Awantura o świętą Winifredę albo o „Tajemnicy świętych relikwii” E. Peters


Czy macie tak czasem, że jedziecie gdzieś i nie zabieracie zbyt wielu książek, bo przecież i tak pewnie nie będzie kiedy czytać? Mnie się tak zwykle zdarza: albo biorę za mało, albo za dużo (chyba, że akurat podróżuję z czytnikiem -- ale nie tym razem). Na szczęście wzięłam też książki do doczytania, a wśród nich „Tajemnicę świętych relikwii”. I o niej napiszę, skoro przeczytałam.


Sięgnęłam bardzo zachęcona po wpisie Zacofanego w lekturze,, a dodatkowo w mojej bibliotece mieli tylko – podobno kultowe – wydanie Phantom Pressu: małe literki, paskudna okładka, ale format przyjemny do wzięcia w podróż. Zaczęłam do razu czytać, jakoś tak między Lemami, ale odstawiałam bez zbytniej ciekawości, co też będzie dalej, no i nareszcie skończyłam. I teraz tak: nie zrozumcie mnie źle, nie uważam „Tajemnicy...” za książkę złą. Ba, pod jednym czy dwoma względami jest wcale niezła. Ale albo ja nie jestem jej docelowym czytelnikiem, albo mój czepliwy sposób czytania jej nie do końca służy. Nie mam za wiele do powiedzenia, więc może po kolei. 
 
 
 
Sam główny bohater, brat Cadfael, jest dla mnie po tej części jeszcze dość nieokreślony (bo to dopiero pierwsza część dłuższego cyklu). To znaczy wiemy, że miał burzliwą przeszłość i wiemy, że w klasztorze szuka świętego spokoju. I jak każda postać, która wstępuje na drogę tego typu wcale nie musi szukać kłopotów, one same go znajdują – a on jest właśnie dokładnie tam, gdzie trzeba je rozwiązać. Oczywiście autorka wyposaża Cadfaela w taki mocno typowy zestaw cech, z których jedne sprawiają, że bohatera się szybko lubi (zdrowy rozsądek), a inne, że ciut za bardzo przypomina rubasznego wujka („ach, gdybym był młodszy” kierowane do jednej z głównych żeńskich protagonistek jako największy komplement). Z drugiej strony, skoro już napomknęłam o tym zdrowym rozsądku: faktycznie Peters robi rzecz bardzo fajną, to znaczy nie daje bohaterom specjalnie przesadnych cech ludzi z wieku XX, skoro akcję osadza w wieku XII. Nawet to zdroworozsądkowe podejście Cadfaela do objawień współbrata czy pewnych praktyk kościelnych jest podejściem osadzonym w epoce, a nie tę epokę krytykującym. Przy okazji jednak bohaterowie mówią dostojnie i statecznie, żeby tę dwunastowiecczyznę naśladować w jakiś sposób, ale niestety w rezultacie dialogi brzmią dość topornie.

Sama intryga nie jest przesadnie skomplikowana i właściwie od początku można się domyślać, jakie będzie jej rozwiązanie. Właściwie chyba radocha z czytania „Tajemnicy...” ma polegać bardziej na obserwowaniu poczynań Cadfaela, z dystansem podchodzącego do tego, co się dzieje i do tego, jak wygląda instytucja zakonno-kościelna, w której się obraca, niż na śledzeniu z wypiekami na twarzy kolejnych zwrotów akcji. Przy czym, no właśnie, zdarzało mi się odkładać książkę w połowie czyichś wyjaśnień i nie czułam naglącej potrzeby dowiedzenia się, co dalej, głównie dlatego, że bohaterowie aż tak mnie sobą nie ujęli. Są napisani zgrabnie, jasno i klarownie – ale właśnie przez to (a posągowe dialogi nie pomagają) trudno się z nimi bardziej zaprzyjaźnić, bo wiemy, co ich czeka w tak napisanej historii.
 
 
 Nie znalazłam żadnego zdjęcia z serialu, żeby było na wolnej licencji, to
rzućmy sobie okiem na ładną mapę Walii chociaż (z 1573 roku oryginalnie,
więc ciut za późno, ale sza). Źródło.
 

Samo tło historyczne jest naszkicowane bardziej, niż opisane. Mamy zatem Walię jako osobny kraj, ze specyficznymi obyczajami i odrębną mentalnością, i mamy przybyszy z Anglii, w tym i potomków najwyższych rodów normańskich. Cadfael robi za tłumacza dla obu grup – przy czym autorka o tym od czasu do czasu zapomina, każąc bohaterom wsłuchiwać się w coś i rozumieć, chociaż mówi się w języku, którego ktoś zawsze nie rozumie. Szkoda trochę zresztą, że w samym tekście tego zróżnicowania na walijski i angielski nie ma (być może w oryginale jakoś to widać – w tłumaczeniu niestety nie). Tak narzekam i marudzę, ale w gruncie rzeczy nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś mocno rozczarowana. Może mnie nie porwało, ale kiedyś z ciekawości zajrzę do kolejnego tomu. Brakowało mi trochę przełamania schematu i tego, żeby tło nie było wyłącznie przezroczystą scenografią do działań bohaterów (niby dzieli nas tysiąc lat różnicy, a niespecjalnie się to czuje – wiecie, o co mi chodzi).

