Lemat-o #2: Radzieccy uczeni nad jeziorami bakelitu albo o "Astronautach" S. Lema

 
Przyszła do naszego kraju fala upałów, więc zupełnym przypadkiem nie ma lepszej lektury niż ta o podróży na Wenus, gdzie panują kosmiczne upały, a rozżarzona powierzchnia planety zachęca do spacerów jeszcze mniej niż nasza przy takiej pogodzie. Ale ad rem: przeczytałam drugą z kolei książkę Lema, a teraz pragnę podzielić się z Wami wrażeniami.

Astronauci” to jest w sumie coś, co można by bez wnikania w szczegóły opisać jako socrealizm w kosmosie. Ale ani ten socrealizm, ani ten kosmos to nie jest do końca prawda. Bo jasne, są „Astronauci” drudzy w kolejce za „Człowiekiem z Marsa”, jeśli chodzi o wydanie, ale nie – jeśli o czas powstania. Lem napisał ich, zmagając się z problemem wydawniczym: miał gotowy realistyczny „Szpital Przemienienia”, którego nie chciano mu wydać, więc poszedł za radą znajomego i napisał powieść science fiction. Przy czym pewne wyznaczniki epoki w niej widać (stąd właście ten socrealizm, ale o nim zaraz) i chociaż w przedsłowiu, które było w moim wydaniu Lem zaznacza, że nie ma pojęcia, po co dzisiejszy czytelnik (czyli – patrząc na datę – z końca lat 70.) miałby to czytać, bo ani to ciekawe, ani naukowo akuratne, ani za dobrze nie napisane, to muszę przyznać, że bawiłam się przy „Astronautach” nieźle. Ale po kolei.


O co w tym właściwie chodzi? Okazuje się, że meteoryt tunguski to nie był żaden meteoryt, ale statek kosmiczny z Wenus, mający zrobić na Ziemi rekonesans. Wszystko wskazuje na to, że Ziemia ma zostać napadnięta, więc żeby się przekonać, co i jak, świat wspólnymi siłami (bo jest to świat w pełni komunistyczny – żadnych barier nie ma) buduje wielką rakietę Kosmokratora i grupa najwybitniejszych naukowców wraz z pilotem-himalaistą (który jest też narratorem) rusza na Wenus, sprawdzić, czy zamierzają nas stamtąd napaść, czy to tylko błędy w odszyfrowywaniu znalezionej w szczątkach meteoru-statku wiadomości.
 
 
 Był Mars, czas na Wenus. Źródło.
 

Socrealizm. Rozprawmy się najpierw z tym socrealizmem. Już kiedyś wspominałam, że zasadniczo lubię od czasu do czasu sięgnąć po powieść tego typu – jasne, te najgorsze produkcyjniaki są paskudne, ale jak się trafi coś lepszego, to ma się zasadniczo nieskalanego bohatera, specyficzny happy end i optymistyczną (swego rodzaju) wizję świata, gdzie wszystko układa się zgodnie z prawami postępu i jakiegoś takiego ducha dziejów, co to tchnie, kędy ideologowie chcą. No, ale u Lema ten socrealizm jest dość pozorny. Bo co prawda cała pierwsza część książki, poświęcona Kosmokratorowi – jak jest zbudowany, co w nim jak działa – i światu przesycona jest takimi wątkami jak na przykład wielkość radzieckich uczonych (co dzisiaj brzmi jak seria tych znanych żartów), którzy zajmują się przelewaniem Morza Śródziemnego na Saharę (serio!), a w planach mają roztopienie biegunów, bo po co nam tyle śniegu (ta wizja roztapiania biegunów jest fascynująca, bo lodowce są tu postrzegane bardzo negatywnie, co przy tym, co wiemy dzisiaj, przeraża i, no właśnie, fascynuje), ale z drugiej strony mam takie wrażenie, że to wszystko potrzebne jest Lemowi do pokonania podstawowej przeszkody. Jak mianowicie zorganizować społeczeństwo tak, żeby zgodnie wystawiło swoich najlepszych ludzi i wszystkie zasoby, żeby lot na Wenus mógł w ogóle stać się możliwy? Nie wspominając już oczywiście o pragmatyzmie: w końcu Lem chciał tę książkę po prostu wydać. Także nie mamy tam standardowego zestawu: dzielny komunista (bo nie mamy komunistów nazwanych z imienia) czy partia komunistyczna na czele świata (bo o partii też nie ma słowa). Są za to nieznośnie patetyczne wstawki, a i rozwiązanie problemu Wenus i jej mieszkańców też jest, hm, powiedzmy, że w tej optyce, ale to tyle.

