Tłumaczenia i oryginały albo scholastyka w działaniu


Obiecywałam tę notkę dwa dni, chociaż zwykle staram się realizować zapowiedź poczynioną dnia poprzedniego, no ale czasami, jak wczoraj, dobrze jest przedyskutować z Wami tematy bardziej bieżące i samej uporządkować myśli – do czego w przeważającej mierze służy mi pisanie. Ale dzisiaj już wracam do dobrego zwyczaju i będzie o owym szczególnym rodzaju czytania: czyli czytaniu w oryginale.
 
Pomyślałam, że trochę będzie – że tak to ujmę – scholastycznie. To znaczy może dzisiaj dla odmiany zbieranie myśli starym dobrym średniowiecznym sposobem, to znaczy w pytaniach stawiających jakiś problem i w odpowiedziach, gdzie się ten problem próbuje rozwiązać. A zatem: jak to jest z tym czytaniem w oryginale i jakie ono może stwarzać problemy? Rozsiądźmy się na naszych katedrach, owińmy opończami i zastanówmy się.

Po co czytać w oryginale? 
Ostatnio o tej kwestii pisała też Procella, ale pomyślałam, że można zająć się nią jeszcze od innej strony. To znaczy: czy czytamy w oryginale zawsze mając na uwadze wady i zalety takiego sposobu lektury, czy może jednak coś innego? A jeśli tak, to co? Czytanie w oryginale może dowodzić kilku rzeczy i różnie może być postrzegane. Na takim najprostszym, oczywistym poziomie takie czytanie udowadnia oczywiście, że znamy jakiś język – albo przynajmniej władamy nim na tyle, żeby orientować się w fabule (i mówi to osoba, która swego czasu zawzięła się, że przeczyta „W matni” Zoli w oryginale i czytałam sobie raźno, od czasu do czasu nawet orientując się, kto kogo i dlaczego oraz co bohaterów łączy, a czasami jednak nie bardzo). Natomiast co jeszcze? Odbiór takiego czytania w oryginale jest różny: począwszy od tego, że można je uznać za „jedyny właściwy sposób” czytania a skończywszy na tym, że uznamy je za niepotrzebny snobizm. Przy czym mam wrażenie, że to postrzeganie zależy od epoki i od środowiska.


 Jak scholastyka, to może niech nam się dzisiaj przypatrują
zadumani i zapracowani scholastycy wszelakiej maści. Tutaj
akurat Tomasz z Akwinu. Źródło.
 

Czy istnieje zatem społeczny przymus spod znaku „ja czytam w oryginale”?
To jest bardzo ciekawa kwestia. I nie mówię tutaj o czymś takim jak polecanie innej osobie, o której wiemy, że włada danym językiem, jakiejś książki w oryginale, żeby mogła docenić coś, co my w tej lekturze dostrzegliśmy. Idzie mi raczej o sytuacje, w których inna osoba zaznacza, że tak naprawdę to dana książka ma sens tylko czytana w języku, w którym została napisana. Co przy okazji książek pisanych w językach dość rzadkich sprawia pewien problem. Co jednak z tymi, którzy w oryginale czytać nie chcą – przecież mają do tego pełne i zrozumiałe ze wszech miar prawo. Czy naprawdę aż tak dużo tracą?

Jakie są w takim razie wady i zalety takiej lektury?
Od razu przychodzi mi na myśl to, że kiedy jestem zmęczona, dużo gorzej czytam w obcym języku. To chyba dość naturalna reakcja organizmu i w tym przypadku niewielki udział ma w tym to, czy znam dany język dobrze czy tak sobie. Na pewno przy czytaniu nie po polsku idzie mi wolniej, chociaż bywa, że kiedy książka jest szalenie wciągająca, język przestaje mieć znaczenie. No właśnie: w takim przypadku język staje się przezroczysty (przy czym nie zawsze świadczy to o jakości lektury), pozostaje zatem pytanie, na ile sens ma czytanie w oryginale, a na ile w przekładzie. Przy czym z góry wykluczam to sytuacje, kiedy przekładu po prostu nie ma, bo wtedy sprawa jest przesądzona. Po polsku czytam na pewno szybko, ale szybkie czytanie to zasadniczo niewielka zaleta, bo nie o ilość, a o przyjemność w końcu chodzi. Często pojawia się argument, że w oryginale ocenia się język autora, a nie tłumacza, tyle że to jest chyba kwestia bardziej złożona: zwłaszcza tam, gdzie dany autor ma całą szkołę tłumaczy (na przykład taki Hrabal). No i nie łudźmy się, jakieś spektakularne potknięcia translatorskie w powieściach przecież nie zdarzają się aż tak często, żeby ze wstrętem rezygnować z przekładów w ogóle. 
 
 
 A tutaj jak widać bardzo zajęty, więc się nam nie przypatruje, Jan
Duns Szkot. Źródło.
 

No to kiedy da się dla przyjemności czytać w oryginale?
Ano właśnie. Wydaje mi się, że kluczem jest tutaj właśnie ta kategoria: jeśli czytanie w oryginale nie sprawia nam przyjemności, nie ma sensu się trudzić. To znaczy wysiłek zawsze warto podjąć, jeśli mamy ochotę – ale nie pod presją społeczną, czy w imię różnie rozumianej mody (albo z konieczności – ale to inna sprawa, jak mus, to mus). Odpowiedź zatem – dość masłomaślanie – brzmi, że dla przyjemności w oryginale da się czytać wtedy, kiedy sprawia nam to przyjemność.

