Ile mi to zajmie albo o szacowaniu czasu na lekturę


Dzisiaj będzie krótko i rzeczowo. Z dwóch powodów. Po pierwsze, to jest dopiero pewna myśl, którą chciałam przepuścić przez sieć dyskusji – bo to problem, nad którym się zastanawiam, a przecież w komentarzach zawsze pojawiają się ciekawe głosy na dany temat, a i ja mam wrażenie, że najlepiej mi się „domyśla” pewne rzeczy w dyskusji. Po drugie zaś, związane z pierwszym, jest letnia niedziela. W letnie niedziele zapewne większość z Was łapie lato, a i ja staram się nieco podłapywać. Także o tak.


Problem, który nurtuje mnie od dawna, ale dopiero niedawno nabrał ciała i ułożył się w pytanie, to: dlaczego raz wydaje nam się, że będziemy czytali daną książkę tygodniami, a po trzech dniach odkładamy ją przeczytaną, a z kolei czasami bierzemy z półki coś króciutkiego i męczymy to przez miesiąc? Co wpływa na to, że książki „o rety, jakie trudne/grube/wymagające czasu” zdarza się nam czytać szybko, a „o, machnę to w jedno popołudnie” – nie? Gdzie leży przyczyna? Powiem Wam, jakie mam pomysły, przy czym tak jak zaznaczałam na wstępie, to są dopiero pewne mgliste powidoki i intuicje.
 
 
 Wpis ilustrują zdjęcia praskiego zegara staromiejskiego. Bo czas,
bo zegar, bo ładny. Źródło.
 

Przede wszystkim wydaje mi się, że w grę wchodzi tutaj krzyżowanie się planów i rzeczywistości. Bo wiecie, wypożyczamy sobie kryminał na jedno popołudnie, a tu dzisiaj wpadają goście, jutro trzeba zostać chwilę dłużej w pracy, pojutrze obiecaliśmy się zająć chrześnicą, w piątek trzeba było zabrać zwierzaka do weterynarza, a na weekend wyjeżdżamy z wyjątkowo rozmowną grupą przyjaciół. Albo z kolei trzymamy na półce ośmiusetstronicowego klasyka drobnym drukiem, którego boimy się od lat, aż tu nagle wszyscy wyjeżdżają z domu, telefony znajomych milczą, a pogoda nie zachęca do spacerów i po weekendzie straszący nas od lat klasyk leży spokojnie przeczytany. Innymi słowy, wiele zależy od okoliczności. Jeśli sprzyjają – wtedy wszystko układa się zgodnie z przewidywaniami. Bo przecież mniej więcej znamy naszą szybkość czytania i wiemy, co jej służy, a co wręcz przeciwnie.

Przy czym tutaj od razu uwaga: prędkość czytania prędkością, ale przecież zdarza się, że książka napisana jest w taki sposób, że potykamy się o co drugie zdanie. I nie chodzi mi tu o poprawność stylistyczną (chociaż może w niektórych przypadkach wchodzić w grę, nie wykluczam), ale o ogólne wrażenie, jakie promieniuje na nas z książki: język do nas nie przemawia, bohater denerwuje, opisy nużą, a w samej historii non stop spada napięcie. Wtedy nawet króciutkie opowiadanie może sprawić, że utkniemy przy nim na długie tygodnie. Ale z doświadczenia znam też sytuację odwrotną: wszystko tak bardzo do nas trafia i tak się nam podoba, że po prostu nie chcemy wcale książki kończyć, więc odwlekamy lekturę coraz bardziej, podczytując, ale niezbyt duże ilości naraz, żeby wystarczyła na dłużej. Albo w obawie, że jednak się w pewnym momencie popsuje, i co wtedy?
 
