Dlaczego to kupiłam albo o podejrzanych zakupach książkowych (i ich przyczynach)


Otóż zawędrowałam sobie na weekend do domu mego rodzinnego, a w tymże domu trzymam znaczącą nadal część mojego księgozbioru, przemieszaną od czasu do czasu z księgozbiorem mojego Domownika (skutki przewożenia książek między trzema-czterema lokacjami przez lat kilka). I siadłam ja sobie przed regałami, popatrzyłam ja sobie na te regały, i odczułam dwie rzeczy: przyjemność, że o rety, ile książek, a niektóre nieczytane (dobrze będzie przeczytać!), a inne takie przeczytane (dobrze będzie wrócić!) oraz uczucie w rodzaju „po kiego kupiłam kiedyś tę książkę?”.


Opisywałam Wam jakiś czas temu dziwaczne książki w moich zbiorach, co też było zresztą bardzo ożywcze, bo podsumowałam sobie różne dziwne i kręte drogi, jakie obiera mój umysł w obliczu książek „do wzięcia”. Bo cztery z pięciu tam opisanych pozycji pochodziły właśnie z takich źródeł, powiedzmy, niemonetarnych, a jedna została zakupiona przez mojego Domownika właśnie. Dlatego pomyślałam, że można by sprawdzić, co też takiego nabyłam drogą, a jakże, kupna, a co dzisiaj powoduje, że łapię się za głowę i zaczynam się zastanawiać, kiedy to miałam tyle pieniędzy, że zakupiłam to czy tamto, skoro... No właśnie, jakie są w ogóle powody, że coś takiego stoi sobie w najlepsze na półce? 
 
 
 
 

Książka kupiona ze szczególnej okazji: „120 dni Sodomy” Markiza de Sade'a
Chyba już kiedyś napomykałam o tej historii, ale pozwolę sobie niczym starszy wuj na imieninach opowiedzieć ją ponownie. Otóż za pierwsze większe stypendium naukowe w liceum postanowiłam wejść do księgarni i kupić sobie książek za całe sto złotych. To była kolosalna kwota dla mnie wtedy i zawsze sobie wyobrażałam, czego też ja nie nakupię za te pieniądze, bo przecież trzeba było zwykle oszczędzać i zbierać czas jakiś, żeby móc sobie wyśnioną powieść czy książkę w ogóle kupić. Jak tylko stypendium przyszło, ruszyłam do księgarni i... zamarłam. Kurczę, nagle z głowy zupełnie mi wyparowały wszystkie te książki, które chciałam mieć i stałam przed półkami, a wszystko wydawało mi się za mało niezwykłe, żeby tak te planowane pieniądze na to wydać. I tak mój wzrok padł na „120 dni Sodomy”, z opracowaniem naukowym wprawdzie (z którego wyniosłam więcej niż z samej treści książki), ale i w dość paskudnej okładce, i nie wiem czemu stwierdziłam, że to właśnie jest coś, co powinnam kupić. Przeczytałam, zadziwiłam się, fenomenu de Sade'a nie zrozumiałam, po czym książka powędrowała na pożyczki, bo okazało się, że jak już ktoś ją ma, to chętnych do czytania jest całkiem sporo.

Książka kupiona, bo brakowało do okrągłej sumy: „Zielnik miłosny” Józefa Barana
Tomik wierszy z dokładnie tego samego rozdania, co powyższy de Sade. Zostało mi bowiem jeszcze trochę pieniędzy, a tomiki mieściły się w tym zakresie cenowym, na jaki było mnie stać. I teraz tak: nie mam nic przeciwko poezji Barana. Ale też nie zachwyca mnie szczególnie. To po co kupiłam akurat ten tomik, skoro na regale stało kilka innych, i to poetów, których bardzo lubię? Właściwie nie wiem, ale sądzę, że zadziałał podobny mechanizm, jak w pierwszym przypadku. Taka okazja, no to trzeba kupić coś, czego normalnie by się nie kupiło. Całe szczęście, że ta taktyka zakupowa mi przeszła.

Książka kupiona, bo jak przyjemnie wejść do księgarni i wyjść z książką: „Zwykli ludzie” Lecha Isakiewicza
To kolejny, nazwijmy go tak, błąd młodości. I znowu tomik wierszy – takich sobie, przyznam szczerze. Ale i tu zadziałała magia na zasadzie: jestem na wyjeździe, mogę sobie kupić książkę, ach, och. Trzeba przyznać, że tomik sumiennie od razu przeczytałam, zaznaczyłam sobie, co mi się podoba i zapomniałam o nim. Znalazłam go teraz przy okazji sporządzania notki i szczerze mówiąc nie dziwię się specjalnie, że o nim zapomniałam.

