że to pomoże jego ojczyźnie, powinien być trochę bardziej refleksyjny. Czy on choć raz pomyślał, że przecież zabija jakichś kompletnie obcych Hiszpanów, którzy z Polakami nie mają nic wspólnego? Po postaci wrażliwego młodzieńca można się przecież spodziewać trochę jakichkolwiek refleksji, tym bardziej, że od Olbromskiego nie dostajemy żadnych. I do tego koszmarny wątek dziewczyny, którą Krzysztof ratuje od gwałtu - przecież on zaczyna natychmiast roić o wielkiej miłości, podczas gdy jego towarzysze, w takich samych mundurach, gwałcą jej kuzynki (a może nawet siostry). Przerażające. I przerażające jest to, że postaci najbardziej światłe, takie które mogłyby coś zmienić w kraju na lepsze, albo giną (Piotr, brat Rafała, określony nawet jako "dobry żołnierz, chociaż sentymentalista"), albo stają się trochę własnymi żałosnymi karykaturami (Trepka, czy nawet starszy Cedro).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, w ogóle Gintułt jest chyba postacią, która faktycznie przechodzi jakąś przemianę, to znaczy na nim widać wpływ wydarzeń. Chociaż i tak to karykaturalne przejście od bardzo pięknego księcia do łysiejącego staruszka z jednym zębem (sic!) w ciągu ilu, 15 lat?, wydawało mi się przesadą.

      "niekończące się opisy wstrętu, który Rafał Olbromski odczuwa do całego świata, chociaż samemu sobie nie ma nic do zarzucenia" -- podpisuję się rękoma i nogami, to jest dokładnie opis Rafała. Przy czym to jest taki bohater główny bez żadnego pomysłu na niego: a to jakiś romans, a to anegdota szkolna, a to wątek ojca, a to do legionów, a to w Tatry, a to do więzienia -- naprawdę wszystkie wady pisarstwa Żeromskiego skupiły się w tym Rafale jak w soczewce.

      Właśnie, mnie również tej refleksji zabrakło. Pisałam o tym w komentarzu u Tarniny, że problem polega na tym, że to w warstwie opisowej jest: to, że Cedro nie chce się cofnąć, bo za dużo już zrobił i że go powoli przestaje ruszać, kogo jeszcze trzeba zamrdować, żeby Napoleon raczył się ruszyć na wschód. Tylko narrator w ogóle nie poddaje tego refleksji. A ta scena z dziewczyną jest w ogóle kuriozalna po trzykroć: opis tych wszystkich babek i ciotek, które się na niego rzucają i są mordowane jako "babska", potem i to, że dziewczynę cieszą róże od nieznanego "adoratora", i to, że w ogóle Krzysztof nie poddaje refleksji tego, że uratował doncellę, bo mu się podobała (!!!), a innych kobiet nie, no bo nie trafiła go strzała amora.

      O, a Nekandzie Trepce to się w ogóle, mam wrażenie, zmieniają poglądy. To znaczy przechodzi od światłego "dziwaka", dla którego wolność chłopa jest zaczynem zmian na lepsze, do zrezygnowanego dziadygi. Stary Cedro zaś wydawał mi się raczej takim oportunistą, co to płynie z prądem. Natomiast o Piotrze też pisałam u Tarniny, ale powtórzę, bo to moja wielka bolączka: że Żeromski tworzy światłą postać i ubiera ją znowu w "siłaczkowanie". To znaczy jak rozsądny, to od razu wątły i sentymentalny, więc umiera od kłótni. Z Gintułtem zresztą -- który tu jawi się jako antypatyczny typ, ale, jako się rzekło, wychodzi jakoś na ludzi.

      No i właśnie ten wątek Gintułta, który widzi w kulturze materialnej nie tylko strategiczne pozycje wojenne, ale i zabytki świadczące o historii, to jedna z lepszych moim zdaniem stron "Popiołów".

      Usuń
    2. Właśnie problemem tej powieści jest to, że tam bardzo mało kwestii jest poddanych refleksji, zamiast której autor wstawia atrapy w postaci opisów "przeżywania". Tylko bohaterowie nie przeżywają tego, co powinni - Rafał np. przeżywa głównie przyrodę i swoje "miłosne" uniesienia.

      Piotr jest nie tyle wątły (taką jakąś wewnętrzną wątłością) co po prostu choruje z powodu odniesionych ran. (Kiedyś był silny, ale wojna go złamała, choć głównie na ciele). Nagła śmierć po kłótni trochę mi nie pasuje do obrazu klinicznego, ale to już szczegół.

      Usuń
    3. @Tarnina, o właśnie, to jest dokładnie to: opisy zamiast refleksji. Przy czym te przeżywania Rafała są naiwne strasznie, obudowane tymi modernistycznymi frazami z każdej strony, tak że w sumie wyszło to, moim zdaniem, mocno bełkotliwie, zamiast z sensem (Borowicz w "Syzyfowych pracach" też non stop przeżywa przyrodę, ale jest to bardziej składne, myślę).