 
 

Niebagatelną rolę może w tym wszystkim mieć nasz charakter. Bo przykładowo w momencie, kiedy okazuje się, że musimy przeczytać daną książkę na określony dzień (bo to lektura, bo kończy nam się termin w bibliotece, a ktoś książkę już zamówił, bo koleżanka prosi o zwrot w określonym dniu albo z tysiąca innych powodów) przekornie w ogóle nas do danej książki nie ciągnie. I czytamy w międzyczasie trzy inne, a ta czeka i czeka, żebyśmy zabrali się za nią, a tu jakoś utknęliśmy na dwudziestej stronie, bo paraliżuje nas zbliżający się ten czy ów deadline. Nie wiem, czy taka sytuacja zachodzi w odwrotną stronę, ale w tę jest wcale częsta.

Czas wydaje się być silnym determinantem, bo dochodzi do tego też kwestia skupienia („nie mam czasu przeczytać więcej niż trzy strony”/”ciągle mnie coś odrywa, więc mogę przeczytać najwyżej trzy strony”/”podczytuję, ale jak dostanę urlop, to wreszcie przeczytam więcej niż trzy strony”). Nie każdy wszak lubi czytać z doskoku, niektórzy potrzebują chwili spokoju, żeby usiąść i sobie tak porządnie, od serca poczytać. Jest to strategia dobra jak każda inna – mnie się zdarza czytać zawsze i wszędzie, ale są i takie książki, do których to skupienie jest wymagane. Zresztą nie ukrywam, że jakoś tak najszybciej i najwydajniej czyta mi się przed snem: cisza, spokój, wszystko zrobione, łóżko miękkie, no idealne warunki. Zaobserwowałam już, że jeśli mam kilka takich nocy pod rząd, kiedy te warunki coś zakłóca (nocne posiadówy, długie rozmowy, wyjście dokądś, zmęczenie), to z czytaniem zdecydowanie u mnie gorzej.
 
 
 

Podejrzewam, że nie tylko ja lubię czytać w podróży. Zarówno tej krótkiej, jak i dłuższej. W środku transportu z rzadka jest coś rozpraszającego (mówi do Was nieposiadaczka żadnego mobilnego urządzenia wyposażonego w dostęp do internetu, więc serio: jak już w coś wsiadam, to co najwyżej telefon może mnie oderwać od książki, także komunikacyjnym czytelnikiem jestem superwydajnym), więc można się skupić na czytaniu. Chyba ten element nierozpraszania, braku jakiegokolwiek rozpraszacza – co można też nazwać „brakiem innego lepszego zajęcia”, czy „brakiem czegoś pilnego do zrobienia” – to jest kolejny czynnik, który jakoś pozwala na określenie, jak będzie wyglądał czas naszego zmagania się z książką.

Tyle póki co wymyśliłam na ten temat. A Wy jak uważacie? Jak to jest z Waszymi doświadczeniami w sprawie szacowania czasu, jaki zajmie Wam lektura? Z dziką chęcią poczytam Wasze przemyślenia!

________________

A poniedziałek zaczniemy bardzo dobrze, bo od Lema!

Weź dokładkę!

20 komentarze

  1. Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie przeprowadzam obliczeń, nie robię rachunków czasowych. i nie wyciągam z tego całki. Z moich doświadczeń wynika, że o ile nie nastąpił jakiś kataklizm, to zawsze zdążę przeczytać, która mnie wciągnęła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdążyć jasne, zawsze się zdąży, to raczej sprawa tego, jak to jest, że czasem czytamy coś bardzo długo, a czasem nie. Bo mam wrażenie, że jest całkiem sporo czynników, które na to rzutują (i nie musi to mieć wymiaru praktycznego: nie chodzi o takie obliczenie "a teraz to przeczytam 15 książek, a za tydzień 3", tylko po prostu o to, jak to się dzieje, że raz czytamy coś bardzo długo, a dokładnie takie samo coś -- błyskawicznie).

      Usuń
    2. Najwięcej zależy chyba od rodzaju tekstu. Może mnie wciągnąć lekka książka, wtedy uwinę się szybko. Mogę też wciągnąć się w coś co wymaga przemyśleń, wtedy zdarza mi się przeczytać fragment i się zamyślić:)

      Usuń
    3. O, właśnie, to też jest to: że czasem trzeba sobie dać czas, żeby pomyśleć o tym, co się właśnie przeczytało (odbiciem takiej sytuacji byłoby odczekiwanie przed zabraniem się za dalszą lekturę, bo tak bardzo ona nas uderza, jest straszna albo przypomina nam coś, o czym wolelibyśmy nie pamiętać i tym podobne).

