Historia literatury od szatni albo poznajcie Panią Lolę


Od już jakiegoś czasu noszę się z tą notką i noszę, a to dlatego, że bardzo chciałam Wam o tym napisać, ale nie wiedziałam, z której strony ugryźć temat. Nadal co prawda nie wiem, czy jest to strona dokładnie taka, jaką chciałam ugryźć, ale pomyślałam, że nie warto się tak nosić, tylko trzeba siąść i napisać. Także dzisiaj będzie o zabawie literaturą, która dostarcza mi za każdym razem masę radości.


Dobrze, przyznam się, strasznie chciałam Wam po prostu pokazać pewien filmik. Ale zamiast zamieniać wpis w radosne youtube party pomyślałam też, że to dobra okazja, żeby napisać, co też mi się tak w tym filmiku podoba. Bo jak już zapewne zauważyliście mam tendencję do nadużywania słów (wszystkich), innymi słowy lubię pisać, więc dlaczego by zamiast "super, koniecznie obejrzyjcie!" nie napisać bardziej szczegółowo, co też tu jest takiego super?

Nie pamiętam, kto mi podesłał ten filmik, ale kilka lat temu (może ze trzy, a może cztery) odkryłam Panią Lolę. Pani Lola reprezentuje niemal w stu procentach ten typ humoru okołoksiążkowego, który mi odpowiada. A do tego pięknie się wpisuje w różne inne kwestie: nostalgię za dziwaczną telewizją lat dziewięćdziesiątych (cóż to była za straszna telewizja! Ale jaka kochana!), zagadki, zestawienia na zasadzie kontrastu różnych literatów i ich dzieł (co sama czynię pasjami), no i oglądanie słynnych ludzi w bardzo złych ubraniach (ach, lata dziewięćdziesiąte, znowu). A zatem – poznajcie Panią Lolę, obejrzyjcie, a potem możecie poczytać, co mam do powiedzenia, albo dać sobie spokój i obejrzeć jeszcze raz (w obu wypadkach: jeśli Was bawi lub nie).





Kontekst: nie wiem, co Wam się kojarzy z telewizją lat dziewięćdziesiątych, mnie się kojarzą przede wszystkim benefisy. Ciągle były jakieś benefisy – teatrów, instytucji, czyjejś pracy twórczej, zakończenia pracy, wszystkiego. Łatwiej było trafić na benefis niż na wiadomości. Anegdotki Pani Loli to właśnie takie przerywniki w czasie trwania benefisu – wszyscy znani i lubiani na widowni (można sobie liczyć po punkcie za każdą znaną twarz rozpoznaną – mnie do dzisiaj zachwyca Norman Davies w dresie w jednym z pierwszych rzędów), także ci, do których i o których kierowane są przycinki (cudowna opowieść o Noblu i Szymborskiej, która nie dość, że zręcznie wprowadza w całą historię, to siedzi na widowni i jest trochę takim pomostem między tymi zupełnie fantastycznymi historyjkami o Mickiewiczu a tymi dziejącymi się teoretycznie tu i teraz).

Zestawienia: dziwak Norwid, bałamutny Mickiewicz, malutki Leśmian w szatni – oczywiście wykorzytuje się tutaj to, co o pisarzach wiemy, ale też i to, co się nam tak po wierzchu z nimi kojarzy po kilku ładnych latach czytania lektur do szkoły. Bardzo lubię zwłaszcza wykorzystanie takich bezpośrednich zestawień, gdzie spotykają się dwaj autorzy z tego samego miejsca i czasu, no i zaczynają konkurować o Panią Lolę. Moimi faworytami są Rej i Kochanowski, ale zawsze się uśmiecham słuchając historii o Noblu Reymonta – bo wiadomo, że z tymi Szwedami to tak naprawdę nic nie wiadomo.