      Właśnie, tu mi w ogóle dużo rzeczy nie pasuje. Bo najpierw matka twierdzi, że z Piotrem jest źle i umiera od ran. Kiedy Rafał przybywa do Wygnanki, okazuje się, że rany są sprzed lat, a problem Piotra leży w społecznikowskiej melancholii. Przy czym bezpośrednią przyczyną śmierci jest kłótnia -- i to napisana tak, że w sumie z pewnym zdziwieniem odnotowałam, że bohater zmarł. Nie wspominając o tym, że Piotr opisuje księciu swoje dolegliwości, których nie doświadcza przecież aż do tej ostatniej sceny -- nie informuje o nich narrator, nie widzi ich Rafał, takie to jest mocno z kapelusza.

      Usuń
  4. Przypomnial mi sie fragment dziennikow Zeromskiego, cytowany bodaj na Plaszczu zabojcy - o tym jak to noc spedzil z jedna a nastepnego dnia umowil sie z druga, jak to spac z facetka w lozku to gorzej niz byc konduktorem w tramwaju, i ze kobiety znacznie szybciej sie staczaja i zezwierzecaja niz mezczyzni. No wypisz wymaluj Rafal z tego co piszesz. Myslalam ze to takie mlodziencze idiotyzmy po prostu, owszem nieziemsko wkurzajace, ale przemijajace - a tu widac niekoniecznie, bo piszac Popioly juz zonaty byl i wcale mu nie przeszlo najwyrazniej.
    A do Popiolow i tworczosci Zeromskiego w ogole mam straszny uraz. W szkole przerabialismy Przedwiosnie i jakies nowele - i otoz to sa jedyne lektury, ktore wyparlam z pamieci. Calkowicie. Inne czytalam i pamietalam - moze czesto bez przyjemnosci ale i bez odruchu odrzucenia - a tu takie klasyczne wyparcie mam. Natomiast Popioly to jedyny film z ktorego po prostu wyszlam z kina, choc byl to seans szkolny i nauczycielki pilnowaly. (Specjalnie sprowadzano kopie bo to juz wtedy staroc byl). Nigdy przedtem i nigdy potem nie zawladnela mna tak calkowita nuda ze doslownie z jednej strony chcialam plakac, to byl prawie fizyczny bol, ze cos moze byc tak nudne, a z drugiej myslalam ze naprawde zasne. W koncu nie moglam tego zniesc po prostu i musialam wyjsc. Nie, Zeromski to nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, serio takie rzeczy? No cóż, to wiele tłumaczy z tej koncepcji bohatera -- i właściwie odpowiadałoby na pytanie, czy to jest specjalnie, czy przypadkiem. Co jeszcze przy tym, że całość jest zadedykowana żonie, daje łącznie co najmniej kuriozalne odczytanie.

      No to widzisz, to nie czytaj "Popiołów", bo jako całość są koszmarnie nudne. Ale powiedziałabym, że przez dwie rzeczy: sposób napisania i konstrukcję całości. Bo to, co jest tam ciekawego starałam się wyciągnąć w notce i naprawdę tak uważam, ale do całości nikogo namawiała nie będę. Przy czym "Przedwiośnie" ma pewne elementy z "Popiołami" styczne (młody bohater nie rozumiejący do pewnego momentu, co się dzieje, bogaty przyjaciel dający schronienie w swoim domu, wicher historii, który porywa i nie wiadomo, co dalej), tyle że wykonane bez porównania lepiej. W ogóle "Przedwiośnie" jest według mnie książką naprawdę dobrą, ale to może na inną notkę temat :).

      Usuń
  5. Wiecie co? Aż garnie mi się na usta „dlaczego nie mógł napisać tego ktoś inny”? Taki niezły temat, to odbrązowanie i Legionów, i szlachty. I bohaterowie niejednoznacznie. I przepisy kontra tradycja. I kwestia wybijania się warstw niższych na niepodległość (krok pierwszy – spostrzegamy, że coś jest nie halo; krok drugi – zabieramy się za edukowanie i wyzwalanie; krok trzeci – dostrzegamy, że to nie ciemna masa, co z wdzięcznością i pokorą da się oświecić; krok czwarty – piszemy, że się nie da i rzucamy w diabły. Wersji bardziej optymistycznej – urabiamy ręce po łokcie, a potem przychodzą ci wyzwoleni i mówią, że dość mają prowadzenia za rączkę i klepania po pleckach :)).
    Bardzo ciekawie się o tym czyta. A dokładnie - ciekawie mi się czyta o tym, ja wy czytałyście. Bo przyznam szczerze, sama nie zdzierżyłabym tych opisów uczuć wewnętrznych. Już nawet kaktusy to dla mnie za dużo. A jeszcze ten nadmiar riserczu (autor daje znać, że się obczytał – jakie to męczące! Nie mógł z tymi wiadomościami iść brylować na potańcówkach, tylko wciskał je umęczonemu czytelnikowi?). No i kaktus, kaktus zdecydowanie wygrywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałabym tak w ogóle, że nawet nie kto inny, a inny Żeromski (czemu nie ten późny, z lat 20.? w końcu kto tak doskonale oddał grozę rewolucji, tego Maciejunia, co mógłby zabić za srebrną papierośnicę). Przy czym w ogóle to Żeromski umie wygrać niektóre akcenty (będzie rabacja), a inne zupełnie porzuca (odbija się czkawką ta konstrukcja powieści z odcinka na odcinek pisanej). Szkoda, szkoda straszna!

