Jak nie drzwiami to oknem albo co czytać, jeśli nie to?


Przyszło lato i wszędzie można się natknąć na różnego rodzaju listy książek idealnych na lato. Zazwyczaj są to książki w jakiś sposób przyjemne do czytania o tej porze roku, kiedy większość z nas (niestety nie niżej podpisana) ma przynajmniej dwa tygodnie urlopu, siedzi zatem i czyta. Albo siedzi i zaczyna myśleć „hm, mam tyle czasu, może wreszcie przeczytam Tę Książkę Na Którą Trzeba Mieć Dużo Czasu”... 
 
...co nie zawsze jest pomysłem dobrym, bo może się okazać, że nasz cenny urlop, w czasie którego obiecywaliśmy sobie przeczytać dwanaście zalegających na czytniku kryminałów, dwa pożyczone od przyjaciół tomy opowiadań i hitowy bestseller z marca spędzamy w towarzystwie jednej książki, która nas męczy straszliwie z kilku co najmniej powodów. Po co sięgamy po tę książkę w takim razie? Bo mamy czas i determinację, a jest to książka z rodzaju tych, co to Inteligentny Człowiek Powinien Przeczytać albo Wypada Znać, albo Światowa Klasyka Się Kłania. Muszę się Wam przyznać, że chociaż lubię sobie uzupełniać braki w znajomości tego typu książek, to jakoś w liceum już rozstałam się z myślą, że przeczytam wszystkie i to koniecznie. Teraz wychodzę z założenia, że jak coś mi nie podchodzi i nie mam motywacji – raczej odkładam (zwykle z nalepką „do zaś”). Ale przecież są takie książki, do których w jakiś sposób aspirujemy.

Tyle że nie zawsze są to aspiracje wynikające faktycznie z naszej potrzeby, ale z jakiejś dziwnej kulturowej presji, której ulegamy. Miałam tak swego czasu (właśnie w owym liceum) z „Ulissesem” Joyce'a. Zaczynałam kilka razy, zwykle poddawałam się po dwudziestu stronach, aż w końcu stwierdziłam, że to, co robię jest głupie. Żadne wakacje nie są warte tego, żeby przedzierać się przez książkę, która nas nie interesuje aż tak, a po prostu czujemy, że „powinniśmy ją znać”. No i właśnie, myślałam sobie o tym ostatnio, podczytując ten artykuł i myśląc o bardzo mądrej radzie mojej pani bibliotekarki, która widząc zmagania z „Ulissesem”, jakie prowadziłam (wiecie, to nie był duży problem, można tę książkę było oddawać i wypożyczać do znudzenia, bo kolejki za nią nie stały) stwierdziła, że w sumie po co się męczyć, jeśli czuję taką wielką potrzebę poczytania, jak się ktoś szwenda po Dublinie, a „Ulisses” to jeszcze nie to i nie na teraz, może sięgnę po coś podobnego dla ukojenia nerwów i rozrywki? 
 
 
 Zamiast ilustrować wpis ludźmi biedzącymi się nad książką -- niech
będą zdjęcia kojarzące się z czytaniem latem. Źródło.
 

I to jest mój dzisiejszy pomysł na wpis. W żadnym przypadku nie chodzi o zastępowanie jednej książki inną. Raczej o taki zamiennik, który pozwoli nam zastanowić się nad danym tematem, ale pod innym kątem – i kto wie, może sprawi, że potem wrócimy do tej książki, którą mieliśmy zamiar przeczytać w pierwszej kolejności? Nie są to książki ani równe wagowo, ani pod względem statusu w historii literatury (czasem niesłusznie!), a czasami wydacie pewnie z siebie okrzyk zgrozy – że jak to, przecież to arcydzieło, a to taka sobie książka do przeczytania; ale wiecie, różnymi drogami dochodzi się do celu. Więc dlaczego nie spróbować?