Wenus. Chociaż w rzeczonym słowie od autora Lem usprawiedliwia się, że Wenus z „Astronautów” nie ma nic wspólnego z tym, co już wiemy o Wenus, no bo wtedy tego nie wiedzieliśmy, to w ogóle nie warto na to zwracać uwagi. Bo ta wizja Wenus jest taka urokliwa! Planeta zbudowana jest z tworzyw sztucznych (jeziora bakelitu!), zamiast wody mamy formaldehyd, no i pokrywają ją ślady po pozaziemskiej cywilizacji – właśnie z tych plastików różnego rodzaju wzniesione. Sprawia to w gruncie rzeczy wrażenie, jak podsumowuje narrator, jakby cała Wenus była wielką scenografią teatralną. Strasznie to jest dobry pomysł: bo sprawia, że spokojnie można czytać „Astronautów” nie zważając na naiwność pewnych wizji naukowych: bo to jest właśnie pewien sztafaż. Zresztą, wziąwszy pod uwagę czas powstania (początek lat 50.), wyobrażałam sobie wszystko to właśnie jako taki umowny teatr telewizji. Podobno istnieje zresztą ekranizacja mniej więcej z epoki, więc idealnie ten opis wygrywa dla mnie cały kontekst.
 
 
 A tak, według NASA, wygląda powierzchnia Wenus. Źródło.
 

Bohaterowie. Tu mam chyba największy problem, bo widać tu bardzo ten patos, o którym wspominałam. Główny bohater się broni: widać tutaj już to, co będzie potem (mówię z perspektywy połowy już przeczytanego „Obłoku Magellana”), czyli takiego bohatera trochę lirycznego, który umie uchwycić w ciekawy sposób zachodzące wokół niego zjawiska (opisy domu rodzinnego są super), ale i twardego, po przejściach (wątek himalajski). Tymczasem jednak cała reszta załogi jest straszna. Naprawdę: straszna. To sami naukowcy i chyba w zamierzeniu autora mieli być sympatyczni, kompetentni i budujący, ale mnie wydawali się przez większość czasu strasznie antypatyczni. Przede wszystkim nic nie mówią narratorowi, robią tylko tajemnicze miny, wykrzykują coś, co nie ma dla naszego bohatera sensu, nic nie tłumaczą i popędzają go do roboty (sondy przynieś! Leć na zwiad! Gdzie są próbki!). Bardzo to jest wyniosłe i moim zdaniem nie fair w stosunku do, było nie było, również uczestnika wyprawy. A traktowanie kogoś z góry dlatego, że się wie więcej, już w ogóle godzi w moje poczucie przyzwoitości. Także tu akurat przy „Astronautach” zgrzytałam zębami.

Kobiety. Miałam raportować, jak to wygląda, więc raportuję. W „Astronautach” są dwie kobiety: matka narratora (niewymieniona z imienia i nie pojawiająca się w samej akcji) i ukochana astronoma-astronauty (jak wyżej). I tak się zastanawiam, że nie chodzi nawet o to, o czym rozmawialiśmy pod notką o „Człowieku z Marsa”, czyli o kontakty damsko-męskie, ale o to, że kobiety/dziewczyny nie zajmują w „Astronautach” nawet takich zwyczajnych miejsc: na przykład w szkolnej wycieczce są sami chłopcy, którzy oczywiście chcą zostać matematykami, astronautami czy fizykami, a nie ma tam dziewczynek. A przecież mogłyby być. Ale wydaje mi się, że to właśnie przez te braki patrzymy od razu na tę kwestię bohaterek u Lema przez pryzmat seksualności. Ale już zapowiadam, że w „Obłoku Magellana” sytuacja jest zupełnie inna.

