Koniec wieńczy dzieło? Albo jak to jest z tym (prze)czytaniem


Pamiętacie może taką sytuację ze szkoły, kiedy na lekcji polskiego nauczyciel pytał: „a ty przeczytałeś tę książkę?”, na co delikwent odpowiadał coś w rodzaju „no tak, czytałem”, a potem pojawiało się jak w zegarku sakramentalne „czytałeś, czytałeś, ale czy przeczytałeś?”. No i w sumie to jest bardzo dobre pytanie, ale nieco w innym tonie bym je zadała. Bo co to w ogóle znaczy, że przeczytaliśmy jakąś książkę? I czy każdą książkę da się przeczytać?


Zacząć należałoby od tego, że nie wgłębiam się tutaj w żadne tajniki neuronauk, bo i kompetencji po temu nie mam żadnych. To zatem, jak fizycznie przebiega proces czytania, pozostaje poza tematem tego wpisu. Chodzi mi raczej o kwestie podejścia do samej książki. Zaczynając od banału: książka książce nierówna. Co to znaczy? To znaczy, że w zależności od tego, jaki rodzaj książki czytamy, taką strategię jej „przeczytania” przyjmujemy. Oczywiście przy czytaniu powieści czy literatury non-fiction, czyli tego, czego czytamy relatywnie najwięcej, ta strategia wygląda tak, powiedziałabym, zwyczajowo. Bierzemy książkę, otwieramy na pierwszej stronie i czytamy do ostatniej, po czym zamykamy książkę. Voila, książka przeczytana. I mogłabym poprzestać na tej konstatacji, a Wy znacząco popukać się w czoło, bo nie jest to specjalnie odkrywcze, ale spróbujmy zgłębić ten problem dalej. Bo co na przykład z książkami naukowymi: czy czytamy je od deski do deski? A co z „Biblią”? Da się ją przeczytać cięgiem od strony numer jeden do ostatniej kropeczki w Apokalipsie? A tomik wierszy jak się czyta? No i co z poradnikami? Albo z encyklopedią? Da się przeczytać „Atlas grzybów północnej Polski”?

Książki nie do czytania

Jasne, są takie książki, które się podczytuje bardziej niż czyta. Dlatego na przykład, że są to książki użytkowe. Sama bardzo lubię czytać książki kucharskie i faktycznie je czytam, przepis po przepisie – ale wiem, że z reguły czyta się wstęp, a potem przegląda przepisy i czyta je dopiero wtedy, kiedy chce się je wypróbować, czy też wrócić do jakiegoś szczególnie ulubionego. Mam wrażenie, że teraz ten trend się odwraca, to znaczy książki kucharskie pisane są tak, żeby nie tylko z nich korzystać, ale faktycznie je czytać: dodawane są dwa słowa o każdym przepisie, jakaś historia o tym, jak został wynaleziony albo gdzie się go znalazło, coś odnośnie do zdrowszej wersji posiłku albo o zamiennikach składników. Przy okazji stają się więc książki kucharskie czymś w rodzaju dziennika kucharza albo mini kompendium wiedzy na temat zdrowego żywienia.

Podobnie jest z wszelkimi atlasami i encyklopediami. Co prawda te drugie strasznie szybko stały się przeżytkiem (a, jeśli się nie mylę, to w „Miliardzie w rozumie” komplet encyklopedii był jedną z głównych nagród – te kilkanaście lat temu to było coś!) i teraz nawet antykwariaty nie chcą już przyjmować tych cudnych kompletów, nierzadko gromadzonych z wysiłkiem czy przez lata. Ale właśnie, powiedzenie „czytam encyklopedię” miało chyba zawsze wartość raczej humorystyczną. Podobnie jak „czytam słownik”. Przy czym jednak czytało się je i czyta – ale chyba nikt ich nie przeczytał w całości (choć i tu pewnie są wyjątki). Po prostu przeczytanie encyklopedii czy słownika, ze względu na ich użytkowy charakter (chcemy się dzisiaj dowiedzieć, jak się pisze „gżegżółka” albo co to jest „furczak gołąbek”) trochę mija się z celem. Zresztą – jakiej wiedzy nabędziemy, czytając encyklopedię? No właśnie: encyklopedycznej. Czyli skrótowej, takiej, która jest dopiero trampoliną do tego, by jakiś temat zgłębić bardziej intensywnie. Tak samo ze słownikiem: sprawdzamy w nim coś, ale raczej go nie czytamy (chociaż jako dziecko bardzo lubiłam dodatek do „Słownika wyrazów obcych”, gdzie znajdowały się przysłowia i porzekadła, i podczytywałam go regularnie, dzięki czemu dysponuję do dzisiaj pewną bazą przysłów w kilku językach, których nie znam). 
 