      Ale nadal sobie myślę, że gdyby wykosić te wątki miłosne, wyrzucić w ogóle mizoginistyczne praktyki, to "Popioły" jako głos dekonstruktora by się mogły ostać. A tak, to cóż -- polecała nie będę (a wizja Żeromskiego zabawiającego na potańcówkach wyliczaniem pułków napoleońskich -- bezcenna! :) Przy czym tak się jeszcze w czasie lektury zastanawiałam, czy to aby nie jest tak, że w tym czasie mit napoleoński ma się świetnie i wszyscy po prostu wiedzą, co i jak było, i to im faktycznie coś, docelowym czytelnikom, mówiło. Ale nie wiem, tak gdybam).

      A kaktus powinien się zapisać w historii literatury! ;)

      Usuń
    2. No, kaktus zdecydowanie, ale "dziób i pazury oczu" polecam również ;) A o "Popiołach" ogólnie mogę powiedzieć to, że szybciej i z większą przyjemnością przeczytałabym dziesięć książkowych publikacji teoretyczno/historycznoliterackich im poświęconych. Cieszę się, że zapoznałam się z tą książką, bo to jednak wzbogaca moja wiedzę o naszej kulturze, ale gdybym nie miała dyskusji z Pyzą w perspektywie, to rzuciłabym ją do wszystkich diabłów już przy pierwszym tomie. Żeromski po prostu zmarnował potencjał swojej powieści.

      Usuń
    3. "Dziób i pazury oczu" zdecydowanie razem z kaktusem powinny dostać jakiś order ;). I pod resztą Twojej wypowiedzi się zdecydowanie podpisuję. Przez całą lekturę sobie myślałam o naszej dyskusji i to mnie podtrzymywało na duchu!

      Usuń
  6. Fakt, pisarska maniera Żeromskiego dzisiaj może śmieszyć i irytować, no i ten męski punkt widzenia, dzisiaj tak niepoprawny politycznie - ale co to za powieść, co to za powieść... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ale ten "męski punkt widzenia" jest po prostu przykry -- i co więcej, nie jest tak, że był regułą. Podobnie z manierą pisarską: strasznie widać różnicę między "Popiołami" a takim "Przedwiośniem" chociażby. No i niestety mam wrażenie, podobnie jak @Tarnina, że "Popioły" są mało powieściowe: bez takiego przewodniego pomysłu, z irytującym bohaterem, a miejscami -- wybacz -- po prostu nudne ;). Strasznie się rozczarowałam, bo Żeromskiego skądinąd sobie cenię.

      Usuń
    2. Ależ wybaczam, wybaczam :-) Nie wiem, co rozumiesz przez "mało powieściowe" i że są bez "przewodniego pomysłu" - jeśli to, że nie kończą się "a potem żyli długo i szczęśliwie" to fakt :-).
      To świetna panorama polskich losów w okresie epoki napoleońskiej, pokazująca różne punkty widzenia na naszą historię i książka z najlepszymi (obok "W polu" Rembeka) scenami batalistycznymi. O wątkach romansowych nie wspomnę :-)

      Usuń
    3. Nie, z zakończeniem mam swoją drogą inny problem (dogłębnie analizowałyśmy to w dyskusji pod wpisem Tarniny: http://czytamtoiowo.blogspot.cz/2015/06/pikniki-z-klasyka-stefan-zeromski-popioy.html, więc tutaj tak krótko tylko zaznaczę, że zakończenie ma się nijak do prowadzenia całej fabuły). Chodzi mi o to, że w „Popiołach” bardzo widać wady warsztatu Żeromskiego (nie wiem, jak przeprowadzić bohatera z punktu a do punktu b? Nie szkodzi!). Przez długość opisów – robionych trochę na zasadzie „a wy nie wiecie, ale ja wam pokażę, o, tak wygląda Hiszpania, o, o, tutaj i tutaj” -- cała materia się rozpływa (a ja kocham Orzeszkową, więc naprawdę wiele trzeba, żeby mnie opisami zniechęcić ;)), co sprawia, że nie nazwałabym tego epopeją. Bo nie negują wartości „Popiołów” -- jak piszę zresztą wyżej, wątki społeczne są świetne (zwłaszcza chłopski), ale już na przykład kwestie romansowe są mizoginistyczne, i to mizoginistyczne w sposób zamierzony; na ile przezroczysty, trudno mi stwierdzić, ale już wykończenie wątku Elżbiety jest straszne (nie wspominając już o tym, że jeśli chodzi o prowadzenie postaci, to Rafał jest takim bohaterem, który nie ewoluuje w ogóle!).

