5 najlepszych "Bajek czeskich" albo ranking wybitnie subiektywny #7


Zrobiłam sobie ostatnio spore zapasy książek po czesku, a wśród nich trochę niechcący (e, wcale nie zamierzam wejść do tego antykwariatu, a skąd, o, ale mają książki za dziesięć koron, a tam półkę z baśniami... sami wiecie, jak jest) bardzo ładnie zachowane wydanie „Bajek czeskich” Jana Drdy. A że i tak planowałam o nich napisać, to od razu sobie szybciutko zbiorek odświeżyłam i już piszę!

Ponieważ baśni w zbiorze jest dwanaście, to wybór dziesięciu byłby ciut za prosty, dlatego postanowiłam utrudnić sobie zadanie i wybrać pięć. Ale może najpierw dwa słowa o samym zbiorze. To nie do końca są baśnie w takim znaczeniu, jak na przykład te Grimmowskie, czyli zebrane ludowe opowieści, literacko podkolorowane literacko i wydane. Drda (jeśli macie problem z wymówieniem tego nazwiska, pomyślcie o tym „r” jak o samogłosce, bo taką rolę tu pełni, powinno od razu się poprawić) czerpie garściami z kultury ludowej, ale tworzy swoje własne wariacje na temat, są to zatem baśnie literackie, nie zaś – w jakimkolwiek bardzo szerokim rozumieniu – „ludowe”.

Czytając ten zbiór po latach, bogatsza w wiedzę o tym, kim był Jan Drda oraz znając inne jego książki (bardzo przyjemne, czytane kiedyś w zatłoczonym, acz zimnym pociągu „Miasteczko na dłoni”), zupełnie inaczej te baśnie odbierałam. Drda bowiem, o czym nie wiem, czy wiecie, po wojnie został zaciekłym socrealistą i obrońcą nowego systemu – razem zresztą z Wacławem Řezáčem, o którym wspominałam już w tej notce – jedna z moich ulubionych anegdot o tych mrocznych jednak czasach to pseudonim, jaki wymyślono dla obu tych pisarzy, którzy byli wówczas publikowani w ogromnych nakładach, podczas gdy ich koledzy po piórze nie mogli publikować. Mówiono o nich bowiem łącznie per Drzáč. W każdym razie, teraz znając tę historię, w niektórych momentach baśni łapałam się za głowę, że to przecież ewidentne, że taki pedagogiczny podtekst tam jest.

Ale czy to jakoś wpływa na sam walor literacki? Przyznam Wam, że niespecjalnie. Drda pięknie operuje językiem (ileż tam jest cudownych wyrażeń – dla mnie palmę pierwszeństwa dzierży „pošušňaníčko“, czyli taka błahostka do zjedzenia; jak się domyślacie, non stop pytam teraz kota, czy by jakiegoś „pošušňaníčkanie chciał, ze szkodą dla jego diety, bo oczywiście zawsze chce), cudownie łączy przeróżne motywy nadając baśniom bardzo powieściowy charakter, nie wspominając już o pomysłach na grę ze znanymi wątkami i wykończeniem każdej baśni. W dodatku całość dzieje się w takich ni to Czechach, ni Neverlandii, wokół miasta Rukapáně (Pańska Ręka), we wsiach o mówiących wiele na temat kondycji mieszkańców nazwach typu Nedožery albo Plačkov. Niby jest tam jakaś historia (ciągłe motywy wojen z Turkami), jakiś jeden władca (cesarz, który ciągle potrzebuje ludzi na wojny z Turkami), ale są i królowie bardziej lokalni, i złe księżniczki, i tajemnicze chatki wśród błot, gdzie strach zachodzić i za dnia – słowem, jest wszystko, co w dobrej baśni być powinno. A zatem, jakie baśnie po tej wspomnieniowej lekturze wybrałam? (Taka jeszcze uwaga na marginesie: tytuły podaję sugerując się polskim tłumaczeniem, acz z drobnymi moimi przeinaczeniami).
 Tym razem zrobiłam zdjęcia pięknych ilustracji Josefa Lady. Wszystkie pochodzą
z wydania z 1968 ("České pohádky", Praha). Jeśli zastanawiacie się, o co chodzi --
tu nasz testujący bohater udaje świętego Macieja, ależ to elementarne.