Książka kupiona, bo brakowało mi książki na podróż: „Ugrofińska wampirzyca” Szécsi Noémi
Czyli pokłosie wizyty w taniej książce. Czarne wydawało kiedyś taką serię, której już chyba nie ma, a gdzie wychodziły powieści z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym właśnie „Ugrofińska wampirzyca”. I to nawet pamiętam, że tę konkretną książkę kupiłam w Krakowie. W każdym razie postanowiłam wykorzystać okazję, że czeka mnie kilkugodzinna podróż pociągiem, a książki mi się skończyły i wybrać coś, co wygląda na ciekawe. Książkę faktycznie skończyłam wtedy w podróży i nie była zła, ale też nie zachwyciła mnie specjalnie. Myślę, że więcej bym z niej wyciągnęła teraz, a tak pamiętam głównie to, że tytułową wampirzycę, cierpiącą dodatkowo z powodu tego, że jest węgierską wampirzycą i poza Węgrami trudno się jej dogadać (a fiński tylko z pozoru należy do tej samej rodziny językowej) nawiedza anioł. Sami przyznacie – niewiele. 
 
 
 
 
I... chyba tutaj się kończą moje wynurzenia na ten temat. Okazuje się, że jednak większość tego typu zdobyczy to są faktycznie zdobycze, czyli rzeczy przyniesione, dostane bądź znalezione. Co jakoś nieźle, mimo wszystko, chyba świadczy o moim rozsądku. Pisałam też kiedyś o tym, jak to jest z kupowaniem książek – jak widzicie, kilka nietrafionych zakupów trafiło mi się, zanim zaczęłam się lepiej nad tym problemem zastanawiać.

A Wy kupujecie czasem książki, które przyprawiają Was potem o tego typu zawrót głowy?

_____________________

W letnią niedzielę zwykle w internecie nie ma ludzi, ale gdybyście jednak byli i tu zajrzeli, to wpis będzie – i będzie to, fanfary i fajerwerki, wpis dwusetny!

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. U mnie większość takich zakupów ma prosty powód - były tanie. I tu są zazwyczaj dwie drogi. Albo kupuję w taniej książce przez internet i sobie jakiś tam tytuł dokładam do koszyka, bo skoro i tak płacę za przesyłkę, to mogę i tę książkę dorzucić do paczki, a ktoś kiedyś mówił że dobra. Albo plądruję kosz z tanią książką w supermarkecie i widzę tytuł o którym kompletnie nic nie wiem, ale mniej więcej wpasowuje się w moje zainteresowania, więc biorę (fantastyki to nie dotyczy, tutaj zawsze coś tam wiem o tytułach;)). Tak nabyłam ostatnio "Pasażerkę ciszy". I są to książki do przeczytania za pięć lat.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tanie książki kuszą dokładnie w ten sposób -- ale muszę powiedzieć, że z rzadka wpadam na tego typu rafy (a przynajmniej na takie wielkie w rodzaju wyżej opisanych: zwykle jakoś tam jednak te książki mi się podobają albo chociaż przydają do czegoś :)). Chociaż w taniej książce nabyłam też kiedyś jedną z powieści G. G. Kaya, którego bardzo lubię -- i ta akurat do tego stopnia mi nie podeszła, że do dzisiaj leży nie skończona; a niby było wszystko -- ten charakterystyczny styl Kaya, świat na wzór celtyckiego, wątek magiczny. A jednak -- nie chwyciło. Chodzi mi o "Ostatnie promienie słońca".

      Usuń
    2. Heh, ja wszystkie swoje Kaye mam z taniej książki (poza jedną, którą zdobyłam drogą wymiany).:D Ale akurat "Ostatnich promieni słońca" nie mam.
      W sumie z książkami z taniej ksiązki mam też trochę inny problem - kiedy je kupuję, mam zamiar je przeczytać, ale to się odwleka i odwleka... Aż w końcu orientuję się, że ochota całkiem mi przeszła.