      Usuń
  2. Uwielbiam czytać tzw. Grube książki sagi rodzinne, serię i książki wielotomowe i prawdę mówiąc takie czytam szybko i czasem nawet trochę żal. Po zastanowieniu stwierdzam że najbardziej dziwaczne U mnie jest to ze gdy kupię długo wyczekiwana książkę albo taka która mi się strasznie spodobała od pierwszej strony to odwlekam jej czytanie w nieskończoność podobnie mam z niektórymi poradnikami w konsekwencji ulubione książki mam niedoczytane bo mi szkodam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z sagami i cyklami też sprawa jest dość skomplikowana, bo niektórzy je uwielbiają, inni czasami mają z nimi problem (bo wtedy przeczytanie jednego tomu to niemal jak zobowiązanie ;)), to pewien specyficzny rodzaj lektury -- i jak czasem szkoda, że się skończyło, skoro długo się przebywało w danym książkowym uniwersum! Albo ulga, że to już koniec.

      I tak, dokładnie znam to uczucie odwlekania: taka dobra, tak ją lubię, nie, no szkoda już teraz ją czytać, niech poleży, poczeka na właściwą chwilę... ;).

      Usuń
  3. Ostatnio przechodziłam przez jakąś blokadę czytelniczą, przez co wyzwaniem było dla mnie skończenie jakiejkolwiek książki. Teraz trafiłam na perełkę, która ma 400 stron i przeczytałam w 2-3 dni, co na mnie jest naprawdę dużym osiągnięciem. Chyba muszę sobie więcej wyszukać takich książek, które naprawdę wciągają i poruszają moje serduszko, to pozbędę się wreszcie tego - za przeproszeniem - cholerstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, blokady się chyba wszystkim zdarzają (mnie zwykle pomaga powrót do czegoś, co już czytałam i mi się podobało -- bo z tym szukaniem czegoś, co wciąga, bywa różnie: nieraz książka ma wszystkie "parametry", żeby mnie wciągnąć, a jednak nie wciąga i wtedy zostaję z problemem dołka czytelniczego nadal :)).

      Usuń
  4. U mnie to jest bardzo proste: szybko czytam książki autorów, którzy potrafią budować, wykorzystywać i w odpowiednim momencie rozwiązywać napięcie, tak żeby złapać czytelnika w uzależniającą sinusoidę. Nie zaszkodzi też, żeby umieli tworzyć przekonujących bohaterów i przekonujący świat. Wtedy łatwiej osiągnąć efekt immersji, dzięki któremu w środku rozdziału czytelnikowi raczej nie przyjdzie do głowy oderwać się od lektury i sprawdzić Facebooka. Oczywiście nastrój i nadmiar obowiązków też odgrywają ważną rolę, ale bardzo staram się unikać rozgrzeszania własnego lenistwa za pomocą frazesów w rodzaju "nie mam czasu czytać".

    Do Twojej listy dorzuciłabym jeszcze sposób czytania oraz nawyki czytelnicze. Czy stosujemy technikę szybkiego czytania, czy raczej czytamy na głos we własnej głowie? Czy jeśli w powieści fantasy lub historycznej natkniemy się na nieznaną nazwę, sprawdzamy jej znaczenie? Czy z zasady opuszczamy opisy przyrody? Czy notujemy sobie najbardziej smakowite cytaty z powieści?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale co kiedy sięgamy po nieznanego nam autora? Jak wtedy oszacować, czy nas wciągnie, czy nie? Przy czym tak w ogóle to się zgadzam, ale czasami nawet przy najbardziej pasjonującej lekturze muszę zrobić sobie chwilę oddechu i tak czytam, czytam, i myślę "nie, no za dwie strony to idę sobie zrobić herbatę/sprawdzić pocztę/zobaczyć, co widać przez okno" ;). Ale może takim jestem jakimś typem ;).