      A Rembeka zamiaruję czytać od lat, ale są na niego jakieś straszne kolejki w mojej bibliotece. Myślałam, że to kwestia tego, że był w kinach film (niesławna „Bitwa Warszawska...”), ale kin zdjęli, a książka dalej okupowana. A ja z tych, co to nie zawsze pamiętają, żeby się odkliknąć w kolejce, że nadal w niej stoję :).

      Usuń
    4. Zajrzałem - dzięki - ocena Rafała rozbrajająca - przecież na tym polega siła postaci, że nie jest jednowymiarowa i pomnikowa - przecież to nie bohater z paper mache jak u Sienkiewicza kreowany na spiżowego bohatera. Jest niedoskonały jak żywy człowiek.
      Co do opisów i maniery zatrącającej niekiedy o grafomanię - zgoda. Z kolei mizoginii w "Popiołach" trudno mi się dopatrzeć, a prawdę mówiąc, nie widzę jej wcale, no ale nie da się przecież zobaczyć tego czego nie ma :-).

      PS. "W polu" mogę Ci pożyczyć.

      Usuń
    5. Ano tak, można tak powiedzieć, tyle że jest pewien rozziew między postacią budzącą nasze moralne wątpliwości a odrzucającą. W sumie nie wiem, czy zdarzyło mi się odczuwać do jakiejś postaci aż taką niechęć, jak do Rafała. Według mnie to jest Baryka wersja podstawowa (podobna konstrukcja, podobne przeżycia, tyle że w innym sztafażu) – ale słabość tej postaci polega na tym, że ona się nie rozwija. Nie widać po niej absolutnie niczego z tych przeżyć (apogeum tego widać w więzieniu: Żeromski pakuje Rafała do więzienia, po czym kilka stron dalej właściwie zapomina, że on tam był; bohater w ogóle o tym nie wspomina, szybko się wylizuje po tej traumie, generalnie mając gdzieś to, co zdarzyło się w Tatrach). Przy czym zgodzę się, że wszystkie postaci „Popiołów” są moralnie niejednoznaczne (a na marginesie, to niechże stanę w obronie Sienkiewicza ;), i jemu się zdarzały postaci niepapierowe, choć fakt, rzadziej), ale Rafał to jest taka postać skonstruowana niby jako przewodnia, tyle że on jest świadkiem kolejnych zdarzeń, ale one się na nim nie odbijają w żaden sposób. Robi, co akurat impratyw narracyjny każe ;).

      No a mizoginia – zobacz, co autor robi z postacią Elżbiety. Pisze ją jako niezależną kobietę, która Rafałowe zalety ma dokładnie tam, gdzie powinna, żeby po iluśset stronach ostatecznie uznać, że przecież a co tam, „nie” na pewno znaczy „tak” (jasne, można argumentować, że zjadła ją nuda wsi, tyle że to nie tak – jak się spojrzy, jak to jest napisane, wyraźnie widać, że chodzi o pokazanie, że ona już wtedy zadurzyła się w Olbromskim, tyle że „śmiałości nie miała”). Postać Heleny – no, Helena to jest firanka. Rzuca się oczywiście na Rafała (nie do końca wiadomo czemu, bo nie ma podmiotowości, więc nie wiemy i możemy gdybać) na jedno jego skinienie i kończy w kuriozalnie opisanej scenie w górach.

      O, jak cudnie :)! Jeśli na jesieni nadal nie będę miała widoków na doczekanie się na „W polu”, to się przypomnę. Bo na razie twardo się lemię ;).

      Usuń
    6. Co do mizoginii - przypomnę tylko kapitana Wyganowskiego i zwłoki martwej hiszpańskiej zakonnicy, milczenie Rafała na temat Heleny; więzienie vs uchybienie czci ukochanej kobiety czy Cedro i doncella w Saragossie. Przyznasz, że to bardzo specyficzne przykłady niechęci do kobiet :-) ale od czasu kiedy dowiedziałem się, że Conrad w "Jądrze ciemności" był seksistą wszystko jest możliwe :-).
      Nie powiedziałbym, że wszystkie postacie z "Popiołów" są moralnie niejednoznaczne - one po prostu są żywe, nie są wolne od wahań i niepewności, tak jak każdy człowiek.
      Przecież jasne jest, że Rafał chce o tym zapomnieć (tak przecież działa mechanizm wyparcia), widać to w epizodzie ze spaleniem łachmanów w czasie spotkania z Cedrą, który przecież rozgrywa się wiele miesięcy po całej tragedii czasu na jej przeżywanie miał więc dosyć.