Motyw przewodni: bohaterka jako wielka miłość wszystkich ważnych postaci polskiej sceny literackiej to jest pomysł prosty, ale chwytliwy. W sumie nawet nieoryginalny – ale jednak, zobaczcie, równocześnie to nie jest taki tani chwyt polegający na obśmianiu wielokrotnych romansów czy kochliwości naszej bohaterki, raczej faktyczny wybieg, żeby połączyć tych wszystkich pisarzy w jedno. A nawet i pisarki, że wspomnę zazdrosne Nałkowską i Dąbrowską (swoją drogą pisarek jest mało – wynika to oczywiście z konwencji, ale też i z tego, mam wrażenie, że na naszym literackim panteonie coś ich ciut przymało świeci).

Chwytliwe powiedzenia: okej, to prawda, że to wcale nie są zawsze powiedzenia, które są odkrywcze i mogą się kojarzyć wyłącznie z Panią Lolą. Ale w domu moim często się z Domownikiem posługujemy grypsami z tekstu Pani Loli. To znaczy jak się krzyczy "co?" i dostaje odpowiedź "a nic!", to wiadomo, o co chodzi. Podobnie ze słowami pocieszenia, które czasami wymieniamy, czyli "już by takie nie były, żeby nie dały"; "bieremy!" używanym bardzo często na zakupach (także, rzecz jasna, książkowych), czy "jest granica, jest granica!" kierowanym najczęściej do kota, który sobie z tego wiele nie robi. Także mój prywatny słownik wiele Pani Loli zawdzięcza. Tak samo jak polska literatura, rzecz jasna.

Dowcip: wcale nie jest łatwo żartować z literatury tak, żeby nie było to zbyt oczywiste, ale i żeby było to czytelne. Mamy więc tutaj nawiązania do różnych sytuacji, które znamy z historii literatury – takie, które gdzieś wyczytaliśmy, ale i takie, które słyszeliśmy na języku polskim w czasach szkolnych – ale też zestawienia dotyczące nadal żyjących pisarzy i poetów (jasne, niekiedy może to sprawiać wrażenie "a my się tu wszyscy znamy", bo Kraków, wiadomo, ale wydaje mi się, że większość jest czytelna nawet dla osób, które są spoza jakiegokolwiek pisarskiego kręgu wtajemniczenia i spoza Krakowa – a przynajmniej tak sądzę po własnym przykładzie). Humor w rodzaju "wesoły pan Zagajewski" czy knujący zbrodniczo Norwid mnie bawi niezmiernie. Przy czym jasne, trafiają się tam rzeczy, które mnie bawią mniej (strawestowany wiersz Mickiewicza) i bardziej (Kochanowski i Rej!), ale summa summarum wielbię Panią Lolę właśnie za dowcip, nie będę się kryć. Dodatkowo powracające ciągle wyznanie miłosne do Bronisława Maja (który Panią Lolę gra), które nie może paść, bo szatniarka jest wypraszana ze sceny – świetny pomysł na running joke wieczoru.

Pani Lola: "bardzo dobrze pamiętam" – te początkowe słowa to są oczywiście takie wybiegi, ale jak pięknie odwzorowują taki trudny do opanowania potok narracji wylewający się z kogoś, kto bardzo chce nam o czymś powiedzieć, niekoniecznie zawsze wtedy, kiedy mamy ochotę słuchać. W ogóle sam pomysł pomysł na ożywienie postaci, która naprawdę – sądząc z wprowadzenia – istniała, jest piękny: bez karykatury, w którą łatwo by tu było popaść (chociażby przez to, że kobietę gra mężczyzna – jakoś od czasów Szekspirowskich się ten pomysł wynaturzył). Cudna jest ta świadomość chwili ("tego się będą dzieci z książki uczyć"), w którą Maj wyposaża Panią Lolę. No i ten jej wkład w historię literatury, która obraca się wokół jakiejś ponadczasowej szatni, z bohaterką nieustająco inspirującą dla każdego pisarza (tytułowanie imionami kolejnych ukochanych lub pierwszoplanowych bohaterek Pani Loli to chwyt, który mnie na początku denerwował, ale potem przyjęłam z dobrodziejstwem inwentarza).

Także nie czytajcie, oglądajcie! Pani Lola powróciła jeszcze raz na kolejnym benefisie, ale nie było już tak zabawnie. Widocznie dowcip opowiadany kilka razy traci nieco świeżość i urok, ale cóż, takie życie.