A kiedy jednak to czytanie w oryginale wcale nie daje takich korzyści, jak zakładaliśmy?
Właśnie, właśnie. A co z sentymentem? Czasami daną książkę znamy bardzo dobrze po polsku i wtedy ona się nam kojarzy bardziej z tłumaczeniem niż z oryginałem (cała sprawa ma oczywiście i odwrotne oblicze). To jedna sprawa. Wtedy może być tak, że oryginał wcale nas tak nie oczaruje. Bywa również, że tłumacz wykonał mrówczą pracę i stworzył coś kongenialnego, ba, lepszego nawet (bluźnierstwo!) niż oryginał. Stąd raz jeszcze: potępianie tłumaczeń w czambuł jest nierozsądne (jak większość skrajności, mam wrażenie). No i jeszcze nawiązując do pytania powyżej: kiedy czytanie w oryginale nie sprawia nam przyjemności, zamiast korzyści będziemy mieć w pakiecie złość, rozczarowanie, zmęczenie i zniechęcenie do książki albo i – kto wie – do autora.
 
 
 I może jeszcze bardzo niebezpieczny filozof, bo z brzytwą, czyli
William Ockham. Źródło.
 

A co, spytam przewrotnie, z „naszym” oryginałem?
To jeszcze jedna kwestia, która wydaje mi się warta do rozważania. W końcu to, co dla nas jest oryginałem – czyli w większości teksty pisane po polsku – gdzie indziej jest tłumaczeniem. Czy w związku z tym nie jest trochę tak, że ta relacja oryginału i tłumaczenia nie jest troszkę przewrotna? I co z dziełami, które mają jednak zupełnie inny oryginał, niż zakładamy? Albo nie wiadomo, jak wyglądał oryginał? To chyba te kwestie, nad którymi warto się pochylić nawet jeszcze bardziej. Ale to może w którymś z kolejnych wpisów.

A Wy co myślicie o tym prymacie „czytania w oryginale”? Sądzicie, że w ogóle istnieje?

_________________

O typach jutro będzie. Czasami nawet spod ciemnej gwiazdy.

Weź dokładkę!

37 komentarze

  1. No i nie łudźmy się, jakieś spektakularne potknięcia translatorskie w powieściach przecież nie zdarzają się aż tak często, żeby ze wstrętem rezygnować z przekładów w ogóle.

    Pyza nie siedzi w środowisku fanów fantastyki. Tam za takie bluźnierstwo zsyłają do Mordoru :P
    Wiadomo bowiem, że trófan czyta tylko w oryginale. Każdy przecinek, każda niezręczność zostanie wyłapana, a tłumacz zostanie złożony na ołtarzu św. cholewy i Błogosławionej Skibniewkiej.
    Dotyczy tylko dzieł anglojęzycznych. Czytanie ruskiej fantastyki w oryginale to pomysł garstki oszołomów.

    Nabijam się, ale fandom fantastyki z czytania w oryginale zrobił sobie fetysz. Po części rozumiem- w latach '90 tłumaczy brano z łapanki, a dłuższe cykle mają u nas spory poślizg. Ale uwielbienie dla oryginału rozrosło się do rozmiarów purchawy.

    Natomiast zupełnie rozbraja mnie fandom mangi i anime, gdzie brak znajomości języka oryginału nie przeszkadza się czepiać urojonych grzechów przekładu. Wszak wystarczy porównanie z wersją amerykańską. Problem zaczyna się kiedy jakiś komiks wychodzi wcześniej u nas- pozostaje tradycyjne pyskowanie o tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie, nie pomyślałam, żeby o tym fenomenie fetyszu oryginału w fandomie fantastycznym napisać, a to szczerze mówiąc bardzo ciekawy temat (doskonałe jest to sformułowanie o ołtarzu!). Przy czym sama właśnie najdziwniejsze przekładańcowe egzemplarze czytałam właśnie jeśli chodzi o fantastykę (jakieś pierwsze wydanie "Nocnego patrolu", gdzie wszyscy szli w metro i w ogóle było to raczej spolszczenie niż przekład). Co do reszty się zgodzę, w sumie narzekanie na tytuły to już taki standard - czasami z sensem narzekamy, czasami nie. A co do tłumaczeń mangi, to jednak się poprawiło od czasów pierwszych tomów Sailorek ;).

      Usuń
  2. Miło jest czytać książki w oryginale. Czasem po przeczytaniu, nie chce się wracać do tłumaczenia bo tłumaczenie zupełnie jakoś nie pasuje. Zdarzyło mi się tak :)
    Zostaje jeszcze jedna, według mnie bardzo ważna kwestia. Nie należy przesadzać z językiem angielskim. Bo jak obcy język cały czas siedzi w głowie to możne dojść do tego, że będą problemy z porozumiewaniem się w języku ojczystym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, to fakt, moja rodzina w ogóle twierdzi, że odkąd nauczyłam się czeskiego, to mój polski znacznie się pogorszył ;). Więc jak widać nie tylko angielski nam wrogiem, języki braci Słowian też ;). Ale to w sumie prawda, że przepinanie się między językami jest skomplikowane - chyba dla osób dwujęzycznych nawet też.