Miejsce piąte: O głupiej górniczce
Ta baśń mnie trochę wkurza, a trochę bawi, ale postanowiłam ją tutaj umieścić, bo odwraca ten motyw „głupiego Jasia” – Jaś jest kobietą. A konkretnie żoną górnika, który przez jej głupotę ciągle traci pieniądze i cierpliwość. Bije ją więc (to ten aspekt, który uważam za okropny – z tym że w baśniach ciągle ktoś kogoś bije i wcale nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia: mężowie żony, rodzice dzieci, bo to zgodne z normą kulturową, ale dla dzisiejszego czytelnika jednak trudne), aż w końcu postanawia wypuścić się w świat, żeby zobaczyć, czy są ludzie bardziej naiwni od niej. I okazuje się, że całe mnóstwo takich – bez względu na płeć, wiek, pochodzenie – którzy wierzą w każdą umiejętnie wciśniętą im bzdurę. Bohater zatem wciska ile wlezie, przy czym jest sporo zabawy, otoczenie korzysta i (prawie) nikt nie zostaje poszkodowany, a na koniec miłość do żony zwycięża. Osobiście najbardziej lubię historię o odmładzaniu się w jajku.

Co w niej jest takiego? Właściwie w czasach, kiedy na każdym kroku ktoś nas bajeruje, że jeśli kupimy/zadzwonimy/wyślemy to spadną na nas złote góry/odmłodniejemy/zyskamy szczęście, ta baśń jest straszliwie aktualna. Choć w smutnym znaczeniu. Zawsze trochę mi mimo wszystko szkoda nabranych postaci – no i przydałoby się, gdyby i górnikowi ktoś utarł nosa, ale z drugiej strony to taka klasyczna pochwała ludowej przemyślności (z którą mam trochę problem, ale to inna historia).

Miejsce czwarte: Jak księżniczka zgadywała, aż rękę przegrała 
Jest sobie niezbyt doceniany, za to bardzo lotny bohater o wdzięcznym imieniu Odra (czyli Jędrek). Pasie świnie, ale poza tym bardzo lubi zagadki. Siada więc na wóz, który przejeżdża nieopodal, bo słyszy, że jedzie na zamek, gdzie księżniczka w zamian za odganięcie jej zagadek obiecuje swoją rękę (a jeśli się nie zgadnie – odciecie ucha). Ondra to zagadkowicz doświadczony, a zagadki księżniczki okazują się być trudne dla arystokratów, którzy myślą bardzo, hm, klasowo, za to dla niego okazują się być bułką z masłem. W międzyczasie Ondra rzuca kilka zagadek sam, a że nie zawsze mamy do nich podane odpowiedzi, to można się samemu pogimnastykować. A z ręką księżniczki sprawa okazuje się wcale nie taka prosta, poza tym Ondra postanawia sobie zażyć w nagrodę czegoś zupełnie innego.

Co w niej jest takiego? Zazdrościliście Bilbowi turnieju zagadek z Gollumem? To już nie musicie. W baśni pada ich ze dwadzieścia i można się pobawić w zgadywanie samemu. A w dodatku opowieść ładnie pokazuje, że nie warto się zamykać w swoich własnych interpretacjach świata, bo poza nimi istnieje zupełnie inne życie, wcale nie uboższe. No i dobrze je znać, jeśli się chce zachować uszy.
 Zapomniałam dodać, że wodnik dzieli mieszkanie z sumem-olbrzymem,
również wytrawnym piwoszem.

Miejsce trzecie: Wodnik w browarze
Reklamowałam już kiedyś zbiór ballad „Kytice” (niestety bez polskiego przekładu od XIX wieku), gdzie jeden z utworów poświęcony jest miłości między kobietą i wodnikiem. Ta baśń to trochę wariacja na ten temat (dlatego trzymałam kciuki, żeby skończyło się dobrze, ale... i tu zawieszę głos, sprawdźcie sami). Bo mamy oto browarnika, który robi piwo – nie jest ono złe, ale do doskonałości mu brakuje jeszcze sporo. Pewnej nocy spotyka on na grobli wodnika, który zaprasza go do siebie, żeby posmakował, jak może smakować dobre piwo. Faktycznie, wodnik okazuje się być browarnikiem-mistrzem i zostaje zatrudniony w ludzkim browarze. Między warzeniem, dosypywaniem i testowaniem zaprzyjaźnia się z córką browarnika, starą panną, o którą starają się tylko sami kandydaci łasi na pieniądze jej ojca. Przyjaźń w końcu przeradza się w uczucie – tylko co z tego, skoro browarnik ceni sobie wodnika jako pracownika, ale w roli zięcia go nie widzi?