      Usuń
    7. No cóż, ja też przeczytałam notkę Szanownego Kolegi na temat "Popiołów" i również mogę napisać, że ocena postaci Olbromskiego mnie rozbraja :) "Męki dojrzewania"? Problem polega na tym, że on w ogóle nie dojrzewa, jako postać wcale się nie rozwija. "Uniwersalny obraz młodego chłopaka"? Tego się właśnie obawiałam, że istnieją chłopcy, nieważne czy piętnasto-, czy pięćdziesięcioletni, którzy z postacią Olbromskiego potrafią się identyfikować. Bo niestety to nie jest krwista, wielowymiarowa postać, moralnie niejednoznaczna, ale przez to ciekawa. To mały, płytki człowieczek, zaplątany w wielką historię. I to oczywiście też mogłoby być interesujące, tylko że mam wrażenie, że ta małość nie była efektem do końca zamierzonym. Ale ja rzecz jasna nie odmawiam nikomu prawa do własnej interpretacji postaci.

      Co do antyfeministycznego wydźwięku powieści - oczywiście on nie był zamierzony. Tak po prostu Żeromskiemu wyszło, być może nie poddał żadnej refleksji faktu, że w jego powieści rolą kobiety jest zasadniczo: a) dać się zdobyć, b) paść ofiarą gwałtu, c) być uratowaną od gwałtu przez szlachetnego młodzieńca. Wariant c) możliwy tylko w przypadku zjawiskowej urody. Cóż, taki był koloryt epoki i najwyraźniej również w naszej epoce wielu czytelników nie widzi w tym nic zastanawiającego (co jest dosyć smutne). Ale czytelniczki już tego nie akceptują. I ten antyfeminizm w "Popiołach" polega nie na demonstrowaniu niechęci wobec kobiet przez bohaterów, ale na tym, że kobieta jest zawsze przedmiotem, nigdy podmiotem. Podane przez Ciebie powyżej przykłady to potwierdzają. A utwór literacki mówi nie tylko to, co autor chciał powiedzieć, czasem mówi też coś zupełnie innego.

      Usuń
    8. @Marlow, no tak, ale ta mizoginia nie polega na tym, że się kobiety świadomie przedstawia źle (w tym przypadku), ale że się nie zauważa, jak się o nich pisze -- tak jak wyżej zauważyła Tarnina. Te przywołany przez Ciebie wątek Cedry i doncelli to jest idealny przykład: Krzysztofowi nie przeszkadza, kiedy koledzy rozrąbują starsze kobiety -- które starają się bronić młodszej i siebie zresztą też, tak jak umieją, a opisywane są jako przerażające, bo stare (!) -- tylko doncellę chce chronić, bo jest piękna (!), a nie z jakiegoś innego powodu. I zaraz po tym, jak dziewczyna ledwo uszła cało z próby gwałtu, zaczyna śnić o romantycznej miłości!

      Zastanawiam się też, czy Rafał się waha i jest moralnie niejednoznaczny: on zawsze zachowuje się tak samo -- czyli tak, żeby wynieść z sytuacji jak największą korzyść (zgadzam się z powyższą interpretacją @Tarniny: to jest mały w sensie moralnym człowiek, którym miota historia -- dobrze to widać w zakończeniu, kiedy Rafał chciałby się oprzeć, ale ponieważ jest sobą, to nie umie tego zrobić). Bo mogę się zgodzić, że Rafał usiłuje zapomnieć o Helenie, natomiast denerwuje mnie, że to jest opisane tak, że on przez to zapomnienie rzuca się po prostu na inne dziewczyny. On nie przepracowuje traumy, on po prostu zapomina, a że zna się już wtedy jego charakter, trudno się oprzeć wrażeniu, że zapomina dla swojej wygody.

      Usuń
  7. Mizoginia to "niechęć, patologiczny wstręt mężczyzny do kobiet" cytuję za SJP (wyd. PWN, 1979) - ja jej przejawów w "Popiołach" nie dostrzegam. Także i w postawie Cedry wobec starych kobiet, które chciały go zamordować - czy jeśli, Cedrę chcieliby zamordować mężczyźni a Krzysztof wspaniałomyślnie nie stanąłbym w ich obronie zarzuciłabyś mu mizoandrię? :-) Chyba nie, dlaczego więc gdy nie staje w obronie kobiet, które chciały go zamordować zarzucać mu od razu mizoginię? Dlaczego uroda ma być czymś co deprecjonuje kobiety i mężczyznę, który jest pod jej wrażeniem?

    Co do Rafała, to właśnie w tym, że nie jest człowiekiem ze spiżu polega jego uroda - czy jest mały w sensie moralnym, no nie wiem, jeśli Twoim zdaniem gdy na wezwanie Gintułta dochowuje przecież przysięgi masońskiej wiedząc, że może za to zapłacić życiem, jest przejawem "małości moralnej", możemy przyjąć, że faktycznie kiepsko z tym u niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to nie chodzi o odwrócenie sytuacji (zresztą zobacz, cała wojna w Hiszpanii jest opisywana jako proceder zbrodniczy -- Cedro to widzi i ulega takiej znieczulicy, Wyganowski to widzi i chce odejść, a jak to się kończy wiadomo; tu nie mam uwag), ale o to, że Cedro staje w obronie doncelli dlatego, że ta mu się podoba, nie z innego ludzkiego odruchu. To żadna deprecjacja: po prostu dziwi mnie, że dość bezrefleksyjnie Żeromski pisze, że bohater ratuje bohaterkę nie dlatego, że nie chce dopuścić do gwałtu, czynu zbrodniczego samego w sobie, tylko dlatego, że ta mu się podoba.

