Kogo kocham, kogo lubię albo o moich ulubionych autorach


 Tak sobie ostatnio uświadomiłam, że kiedy mowa o książkach – albo dowolnym innym dziele kultury – zwykle pytamy się innych „a jaka jest twoja ulubiona książka” albo „a kto jest twoim ulubionym autorem”, no, w każdym razie w tym stylu. To dobry punkt wyjścia do rozmowy o książkach. A ja tu już piszę i piszę, a nie napisałam jeszcze wpisu o moich ulubionych autorach. No dobrze, zapewne już się zorientowaliście, kto się do tego grona zalicza, ale postanowiłam to zgarnąć w jednym miejscu. Będzie jak znalazł, kiedy po raz kolejny pomyślę „hm... kogo ja też tak bardzo lubię?”.

Autor, którego przeczytałam wszystko:
Bohumil Hrabal
No, prawie wszystko, bo zdaje się, że są jeszcze jakieś pojedyńcze opowiadania, które mi umknęły. Wielka moja literacka miłość – bardzo lubię tę zmienność tematów i form, podejście do samego pisania jako wielkiego eksperymentu, bohaterów trochę rzeczywistych, ale bardziej to jednak wymyślonych, poruszanie tematów trudnych w taki sposób, żeby nie zawsze dało się zorientować (do mnie samej dość późno dotarło, że główn bohater „Jak obsługiwałem angielskiego króla” to paskudny kolaborant, a jednak opisywany tak, że nie życzy się mu wszystkiego najgorszego, a przynajmniej nie cały czas – troszkę upraszczam, oczywiście), a dowcip o szopie praczu spowodował, że śmiałam się przez tydzień. No i jak miał urodziny, napisałam o nim całą notkę: gdybyście chcieli poznać inne jeszcze przyczyny mego uwielbienia, to tam Was odsyłam (a tak w ogóle, to o Hrabalu pięknie, z uczuciem i często pisze też Naia!).


Dumający i zadumany Hrabal stąd.


Autor, który pisze ciągle o tym samym ale za to jak:
Vladimir Körner
Już co prawda wspominałam, że nie mamy w Polsce szczęścia do tego pisarza, bo mamy jedną (tak, jedną) z całego wora książek, jakie napisał (ale jak znajdziecie już „Zagładę Poziomkowego Dworu” to bierzcie w ciemno: jest tam scena, którą wpisałabym na każdą listę doskonale napisanych scen w literaturze w ogóle). Körner, ogólnie rzecz biorąc, pisze ciągle o wojnie, tyle że pod różnymi postaciami: o Krzyżakach, o wojnie prusko-austriackiej, o II wojnie światowej i tak dalej. Ale widać u niego i to, że jest również scenarzystą: umiejętnie operuje skrótem, pięknie umie w dwóch słowach zarysować sytuację, każe się domyślać wielu rzeczy, nie wykłada kawy na ławę, a jednocześnie wcale nie skąpi opisów. Jego książki są co prawda strasznie ponure, więc w dużych dawkach na raz raczej nie do przełknięcia (raz jeden przeczytałam trzy pod rząd i efekt był taki, że siedziałam w pociągu i rozmyślałam, jaki świat jest generalnie zły, póki do mnie nie dotarło, że to ten Körner).
 
 
Niby sympatyczny, ale nie dajcie się zwieść -- czytać trzeba w
małych dawkach! Źródło.
 
 

Autor, którego książki mnie zawsze ratują:
Terry Pratchett
Myślałam na początku, żeby go umieścić tam, gdzie Hrabala, ale po pierwsze, nie przeczytałam wszystkiego (ani prawie wszystkiego – prawie wszystko przeczytałam, jeśli chodzi o Świat Dysku), a po drugie to jest taki autor, do którego książek wracam wtedy, kiedy potrzebuję wrócić w jakieś dobre miejsce. Chociaż Dysk to nie jest znowu takie wspaniałe miejsce, a już w samym Ankh-Morpork to raczej trzeba mieć się na baczności, ale z drugiej strony te postacie! Jeśli miałabym chodzić na kawy z jakimiś, to zdecydowanie ze Strażą (może oprócz Nobby'ego Nobbsa, bo to skończyłoby się i brakiem kawy, i portfela) albo wiedźmami. Przy czym najbardziej u Pratchetta lubię to, że te postaci są takie zwyczajne: niby herosi, niby magiczne moce, niby ratowanie świata, a przecież chodzi o to, żeby spać we własnym łóżku, przeczytać synowi bajkę i dobrze wykonywać swoją pracę. Pisałam już o sir Terrym w tym roku z bardzo smutnej okazji, ale obiecuję sobie, że jeszcze napiszę długi wpis o samej Straży kiedyś. 
 