Co w niej jest takiego? No dobrze, mam słabość do baśni, w których jednym z bohaterów jest wodnik (właściwie nie wiem czemu: bo to postać fantastyczna, ale i bliska równocześnie? Bo taka występująca w wielu kulturach, a równocześnie mocno swojska? Przez cały ten entourage: kapotka, granie w mariaszka, kapanie wodą?). Tutaj dodatkowo bardzo mi się podoba urealnienie motywu znanego z „Kytic”, a do tego to jest ładna historia miłosna.

Miejsce drugie: Darzbujan i Pandrhola
Na pewno kojarzycie ten typ baśni, w którym biednym rodzicom rodzi się dziecko i szukają oni chrzestnego – i najpierw spotykają Pana Boga, ale że nie jest on sprawiedliwy i pozwala bogaczom pastwić się nad biednymi, to mu odmawiają. Potem jest diabeł – i dokładnie taka sama linia odmowy. Aż w końcu spotykają Śmierć, która zostaje ich kumem. Ta baśń jest dokładnie o tym, tyle że nie realizuje schematu w zupełnie klasyczny sposób, bo Śmierć w darze dla chrześniaka zostawia co prawda przykaz, żeby ktoś z rodziny został lekarzem, a on mu będzie pomagać, tyle że lekarzem zostaje Darzbujan-ojciec, a nie nowonarodzony Darzbujan-syn. I tak bohater leczy obserwując położenie Śmierci w pokoju (nogi czy głowa łóżka), oczywiście w historii następują komplikacje, ale nie wskutek zauroczenia śmiertelnie chorą pacjentką, tylko nadepnięcia komuś na dumę, ale i tak się dzieje.

Co w niej jest takiego? Czy zawsze było Wam przykro, kiedy w „Bartku doktorze” czy „Kumie Śmierci” na koniec Śmierć jednak ciacha głównego bohatera za niedopełnienie warunków umowy? No to jeśli odpowiedzieć jest twierdząca, zajrzyjcie koniecznie do tej baśni – Wasze poczucie sprawiedliwości może zostać nagrodzone. Poza tym opisy terapii, jakie Darzbujan przepisuje chorym, to historia sama dla siebie.
 Bycie człowiekiem wymaga, jak widać, poświęceń. W przypadku diabłów
w nieco innym, niż by kontekst nakazywał, znaczeniu.

Miejsce pierwsze: Zapomniany diabeł
Zwycięzca może być tylko jeden i jest nim urokliwa baśń o tym, że miłość nie wybiera, no i że to niekoniecznie musi być miłość między ludźmi, ale też do czegoś oraz że nigdy nie jest za późno, żeby odkryć swoje powołanie. Na początek może powiem, że Drdowskie „Igraszki z diabłem” w genialnej realizacji Teatru Telewizji mogę oglądać za każdym razem, jak na nie trafię – więc temat czartów u Drdy mnie zawsze bawi i zachwyca (wiem, że „Zapomniany...” też doczekał się realizacji, ale jeszcze nie miałam okazji obejrzeć). Tutaj mowa o Trepifajkslu, diable, który się zasiedział w rozwalonej chacie, niby trochę straszył, ale nie bardzo mu się chciało, także po stu latach głównie spał, żarł muchy i ślimaki oraz podkradał siekiery, żeby mieć czym rąbać sobie susz na podpałkę w zimne wieczory. I tak by było już pewnie zawsze, gdyby nie baba zielarka, która wyrzucona z domu przez złego pana postanawia zamieszkać z Trepifajkslem w jego rozwalającej się chałupie – diabeł ma oczywiście mnóstwo obiekcji, ale babie one nie przeszkadzają. Zamieszkują więc razem i mają się coraz lepiej, diabeł – noszący teraz imię ostatniego męża zielarki, Mates – odkrywa, że ma powołanie do handlu końmi i kowalskiego rzemiosła, ba, nawiązuje nawet pewne przyjaźnie w gospodzie we wsi, aż tu pewnego razu w okolicy zjawia się inny diabeł i postanawia na naszego Matesa donieść, gdzie trzeba.