      Usuń
    2. Moje dwujezyczne siostrzenice sa przesmieszne w tym wzgledzie, bo radosnie mieszaja. Potrafia na przyklad - mowiac o swoich rodzicach - czesc o tacie powiedziec po niemiecku a czesc o mamie po polsku. "Papa sagt Schaukel, a mama mowi hustawka" - i wszystko jasne :) I widac wlasnie jak musza godzic rzeczy zupelnie sprzeczne w opisie rzeczywistosci. Najstarsza z nich, najbardziej swiadoma jezykowo dlugo nie mogla sie przekonac do idei zdania bezpodmiotowego. No bo jak to - mowic po prostu "Pada". To nie uchodzi. Dlugo mowila "To pada". Musiala sie przelamac :) Polski jest bardzo rozwichrzony skladniowo, podchodzi do tego znacznie bardziej beztrosko niz niemiecki...

      Usuń
  3. Rzecz w tym, że czytając w oryginale dokonujemy kolejnego tłumaczenia, chyba że ktoś "myśli w drugim języku". Jeśli nie, to wcale nie jesteśmy bliżsi poznania oryginału bo trafiamy dokładnie na te same trudności, na które natrafiał tłumacz. Owszem lektura może dostarczyć nam osobistej satysfakcji ale czy z tekstu wyniesiemy więcej niż czytając angielską literaturę w przekładzie Barańczaka czy Skibniewskiej to już rzecz dyskusyjna :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie czytanie w języku obcym jest doskonałym sposobem, żeby się nauczyć myślenia w tym języku, a to przydatna umiejętność.

      Usuń
    2. Naprawdę sądzisz, że ktoś kto uczy się na przykład chińskiego, nigdy nie był w Chinach, nie poznał Chińczyków, ich kultury i obyczajów, potrafi oddać klimat "Kwiatów śliwy w złotym wazonie"?
      Czytając dzieło w oryginale, generalnie, jesteśmy skazani na tłumaczenie (chyba, że ktoś jest "multikulturowy", tzn. wychowywał się w różnych równouprawnionych kulturach i są one dla niego, że tak powiem, przyrodzone) niezależnie od tego jak biegle znamy język. Czytając powieść Nigeryjczyka nie myślimy jak Nigeryjczyk, a czytając książkę Japończyka nie myślimy jak Japończyk. Wywodzimy się z innego kręgu kulturowego. To co napisali musimy przetłumaczyć na swój język, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To że chcemy poznać innych, jesteśmy na nich otwarci wcale nie oznacza że będziemy myśleć jak oni.

      Usuń
    3. Ale nie wszystkie kręgi kulturowe są aż tak odległe, prawda?

      Po drugie - czy wszyscy tłumacze są multikulturowi w tym znaczeniu, jakie podajesz?

      Po trzecie - akurat w tej wypowiedzi chodziło mi głównie o czysto techniczną umiejętność sprawnego używania języka obcego.

      Usuń
    4. 1. Odległość tylko lepiej obrazuje problem, jego istota pozostaje zawsze ta sama niezależnie od odległości.
      2. Oczywiście, że nie i dlatego mamy do czynienia z lepszymi i gorszymi przekładami. Mój ulubiony przykład to tłumaczenia "Jądra ciemności" pisałem kiedyś o tym, tak że nie będę u Ciebie odgrzebywał "starych kotletów" :-)
      3. Rozumiem, ale chyba nawet ona nie uwalnia od dylematów związanych z niuansami znaczeniowymi czytanego tekstu, chyba że mówimy o tekstach czytanych dla wprawy, a pisanych z założeniem, że adresowane są do czytelnika, który nie oczekuje, broń Boże, "treści intelektualnie nośnych".

      Usuń
    5. @Marlow, nie myślałam o tym w ten sposób, a to bardzo ciekawe. Ale jednak, tak sobie myślę, ten tekst w drugim języku odbieram jakoś inaczej (chociaż może to moje osobiste trudności z dobieraniem dobrych ekwiwalentów tłumaczeniowych). Ale -- że zajdę od drugiej strony -- faktycznie jest trochę tak, że po jakimś czasie można wcale nie być pewnym tego, że się coś czytało w języku innym niż polski.

      @Marlow i @Procella, ale jest też trochę tak, że te niuanse znaczeń są obecne i w tekstach polskich, z którymi mamy do czynienia. Także powiedziałabym, że to w ogóle szerszy problem. Natomiast co do realiów i sposób myślenia: tak sobie dumam, że jednak jakiś wgląd w owe literatura z innego kręgu kulturowego nam daje. Może nie, że od razu zaczynamy myśleć jak ktoś inny (trudna sprawa, a właściwie niemożliwa), ale ta otwartość (czy też wiedza jako taka) się nam poszerza.

      Usuń
    6. Ach, no i jeszcze @Marlow, odgrzej koniecznie, bo jakoś mi się ta notka nie chce znaleźć.

      Usuń
    7. Mówisz - masz :-) http://www.galeriakongo.blogspot.com/2012/08/jadro-ciemnosci-joseph-conrad-notatki.html
      W tekście jest zestawienie jednego z zdania z oryginału "Jądra ciemności" wyszukanego na "chybił-trafił" i jego polskie tłumaczenia. Dla leniwych wyciągnąłem to co jest przedmiotem dyskusji bo jest tam jeszcze kilka innych wątków. Pytanie - co tak naprawdę czytamy?