I chyba w sumie tyle chciałam Wam napisać. Książkę odhaczam sobie pod „książką zmienioną w serial”, brata Cadfaela zachowuję we wdzięcznej pamięci na zaś, ale niekoniecznie życząc sobie kolejnego rychłego spotkania. Raczej taka wspólna herbata ziołowa przy jakiejś okazji.
 
 
 
 
____________________________________

A jutro będzie o modzie, a co sobie będziemy żałować. 

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. O kroniki braciszka Catfaela :) Książki żadnej nie czytałam do tej pory, lecz jak byłam mała byłam pod wrażeniem serialu i czekałam z niecierpliwością na każdy odcinek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie serialu nie widziałam, ale zamierzam obejrzeć chociaż jeden, żeby porównać, bo kusi mnie Derek Jacobi :).

      Usuń
  2. A kto tłumaczył dla Phantom Pressu? Moim zdaniem cykl się rozkręca chwilę później, ale nie namawiam do brnięcia, skoro przyjemność z tego zaledwie letnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłumaczyła pani Katarzyna Jarosiewicz (ale tak się zastanawiam, na ile to kwestia tłumaczenia, a na ile po prostu próba oddania tego stylu, w jakim przemawiają postaci -- przy czym jeśli jakieś odniesienia językowe do walijskiego, to faktycznie w tłumaczeniu poginęły, niestety). No dobrze, od czego się rozkręca? Bo wiesz, z rzadka się zniechęcam tak, żeby nie eksplorować dalej, więc tak jak pisałam: może nie będę jakoś zabiegać braciszkowi drogi, ale jak się na niego napatoczę, poczytam :)!

      Usuń
    2. To może to kwestia przekładu. Dla Zysku (he he) tłumaczyła pierwsze tomy Irena Doleżal-Nowicka i pomijając rzadkie wpadki (Cadfael używający lampy naftowej), dała radę. Czytać możesz np. co trzeci tom, a jak trafisz na dziesiąty czy dalszy, to się nie krępuj :) "Róża w dani", bodajże trzynasta, robi dobre wrażenie na pewno, "Pustelnik" też niezgorszy.

      Usuń
    3. Dziękuję :). A powiedz mi jeszcze, jeśli mogę spytać, czy są takie tomy z jakimiś kluczowymi dla rozwoju postaci wydarzeniami albo takimi, do których się potem dalej autorka odwołuje, takie "fundamenty" cyklu, których opuścić nie można bądź nie wypada?

      Usuń
    4. Nie wydaje mi się, w życiu Cadfaela niewiele się zmienia, w sumie tylko szeryf wzbogaca się o żonę i kolejne dzieci :)

      Usuń
    5. Uroki ora et labora ;). Okej, szeryfa jeszcze nie znam, na razie Cadfael był na gościnnych występach :).

      Usuń
  3. Leży u mnie w kindlu, odkąd na amazonie był w promocji za 99 centów. Leży tak od roku, ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba właśnie niezła lektura, jak się wybierasz gdzieś z czytnikiem i chcesz do czegoś niezobowiązująco zajrzeć. W każdym razie mi ta taktyka wyszła na plus :).

      Usuń
  4. Czytałam dwie części, kompletnie przypadkowe, jedną z początku, drugą bliżej końca. Pewnie kiedyś jeszcze coś przeczytam, bo to całkiem sympatyczne, ale kompletować i zabijać się o mniej dostępne tomy nie będę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, właśnie to jest i moje podejście. "Całkiem sympatyczne" -- to chyba właśnie najlepsze określenie :). Natomiast widziałam, że w mojej bibliotece mają jeszcze sporo części, więc z dostępem akurat problemów mieć nie powinnam, jak się jeszcze kiedyś skuszę zobaczyć, co tam u brata Cadfaela ;).

      Usuń
  5. Ja ten cykl sobie poczytuję od czasu do czasu bez żadnej kolejności, ot co mi akurat za grosze w jakimś antykwariacie wpadnie ;) Lubię, bo ja wszystko co w średniowieczu się dzieje w sumie lubię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie chyba to jest niezły sposób :). Natomiast mnie właśnie to średniowiecze przyciągnęło, ale i właśnie ono chyba mnie najbardziej rozczarowało, to znaczy wydawało się mocno, jakiego by tu słowa użyć? Przezroczyste? To znaczy niewiele w tym było opisów miejsc czy generalnie: realiów. Być może to też kwestia pierwszego tomu i dalej, jak twierdzi @Zacofany w lekturze, się cykl rozkręca?

      Usuń
    2. No jest rzeczywiście trochę przezroczyste, ale jako niezobowiązująca lektura, do której podchodzi się bez wygórowanych oczekiwań, cykl daje radę. Trudno mi stwierdzić, czy się rozkręca, bo czytam wyrywkowo i nawet nie do końca pamiętam tytuły ;) ale bywają części bardzo wciągające :)

      Usuń
    3. Przepraszam, że tak drążę, ale zastanawiam się po prostu, po którą część teraz sięgać przy okazji :). Pamiętasz może chociaż częściowo tytuły tych wciągających może... ;)?

      Usuń