Także reasumując: nadal nie jestem zachwycona, ale decyzja, żeby czytać po kolei jest dobra, bo widać zmiany zarówno w warsztacie, jak i w podejściu do tematu. A przy okazji bardzo przyjemnie czyta się Lema latem.
 
 
 
 

A książkę odhaczam sobie przy okazji jako dziejącą się w przyszłości (co prawda dla nas rok 2006 to już przeszłość, ale pisana jest jako taka).

________________________

A jutro będzie znowu letnio, ale bez Lema.

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Cieszę się, że piszesz o Lemie:-)
    Po cichu przyznam się, że na razie nie czytam... Skusiłaś mnie na kontynuację pewnego niedokończonego projektu sprzed siedmiu lat. Jak ten czas leci :-) Nazywał się, a właściwie znowu nazywa "Lemoczytanie". Właściwie to muszę zacząć od nowa bo zostały jakieś nędzne resztki. O tutaj http://lekturykruka.blogspot.com/2013/09/znalezisko-czyli-ja-versus-lem-20082009.html. Mam nadzieję, że skłoniłaś mnie do solidnego podejścia do tematu :-) Refleksje porównamy jak już moje będą, czyli za trochę...
    Powodzenia w czytaniu i pisaniu oczywiście :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Bardzo się cieszę :) (zwłaszcza, że i "Astronautów" przeczytałam za Twoją namową ;)). Przejrzałam owe, jak to nazwałeś, resztki -- ale tylko przejrzałam, bo większość tych lektur jeszcze przede mną, więc nie chcę się sugerować. Będzie mi bardzo przyjemnie porównywać refleksje, także -- no, nie zastygam, bo to jednak proces dynamiczny -- czytam w oczekiwaniu ;).

      Usuń
  2. "Astronautów" jeszcze nie czytałam, bo muszę najpierw dorwać jedyny egzemplarz biblioteczny tej książki w moim mieście, który dostępny jest w filii biblioteki miejskiej na jakimś zadupiu :P Ale może kiedyś się uda.
    Co do kobiet u Lema to jeszcze mi się przypomniało, że przecież w "Solaris" jest kobieta! Co prawda nie do końca żywa, ale zombi to też nie jest :) W każdym razie ma do odegrania znaczącą rolę, więc jest dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, większy problem miałam z "Człowiekiem z Marsa", bo "Astronautów" mają aż dwie filie mojej miejscowej biblioteki, ale chyba to jednak jest mało popularna powieść Lema ;).
      O kobiecie w "Solaris" nawet i ja wiem, bom po obejrzeniu ekranizacji, ale wypowiem się kompetentniej, jak przeczytam. "Solaris" jest na mojej lemowej liście... niechże policzę... dziewiąta. Także jeszcze chwilę to potrwa :).

      Usuń
    2. W "Powrocie z gwiazd" w sumie też są :-) Tyle, że przykładanie dzisiejszej miary do książek pisanych w latach sześćdziesiątych ma mały sens. Zacząłem ostatnio bliżej przyglądać się fantastyce z tak zwanego "Złotego Wieku Science Fiction" (lata czterdzieste, pięćdziesiąte, początek sześćdziesiątych XX wieku). Niektóre (większość?) są, przykładając dzisiejszą miarę, zupełnie niepoprawne. Tylko co z tego? Są gorsze? Nie! Są znakiem czasów, w których powstawały... Nadmierne przykładanie wagi do poprawności prowadzi, moim zdaniem, do sekciarskich zachowań. Żeby nie było wątpliwości - moja definicja poprawności (rozszerzona na potrzeby literatury, filmu, gier...;-)) brzmi "Wszystkie istoty rozumne są równe", sekciarstwo pojawia się, gdy ktoś chce pokazać, że niektóre są równiejsze :-)