      Bardzo dobry pomysł! Na pewno nawyki czytelnicze tego typu wpływają na to, ile czasu może nam zająć książka. Swoją drogą wtedy ciekawe by było zbadanie, dla jakich typów książek -- jeśli w ogóle -- je łamiemy!

      Usuń
  5. Ja prawie zawsze przeceniam swoje możliwości, niezależnie od tego czy grubas czy chudzinka. Miałam tak ostatnio z „Medalionami”, wszystko miało pójść sprawnie – książka krótka, noc długa, łóżko wygodne, ale, jak się okazało, chyba za wygodne, a ja byłam akurat po sześciu godzinach podróży i po trzydziestu stronach padłam. Zawsze wydaje mi się, że jak się odpowiednio postaram, jak się odpowiednio skupię, to pójdzie szybko, ale zapominam, że samej siebie nie przeskoczę – tempo czytania mam jakie mam, łatwo się rozpraszam i szybko męczę. Te naturalne predyspozycje grają tutaj u mnie chyba największą rolę.

    Co do podróży – chciałam tylko zauważyć, że, chociaż również mobilnych urządzeń z internetem nie posiadam, czasem obecności rozpraszaczy doświadczam. Ostatnio jadąc autobusem nie byłam w ogóle w stanie się skupić, bo pani siedząca z tyłu przez pół drogi dyktowała swojej towarzyszce listę zakupów, a bardzo często zdarza mi się też, że ktoś siedzący w pobliżu wykorzystuje podróż, by obtelefonować wszystkich znajomych i nagadać się z nimi za wszystkie czasy. Wiadomo, mówić nikomu nie zabronisz, ale z czytania nici. Ewentualnie słuchawki ratują sytuację, ale mnie się akurat zepsuły :(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, sama zwykle przeceniam, ale z drugiej strony nie popadam wtedy w desperację, tylko sobie myślę "a, zdążę, po co się przejmować" ;). Ale tak, też zazwyczaj zakładam optymistyczny wariant i potem się zastanawiam, co takiego się działo po drodze, że czytałam "Wiśniowy sad" przez miesiąc ;).

      I przyznam się, że jestem paskudnym podsłuchiwaczem w komunikacji miejskiej (liczącym się zresztą z tym, że sam jest podsłuchiwany) -- czasami nawet zdarza mi się podsłuchać rozmowy o książkach! Dlatego zwykle nie narzekam: aczkolwiek umiem się w razie potrzeby odciąć i skupić na książce, więc może dlatego ;).

      Usuń
  6. Ja nie oceniam nigdy, ile czasu zajmie mi czytanie danej książki. Ale zdecydowanie wolę krótsze, tak do 400 stron. Po prostu nie mam czasu czytać kilka godzin dziennie, a jak siedzę nad daną książką trzecie tydzień to czuję się nią zmęczona. A niestety konieczność wstania rano do pracy zniechęca do zarywania nocy.
    I też lubię czytać w podróży. Czasami żałuję, że jeżdżę rowerem, a nie autobusem do pracy, bo bym pewnie więcej czytała. Ale lubię też pójść do parku poczytać (mam akurat pdo domem), tylko wtedy nie zabieram komórki, żeby nie kusiło mnie wejść na Facebooka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w sumie nie myślałam w ten sposób, ale tak, coś w tym jest: że jak się książka za nami wlecze i wlecze, to zaczynamy być zmęczeni samym obcowaniem z nią (chyba, że to ta, którą sobie dawkujemy pomału, bo tak się nam podoba). Bardzo dobra myśl, muszę sobie poobserwować to zjawisko :).

      Usuń
    2. No może tylko ja tak mam, że fajna książka, ale już bym chciała nową i coś innego.

      Usuń
    3. Nie wiem, są takie literackie światy, z których zupełnie mi się nie chce wychodzić :). Ale chyba wiem, co masz na myśli: pewną odmianę takiego zjawiska "czytam to, ale przecież jest tyle innych świetnych książek, które mogłabym czytać"?