 
Sir Terry i jego słynny kapelusz stąd.
 

Autor, którego powieść mnie zachwyciła na lata:
Karel Schulz
Przyznaję, że on tutaj jest z powodu Tej Jednej Książki, czyli uwielbianego przeze mnie dzieła pełnego detaliczych opisów i rozbierania na czynniki pierwsze duchowych rozterek bohatera „Kamienia i boleści”. I to w sumie zaatakował mnie Schulz tym znienacka, bo do Michała Anioła nie miałam żadnego stosunku, a tu proszę. Nie dość, że „Kamień...” jest przykładem, w jaki sposób pisać bohatera, którego się wyposażyło w traumę, w sposób konsekwentny, a nie hurraoptymistyczny bądź zupełnie depresyjny, to jeszcze stanowi malowniczą panoramę Włoch wczesnego renesansu. I jest tam, oczywiście, w domyśle o wiele więcej o sytuacji, w której Schulz pisał (czyli o czasach drugowojennych) niż tak do końca o czasach michałoanielskich, ale chyba jedną z zalet tej książki jest to, że można ją czytać i tak, i tak. Mnóstwo Schulza jest u nas w bibliotekach i antykwariatach, bo nie doczekał się chyba zbyt licznego zastępu fanów, ale jakbyście kiedyś przypadkiem zawadzili o półkę i spadłby na Was: bierzcie!

Autorzy, którzy są ze mną od dawna i organizują mi myślenie:
Bracia Grimm
Nie przez przypadek cykl baśniowy zaczęłam właśnie od Grimmów. Zbiory ich baśni to zdecydowanie nadreprezentowana część mojego księgozbioru: mam wersje w trzech językach, wydania stare, nowe, wybory i komplet z omówieniem, który wyszedł jakiś czas temu, z ilustracjami starymi i nowymi, słowem, jak znajduję Grimmów w normalnej cenie, to biorę. Lubię tę ledwo markowaną przyzwoitością grozę, te makabreski, które na pierwszym planie są paskudne, a na drugim odsłaniają nieco głębsze pokłady pewnego konkretnego widzenia świata, tę pasję naukowców-zbieraczy, która wyziera z tych co rusz poprawianych i wydawanych na nowo zbiorów. I chociaż jako dziecko się ich bałam, to szybko zaczęły mnie fascynować. A jak już poznałam całą ich historię, to już wiedziałam, że to jest właśnie to, z każdej strony. Jeśli chcecie zobaczyć, które baśnie lubię najbardziej, to odsyłam Was o, do tej notki.  
 
 
 Wespół w zespół i nieindywidualnie, za to nobliwie i klasycznie. Źródło.
 

Autorka, która uwiodła mnie swoją wyobraźnią:
Tove Jansson
Oczywiście okrzyk „Muminki!” załatwiłby całą sprawę z tłumaczenia się, czemu Jansson, ale wydaje mi się, że to tylko połowa całości. Bo przecież jest jeszcze na przykład „Lato”, są opowiadania, są komiksy – wszystko to się składa w całość, artystki szalenie pracowitej, konsekwentnej, o ogromnej sile wyobraźni. No bo jakże to tak, wymyślić świat, w którym żyją takie Muminki, który jest w sumie takim światem funkcjonującym trochę jak ten Aen Sidhe w celtyckiej mitologii: za jakąś zasłoną, ale bardzo blisko, tak że ta zasłona czasami opada i oto widzimy, że to jest w sumie tam, trzy kroki na prawo. Piękna jest ta tęsknota, melancholia, surowość wysp i morza, fantastyczne przygody, galeria bohaterów, no i rysunki! Naprawdę, w „Muminkach” jest wszystko. A jak się ma problem z nimi, to zawsze podobne tematy można znaleźć w zwięzłych innych prozach Jansson (serio, czytajcie „Lato”). 
 