      Usuń
    3. Jeśli chcesz, z chęcią wymienię mojego Kaya na coś :). Bo szczerze mówiąc nie sądzę, żebym szybko miała do niego podchodzić, a jak już, to najwyżej go sobie wypożyczę -- jeszcze w sumie nie czytałam takich jego klasycznych klasyków, więc "Ostatnie...", też z racji prób czytania, są u mnie baaardzo daleko na jakiejkolwiek liście :).

      Usuń
  2. Ja książki najczęściej kupuję na wyprzedażach - zarówno w księgarniach internetowych, jak i stacjonarnych. Po prostu widzę jakiś tytuł, czytam blurba, patrzę na cenę i hop - książka ląduje w koszyku. Nawet się zbytnio nie zastanawiam kiedy ja tę książkę przeczytam. To już nałóg :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, dobrze, że książki nie mają daty przydatności do spożycia ;). Kusi mnie, żeby zrobić taki przegląd półek i chociaż częściowo "wyczytać" to, co tam zalega kupione "na kiedyś". Może pomyślę, żeby sobie zrobić konkretną listę albo akcję czytelniczą, bo to najlepiej na mnie działa ;).

      Usuń
    2. Mam zarówno listę książek do przeczytania (komitet kolejkowy; stan na dzień dzisiejszy: 226 nieprzeczytanych pozycji), jak i akcję czytelniczą na blogu, w której osoby odwiedzające mój blog mogą wybrać co miesiąc jeden z pięciu zaproponowanych tytułów, jaki powinnam według nich przeczytać :) To jest dobre, ale ilekroć się zapatrzę na półki albo układam na nich książki tak, by zmieścić ich jak najwięcej, to co rusz wpada mi w ręce pozycja, którą z chęcią przeczytałabym już, teraz! ;)

      Usuń
    3. Komitet kolejkowy bardzo poczesny, jak widzę :). Z ciekawości muszę chyba przeliczyć, ile by się znalazło u mnie takich książek, ale tylko tych, które sama przydźwigałam z różnych miejsc z zamiarem, że "to do przeczytania". Podejrzewam, że mogłabym dojść do podobnej liczby -- choć może jednak powierzę póki co, że do mniejszej :). A akcję widziałam, ciekawy pomysł -- sprawdza się? To znaczy podejrzewam, że poniekąd to ulga przy podejmowaniu decyzji (no właśnie, znam ten ból, stąd sama prowadzę różne listy, które mi pomagają :)).

      Usuń
    4. Powiem Ci, że nawet się sprawdza, bo ma kto za mnie podejmować decyzje ;) A z tego, co widzę, to gusta są różne, bo staram się w ankietach umieszczać tytuły z różnych gatunków, by ją urozmaicić. Raz jeden zrobiłam ankietę Kingową - pięć tytułów Kinga, bo jeśli jego książki ukazywały się we wcześniejszy ankietach osobno, to była niemalże stuprocentowa pewność, że to właśnie one wygrają, a przecież nie o to chodzi :)

      Usuń
    5. Czyli mój tok rozumowania był słuszny :). Bardzo sympatyczny pomysł na wybieranie lektury :).

      Usuń
  3. "kupiona, bo brakowało mi książki na podróż" - Ja zawsze kupuję gazety na podróż, a potem sobie wyrzucam, że przecież są za drogie, po co mi to było i tak dalej. ;) A jeśli chodzi o książkowe zakupy: zawsze sobie obiecuję, że nie będę podejmować spontanicznych decyzji, spisuję różne listy przed wizytą w księgarni, ale jakoś i tak zdarzają się nietrafione lektury, które potem rozdaję/sprzedaję (choć i to nie zawsze, bo nie wszystkie książki przyjmują w antykwariatach). Najgorsze, że te pomyłki nie są tytułami, o których nigdy nie słyszałam (wtedy mogłabym zrzucić winę na los: zaryzykowałam i akurat miałam pecha), ale powieściami, o których myślałam, że mogą mi się spodobać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba, że to są takie czasopisma, co się do nich wraca i czyta więcej niż raz, wtedy może sumienie spokojne ;). Z takich najczęściej ląduje u mnie "Dialog", "Znak", "Twórczość" albo "Zeszyty literackie". Gazety-gazety też kupuję, ale z przerwami, bo jak się naczytam, to się potem stresuję, że świat jest taki straszny, jak go opisują. No a jeśli chodzi o pomyłki tego rodzaju, to zawsze się zdarzają. Na przykład ten opisywany przeze mnie Kay -- byłam pewna, że to pewniak, a tu proszę.

      Usuń