      Usuń
  7. U mnie problem dostrzegam bardziej w ujęciu globalnym. Tj. zaplanuję sobie, że przeczytam 52 książki w rok (no może nie do końca zaplanuję, ale próbuję taki cel osiągnąć), a będąc w połowie roku wcale nie jestem w połowie stawki książkowej. Co więcej, wiem, że nadgonię w wakacje i tak sobie to rozplanowuję, żeby trzasnąć to 10 książek w czasie urlopu. Ale urlop to urlop, a to pojadę na wycieczkę, a to pośpię na plaży (jak jest gorąco to śpię zawsze pod parasolem), a mąż będzie mnie, co pięć minut rozpraszał, a to książka mnie nie wciągnie i tym sposobem zamiast dziesiątki trafię dwójkę lub trójkę. Kiepska jestem w takim planowaniu, ale bardzo, bardzo je lubię :)

    Problem w ujęciu bardziej szczegółowym widzę przede wszystkim w pracy. Zazwyczaj chcąc przeczytać lub dokończyć daną lekturę jestem przekonana, że zrobię to wieczorkiem, a tymczasem wieczorem okazuje się, że do jutra mam termin na złożenie ważnego pisma i plany czytelnicze idą w łeb. Dni wolne u mnie też nie są tożsame z czytaniem. Wczoraj chociażby (w leniwą niedzielę) przeleżałam całe dopołudnie i tępo patrzyłam się w komputer, gdyż byłam piekielnie zmęczona dniem poprzednim i górską wycieczką, którą zaplanowaliśmy ze znajomymi.

    Łatwiej mi nieco kontrolować czas posiadając czytnik. Kindle liczy mi bowiem, ile czasu pozostało do końca rozdziału oraz ile czasu do końca książki. Nie zawsze to liczenie jest miarodajne, bo niekiedy przyspieszam w trakcie czytania (jak są jakieś emocjonujące sceny), a czasami czytam wolniej. Jest to jednak fajne, gdy kładę się do łóżka i wiem, że do końca rozdziału mam 20 minut, więc idealnie dam rady go przejść, a potem pójdę spać. Oczywiście nie zawsze daję rady i niekiedy zasypiam z nosem w czytniku.

    Czasami przydałby się taki zmieniacz czasu, jakiego używała Hermiona w "Harry Potter i więzień Azkabanu" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się zgadzamy, też uwielbiam planować -- ale wychodzę z założenia, że jak wyjdzie w czasie, który zaplanowałam, to super, a jak się przeciągnie, to też super, bo w planowaniu chodzi mi o to, żeby te książki przeczytać, a nie żeby koniecznie zrobić to w wyznaczonym czasie (no, chyba że mi wlepiają karę w bibliotece, wtedy wiadomo ;)).

      Och tak, słyszałam o tej funkcji Kindli. Sama jestem współposiadaczką Pocketbooka, który mi tego czasu nie pokazuje, więc posiłkuję się ilością stron, bo jak schodzę poniżej stu, to wiem mniej więcej, czy skończę książkę wieczorem, czy lepiej iść spać i dokończyć rano (oczywiście jeśli nie dzieje się właśnie coś strasznie emocjonującego, bo wtedy przepadło -- jeśli nie zasypiam na siedząco, to doczytuję).

      Hm, właśnie przeczytałam o zmienianiu czasu w "Dziennikach gwiazdowych" i zdecydowanie gratuluję sobie, że zmieniacza nie mam ;). Ale w wersji Hermionowej kusi, oj, kusi :).

      Usuń
  8. Świetny tekst ! Z moich doświadczeń wynika,że zależy to od stylu pisania autora,doboru lektury (wiadomo,że np.książki historyczne z reguły czyta się dłużej niż młodzieżówki...) oraz naszej weny do czytania :D ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). O właśnie, wena -- taki słabo uchwytny czynnik, a jaki przecież ważny (i pytanie, czy da się wenę zastąpić wypracowanym nawykiem sięgania po książkę choćby dla dwóch stron).

      Usuń