      "I saw on that ivory face the expression of somber pride, of ruthless power, of craven terror - of an intense and hopeless despair". J. Conrad, Harper Press, 2010, p. 90.
      "Dostrzegłem kolejno na tym obliczu z kości słoniowej wyraz ponurej pychy, bezlitosnej siły, przeraźliwego strachu, głębokiej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. A. Zagórskiej w oprac. Z. Najdera, Ossolineum, 1972, s. 157-158.
      "Widziałem na tej twarzy z kości słoniowej wyraz ponurej pychy, bezlitosnej siły, przelękłej zgrozy - gwałtownej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. B. Koc, LSW, 2008, s. 136.
      "Na tej twarzy o barwie kości słoniowej ujrzałem wyraz ponurej dumy, bezwzględnej siły, przeraźliwego strachu - intesywnej i pozbawionej nadziei rozpaczy" - tłum. P. Jabłońskiej, Greg, 2010, s. 62.
      "Na tym obliczu z kości słoniowej ujrzałem wyraz posępnej pychy, bezwzględnej wszechmocy, tchórzliwego strachu - wszechogarniącej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. J. Polaka, Vesper, 2009, s. 107.
      "Na wyrzeźbionym w kości słoniowej obliczu malowała się kolejno ponura duma, bezwzględna potęga oraz nieprzytomny strach wynikający z głębokiej i beznadziejnej rozpaczy" - tłum. I. Sochy, Zielona Sowa, 2009, s. 73.
      "Na twarzy koloru kości słoniowej zobaczyłem wyraz ponurej dumy, bezwzględnej siły, tchórzliwego przerażenia - wzmożonej, beznadziejnej rozpaczy" - tłum. M. Heydel, Znak, 2011, s. 91.

      Usuń
    8. @ Marlow Nie, nie, zdecydowanie nie. Mowisz tu o innej zupelnie rzeczy, a przyklad jest dobrany szalenie tendencyjnie. Ty mowisz o tlumaczeniu, a my o czytaniu w oryginale. Wbrew pozorom tlumaczenie nie jest tu niezbedne i nie ma miejsca. Nie mowimy o oddawaniu kontekstu tylko o jego odbieraniu i rozumieniu. Poza tym wybrales jezyk super egzotyczny i powiesc szesnastowieczna w tym jezyku. Troche to dziwne gdy post jest ewidentnie o czytaniu dla przyjemnosci, Aby czerpac PRZYJEMNOSC z szesnastowiecznej literatury chinskiej rzeczywiscie potrzebna jest glebsza znajomosc jezyka, historii i kontekstu kulturowego - choc nadal nie oznacza to automatycznie, ze tlumaczysz czytajac. Przeciwnie. Czytajac taka ksiazke DLA PRZYJEMNOSCI nie bedziesz sie zastanawial jak to oddac w swoim jezyku bo nie po to czytasz. Jesli ksiazka nie jest za trudna odbior dzieje sie automatycznie i bez przekladu. Czesto uzywam do tego przykladu wewnetrznego lektora. Kiedy uczysz sie czytac w jezyku ojczystym na poczatku przedzierasz sie literka po literce, czesto poruszajac przy tym ustami aby przyswoic. I wydaje ci sie to czytanie takie POWOLNE. A potem nagle zdajesz sobie sprawe, ze przekroczyles pewna szybkosc i juz ustami nie poruszasz. Tak samo mozna zamknac wewnetrznego tlumacza. Naprawde, wewnetrzny tlumacz dziala w fazie podrecznika dla poczatkujacych i wtedy rzeczywiscie tlumaczysz sobie kazde slowo. Ale potem juz nie, i dzieje sie to szybciej niz Polacy na ogol zakladaja. I owszem czytanie w oryginale odbywa sie poniekad z perspektywy outsidera. Ale - choc rzadko o tym myslimy - czytanie przekladu tez nas stawia w pozycji outsidera i dodaje jeszcze posrednika, co zmienia twoje doswiadczenie. A czytanie oryginalu pozwala na pelniejsze zanurzenie i lepsze zrozumienie, zadomowienie sie niejako w kontekscie. Gleboka znajomosc jezyka pozwala na pelne zanurzenie w kontekscie. Gdyby w tym celu niezbedny byl pobyt w danym kraju albo bycie osoba z rodziny mieszanej czy wielokulturowej, gdyby warunkiem bylo bezposrednie zetkniecie z danym kontekstem - studiowanie starozytnej greki czy laciny zupelnie nie mialoby sensu.

      Usuń
    9. @Hannah - nie tylko studiowanie języków starożytnych nie miałoby sensu, ale w ogóle czytanie literatury starszej niż kilkanaście/dziesiąt lat, a dla większości ludzi - czytanie dowolnej literatury zagranicznej.

      I zgadzam się z Tobą, że tłumaczenie wcale nie rozwiązuje tu problemu. Konieczność poznania tła i kontekstu, niezbędna czasem do pełnego zrozumienia danego dzieła, występuje niezależnie od tego, czy jest przetłumaczone czy nie - chyba że tłumacz dopisał coś od siebie czy dodał przypisy, ale to już trochę inna sprawa.