Co w niej jest takiego? Tak jak napisałam: bardzo lubię motyw tej przypadkowej w sumie zażyłości zielarki i czarta, która jest przetworzeniem właściwie wątku takiej „miłości na stare lata”. Postacie diabłów u Drdy – trochę komiczne, trochę tragiczne, a na pewno bardzo mało „ogniopiekielne”, a bardziej „lokalne” – to jest klasa sama w sobie. Przy okazji zaś bardzo lubię nieco bolesny, ale udany proces uczłowieczania Matesa, polegający tak właściwie na markowaniu pewnych braków w wyglądzie. Trochę mnie zawsze uwiera ten powtarzający się tam wątek „nieważne, jaki chłop, ważne, żeby był” – ale wiem, że niespecjalnie było tam miejsce (i ochota) na jego krytyczną analizę. W każdym razie pierwszoplanową bohaterką, aktywną i działającą, jest na pewno zielarka (swoją drogą ileż się człowiek może nauczyć czeskich nazw ziół, bo Drda nie poprzestaje na ogólnikach).

Także jeśli najdzie Was ochota na zapoznanie się ze świetnym literacko zbiorem opowieści literacko-ludowych z Czech, wiecie, gdzie szukać! Bardzo przyjemnie się je czyta po latach, także zachęcam.

________________________

Zaś jutro będzie pogodowo.

Weź dokładkę!

13 komentarze

  1. Trochę bajek czeskich jest też w kultowej, że tak powiem, "Śpiewającej lipce", niektóre z nich sprawiają wrażenie jakby były wariantem baśni braci Grimm np. "Długi, Gruby i Bystrooki".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, to ma nawet -- jeśli się nie mylę -- podtytuł "baśnie Słowian Zachodnich". Nigdy nie miałam tego na dłużej w ręku, ale kiedyś się zaopatrzę. Swoją drogą o "Długim..." jest piękna sztuka teatru Járy Cimrmana. A sam motyw jest bardzo popularny (nie pamiętam, czy klasyfikacja ATU go nazywa w konkretny sposób, ale na pewno) -- grupa obdarzonych dziwnymi mocami ludzi jednoczy się dla osiągnięcia jakiegoś celu: najczęściej dobra swojego przywódcy, zwykle mało magicznego ;).

      Usuń
  2. Uwielbiam takie klimaty. Chętnie kiedyś sobie takie coś poczytam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ fajny post! Parę lat temu natknęłam się na 'Bajki czeskie' Drdy w jakiejś szkolnej bibliotece. Czytałam je oczarowana. Zdumiało mnie i zasmuciło, że na LC jestem jedyną czytelniczką. A to są takie oryginalnie wesołe i ludyczne bajki. Takie inne od germańskich i skandynawskich. Ze Szwejkiem mi się kojarzyły.
    Ja w nich dostrzegłam jedną wspólną cechę: czyli radość z jedzenia, picia i każdego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byleby do jedzenia było coś innego niż gruszki na porost uszu i jabłka na porost rogów ;). Przy czym one są zwykle dość optymistyczne -- z wyjątkiem bardzo smutnego wykończenia "Wodnika..." właśnie. To wydanie, o którym piszę, ilustrował właśnie Josef Lada, którego Szwejk jest tym ikonicznym Szwejkiem ;).