Ulisses” → „Dublińczycy”: to właśnie była ta zamiana, o której wspominałam wyżej. „Dublińczycy” to zbiór opowiadań Joyce'a z okresu, kiedy nie chciał on jeszcze uśmiercać powieści, ale chciał opowiadać historie. Bardzo dobrze się to czyta (to dla wszystkich, którzy przebrnęli przez „Finneganów tren”), można się czasami zadumać, czasami pośmiać, połazić po stolicy Irlandii za różnorodnymi bohaterami i nie zadyszeć się tak bardzo, jak w przypadku „Ulissesa”. Nie powiem, żeby jakoś przerażająco mocno utkwiła mi ta książka w pamięci, ale poczułam się po niej ukontentowana, że już wiem, co to za pisarz z tego Joyce'a i że kiedyś zmierzę się z „Ulissesem”, ale już bez takiego frustrującego odbijania się od ściany.


 

W poszukiwaniu straconego czasu” → „Niecierpliwi”: oglądam sobie teraz dla powtórki „Gilmore girls” i jest tam taka scena, w której bohaterka deklaruje, że przeczytała dziesięć razy pierwsze zdanie, ale że widocznie książki, w których pierwsze zdanie zajmuje dwadzieścia stron, nie są dla niej. My mamy dużo szczęścia, bo Boy-Żeleński tłumacząc opus magnum Prousta porozbijał te zdania dla uzyskania większego składu na części. Przy czym może powinnam zaznaczyć, że przeczytałam „W poszukiwaniu...” niemal do końca (w połowie ostatniego tomu zupełnie straciłam zainteresowanie – trochę głupio, jak się już tyle przeczytało, wiem, ale jakoś tak wyszło: pewnie kiedyś dokończę, albo i nie, bo w sumie to, co powinnam wiedzieć już wiem) i bardzo mi się podobało, ale rozumiem, że nie każdego wciąga bardzo długie wspomnienie właściwie o wszystkim (niektóre partie – na przykład o głogach albo wakacjach z babką – są genialne, inne się dłużą, ale w sumie jak może być inaczej, o taki efekt chodziło). Jeśli jednak macie podobnie jak Lorelei, to można sięgnąć po „Niecierpliwych” Zofii Nałkowskiej: sagę rodzinną rozpisaną na wspomnienia i dwieście stron z hakiem. Praca pamięci u bohaterów przebiega równie intensywnie, brudy spod powierzchni wyciąga się z nie mniejszym zapałem, a pierwsze dwa zdania są zupełnie genialne.

Imię róży” → „Prawda”: a teraz obiecane bluźnierstwo. „Imienia róży” bowiem nigdy dotąd nie przeczytałam za jednym posiedzeniem w całości, tylko podczytywałam co jakiś czas kawałkami, bo generalnie jakoś nie trafia do mnie ten sposób pisania mocno dygresyjnego (chociaż mam wrażenie, że to kwestia wydania z bardzo małymi literkami i tego, że czytałam to x lat temu, więc zapewne przysiądę do niego za czas jakiś). Ale jeśli chce się poeksploatować podobne tematy, to może walka z drukiem, co ma przynieść zagładę i cotygodniową krzyżówkę w równie podstępnym, ponurym i morderczym mieście Ankh-Morpork wcale nie jest złym pomysłem? Jasne, tutaj najpierw było jajko, a potem kura, także można mówić o czerpaniu inspiracji garściami, a i temat, i sposób pisania jest oczywiście zupełnie inny (chociaż czy na pewno?), ale wydaje mi się „Prawda” godnym wstępem do zmierzania ku szczytnemu celowi.
 