      Usuń
    10. Hannah, szalenie tendencyjnie?! Przykład, tak jak pisałem wcześniej, tylko bardziej dobitnie pokazuje problem. Równie dobrze możemy mówić o Homerze, Wergiliuszu, Dantem, Cervantesie czy Szekspirze. Dla niektórych ich lektura to przyjemność choć pewnie nie w oryginale a w przekładach, choć takich osób w blogosferze książkowej jest zdecydowana mniejszość. Chyba, że mówimy o czytaniu w oryginale dzieł EL James, S. Meyer i co tam jeszcze akurat jest lansowane.
      Ale nie wykluczam, że masz rację jeśli chodzi o relację rozumienia i przekładu, choć wydaje mi się, że ucząc się języka obcego opieramy się na przekładzie i proces też leży u podstaw lektury obcego tekstu bo przecież nie wiemy "sami z siebie" co znaczy yellow, gelb, amarillo, jaune. To dzięki tłumaczeniu, z którego korzystaliśmy w trakcie nauki języka dowiedzieliśmy się, że to żółte.

      Usuń
    11. Nie, nie wiemy co znaczy yellow, gelb amarillo czy jaune, ale kiedy juz wiemy, to nie tlumaczymy za kazdym razem o tym wlasnie mowie ;)

      Usuń
    12. To o czym mówisz, to jest kwestia biegłości rozumienia obcego języka, rzecz, że tak powiem techniczna, która nie ma wpływu na istotę naszej dyskusji.

      Usuń
    13. Alez wlasnie ma, bo o tym jest. Ten watek w dyskusji zaczal sie od twojego stwierdzenia, ze czytajac zawsze dokonujemy przekladu. Tak nie jest. Zawsze dokonujemy jedynie interpretacji natomiast nie tlumaczymy (jesli jestesmy juz w stanie czytac ksiazke inna niz podrecznik dla poczatkujacych) i nie mamy dylematow, na jakie natrafia tlumacz, bo naszym zadaniem jest zrozumienie a nie przeklad. To nie sa rzeczy tozsame. Na poziomie technicznym bardzo szybko wylaczamy wewnetrznego tlumacza i caly czas mowilam wlasnie o tym. Wlasnie dlatego stwierdzalam ze mowisz o dwoch roznych rzeczach. To ze nasze zrozumienie kontekstu czy historii rozni sie od rozumienia native speakerow to jest zupelnie insza inszosc. Perspektywa outsidera jest wpisana w czytanie w oryginale ale wlasnie czytanie w oryginale pozwala (choc poczatkowo w ograniczonym zakresie) wylaczyc automatyczne tlumaczenie na wlasny kontekst kulturowy. Zaczynamy wrecz protestowac, kiedy ktos probuje, bo wiemy jak bardzo jest to powierzchowne. Czytanie w oryginale sprawia (przynajmniej u mnie i u osob z ktorymi o tym rozmawialam) ze zaczynamy akceptowac odmiennosc kulturowa na glebszym poziomie bo znajomosc jezyka pozwala wejsc glebiej. Niekoniecznie myslimy tak jak oni - ale przeciez wcale nie chodzi o to, zeby myslec tak jak oni, tylko zeby sie spotkac raczej blizej niz dalej. Latwiej nam zrozumiec ich myslenie na glebszym poziomie i porozumiec sie ciekawiej jesli mozna to tak ujac. A perspektywa outsidera pozostaje ale jest bardzo ciekawa i ubogacajaca dla obu stron. I nie, nie oznacza przekladu.

      Usuń
    14. @Hannah i @Marlow, już teraz rozumiem, moje wątpliwości się nieco rozwiały. Ale cała dyskusja (fascynująca, swoją drogą, jak miło pisać takie teksty, pod którymi inni mogą porozmawiać!) wynika chyba także z szerokiego rozumienia słowa "tłumaczyć sobie" -- raz jako "przekładać", raz jako "objaśniać", a raz jako "usiłować zrozumieć" i stąd cały ambaras. Niemniej bardzo jestem Wam wdzięczna za tę rozmowę, bo ona rzuca ciekawe światło na ten problem pewnej płynności w odbiorze samego tekstu i myśli w nim zawartej. No i dotyka nieśmiertelnego problemu kompetencji: czy wystarczą językowe, czy jednak kulturowe są niezbędne dla lepszego zrozumienia tekstu (i czy nabywa się je celowo czy jednak mimochodem -- a jeśli celowo, to czy są kulturowe wyuczalne tak jak kompetencje językowe).

      Natomiast zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz i z tym bym polemizowała: na ile faktycznie nauczenie się języka poszerza pole odbioru w kulturach dość podobnych. Bo jasne, tak jak chcieli Sapir i Whorf, do zrozumienia kultury w pełni potrzebne jest rozpoznanie językowe (bo jednak są systemy językowe tak totalnie inne od naszego, że opisywanej w nich rzeczywistości nie da się zupełnie rozpoznać bez znajomości języka), ale siła literatury leży też w tym, że poszerza tę wrażliwość na inne kultury w ogóle. Także tu bym nie odbierała tego czytającym w tłumaczeniu w żadnym razie.