 
 Piękna Tove Jansson w wianku stąd.
 

Autor, który tworzy w jednym z moich ulubionych gatunków:
Roger Zelazny
Zaczęło się od tego, że kiedyś, kiedyś nauczyciel angielskiego pożyczył mi „Pana Światła i Ciemności”, mówiąc, że skoro lubię fantastykę, a nie znam Zelaznego, to koniecznie muszę przeczytać. I tak przynosił mi różne jego książki, potem znalazłam „Dziewięciu książąt Amberu” i przepadłam. Nie wszystko i nie zawsze mnie w opowieściach Zelaznego przekonuje, ale kurczę, jaka to była wielka wyobraźnia! Ta magia jako wiązki ni to światła, ni to zapachów, które trzeba odpowiednio ze sobą powiązać, albo koncepcja Cieni i prawdziwego świata, które je rzuca – to były takie idee, które ze mną zostały na długo. No i wysoko podniosły poprzeczkę, jeśli chodzi o ten poziom, jakby to nazwać? Innowacyjności?, którego szukam w fantastyce. A że jeszcze mi tych powieści Zelaznego trochę zostało, to nic, tylko się radować na dalsze lektury.

Autor, o którym będzie jutro:
Franz Kafka
A to malutki cliffhanger, czy właściwie zapowiedź jutrzejszego wpisu. Bo dawno nie było wpisu na urodziny pisarza, a na urodziny Kafki to się czaję od stycznia już. Zatem jutro – o Kafce!

Znaleźlibyście kogoś z mojej listy wśród swoich ulubionych autorów? Myślę, że tu jestem raczej niekontrowersyjna. Bardzo tu mało pisarek jakoś, będę musiała się zastanowić bardziej i napisać suplement!

Weź dokładkę!

23 komentarze

  1. Ja z Hrabalem mam problem, niby bardzo lubię, czytam z wielka przyjemnością, a po kilku latach okazuje się, że mam wielką czarną dziurę w mózgu, w miejscu gdzie powinna być jego szufladka. 99% przeczytanego Hrabala nie zostaje mi w pamięci KOMPLETNIE, do tego stopnia, że wciąż pojawiają się na liście do przeczytania książki których tytuł nic mi nie mówi, a Biblionetka informuje mnie, że przeczytałam i nawet wysoko oceniłam… 1% wyjątku to "Zbyt głośna samotność" którą kocham niezmiernie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ciekawe! Zastanawiałam się, czy mam takiego autora, ale nic mi nie przychodzi na myśl (może zupełnie już o nim zapomniałam ;)). "Zbyt głośna..." to jest też jedna z moich ulubionych próz Hrabala, ale tak jeszcze pozostając przy "zapominalności", to mam wrażenie, że zupełnie, ale to zupełnie, na tle jego poetyki wyróżnia się "Obsługiwałem angielskiego króla" -- raz, że wyjątkowo ostro używa tam groteski, dwa, że w sposób zupełnie niezakamuflowany porusza pewne tematy, trzy, że to jest powieść wyjątkowo zwarta i długa, i mało eksperymentalna w porównaniu z innymi.

      Usuń
  2. Ależ ze mnie ignorantka! To straszne! Z każdym kolejnym zdaniem Twojego wpisu coraz bardziej się pogrążałam.

    Nie znam w ogóle (sic!) Hrabala, Vladimir Körner to dla mnie wielka zagadka, podobnie jak Karel Shulz i Roger Zelazny! Tove Jansson oraz Bracia Grimm mgliście przypominają mi moje dzieciństwo. Franza Kafki znam jedynie "Proces" (który notabene bardzo mi się podobał). Zaś Pratchetta wciąż odkrywam (przeczytałam dużą część Świata Dysku, lecz wciąż nie wszystko, a co z opowieściami spoza Dysku..).