 
 

Pan Tadeusz”„Dwanaście stacji”: no dobrze, znowu kwestia bezpośredniej inspiracji czy wzorowania się, w każdym razie jeśli od lat walczycie z „Panem Tadeuszem” i już po dziurki w nosie macie tego zmagania się, to może sięgnijcie na początek po znakomity poemat Tomasza Różyckiego „Dwanaście stacji”? Nieco bardziej współcześnie, nam blisko, umagiczniając zupełnie niemagiczne okolice (do czego nie potrzebuje emigrować) autor rozprawia się z i rozprawia o pewnym micie rodzinno-narodowo-społecznym. A przy okazji i humoru znajdziecie tam mnóstwo, i zadumać się nad czym jest, i wykrzyknąć „ach, tak, dokładnie tak jest!”. Można by wtedy poczuć się jak docelowy czytelnik Mickiewicza, który zapewne w ten sposób czytał dzieło wieszcza. I dopowiem tylko, że bardzo lubię „Pana Tadeusza” i czytam sobie go raz na czas, a zachwyciłam się zupełnie, ale to zupełnie „Dwunastoma stacjami” w lutym i od tego czasu jakoś tak myślę o tych książkach komplementarnie.

Biesy” → „Wesele”: a jeśli macie problem z rozgryzaniem tajników duszy rosyjskiej u Dostojewskiego, w – to moja opinia – w opasłych, acz szalenie fascynujących „Biesach”, to może by tak porozgryzać tajniki duszy polskiej w – ponownie moja opinia – cienkim, ale pełnym pułapek „Weselu” Wyspiańskiego? Wbrew pozorom sporo te dzieła łączy: raz, że ta próba zdefiniowania demonów dręczących człowieka z powodu tego, że przynależy do pewnej grupy (czy narodowej, czy klasowej, czy politycznej), dwa, to oczywiście nękające bohaterów duchy (fikcyjne lub jak najbardziej rzeczywiste), trzy – świadomość porażki, która jest na horyzoncie, ale w sumie wszyscy się łudzą, że jej tam nie ma i że się uda, cztery – wątki polityczne zręcznie powplatane w materię fabularną. I jak już tak się człowiek zaduma nad duszą tutejszą, to i nad duszą tamtejszą będzie można kiedy przysiąść z większym spokojem.
 
 
 

Nad Niemnem” „Bohiń”: czytajcie „Nad Niemnem”, to taka dobra książka jest! Ale jeśli nadal się wahacie, macie bardzo złe wspomnienia z liceum albo drażni Was styl Orzeszkowej, a chcecie poczytać coś w tym typie, to rękoma i nogami polecam Wam „Bohiń” Konwickiego, moje odkrycie tegoroczne. Rzecz dzieje się w podobnej okolicy: zapadłe folwarki gdzieś na Wileńszczyźnie, jest i tajemnica rodowa, i młoda kobieta, która powinna wyjść za mąż, ale to kwestia coraz bardziej problematyczna, no i nie wspominając już o wątkach narodowo-patriotycznych. Przy czym opisy Konwicki pisze oczywiście inaczej niż Orzeszkowa, ale podobny duch się tam unosi nad wodami Niemna i Wilii: cichy, spokojny, a jednocześnie podszyty niepokojem, dręczącą czegoś niepewnością, czy jutro będzie i jakie będzie. Także naczytawszy się „Bohini” na pewno zapragniecie podobnych klimatów – a wtedy „Nad Niemnem” będzie jak znalazł.

Czy macie inne pomysły na takie „drogi wiodące do celu”? W przypadku tych opisanych książek – a może jeszcze jakichś innych, z którymi wojuje się latami? Z chęcią posłucham, może znajdzie się coś, z czym sama mam problem, ale wyleciało mi z pamięci (tak, klasyczny mechanizm wyparcia!)?

_______________

Jutro będę się starała napisać o czymś, o czym chcę napisać od dawna, ale nie wiem do końca, jak.

Weź dokładkę!