      Usuń
  4. Och, ilez mysli przychodzi do glowy filologowi nad takim wpisem.
    Najpierw uwaga ogolna - chyba tylko w Polsce natknelam sie na postawe pod haslem ze czytanie w oryginale to snobizm jakis. Naprawde. (Byla na przyklad burza na Biblionetce, kiedy u Musierowicz dwie bohaterki - obie z wyksztalceniem i kariera akademicka czytaly sobie kryminalki niedostepne po polsku w angielskim oryginale. Ach no snobizm straszny i co nie tylko). Bo to jest druga rzecz - ze w Polsce czesto postrzega sie znajomosc jezykow obcych jako jakies wyzsze wtajemniczenie, rezultat mistycznych Zdolnosci Jezykowych (dostepnych wylacznie dla wybranych) a wiec poniekad jako rodzaj elitaryzmu a nie narzedzie dostepne potencjalnie dla wiekszosci populacji. Bardzo mnie zlosci taka postawa. I czytanie w oryginale moze tu pomoc. Trzeba po prostu sprobowac.

    Mieszkam za granica i czytam teraz glownie po angielsku. Juz nie potrafie czytac polskich tlumaczen angielskich ksiazek (wyjatkiem jest Terry Pratchett ;). Nie mowie tego z wyzszoscia, przeciwnie, bardzo mnie to zlosci czasami, bo po angielsku czytam wolniej a przede wszystkim - zapamietuje trudniej. Ale juz nie potrafie nie widziec, jak angielski przeswituje. I nie chodzi o kalki czy bledy, po prostu widze, ze to nie ze zrodla jest. Po tylu latach dostrzegam, ze najbardziej na przekladzie traca pisarze nieuchwytni. I traca ci, ktorzy uzywaja bardzo subtelnych pociagniec piora. Przykladem moze byc Alice Munro, tez sie na nia powolywalam na Biblionetce. Tytul jej ostatniego zbioru opowiadan to Dear Life. Doslownie znaczy po prostu Drogie zycie. I jest tu dwuznacznosc w sensie ze jest to troche jak naglowek listu a z drugiej strony - ze za zycie sie placi. Drogo. Ale po angielsku Dear Life kojarzy sie tez automatycznie ze zwrotem for dear life, co znaczy desperacko, zachlannie, za wszelka cene, jakby twoje zycie od tego zalezalo. I tego zderzenia konwencjonalny naglowek/desperacki nurt pod spodem w jak najbardziej potocznym zwrocie - w tlumaczeniu nie ma. I mnostwo takich smaczkow przepada, a to wlasnie te smaczki decyduja ze Munro jest pisarka wyjatkowa i takze za nie dostala Nobla. Najgorsze sa przeklady nie tyle ewidentnie zle, pelne bledow itp, bo w tym sie czlowiek szybko orientuje (widac, ze cos jest nie tak). Najgorsze sa przeklady nijakie. Poprawne, ale bez serca. Bledow sie w nich nie znajdzie ale i powodow do zachwytu niewiele.
    Oczywiscie kluczem jest tu przyjemnosc. Czytanie w oryginale nie moze sie kojarzyc z orka na ugorze, jesli sie kojarzy to znaczy po prostu, ze ksiazka jest za trudna na tym etapie i musi poczekac na swoj czas (w tzw. miedzyczasie mozna przeciez przeczytac przeklad ;)

    Natomiast zdecydowanie nie zgadzam sie z Marlowem (komentarz powyzej) - ze czytajac w oryginale sami dokonujemy przekladu. To nie tak. Owszem, moze na samym poczatku, kiedy czytamy glownie podrecznik i uczymy sie podstaw. Owszem, kiedy ksiazka jest dla nas za trudna i potykamy sie co drugie slowo. Ale czytanie dobrze dobranych poziomem ksiazek tak nie dziala. Owszem jesli potkniemy sie o cos, czego nie rozumiemy, to musimy sobie przelozyc (chociaz po pewnym czasie robimy to wlasnie na jezyk w ktorym czytamy). Ale na ogol po prostu idziemy przez zdania i odbieramy ich znaczenie NIE TLUMACZAC TYLKO ROZUMIEJAC. I nie natrafiamy na problemy jakie mial tlumacz bo nie musimy tlumaczyc tylko rozumiec wlasnie. Na pewnym etapie jest wrecz cos takiego, ze trudno przetlumaczyc na wlasny jezyk, chociaz sie doskonale rozumie dane zdanie. C.S. Lewis opowiadal jak jego nauczyciel po kilku lekcjach podstawowej gramatyki greckiej dal mu do czytania Odyseje czy inna Iliade. Na poczatku byla to ciezka orka, ale potem zaczalem po prostu myslec po grecku czytajac te ksiege mowil. Dlatego naprawde warto probowac oryginalu. Latwiej sie wtedy zadomowic w jezyku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są właśnie dwa ważne problemy. Z przekonaniem, że czytanie w oryginale to wielkie wtajemniczenie, do osiągnięcia którego trzeba znać język absolunie biegle (co jest trudne, jezeli się w nim nie czyta, więc robi się błędne koło) staram się walczyć jak mogę, także ostatnio w dwóch notkach u siebie (tej zalinkowanej przez Pyzę - dzięki! - i dzisiejszej). Tłumaczenie w myślach na polski to najgorsza rzecz, jaką przy czytaniu w języku obcym można robić, ale to mija automatycznie - o ile ktoś da sobie na to szansę.

      Usuń
    2. "Natomiast zdecydowanie nie zgadzam sie z Marlowem (komentarz powyzej) - ze czytajac w oryginale sami dokonujemy przekladu."
      "Ale na ogol po prostu idziemy przez zdania i odbieramy ich znaczenie NIE TLUMACZAC TYLKO ROZUMIEJAC. "
      Popieram w stu procentach. Jak się rzeczywiście zna język bardzo dobrze, to nie ma tego problemu.