      A z tym wezwaniem Gintułta z kolei: to doskonale pokazuje, jak Rafał jest uwikłany wbrew swojej woli w Historię (a niechże strzelę tę wielką literę, bo w sumie dobrze oddaje mechanizm ;)) -- on na nie reaguje automatycznie, nie umie wytłumaczyć, czemu. To nie jest jego zamiar, wszak chce robić karierę, to nie jest świadoma decyzja, to jest odruch. Także w ogóle bym tego na niwie moralnej nie rozpatrywała ;). Gintułt za to, jak już przy nim jesteśmy -- to dla mnie taka postać, o jakiej piszesz: nie ze spiżu, niejednoznaczny moralnie, niestandardowy w ukierunkowaniu uczuć, a przez to ciekawy.

      Usuń
    2. Ale mówiąc szczerze, czego to że Cedro broni dziewczynę, która mu się podoba ma dowodzić - przecież znowu odwracając sytuację, doncella nie zabija Cedry bo ten także się jej podoba, a starsze panie jak najbardziej są za tym by młodego chłopaka zabić - czyż to nie objaw mizoandrii?
      To już nic nie rozumiem, oprócz tego że Rafał nie przypadł Ci do gustu :-) To dobrze zrobił odpowiadając na wezwania Gintułta czy źle? I o jakim automatyzmie może być mowa, skoro z masonami do dawna nie miał do czynienia i przynależność do nich jakoś nie stała na przeszkodzie ucieczce z Heleną, a o "on zawsze zachowuje się tak samo -- czyli tak, żeby wynieść z sytuacji jak największą korzyść"? Gdzie korzyść z dotrzymania przysięgi w takiej chwili?

      Usuń
    3. Ale widzisz, z tym Cedrą nie tyle chodzi o to, co bohater robi, ale jak został napisany (nie wiem, czy to do końca jasne, o co mi chodzi: czyli że bohater zachowuje się w pewien sposób -- tak jak piszesz, podoba mu się dziewczyna, okej -- ale narrator całą rzecz opisuje jak? No właśnie tak, że Cedrze wszystkie inne dziewczęta są obojętne, gwałci się je, a on się nie sprzeciwia, bo są mu obojętne; jest zmęczony wojną, brzydzi się, ale nie przeciwstawia się -- a w tym wypadku narracja daje nam znać, że staje w obronie, BO dziewczyna jest ładna. Co to ma niby być za kryterium? To, że jest bezbronnym człowiekiem to nie jest wystarczający argument?). I nie, to, że staruszki chcą zabić Cedrę, to nie jest mizoandria. One chcą go zabić w obronie swojej i dziewczyny, a nie dlatego na przykład, że to jakkolwiek rozumiany "wróg" (a wrogowie w tej bezsensownej wojnie hiszpańskiej są szalenie umowni).

      Ano właśnie, tak jak napisałam wyżej: tej reakcji na wezwanie w ogóle nie rozpatrywałabym w kategorii dobra czy zła, na tej płaszczyźnie moralnej, bo to była reakcja automatyczna, więc Rafał nie zważa na korzyść czy niekorzyść -- w tym, co pisałam o jego zachowaniu się miałam na myśli oczywiście te sytuacje, w których mamy do czynienia z jego, chwiejną bo chwiejną, ale wolą :). Zresztą przyjrzyjmy się cytatowi: "Ujrzał w duszy swej moc przysięgi na ten okrzyk i pętlę jej czarodziejstwa uczuł na sobie" -- on tu jasno jest przedstawiony jako ktoś bez wyboru, ktoś, kto mimo woli właśnie musi odpowiedzieć na wezwanie, czy chce, czy nie (bo ta przysięga go pęta w sposób "czarodziejski", nie wiadomo jak działający). Teraz możemy sobie pogdybać, czy gdyby ktoś wiedząc, że Rafał ucieka z żoną wielkiego mistrza zaklął go na przysięgę, czy nasz bohater zareagowałby tak samo ;).

      Usuń
    4. Kobiety nie usiłują zamordować Cedry w obronie własnej, żołnierze nic im nie zrobili - zamknęli w innym pomieszczeniu, podczas gdy gwałcili te atrakcyjniejsze. Cedro nie przyłączył się do gwałtów i uwolnił doncellę, mimo że rozpoznał w niej dziewczynę, która dała znak do ataku na niego i jego towarzyszy.
      Co do jego stosunku do gwałtów, to pomijasz to widać co na ten temat myśli w jego rozmowie z kapitanem Wyganowskim.
      Nie rozumiem dlaczego jedne zachowania Rafała mają podlegać ocenie moralnej a inne nie, automatyzm nie ma z tym nic wspólnego. Jeśli automatycznie (bo tak został wychowany) na widok kobiety w ciąży ktoś ustępuje jej miejsca w autobusie nie zmienia to w niczym tego, że robi dobrze. Podobnie i w tym przypadku.
      Ale przyjmijmy by zakończyć tę dyskusję, że "Popioły" mają wymowę antyfeministyczną a "faceci to świnie" :-)

      Usuń
    5. Ależ nie, nie, nie kończmy, a już na pewno nie taką aforyczną konstrukcją! ;) To znaczy nie sądzę, że się przekonamy nawzajem do czegoś, ale jakże przyjemnie jest się pokłócić o książkę i to taką, której zdawałoby się, urok polemiczny przeminął ;).