    Zrobiłam sobie listę tych swoich wyrzutów sumienia. Już nie będę się wstydzić tego Hrabala!

    A moi ulubieni pisarze to temat rzeka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się cieszę, że zachęciłam, koniecznie dawaj znać, jak wrażenia :)! W razie czego służę radą przy tych, których bibliografie są bardziej opasłe ;).

      Usuń
  3. Przeczytałam "Auteczko", spłakałam się - bo koty - i odpuściłam sobie Hrabala. Jak zapomnę "Auteczko" to spróbuję jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ale wiesz, "Auteczko" to jest właśnie coś, co może do Hrabala zniechęcić, bo faktycznie mocno daje po emocjach. Przy czym sam Hrabal je napisał po ciężkim wypadku, kiedy poczuł potrzebę przemyślenia wszystkich tych faktów -- te koty tam są nie tylko za siebie, one się stają w ogóle ucieleśnieniem wszystkiego, co w życiu trudne, każdego wyboru, który zawsze będzie zły. Ale piękne (i niedrastyczne) sceny z kotami są na przykład w "Dobranockach dla Cassiusa" (pisanych notabene dla owego Cassiusa -- jednego z Hrabalowych kotów), czy w "Aurorze na mieliźnie".

      Usuń
  4. NO, na mojej liście byłby Pratchett. Choć ja raczej takiej listy nie byłabym w stanie zrobić. Czytanie fantastyki wyrabia pewne nawyki i w którymś momencie człowiek stwierdza, że bardziej przywiązuje się do cykli niż do autorów (ja mam na przykład tak, ze moim ulubionym autorem staje się ten, który napisał aktualnie zachwycający mnie cykl.;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, bo ja z cyklami ponad trzy tomy mam problem, zwykle się boję, że im dalej, tym będzie gorzej. Poleciłabyś jakieś zachwycające cykle? Nie obraziłabym się nawet za całą taką notkę ;).

      Usuń
    2. A nawet kiedyś o takiej myślałam, może zrobię.;) Jak na razie mogę polecić "Niecnych Dżentelmenów" Lyncha, na razie trzytomowych (czwarty tom w tym lub przyszłym roku), ale zawsze zachwycających. No i Akta Dresdena, bo cztery tomy już znam, a podobno im dalej tym jeszcze lepiej.:)

      Usuń
    3. Zrób, zrób :). "Niecnych dżentelmenów" znam tom pierwszy ("Kłamstwa..."), za drugi się jakoś idąc za ciosem nie zabrałam; podobało mi się, ale nie aż tak widocznie (było to lat temu ze cztery-pięć). Pewnie kiedyś sięgnę, jak wpadnie w ręce. O, a za "Akta..." muszę się zabrać, bo właśnie już z wielu stron słyszałam, że warto! :)

      Usuń
  5. Niespecjalnie nam się ta lista pokrywa, ale co do numeru jeden jesteśmy zgodne :) Dziękuję pięknie za wzmiankę o mnie!

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie do Tove Jansson dodałabym Dostojewskiego, Czechowa, Anne Rice, Sienkiewicza, Kraszewskiego i wieeeelu innych. Świetny wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Dostojewskim mam tak, że czyta mi się go szybko, ale nie wiem, czy aż tak mnie zachwyca (chociaż "Biesy" są doskonałe!), Czechow to moja nowoodkryta miłość, jak już o tym pisałam :), Rice -- przede mną, mam przeczytane tylko pół "Wampira Armanda" bodajże, ale już sobie wpisałam na listę, żeby koniecznie się zapoznać, Sienkiewicza kiedyś ceniłam wysoko, ale jednak mój zachwyt dla niego baaardzo znacząco oklapł (może kiedyś o tym napiszę, bo to w sumie ciekawy temat), a z Kraszewskim mam tak, że niektóre jego książki mnie zachwycają ("Stara baśń"!), a inne okrutnie męczą (pisałam nawet o tym w notce o pisarzach, przez których nie mogę przebrnąć ;)). Miło mi :).

      Usuń
    2. Weź się za "Wampira Lestata" Rice. "Królowa Potępionych" i "Opowieść o złodzieju ciał" również bardzo mi się podobały.