30 komentarze

  1. Trafiasz tym wpisem w moje serce. Swego czasu na wakacje zabrałam ze dwa razy „Ulissesa” i nie mogłam go zmordować, choć i kawałki "Dublińczyków", i "Portret artysty w wieku młodzieńczym" czytałam. Wreszcie się poddałam i stwierdziłam, że może jeszcze wrócę, ale nie mam siły póki co. Nad Proustem się zastanawiam, ale faktycznie ilość tomów przeraża i choć poprzysięgłam sobie kiedyś przeczytać, chętnie sięgnę kiedyś po Nałkowską:) Co do "Imienia róży" - omawialiśmy w liceum i wielce mi się podobała, chętnie bym wróciła, ale Pratchett jest nie do pogardzenia zawsze i wszędzie. Nęcisz tymi „Dwunastoma stacjami”, choć jednak "Pana Tadeusza" przy drugim podejściu się udało przemóc i nawet znaleźć w nim coś dla siebie:) "Nad Niemnem" też na mnie czeka, ale Konwicki faktycznie może szybciej podejdzie. "Wesele" jak najbardziej przeczytane, może dzięki temu i "Biesy" kiedyś lepiej wejdą? Tak czy siak, dziękuję Ci za ten wpis i choć nie dodam zamiennika, to zaczerpnę inspirację na później:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi przyjemnie :). Rzecz jasna, tak jak pisałam, to nie są zamienniki, raczej inspiracje, żeby potem sięgnąć właśnie po te inne książki. Prousta bardzo polecam, bo obfituje w cudowne sceny (oprócz tych wspomnianych jest tam absolutna moja perełka, czyli scena z samolotem -- jedna z takich, co to człowiekowi jak utkwią w głowie, to na dobre) i nie warto się w razie czego zniechęcać: mamy doskonałe tłumaczenie, a czytniki w dzisiejszych czasach bardzo wspomagają przy walce z tomami :).

      Usuń
  2. Ulissesa nie czytałam i nie mam zamiaru (i wcale nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia - to, że jakiś pisarz miał fantazję, nie znaczy, że ja muszę się z nim męczyć), natomiast muszę sobie przypomnieć "Zamianę" ;) Tak, masz rację, że opcje na wakacje są dwie: czytamy to, co lekkie i przyjemne lub idziemy w książki cięższe, bo mamy wszak więcej czasu, mniej stresów...Niby to sensowne, ale ja jak jestem na jakimś wyjeździe, za Chiny nie potrafię się skupić nawet na czytadłach. W zeszłym roku na wakacjach męczyłam Pochłaniacza, który kompletnie do mnie nie trafił i po cichu zastanawiam się, czy to może dlatego, że po prostu moje myśli były zaprzątnięte czymś innym. No i widuję teraz na blogach te różne propozycje lektur i zastanawiam się, według jakiego klucza to jest zrobione, bo niektóre z nich kompletnie mi się z wakacjami i relaksem nie kojarzą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, należę do tego gatunku, co to czytać może właściwie zawsze i wszędzie (chyba, że się bardzo denerwuję czymś), ale zwykle w wakacje stosowałam strategię "a teraz zapoznam się z każdym czytadłem, które moja biblioteka kupiła przez ten rok". W tym roku przez Lema ten zwyczaj zarzuciłam, ale myślę, że może zrobię sobie taką zimę, bo czemu by nie (wszak dzięki Świętom też trochę wolnego jest). Wierzę za to, że istnieją ci, którzy w wakacje chcą czytać same ambitne nowości -- właśnie przez to, że ma się wtedy więcej czasu :).

      Usuń
    2. A ja ofiarnie przeczytałam Ulissesa, bo poprosiła mnie o to koleżanka, która pisała o nim referat na zajęcia - potrzebowała osoby do dyskusji, a obawiała się (słusznie swoją drogą), że książki nikt nie przeczyta i po referacie zapadnie niezręczna cisza. Z książki pamiętam jakieś momenty, ale koleżanka była mi wdzięczna :) A teraz mogę tryskać prestiżem podczas dyskusji w gronie oczytanych (dopóki w końcu nie trafię na kogoś, kto też przeczytał ;)

      Usuń
  3. O matko! O matko i córko! O matko, córko i książko!