      Usuń
  4. Jana Drdę znam jako autora dwóch sztuk teatralnych w takich ludowych klimatach (być może było ich więcej, Teatr Telewizji zrobił dwie) "Igraszki z diabłem" i "Zapomniany diabeł". Jak tytuły wskazują, też są one przede wszystkim o diabłach pokazanych w taki ludzki sposób, takich typowych dla Drdy, jak sądzę na podstawie Twojego wpisu. Rany, jak ja je uwielbiałam w dzieciństwie! Mama nagrała na wideo i szczególnie "Zapomnianego diabła" katowałam prawie codziennie przez jakiś czas. Gorąco polecam, tym bardziej że obsada aktorska była fenomenalna - Gajos, Seniuk, Peszek, Grabowski... a w "Igraszkach" Zawadzka, dwóch Kondratów, Kociniak, Opania, Kowalewski... No i sam klimat tych sztuk, taki pięknie ludowy, przynajmniej jak na moje o ludowości wyobrażenia. Wiem niby, że Drda napisał je takim kpiącym z religijności tonem ze względu na swoje przekonania, przez co nie są one zaliczane do arcydzieł sztuki teatralnej (być może nie tylko dlatego, ale na teatrze znam się w podobnym stopniu co na ludowości), ale naprawdę są sympatyczne. Nawet tvp wydała obie sztuki na dvd stosunkowo niedawno, chyba w serii złotej setki.

    O, już wiem, one się wpisują w ten klimat ludowości promowany w czasach minionych, na które to czasy załapałam się przez przedszkole i część podstawówki i pewnie dlatego mam do nich sentyment. Odpowiadają moim wyobrażeniom nabytym w dzieciństwie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie, tak jak pisałam we wpisie, "Igraszki z diabłem" są doskonałe: i ta upiornie teatralna konwencja, gdzie już przez scenografię twórcy mrugają do nas okiem, żebyśmy zawiesili niewiarę i to najlepiej w drugim pokoju w najgłębszej szafie, i to, w jaki sposób jest to zagrane (anioł! pustelnik! Lucyper!), no i moje absolutnie ukochane sceny z diabłami chcącymi grać "w mariaszka, w mariaszka" (do dzisiaj jak chcę dać znać, że z chęcią spędzę wieczór z grą, to kieruję do mojego Domownika to właśnie zawołanie ;)). Ale że "Zapomnianego diabła" można dostać na DVD nie wiedziałam, muszę się zaopatrzyć, to rozwiąże mój problem z wyczekiwaniem, aż będzie w TV, a ja w zasięgu jakiegoś telewizora :).

      Hm, zastanawiam się nad tą ludowością i w sumie myślę, że to jest sprawa bardziej skomplikowana. Bo Drda w ogóle we wspomnianym "Miasteczku na dłoni" sportretował wieś czeską, taką ludową, czy raczej "ludową", w trakcie przemian modernizacyjno-polityczno-industrializacyjno-społecznych i był w ogóle zainteresowany tym, w jaki sposób to wygląda. "Bajki..." wydają mi się taką próbą zmierzenia z materiałem dość starym, ale nadal giętkim, stworzeniem takiego świata w miniaturce i przetestowaniem, co też da się tam naciągnąć, wygiąć, przerobić.

      Usuń
    2. Oj, zdobądź tego "Zapomnianego", tam Gajos gra Trepifajksla i to jest cudo, ten mariaszek z "Igraszek" rozwinięty na 2,5 godziny sztuki :) I Peszek w roli księdza, który wypędza Seniuk-Zielarkę (w baśni był pan? hm, muszę tych bajek po polsku poszukać, ciekawe, co jeszcze się różni. Z Twojego opisu wynika, że sporo, ale nie wiem, czy nie ujawniasz szczegółów, żeby nie spojlerować, czy faktycznie fabuła w sztuce jest trochę inna niż w baśni. Ciekawe, czy Drda był w takim razie autorem sztuki, jak jest tam podane i trochę zmienił w stosunku do baśni, czy może to jednak jest na motywach... )

      W "Igraszkach" uwielbiam scenę z zakładaniem Rozbójnikowi skrzydeł na szelkach :) W ogóle realizacje tych sztuk bardzo się różnią, "Igraszki" są takie bardzo teatralno-umowne (te skrzydła, madejowe łoże, które też mnie śmieszy niezmiennie), "Zapomniany" już bardziej w konwencji filmowej, scenografia zupełnie realistyczna, ale za to aktorzy dają z siebie wszystko. Moim skromnym osobistym zdaniem "Zapomniany" jest znacznie lepszy, bo fabuła bardziej skomplikowana i psychologia bohaterów rozwinięta jak na baśń ludową. Naprawdę warto :)