______________________

A jutro dziesiąty, czyli baśnie, do którego to wpisu się sumiennie przygotowałam, bo przy okazji odświeżyłam sobie całą lekturę.

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Skojarzenie idące w bok i po skosie i w ogóle bez sensu, ale po tym wpisie nabrałam ochoty, żeby sobie Kabaret Tey pooglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Czytałaś "Mój Znak" Illga? Fajnie opowiada o tych programach.

      Usuń
    2. A nie czytałam, wydawało mi się nawet przez chwilę, że gdzieś leży w domu, ale jednak nie. Zapisuję sobie, poszukam :). Nie wiem w sumie, czy żywię aż taki sentyment do Znaku, ale zawdzięczam mu Panią Lolę, więc... ;)

      Usuń
    3. Nie trzeba wielkiego sentymentu do Znaku, książka jest fajnie napisana i pełna smaczków, warto ją przeczytać. Ja w sumie trafiłam na nią przez przypadek w bibliotece, specjalnie nigdy bym nie szukała, ale skoro leżała... No i nie żałowałam.

      Usuń
  3. Ja polecam interpretację "Potopu" w wersji Bronisława Maja ;) Popłakałam się ze śmiechu, podobnie zresztą jak widownia. Co ciekawe, kiedy gdzieś w sieci przypadkiem znalazłam ten filmik (wyświetlił mi się jako polecany na youtubie, gdy namiętnie tłukłam teledysk do "Ziemi obiecanej"), to zaczęłam szukać innych filmów z Bronisławem Majem, ale nic aż do tej pory nie znalazłam. A wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę "Pani Lola", ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli że pomogłam ;)? Interpretację "Potopu" znam, jest świetna (bardzo mi się podoba to, jak pięknie osadza w nowym kontekście prawdziwe przecież cytaty z Sienkiewicza, a okrzyki "nieee...! to naprawdę tam jest?!" towarzyszyły mi w ciągu całego oglądania ;)).

      Usuń
    2. O, a interpretacji "Potopu" nie widziałam. Idę szukać.

      Usuń
    3. I to bardzo pomogłaś :) Dziękuję, bo już zapomniałam, że kiedyś tego szukałam :)

      Usuń
    4. @Procella, koniecznie!
      @aHa, to radość w moim sercu :D.

      Usuń
  4. Obejrzałam zaciekawiona, bo nie znałam Pani Loli, ale teraz nie wiem czy to już kiedyś oglądałam czy nie. Te wprowadzające "pana X bardzo dobrze pamiętam", albo "pan X to się we mnie bardzo kochoł" zabrzmiały trochę znajomo. W każdym razie super, to jest poczucie humoru, które mi odpowiada :) A ten kolejny mniej śmieszny benefis, o którym piszesz to Jana Kantego Pawluśkiewicza? Obejrzałam go, bo się wyświetlił w propozycjach, a że jestem architektem to nawiązania architektoniczne mnie akurat bardzo rozbawiły :)
    I tak mnie naszła ogólniejsza refleksja, że w latach 90-tych to ta telewizja była ciekawsza i bardziej wartościowa. Przynajmniej jeśli chodzi o poziom rozrywki. Sama pamiętam te benefisy, koncerty czy kabarety gdzie pojawiali się np. Zbigniew Wodecki, Hanna Banaszak, a prowadził Krzysztof Tyniec. A dzisiaj są Doda i Donatan. No i obowiązkowo smsy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie ten :). Jakoś mnie już tamta Pani Lola aż tak nie zachwyciła, ale to dobrze, cieszę się, że się i tamta spodobała :). Przy czym z tą telewizją -- myślę sobie, że chyba to kwestia pewnego sentymentu, bo przecież było też sporo takich sobie rzeczy, które się oglądało, bo były pewnym novum ("Czar par", "Randka w ciemno"), dość złych seriali, które stały się poniekąd kultowe ("W labiryncie", "Radio romans"), za to wiem, za czym tęsknię: za tymi teleturniejami! Marzyłam jako dziecko, żeby wystąpić w "Wielkiej grze" :).

      Usuń
    2. "Wielka gra" <3 Jeżeli czegoś mi w TV brakuje, to tego.

      Usuń