    Napisałam prawie identyczny post (no faktycznie prawie, bo ogórki z tego mojego wychodzą raczej) i to tworzyłam go od dwóch dni - miał pójść w poniedziałek, ale zaszalałam - więc to nie może być przypadek!. To jakieś jasnowidztwo wręcz :)

    A tak zupełnie serio, w troszkę innym kierunku idę. Ale też mam lektury "zamiast" :)

    Otrząsnowszy się z pierwszego szoku pragnę zaznaczyć, że o ile kojarzę dobrze to szukając informacji dotyczących "Ulissesa" (chcąc się za niego zabrać niegdyś, bez skutku) wpadłam na taką opinię, że warto najpierw sięgnąć po "Dublińczyków", bo Joyce w jakimś zakresie nawiązuje właśnie do tej wcześniejszej powieści. A ponieważ do tej pory tych "Dublińczyków" nie mam to i po "Ulissesa" nie sięgam :)

    Z "Panem Tadeuszem" i "Nad Niemnem" problemów nie mam. Ale w innych przypadkach może faktycznie skorzystam z zamiany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie zobaczyłam, skomentowałam, po czym patrzę -- a Ty skomentowałaś tutaj! To się zaczyna robić trochę creepy ;). Czyli jeśli Joyce faktycznie nawiązuje w "Ulissesie" do "Dublińczyków", to szlaki przede mną zostały przetarte! Widziałam nawet ostatnio ładne wydanie, z tej samej serii mam już "Szwejka" i tak mnie nawet kusiło, ale pomyślałam, że może kiedy indziej. Kiedyś się umawiałyśmy z Naią na czytanie klasyków omawianych w wykładach Nabokova i tam jest też "Ulisses", więc zapewne w końcu skuszę się na niego po latach i kto wie, może tym razem się uda ;).

      Usuń
    2. Miałam dokładnie to samo :D Oby tak dalej, bo może z tego wyjść tylko coś ciekawego.

      "Ulissesa" mam na półce, kupiłam piękne wydanie Wydawnictwa Znak i cóż z tego, jak znalazłam informację o tych "Dublińczykach". Spojrzałam jednak na pierwszą stronę powieści (nie mogłam się powstrzymać) i nie wygląda to jakoś przerażająco, nie wyskoczył z niej na mnie potwór, więc trudno mi określić skąd wszechobecny (przynajmniej wśród moich znajomych) strach przed tą lekturą wzbogacony okrzykami "Ty TO przeczytałeś?", gdy okazuje się, że znajdzie się ktoś taki kto Joyce'a zna i lubi.
      Ach, mam ochotę na tę lekturę, muszę poszukać więc nieszczęsnych "Dublińczyków" czym prędzej.

      Usuń
    3. Właśnie to znakowskie wydanie mnie tak kusiło ;). "Dublińczycy" nie powinni być trudni do znalezienia, byli w mojej malutkiej bibliotece za czasów licealnych -- w każdym razie czyta się ich dobrze, bez powiewu jakiegoś specjalnego eksperymentatorstwa. Solidny zbiór opowiadań :).