      A tak w temacie baśni ludowych - zawsze ze sztukami Drdy kojarzyła mi się książka Długoszewskiego "O niefortunnym diable i inne baśnie". Świetnie mi się to zawsze czytało, chociaż też może różowe okulary dzieciństwa tu mają swój udział. No i kwestia Śmierci i doktora rozwiązana jest standardowo, doktor schodzi z tego świata, choć na własne życzenie. Ale jakoś klimat wydawał mi się zawsze podobny. Tyle że mój egzemplarz jest z roku 1979 i nie wiem czy było to potem wznawiane. Ale znalazłam w nim informację, że baśnie wybrane zostały z tomów "Przy kominie o szarej godzinie" i "Gawędy starego bajarza".

      Usuń
    3. Koniecznie muszę znaleźć! Usiłowałam znaleźć informacje odnośnie do tego, jak jest z wystawieniami Drdy -- zdaje mi się, że Drda napisał jakieś dwa utwory sceniczne, ale bynajmniej nie to, o czym rozmawiamy :). Wychodzi więc na to, że "Zapomniany..." jest na motywach (i tak, tam jest sprawa za długi -- wyganiaczem jest zatem pan i nie ma motywu religijnego), a "Igraszki..." to osobna rzecz, ale tekstu nie widziałam -- może to dramat, a nie epika. Przy czym Drda wydawał te baśnie pod różnymi postaciami w kilku zbiorach -- więc może zależy, z któego korzystali zestawiający polskie wydanie (które jest chyba jednak przekładem tego, o którym piszę, ale kto wie, zawsze zostaje pewien margines niepewności). Bo jeszcze podobna fabuła, co w "Zapomnianym..." jest w takiej jego książce, która nazywa się "Grzeszna wieś Dalskabáty albo Zapomniany diabeł" (przekład tytułu mój) i tam faktycznie jest diabeł udający księdza, który stara się zwodzić miejscowe duszyczki ;). Więc może fabuła sztuki jest wzięta stąd?

      Zapisuję sobie tego Długoszewskiego do znalezienia, bo nie znam, a przynajmniej nie kojarzę. Dziękuję :)!

      Usuń
    4. Ha,to musi być połączenie obu tych baśni albo ta druga, o której mówisz! W sztuce jest wieś Długie Kabaty, diabeł-ksiądz kuszący ludzi i jednocześnie szukający tego zapomnianego Trepifajksla, który mieszka w chacie z wygnaną wcześniej przez wspomnianego diabelskiego księdza zielarką-wdową po grabarzu, przyjmuje imię jej zmarłego męża i zmienia się w człowieka z obcinaniem ogona włącznie. Niemal jak z tego obrazka, który wstawiłaś. To wyjaśnia skomplikowaną fabułę, mnogość postaci (te duszyczki do kuszenia) i długość samej sztuki. Która swoją drogą zaczyna się napisami "Jan Drda. Zapomniany diabeł". O motywach nic nie ma.

      Ja już sobie swój egzemplarz Drdy zamówiłam za pomocą portalu na "a", można przebierać w ofertach, będę czytać :)

      Usuń
    5. Prawdopodobnie dotarliśmy do sedna sprawy :). Udanego czytania w takim razie, bardzo się cieszę i mam nadzieję, że się będzie cudownie czytało :)!

      Usuń
  5. Ja tak tym razem nie od strony literackiej - te ilustracje, jejku!!! Moim faworytem jest Śmierć wyglądająca jakby miała zaraz zaatakować Pearl Harbor :D Oraz wyraz twarzy baby na ostatniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twarz baby wyraża po prostu konieczność dziejową ;). Ale tak, muszę przyznać, że jak znalazłam w antykwariacie to akurat wydanie z ilustracjami Lady, wzięłam z dziką radością. Ba, przyznam się po cichu, że mam kilka książek kupionych przez wzgląd na Ladę jako autora ilustracji, których jeszcze nie przeczytałam i nie planuję zbyt szybko, no ale te ilustracje! ;)

      Usuń