 
 Skrajny przypadek wielotomowości encyklopedycznej. Źródło.
 

Książki do czytania

No dobrze, ale zasadniczo wiemy, że encyklopedii się nie czyta jednym cięgiem. A co z tymi pozycjami, które są wielkimi zbiorami opowieści, ale nie są jednolitą fabułą? Mam na myśli na przykład „Biblię”. Owszem, czyta się ją, ale chyba mało kto zakłada, że o, w tym miesiącu przeczytam „Biblię”. Czyta się księgę, jakiś psalm, fragment listu czy ewangelię. Można ją czytać na takiej zasadzie, że od początku i po kolei, żeby osiągnąć w końcu całość, ale czy w taki sposób, jak powieść: że zaczynamy i kończymy, zazwyczaj sobie nie przerywając? Wydaje mi się, że czytanie książek tego typu to raczej zadanie rozłożone na lata.

Podobnie można podchodzić do poezji. To znaczy wiecie, sama zwykle czytam tomikami, bo lubię się przy okazji zorientować, jak są wiersze ułożone, co wynika – albo nie – z całości, jak poszczególne utwory ze sobą korespondują i tak dalej. Ale nie widzę nic złego w takim podczytywaniu poszczególnych wierszy, kiedy najdzie nas na nie ochota. W ten sposób może się stać i tak, że nie przeczytamy danego tomiku w całości nigdy, albo że zrobimy to późno – i nie jest to wcale zła strategia, jest po prostu inna, bo co innego ma na celu. Chcemy w danym momencie przeczytać wiersz, to czytamy. Trochę, wydaje mi się, podobną strategię stosujemy w przypadku powrotu do ulubionych książek: niekoniecznie czytamy całość od początku do końca, ale wracamy do jakiejś sceny czy rozdziału, na który szczególnie mamy tego dnia ochotę – do tego stopnia, że tęsknimy właśnie do tego fragmentu. 
 
 
 Kolejny nieco skrajny przypadek, ale z drugiej strony Marcin Luter przełożył
"Biblię" właśnie do czytania. Źródło.
 

Książki niby do (prze)czytania, niby nie

Ale co z książkami, które zasadniczo znamy i wiemy, co się w nich znajduje? Czy wtedy są one „przeczytane”, czy nie? Czy to przeczytanie to tylko zakończenie pewnej fizycznej czynności przekładania stron (bądź przesuwania ich na czytniku), czy zdobycie wiedzy na temat tego, o co chodzi w książce? Wspominałam niedawno, że nie przeczytałam od początku do końca „Imienia róży” – uznaję, że tej książki nie przeczytałam, ale z drugiej strony znam fabułę, wiem, jak została napisana, ba, nawet większość dygresji na tematy różne, w niej obecnych, jest mi znanych. Ale nie odbyłam właśnie tego procesu czytania od strony pierwszej do ostatniej – i zgodnie z tym uznaję ją za nieprzeczytaną. Ale tu pojawia się problem, bo czasami taką książkę znam na wyrywki, czytałam obszerne fragmenty albo po prostu w jakiś inny sposób doskonale zaznajomiłam się z fabułą (chociaż słynnej książki „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało” nie znam) i co wtedy? Uznać, że jednak się daną książkę przeczytało – chociaż nie w takim klasycznym rozumieniu tego słowa?