      Ale czy to, że kobiety atakują Cedrę, kiedy wchodzi do pokoju, gdzie są, to nie jest obrona własna? Czego mają się spodziewać po jego pojawieniu się? To znaczy rozumiem Twój argument, ale wydaje mi się równocześnie, że to nie tyle zasadzka, ile właśnie taki atak uprzedzający czyjś atak (czyli może "obrona własna" nie była najlepszym sformułowaniem). No, ale to zasadniczo nie zmienia mojego zdania w kwestii tego, co też robi Krzysztof, czy raczej tego, jak to zostaje napisane.

      Hm, tak się zastanawiam, czemu inne nie miałyby podlegać -- ależ mogą. Z tym, że może powinniśmy jasno rozróżnić kwestię: nie lubię Rafała jako postaci, wydaje mi się wyjątkowo paskudnym typem. Ale to jest jedna sprawa. Druga, że uważam, że opisany jest wyjątkowo szkodliwie, bo bez refleksji odautorskiej nad tym, jakiego to bohatera pisarz stworzył. I to na tym drugim aspekcie się tutaj skupiam. I wydaje mi się, że jest różnica między postępowaniem z automatu przez wychowanie (ten przykład ustępowania miejsca) a przez "czarodziejską pętlę" (no, trochę deus ex machina jednak, nie uważasz?) to dwa różne przykłady. Można powiedzieć, że na tym podstawowym poziomie działanie Rafała ma jakąś wymowę moralną ("pomoc dobroczyńcy"), ale na kolejnym poziomie już wydaje mi się zastanawiające (bo on o tym nie myśli, zostaje zmuszony do działania przez "moc przysięgi").

      Usuń
    6. Te kobiety, żołnierzy nie interesowały - dlatego oddzielili je, od tych które zostały zgwałcone - tak, że to się nie broni. To one były napastnikami - a przecież, gdyby trzymać się "feministycznej" wykładni "Popiołów" powinny biernie czekać na swój los - tymczasem Żeromski czyni je wojowniczkami o wolność.

      Co do tego czy książka Ci się podoba i czy podobają Ci się jej bohaterowie - nie odnoszę się, to są subiektywne oceny i rzecz gustu. To jest poza sporem i nie usiłuję Cię przekonać, że Rafał i Krzysztof powinni budzić Twoją sympatię :-).

      To co mnie zaskoczyło to przypisanie "Popiołom" antyfeministycznej wymowy i mizoginii. Zrozumiałbym, że są nudne i manieryczne ale to?! Dla mnie interpretacja feministyczna to tylko jedno z wielu narzędzi interpretacji, czasami przydatne, czasami nie, W przypadku "Popiołów" przydatne "tak sobie" bo niczego nie objaśnia.

      Usuń
    7. A widzisz, tu się nie zgodzę. Ale nie będę gołosłowna, podeprę się cytatem. Bo nie mniej ważne od tego co zostało napisane jest to, jak to zostało opisane. No to pochylmy się nad tą sceną:

      "Za nim razem zwaliła się na ziemię i przydusiła go kupa starych i podstarzałych bab, wyrzucona za drzwi. Zdradziecko go napadły. [...] Tymczasem wszystkie te wyschłe łapy, kościste, poskrzywiane knykcie wbijały się weń jak gwoździe, jak haki stalowe, szarpały go jak obcęgi.
      "Nic to innego, tylko odwet za tamte damy... -- myślał sobie ociężale, trzęsąc się ze śmiechu. -- Ależ, matrony... Nie jestem w stanie..."
      [...] Baby-truposze szepcą, jedna przez drugą, szepcą, szepcą... Jeden wyraz jakiś syczy, świszcze, rzegocze w ich spróchniałych zębach."