      Usuń
  4. Bardzo fajny wpis! (Dołączam się do zachwytów nad poematem Różyckiego, z tym że nie jestem przekonana, czy czytanie go bez niezłej znajomości "Pana Tadeusza" to dobry pomysł; to w końcu swego rodzaju parodia).
    Przeczytałam też artykuł z "Polityki", do którego podrzuciłaś link, i... mina mi zrzedła. Jaki to straszny snobizm zarzucać ubóstwo umysłowe ludziom, którzy nie przeczytali wszystkich książek z literackiego kanonu, i w dodatku nie boją się do tego przyznać! Jasne, że pewne utwory warto poznać w pierwszej kolejności, bo a) są dobre, b) pełno do nich aluzji w kulturze, c) są wyzwaniem ale naprawdę nie pojmuję, dlaczego zamiast traktować to jak przygodę intelektualną rozpisaną na wiele lat, ludzie czują presję i wstyd, bo nie przeczytali akurat "Ulissesa" albo nie mogą przebrnąć przez "Rękopis znaleziony w Saragossie". Nie wspominając już o tym, jak problematyczną sprawą jest ustalenie kanonu książek, które "należy" znać. Takie moje trzy grosze. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Też się zastanawiam, jak to jest, ale myślę, że bez znajomości "Pana Tadeusza" można się dać zachęcić -- bo w sumie to jest lektura szalenie uniwersalna, a przez to może albo prowadzić od Mickiewicza albo do Mickiewicza, albo może w żadną z tych stron, tylko w swoją własną ;).
      Hm, a myślałam, że się czepiam, ale widzę, że mamy podobne odczucia (w ogóle jestem jakaś cięta na działy kulturalne w tygodnikach od jakiegoś czasu). Przy czym wiesz, to się zaczyna niewinnie, bo od jednej z moich lubionych scen u Lodge'a (to tak na marginesie :)), a potem już leci równo. Zresztą w sumie w tych "nie przeczytałem, to straszne" figurują właśnie głównie takie trudne do przeczytania książki jak "Ulisses", których nieprzeczytanie jest raczej doświadczeniem wspólnym większości populacji ;).

      Usuń
    2. "Rękopis znaleziomy w Saragossie" jest akurat fajny, muszę sobie odświezyć :)

      Usuń
  5. Zamiast Chłopów (uwielbiam) można czytać Konopielkę (uwielbiam). Natomiast ogólnie polityka produktów zastępczych jest mi obca, jakoś bowiem (poza Ulissesem, który mnie absolutnie nie pociąga) nie miałem problemów z Nadniemnami i PanaTadeuszami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dokładnie :). Z większością wymienionych też nie miałam problemów (poza, oczywiście, "Ulissesem", który mnie jednak trochę pociąga jako wyzwanie, i z "Imieniem róży", jak się przyznaję zresztą wszędzie), ale tak sobie myślę, że skoro jednak wiele osób ma, to może taka droga przez inne dzieła spowoduje, że łaskawszym okiem spojrzą właśnie na Nadniemna i Panytadeusze -- bo przecież warto :)!

      Usuń
    2. No warto, bezsprzecznie. Pewnie nawet Finnegan's Wake warto, choć ni cholery nie wiem dlaczego, więc nawet mój literacki snob wzrusza tylko ramionami na ten tytuł.
      A do Imienia Róży to ja bym się przekonywał a) przez film (wiem wiem, spłaszczenie oryginału i ściągnięcie do pierwszej warstwy fabuły:P) i b) przez felietony Eco, żeby nie czuć onieśmielenia wobec autora.

      Usuń
    3. Co do "Finneganów...", to nadal nie wiem, czy warto. Bo z eksperymentami literackimi mam tak, że jestem rozdarta: w pewnym momencie mam wrażenie, że granica zostaje przekroczona i nie wiem, czy faktycznie chodzi o rozciąganie możliwości, czy tylko o coś w rodzaju hermetycznych zapisków na bardzo wielu stronach. Za to niezmiennie podziwiam tłumacza.
      Z "Imieniem róży" z kolei: film widziałam, bo pomyślałam sobie, że czemu nie, skoro już nadają, obejrzę (nie padłam z zachwytu, ale faktycznie jeśli chodziłoby tylko o niechęć do rozbudowanych dygresji to jest w sam raz), felietony Eco (te od zapałek) bardzo mi się kiedyś podobały. Póki co nie sprawiło to, że wróciłam do "Imienia...", ale tak sobie myślę, że to też kwestia pory roku/nastroju/aktualnie czytanej lektury i tak dalej ;). Ale droga do "Imienia..." tak w ogóle uważam, że bardzo sensowna.