Przecież pewne fragmenty dają nam wiedzę i o tym, co w książce jest, i jaka jest. W przypadku książek naukowych bardzo dobrze to widać – z rzadka, mam wrażenie, czyta się je od deski do deski (chyba, że tak świetnie są napisane albo problem bardzo nas ciekawi i nie zamierzamy uronić ani zdania), raczej wybiera się potrzebne fragmenty, które pozwalają zrozumieć problem. Trudno wtedy powiedzieć, że się je przeczytało – a może jednak? A czy powieść, w której opuściliśmy gargantuiczne partie opisowe, to powieść przez nas przeczytana? Co właściwie świadczy o przeczytaniu: znajomość fabuły, czy pamięć przewracania stron? A jeśli książkę fizycznie przeczytaliśmy – ale nie pamiętamy ni w ząb, o co w niej chodziło? 
 
 
 I nawet Oscar Wilde zastanawia się: "przeczytałem tę książkę, czy jednak
nie przeczytałem?". Źródło.
 

Mam wrażenie, że sam akt przeczytania jest dużo bardziej skomplikowany niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Sądzę sobie tak po cichutku, że to w sumie wypadkowa wszystkich tych czynników. Stąd bardzo lubię listy, bo pomagają mi się zorientować, co czytałam. Nie powiem, pisanie o książkach też pomaga, bo mogę rzucić okiem, co też mi się w danej lekturze podobało czy nie. Ale czasem, kiedy najdzie mnie refleksja w rodzaju „kurczę, zupełnie tego nie pamiętam!” zaczynam się zastanawiać, jak to z tym przeczytaniem jest.

Co o tym sądzicie?

____________________________

A jutro będzie o zakupach.

Weź dokładkę!

11 komentarze

  1. Ja tu widzę jeszcze jeden problem z (prze)czytaniem, który był moim przekleństwem w szkole. Te sprawdziany polegające na napisaniu planu wydarzeń albo z pytaniami typu "Jakiego koloru wianek miała na głowie Danusia, gdy pierwszy raz zobaczyła Zbyszka". Te pierwsze niby mają sens, bo pozwalają nauczycielowi rozeznać się, który uczeń przeczytał, a który nie, ale tak naprawdę mogą świadczyć zaledwie o przejrzeniu streszczenia. Te drugie z kolei... cóż, jeśli jakaś książka mnie naprawdę wciągnęła, to czytałam ją za szybko i dostawałam z nich marne tróje, bo nie pamiętałam co miał w ręce Lord Jim gdy odwiedził kogoś tam. Pamiętam też konkurs wiedzy o "Lalce" Prusa na polskim i pytanie, na którym poległa moja drużyna - "Co pił Wokulski w Paryżu i w jakich ilościach" :D
    Dlatego skłaniam się raczej do "omawiania" niż "przerabiania" lektur ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za to od jakiegoś czasu wypisuje sobie plany ramowe wszystkich książek, które czytam. Dla samego siebie. Bo warto, ubogaca to moją lekturę.

      Usuń
    2. No wlasnie. Zrozumiale, ze w jakis sposob musi sie sprawdzac, czy lektura zostala przeczytana, ale ta metoda zostawia wiele do zyczenia - zwlaszcza, jesli pytania sa sadystycznie wrecz szczegolowe. Mozesz ksiazke wrecz pochlonac, zachwycic sie nia, prawic elaboraty na temat motywacji i postepowan bohaterow, a i tak dostaniesz 3+, bo nie pamietasz, jak sie nazywal pies Rzeckiego. (Ir. Pies Rzeckiego nazywal sie Ir. Nad datami urodzin niektorych czlonkow rodziny musze sie zastanowic, a tego Ira bede pamietac do skonczenia swiata).

      Usuń
    3. @aHa, tak, to jest dokładnie to, co powinno się tu znaleźć, a o czym zapomniałam. Takie "oficjalne" -- tutaj szkolne -- podejście do (prze)czytania książki. Usiłowałam sobie przypomnieć jakiś soczysty przykład z własnej edukacji, ale chyba jakoś moi poloniści stronili od tego typu testów ;). Przy czym, no właśnie: w gruncie rzeczy bardzo niewielkie znaczenie dla naszej pamięci o książce ma to, co lord Jim trzymał w ręku albo co pił Wokulski (chyba, że wokół takiego detalu osnuta jest jakaś intryga bądź nadbudowana oszałamiająca scena) -- a motywacje postaci i ich czyny wręcz przeciwnie. Nie wspominając o naszych odczuciach wobec nich, rzecz jasna.