      "Juz nie potrafie czytac polskich tlumaczen angielskich ksiazek (wyjatkiem jest Terry Pratchett ;)."

      Ja mam trochę inaczej. Wolę przeczytać tłumaczenie czegoś wyższych lotów niż książek gdzie język jest bardziej potoczny. Dużo oglądam programów BBC i Brytyjskie poczucie humoru działa na mnie właściwie tylko po angielsku. Kiedy czytam czy słyszę to przetłumaczone na polski to strasznie mi to zgrzyta. Nie brzmi już tak błyskotliwie. Czasem po prostu widzę, co to było po angielsku i po polsku brzmi mi źle.


      Usuń
    3. @Hannah, zastanawiam się, czy to kwestia kraju, czy grupy, z którą się ma do czynienia. I trochę bym się przychylała do tego, że jednak grupy/grup.

      Z Alice Munro planuję się spotkać na jej zasadach, bo mnie właśnie zupełnie jej pisarstwo nie bierze i zastanawiam się, czy to może nie materia samego języka/przekładu. Bo to, że w tłumaczeniu nie wszystkie smaczki zawsze da się oddać, to sprawa oczywista (i strategii radzenia z tym sobie przez tłumacza jest co najmniej kilka, no ale wiadomo).

      @Hannah i @Magdalena, o, o, właśnie, o tym pisałam w odpowiedzi wyżej. Mam podobne odczucie, ale z drugiej strony trochę bym tu jednak się skłaniała ku tej intuicji Marlowa, właśnie przez to wrażenie, które zostaje potem w rodzaju "czy to na pewno nie było po polsku? w jakim języku ja to właściwie czytałam?". Ba, czasami świetnie umiem przytoczyć cytat z książki, którą czytałam w innym języku niż polski, po polsku -- chociaż przecież go sobie świadomie w żadnym wypadku nie przekładałam!

      No i z Pratchettem też mam tak, że czytuję po angielsku, ale jakoś to teksty polskie są dla mnie podstawowymi :).

      Usuń
    4. No wlasnie, potrafisz przytoczyc cytat z ksiazki w obcym jezyku po polsku, gdyz zrozumialas to, co jest tam napisane. Zgadzam sie z Hannah w 100%.

      Usuń
    5. @ Pyza, nie zdecydowanie nie jest to kwestia grupy w moim odczuciu. W Skandynawii mozesz sobie porozmawiac po niemiecku ze sprzataczka hotelowa a po angielsku z bezdomnym na dworcu (autentyki). Tam znajomosc angielskiego jest powszechna i na bardzo przyzwoitym poziomie pozwalajacym bez problemu na zaawansowane konwersacje/lektury. Wszyscy uwazaja to za naturalne i w zasiegu wiekszosci. W szkole sie uczysz, filmy masz z napisami a nie z lektorem, czlowiek sie osluchuje. W Niemczech angielski tez nie jest problemem. W Holandii czy Belgii dzieci w podstawowce/gimnazjum ucza sie czterech jezykow rownoczesnie i nikt nie widzi w tym nic nadzwyczajnego (znajoma Belgijka powiedziala mi kiedys, ze jest juz zmeczona zdumieniem jakie budzi, kiedy mowi ze jest czterojezyczna. To nie sa jakies egzotyczne jezyki, zloscila sie, kazdy moze sie nauczyc). Nadal bede sie upierala, ze rozumienie nie oznacza automatycznie tlumaczenia na jezyk ojczysty. Przeciwnie. Zdarza mi sie myslec pod haslem "cale szczescie ze nie musze tego tlumaczyc!" . Wlasnie to mam na mysli, kiedy mowie, ze zapamietuje po angielsku wolniej - bo nie ma jakiegos Babel fish w mozgu, ktore by mi tlumaczylo na polski. Rozumiem i juz. I wcale to nie jest jakis super zaawansowany poziom. Jesli jest sie w stanie czytac Christie po angielsku (a ona ma dosc prosty i elegancki jezyk, zadnego slangu) to wlasnie - rozumie sie bez potrzeby tlumaczenia.

      Usuń
    6. @Hannah, a to jest i moje doświadczenie, ten okrzyk "całe szczęście, że nie muszę tego tłumaczyć!". Gorzej, jak coś podoba mi się na tyle, że bardzo bym się tym chciała podzielić z kimś innym i wtedy staram się to jakoś wyjaśniać, zwykle naokoło. I to jest fajna obserwacja z tą różnicą w zapamiętywaniu w języku obcym a tym właśnie tłumaczeniem na ojczysty.

      Usuń
  5. Ja uwielbiam czytać w oryginale i bardzo często to robię.Można podreperować swoje języki obce,a przy okazji robić coś przyjemnego ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytam w oryginale od liceum mniej więcej (miałam w LO wspaniałą nauczycielkę angielskiego, która naprawdę zachęcała nas do tego, aby sięgać po angielską literaturę, oglądać angielskie filmy, uczestniczyć w spotkaniach - mieliśmy nawet wyjście na spotkanie z Terrym Pratchettem!). Najczęściej czytam klasykę. Lubię taki nieco sztywny, ale bardzo piękny angielski język i zawsze sobie wyobrażam jaki akcent miałby dany bohater. Czytam też książki w miarę lekkie - ostatnio "Coraline" Neila Gaimana - chociaż w przypadku takich fantastycznych lektur odczuwam trudności związane z neologizmami, które zwykle nie do końca są zrozumiałe.