      Usuń
  7. U mnie się chyba nie pokrywa :) Mam problem z takimi "naj", wielu świetnych autorów odkryłam dopiero prowadząc bloga, więc stosunkowo niedawno - w związku z czym przeczytałam po dwie, trzy książki, ale podam kilka swoich typów:

    Autor, którego przeczytałam (prawie) wszystko: Viktor Hugo <3

    Autor, który pisze ciągle o tym samym ale za to jak: Majgull Axelsson

    Autor, którego książki mnie zawsze ratują: tu mi trochę wstyd ;) ale Jennifer Weiner. Bez jaj, to jedyna autorka "babskiej literatury", którą lubię, i do której wracam, kiedy mam ochotę na coś lekkiego. W czym tkwi sekret, bo raczej nie w poziomie twórczości? (choć książki są napisane sprawnie i nawet dowcipnie, no ale nie oszukujmy się, to nadal literatura z, hmm, średniej półki ;) ) Jakoś po prostu jej książki doskonale, dosłownie: doskonale wpasowują się w kolejne etapy mojego życia. Jak byłam zakompleksioną nastolatką grubszą niż współczesne kanony przewidują, to czytałam "Kochając większą kobietę" i już tu ją pokochałam. Potem "Siostry", tuż po pierwszym porodzie - "Małe trzęsienia ziemi", a niedawno, kiedy już się użeram ze swoimi dwoma potworkami - "Mamuśki gotowe na wszystko". To się nazywa właściwa książka we właściwym czasie :) I za to ją lubię.

    Autor, którego powieść mnie zachwyciła na lata: obawiam się, że tu bym musiała wrócić do Hugo i jego "Nędzników". Inne zachwyty trudno rozpatrywać w kategorii "na lata", bo zwykle są po prostu świeższe. Na studiach jeszcze "Faraon" :)

    Mam dużo "autorów jednej książki" - takich, którzy mnie zachwycili totalnie, ale np. nie miałam okazji przeczytać nic więcej (jak np. Helen Oyeyemi, bo na razie tylko jedną jej powieść przetłumaczono) albo jeszcze się do tego zabieram (Marta Syrwid), albo których inne książki jakoś mnie nie uwiodły (tu "Dzieci z Bullerbyn" - i szczerze mówiąc więcej Lindgren za bardzo nie czytałam. Jeszcze tylko "Braci Lwie Serce". Ale "Dzieci..." - najukochańsza książka dzieciństwa i już odliczam, kiedy będę mogła dzieciom czytać <3).

    Sorki, rozpisałam się ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ rozpisuj się do woli :). Bardzo mi się podoba ta historia z Jennifer Weiner -- nie mam chyba takiego pisarza (chociaż myślę intensywnie, czy się jakiś nie znajdzie), a to takie piękne, że się te książki tak wpasowują w życie. Idealne! Takie nawet, powiedziałabym, metafizyczne :).

      Usuń
    2. Ładnie to brzmi, tylko jakoś poziom tej literatury nie licuje z metafizycznością ;)

      Usuń
  8. Znalazłam:) Terry Pratchett, Kafka i Brcia Grimm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to się nam pokrywają bardzo zacni autorzy :).

      Usuń
  9. Tove i Zelazny. Niezmiennie od lat na mojej liście ulubionych. Cała reszta się zmienia, zależnie od wieku. Kiedyś byli tam na przykład Kirst oraz King, a teraz nie wiem, czy bym sięgnęła po nich. Kilka innych nazwisk ciśnie mi się na myśl, ale je pominę póki co.
    Pratchetta lubię, ale nie naj. W ogóle chyba bardziej lubię konkretne tytuły niż autorów. Aczkolwiek po niektórych sięgam chętniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, dlatego między innymi podzieliłam tych autorów na ulubionych "pod względem" :). Przy czym zgadzam się: niektórzy jakoś wypadają z naszych łask, innych poznajemy i już wiemy, że to to i trzeba uzupełnić listę. Sama w ostatnim czasie odkryłam dwóch i kiedyś, jak zrobię suplement, to na pewno znajdzie się na nim Stanisław Lem i M. R. James :).

      Usuń