      @Michał, podejrzewam, że to dobry sposób, żeby zapamiętać fabułę na dłużej, chociaż przyznaję, że chyba nie miałabym tyle samozaparcia ;).

      @Paranoja, zrobiłam szybką turę pytań po najbliżej znajdujących się osobach i nikt -- włącznie ze mną -- nie pamiętał, że Rzecki w ogóle miał psa :). Ale rozumiem sedno historii. Przy czym zgadzam się, że zapewne testowanie, ilu uczniów przeczytało lekturę, jest przydatne -- ale niewiele osób czyta ją właśnie w taki sposób, żeby pamiętać rzeczy mało znaczące dla samej akcji (chyba że ten pies coś tam robi, a mnie to zupełnie wyleciało z głowy?).

      Usuń
  2. ach, encyklopedie… ostatnio podwędziłam rodzicom bo w ślicznej granatowej oprawie i ładnie się prezentuje ;) - ale to naprawdę przyjemnie sprawdzić coś (bo przecież nie wszystko się dezaktualizuje) i przy okazji przeczytać hasła z dwóch sąsiednich stron i dowiedzieć się faktów z dziedzin o których przed momentem nie miałam pojęcia..

    Niegdyś na studiach zaliczałam na konsultacjach z teorii literatury Flauberta (wymagana była Pani Bovary) i przyznałam się, że czytałam jeszcze w liceum Szkołę Uczuć, ale nie jestem w stanie przytoczyć fabuły, jedynie parę scen i emocjonalnych impresji na co pani profesor z uśmiechem stwierdziła "to normalne"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to jest właśnie ten sposób czytania encyklopedii, który i mnie jest bliski ;). W sumie te internetowe działają podobnie -- tyle że zamiast czytać hasła naokoło (czyli bardzo różne, bo połączone tylko alfabetem), czyta się te powiązane, klikając w hiperłącza. A i tak można wylądować w dziwnym miejscu :).

      Usuń
  3. Tomiki poezji też są do poczytania nie koniecznie do czytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszę właśnie o tym w samym wpisie -- jak również o tym, czemu sama lubię często czytać też tomiki w całości :).

      Usuń
    2. �� często spotyka się też książki typu 100 rzeczy żeby być zdrowym pięknym szczęśliwym takie pozycje też można czytać w całości albo podczytywac

      Usuń
  4. Moja mama twierdzi, że w młodości czytała encyklopedię... Moja polonistka z liceum z kolei czytała specyficzny rodzaj encykopedii, bo o Mickiewiczu. Dodam, że czytała bardziej dla rozrywki, a nie ze względów zawodowych. Ja ograniczam się do Wikipedii - choć "ograniczam" nie jest dobrym słowem, bo sprawdzą jedno hasło, a za chwilę mam tysiąc zakładek otwartych z pokrewnymi zagadnieniami :P
    Biblia w zasadzie to nie jedna książka, a seria książek. I pojawia się tu jeszcze jedna kwestia - czy nie czytając danych fragmentów, ale znając je "ze słyszenia" (no bo czytają np. w kościele) można uznać, że się coś przeczytało? To w sumie trochę jak audiobook. I to czytany w cyklu bodaj 3-letnim na okrągło. Więc słyszy się dane fragmenty wielokrotnie.
    Czasami jak zaczyna mnie nużyć jakiś fragment książki to przyspieszam lekturę czytając "po łebkach". I w sumie to nie do końca czytam ze zrozumieniem. Ale uznaję, że przeczytałam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak jak pisałam w odpowiedzi @Fatalnym Skutkom Lektur, dokładnie tak czytuję encyklopedie internetowe (nawet nie musi być wikipedia, jestem bardzo nieodporna na wszelkiego rodzaju teksty encyklopedyczne ;)). A z "Biblią" to jest faktycznie ciekawy problem, bo czasami mi się już wydaje, że mniej więcej się orientuję, a potem, no właśnie, usłyszę jakiś fragment, który przecież już kiedyś słyszeć musiałam i zachodzę w głowę, dlaczego w ogóle nie umiem go umiejscowić w szerszym kontekście, jakiejś określonej historii i tak dalej.

      Usuń