    Muszę przyznać, że zawsze z niepokojem podchodzę do książek w oryginale. Nie dlatego, że nie umiem języka, bo na co dzień pracuję na dokumentach tylko w języku angielskim, ale z tego powodu, iż wydaje mi się, że mogę w łatwy sposób zatracić sens, nie wyłapać jakiś niuansów, nie zrozumieć ironii lub żartu, czy po prostu czytać 10 razy wolniej niż tłumaczenie. Oczywiście zwykle te obawy się nie sprawdzają i cieszę się lekturą, nie licząc nawet czasu, który na nią poświęcam.

    Najlepsze w takim czytaniu jest to, że chcąc później opowiedzieć komukolwiek fragment książki, czy zarysować fabułę, aby zachęcić do sięgnięcia po te lekturę, brakuje mi na to polskich słów i używam jakiś przedziwnych spolszczonych angielskich słów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotkanie z Terrym Pratchettem! *zazdrości*

      Nigdy sobie nie wyobrażam akcentów, a to musi być wspaniałe! Teraz zacznę, a przynajmniej spróbuję, bo idea sama podoba mi się jako fajne ćwiczenie umysłowe. I w ogóle to coś w tym jest, takiej obawie "czy ja dam radę", nawet jak jest to jakaś nta książka w danym języku. Tyle że szczerze mówiąc mam tak samo od czasu do czasu z polskimi książkami ;).

      Usuń
  7. Ja czytuję po angielsku z bardzo prozaicznego powodu.... Oszczędności. Trafiam po prostu na tanie książki. Okazuje się, że często są to rzeczy, których nie ma w polskim tłumaczeniu.
    No i z odbiorem tej literatury różnie bywa. Czasami trafiam na książki, przy których kompletnie zapominam, że czytam nie w swoim języku. Ale często męczę się niesamowicie. I nie wiem, czy to kwestia moich braków, czy samej książki.
    Wspomnieliście o książkach Terrego Pratcheta. Otóż, trafiłam na 2 książki w tych moich super okazjach. Grzechem byłoby nie kupić. I jakoś mi się nie spodobały. Oddałam je koleżance. Zamierzam kiedyś sięgnąć po tłumaczenie. I wtedy odpowiem sobie na pytanie jak to jest z czytaniem w tłumaczeniu i w oryginale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, jak w takim razie będzie u Ciebie z Pratchettem, bo przyznam, że dla mnie ta wersja polska jest faktycznie taką podstawową. Angielską zaczęłam czytać dużo później i właściwie tak, żeby zobaczyć, jak wygląda oryginał, ale nic nie poradzę, polską wolę akurat w tym przypadku. I już ;).

      Usuń
    2. Było to 4 lata temu, ale pamiętam, że język powieści nie był jakoś skomplikowany na tyle, żeby koniecznie sięgać po oryginał. Pamiętam, że zdziwiła mnie sama konwencja książki. Nie miałam wtedy do tego głowy.
      Ale sięgnę znów, tylko znajdę czas.
      Przy okazji przywołam książkę, która mnie umęczyła w ostatnich dniach.
      https://www.goodreads.com/book/show/6378908-the-terror-of-constantinople
      To druga część sagi o Aelricu. Może ktoś czytał? Umęczyła mnie ta książka niesamowicie. Ciągle miałam wrażenie, ze czegoś nie rozumiem. Jakieś postacie wyskakiwały, o których genealogii nie wiedziałam. I nie wiem, czy to kwestia mojej niewiedzy, czy problem tkwi w brakach warsztatowych książki.

      Usuń
    3. Ja nie czytałam, więc nie pomogę, ale może ktoś inny tutaj?

      Usuń
  8. Ja zawsze w trakcie wakacji czytam książki w języku angielskim. W tym roku poznałam "Fried Green Tomatoes at the Whistle Stop Cafe" autorstwa Fannie Flagg. Nie była zbyt wymagająca. Faktycznie bardzo często łapałam się na tym, że przestawałam tłumaczyć w myślach. Miło ją wspominam ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Z daleka piszac, z telefonu i przezto krótko, nie czytając całej dyskusji: znam tłumaczenia daleko lepsze od oryginału. To opowiadania E. A. Poe w tłumaczeniu B. Leśmiana. Gdy poznałem oryginał, srodze się rozczarowałem. Brakowało tak połowy atmosfery. W tłumaczeniu nirzadko jest po prostu dwóch autorów, keśli obaj są genialni, może dojść do synergii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonały pomysł do dalszego zgłębiania. W sumie zastanawiam się, jak to działa: bo Leśmian i Poe to dwie różne poetyki przecież, ale może właśnie jedno drugie uzupełnia i powstanie taki kongenialny przekład? Albo może jedno i drugie jest bardzo dobre, ale na zupełnie innych zasadach? No i właśnie, atmosfera to jest coś, co mnie fascynuje, bo bardzo trudno ją dobrze uchwycić i opisać, na czym polega, z czego wynika i nie zawsze można określić, co tak właściwie daje. Ale tak, to jest bardzo dobre określenie na taką sytuację: ta atmosfera właśnie to jest w sumie też chyba właśnie to, co sprawia, że wolę Pratchetta po polsku.

      Usuń