      Tutaj się zatrzymam, bo mniej więcej mam, o co mi chodziło. Otóż zobacz: można by tę scenę odbierać jako taki comic relief (i na początku sama ją tak odebrałam). Oto mamy okropności wojny, aż tu nagle na bohatera napadają owe "stare i podstarzałe baby", zwalają się na niego kupą, bo nie wiedzą, jak by go inaczej obezwładnić, Cedro sam nie do końca zdaje sobie sprawę, że jest w niebezpieczeństwie, rzuca w myślach uwagę o zabarwieniu seksualnym (żarcik niby, że on jeden, a tu tyle pań, ho, ho). Żeromski zagra tak raz jeszcze w scenie ze szpitalem psychiatrycznym, gdzie też zaczyna się tak, że nie wiadomo, czy chodzi o żart, czy o grozę. I tu tak samo. Ale zobacz, jak to jest napisane: kobiety, które biorą Cedrę -- słusznie zresztą -- za okupanta i chcą go załatwić, zanim zrobi im i doncelli coś złego, są opisane tak, że nie ma mowy o "aktywnych kobietach" (w przeciwieństwie do tego, co określiłeś jako "bierne czekanie na los"), jest tylko stado śmiesznych, upiornych staruch ("wyschłe łapy", "spróchniałe zęby", "baby-truposze" i tak dalej). Ta "kobieca aktywność" opisana jest jako dowcip. Cedro zaś, wiedząc, co dzieje się w pokojach za nim i co zaraz będzie działo się tutaj (wszak idą żołnierze), zdobywa się na podśmiechujkę, może i ze stresu, taką a nie inną -- i w świetle tego, co się dzieje dalej, robi się zupełnie przerażająco: on wie, co będzie, ale myśli coś w rodzaju "no, no, nie pchajcie się, dla każdej starczy".

      I teraz pytanie: czy aby na pewno nic nie objaśniają? Bo mnie się zdaje, że całkiem sporo. Przede wszystkim pokazują pewne widzenie świata, jakie miał autor :).

      Usuń
    8. Mówiąc szczerze, to tego rodzaju interpretacja pokazuje przede wszystkim Twoje widzenie świata a nie Żeromskiego :-) Nie mówimy o tym co Żeromski miał na myśli bo tego żadne z nas nie wie a o tym co się nam wydaje, że mógł mieć na myśli. Dostrzegam w tej scenie raczej groteskę przeradzającą się w dramat. Młody, silny żołnierz i staruchy (nawiasem mówiąc, nomen omen, pamiętasz "Krzesiwo" Andersena?), czego miałoby dowodzić to początkowe lekceważenie z podtekstem seksualnym - przecież szybko Żeromski karze za to Cedrę zaglądającą mu w oczy śmiercią, z której ratują go koledzy (o zgrozo, też mężczyźni). Więc trzymając się interpretacji feministycznej można powiedzieć - mężczyzno, zażartowałeś z kobiet i zlekceważyłeś je, uważaj bo igrasz z życiem, tym razem jeszcze ci się udało ale następnym niekoniecznie.
      Co do sceny w szpitalu psychiatrycznym - ja jej zupełnie nie odebrałem w kategoriach żartu, nawet mi przez myśl nie przyszło, że ktoś może ją tak odebrać ale to już kwestia indywidualnej wrażliwości, a tego nie podejmuję się roztrząsać.

      Usuń
    9. Ależ oczywiście, że w interpretacji zawsze widać interpretatora, to działa w dwie strony :). W przypadku każdej interpretacji! Przy czym nadal obstaję przy twierdzeniu, że sposób opisu czy role, w które Żeromski wyposaża bohaterki (i bohaterów -- bo to też działa w dwie strony) pokazują sposób widzenia świata przez autora.

      Bardzo podoba mi się trop z krzesiwem. Natomiast nie zgodzę się z tym, że Żeromski każe Cedrę tym, co się dzieje dalej (może poza poczuciem jakiejś dumy, ale to gdybanie), bo kobiety ostatecznie już przeradzają się w jakąś masę, którą żołnierze rozrąbują. W całej tej scenie niesamowicie filmowe i jakoś poruszające jest to obezwładniające wyznanie miłości w obliczu sztyletu -- nieco manieryczne, ale interesująco skontrastowane, eros, thanatos, te sprawy :).

      No i interpretacja feministyczna nie polega wyłącznie na wyłapywaniu jakkolwiek "niewłaściwego" opisywania kobiet -- ale też na tym, żeby zobaczyć, jakie role autor każe odgrywać bohaterom i bohaterkom, jak pokazuje sytuację w świecie przedstawionym, tego typu rzeczy.

      Co do sceny w szpitalu jeszcze doprecyzuję -- chodziło mi o to, że ona zaczyna się właśnie w taki sposób, że nie wiadomo jeszcze, co i jak, co to za miejsce, żołnierze są z lekka zdezorientowani, ale w momencie, w którym uderza zrozumienie cały ten chaos przeraża się w grozę (swoją drogą to jedna z lepszych wojennych scen "Popiołów" według mnie, właśnie przez to, że podwójnie nieoczywista: we wprowadzeniu i w poprowadzeniu).

      Usuń
  8. Touche! Poddaję się! :-) Od początku miałem świadomość, że stoję na z góry przegranej pozycji bo jak wiadomo (zakończę, seksistowsko, a jakże) "kobiety nie da się przekonać, czasami tylko można ją namówić" :-) Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również pozdrawiam i ciekawa jestem, czy w przypadku jakiegoś klasyka będziemy mieć bardziej zbliżone zdania :).

      Usuń