      Usuń
    4. "Piosenka musi posiadać tekst", a książka fabułę, w związku z tym eksperymenty i czyste formy odpadają w przedbiegach, z małymi wyjątkami. W przypadku Eco nie można nawet zacząć od innej powieści, bo wszystkie ponoć dużo słabsze. Za to, ewentualnie, można się nieco wprowadzić w klimat kryminalnego średniowiecza bratem Cadfaelem, otrzaska się człowiek trochę z klasztornymi realiami :P

      Usuń
    5. Zastanawiam się, jakie wyjątki czynię w sprawie eksperymentów i uznaję, że to bardzo dobry pomysł na notkę :). A brata Cadfaela nie znałam (a tu się okazuje, że autorka była tłumaczką z czeskiego, tak w ogóle, chyba musimy się zapoznać) -- i już wiem, czemu z tym Eco tak coś mi nie bardzo idzie :D! Doskonale, już sobie zanotuję, żeby znaleźć :).

      Usuń
    6. Popełń notkę, bo ja uznaję Witkacego i Schulza, obu w niedużych dawkach. O Cadfaelu napisałem ostatnio pół strony, bo to jeden z moich ulubionych detektywów.

      Usuń
    7. Umknęła mi (mam w ogóle ostatnio wrażenie, że mój blogger ukrywa przede mną część notek i muszę sama je odkrywać, co jest albo winą mojej wybiórczej ślepoty, albo dziwnego algorytmu, który się tam uruchomił, ale mniejsza z tym), zaraz nadrabiam!

      Usuń
    8. Ponieważ nie jestem na bloggerze, to mogę być sabotowany przez niego:)

      Usuń
    9. Cadfael całkiem sypmatyczny :)

      A czy inne powieści Eco poza "Imieniem róży" są słabsze? "Wahadło Foucaulda" na pewno nie.

      Usuń
    10. Ja mam opinie z drugiej ręki tylko, bo różne tam Baudolina i Królowe Moany stoją i się kurzą w oczekiwaniu na nie wiadomo co :)

      Usuń
    11. O, "Wahadło Foucaulta" mam od lat na liście lektur, ale chyba prędzej zdobędę na czytnik, bo jest dość niewygodne w czytaniu, choć z powodów innych niż "Imię..." (ale to taka uwaga niemerytoryczna, bo merytorycznie nie mam nic do dodania ;)).

      Usuń
    12. Wydanie PIWu jest chyba w miarę poręczne, nie to co wielkie kobyły z NoirSB :) Ale czytnik do czytania tomiszcz bardzo popieram, na dodatek człowiek się nie przeraża na wejście objętością.

      Usuń
  6. Och. Ulyssess. Cholera trochę wstyd, być anglistką i nie zmęczyć. No ale przyznaję, nie zmęczyłam w całości. Po kawałku znam ;) Natomiast i "Dublińczycy" i "Portret..." to bardzo dobre zastępstwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E, czasem tak chyba bywa ;). Przy "Ulissesie" to nawet profesja, wykształcenie i kierunek studiów nie pomogą -- myślę, że tylko fascynacja i samozaparcie ;).

      Usuń
  7. Adresatką notki się nie czuję, bo podobnie jak Zacofany i Ty przez większość tych upiornych i straszących lektur bez większych problemów przebrnęłam („Nad Niemnem” piękne, „Imię Róży” piękne, „Ulisses” genialny, Prousta porzuciłam, ale tylko z braku czasu i warunków do czytania, bo to moim zdaniem najwybitniejsza rzecz, jaka wyszła kiedykolwiek spod pióra kogokolwiek!), ale świetna inicjatywa :). Jeśli taka taktyka oswajania ma komuś pomóc w przekonaniu się do Prousta czy Joyce'a, to z całego serca pochwalam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się domówimy na to czytanie zgodnie z Nabokovem, to przeczytam "Ulissesa", tak już postanowiłam :). Bo do tego potrzebuję takiej mobilizacji chyba. Bo z tego zestawienia to oprócz "Imienia..." taka moja powieść, do której się muszę dokopywać przez inne :).

      Usuń