      Usuń
    3. Nie wiem, czy to nie jest trochę bardziej skomplikowana sprawa -- to znaczy mnie się zawsze wydaje, że wszystko jest skomplikowane, więc to nic dziwnego ;), ale już się staram wytłumaczyć, o co mi chodzi: oczywiście, że istnieje coś takiego jak mentalność czy klimat epoki i trudno oczekiwać od autora, że poza nią nie wychodzi. Ale czy nie jest zastanawiające u pisarzy zajmujących się, było nie było, przyszłością, że potrafią sobie wyobrazić człowieka kolonizującego wszechświat, ale kobiet-naukowców już nie? Zwłaszcza, że przecież w "Astronautach" (już przy nich zostanę, żeby mieć się o jaki konkret oprzeć) problemem nie jest kolor skóry, rasa, pochodzenie, klasa społeczna -- a płeć jednak tak, przy czym to jest taki problem w pomijaniu; bo jak coś nie jest powiedziane, to wiadomo, zastanawiamy się, czemu.

      I to nawet nie chodzi o poprawność polityczną -- to nigdy nie jest przecież jedyne kryterium -- po prostu zastanawia mnie, jak to jest z wyobrażaniem sobie pewnych możliwości, gdzie wyklucza się jakieś i to założę się, że często nie celowo, tylko na zasadzie "po prostu o tym nie pomyślałem". I teraz: skąd się bierze to, że się nie pomyślało? Właśnie tylko z czasu powstania i obowiązującej tam mentalności? Bo przecież są chyba jakieś przykłady takiego wychodzenia poza ducha swojego czasu? A na marginesie: wydaje mi się też, że idzie o ewolucję samego pisarza, jego warsztatu, pomysłów i tak dalej.

      Usuń
    4. Fakt, sprawa jest skomplikowana. Tyle tylko, że w latach pięćdziesiątych o poprawności politycznej nie można mówić. jeżeli już to tylko w jednym aspekcie - równouprawnienia płci. Od tego się zaczęło i wszystkie inne kategorie dochodziły później. Science fiction w wydaniu amerykańskim była konserwatywna i tu jednak klimat epoki się kłania. Kobieta to żona, matka, siostra, córka z jednej strony, z drugiej ja wiem, nauczycielka? maszynistka? aktorka? pisarka? robotnica z fabryki? Jasne, że panie pracowały już w wielu zawodach ale jakoś to istniało w świadomości jako ewenement. Policjantka? raczej nie, żołnierz? w oddziałach pomocniczych. Paradygmat był bardzo patriarchalny i zmieniał się powoli. O kolorze skóry wolę nie wspominać bo Martin Luther King to dopiero lata sześćdziesiąte.
      U nas było trochę inaczej, jedną z rzeczy, którą odgórnie starano się załatwić to równouprawnienie kobiet. Wiesz jak to bywa z odgórnymi zaleceniami - działają trochę mechanicznie i trzeba czasu, żeby faktycznie zaczęły działać na poziomie normalności. To ewidentny plus tamtej epoki, skrzętnie zakłamywany przez konserwatystów. Deklaratywna równość ze względu na kolor skóry działała lepiej, bo nasze społeczeństwo było homogeniczne "rasowo" i ktoś ciemnoskóry był bytem wirtualnym - łatwiej go było zaakceptować ;-)
      Praca u podstaw dawała jakieś rezultaty (chociaż ja się patrzy na niektórych osobników to nie do końca) powoli. Należę do końcówki pierwszego pokolenia chodzącego do szkół koedukacyjnych. Pokolenie pamiętające czasy przedwojenne dziwnie na patrzyło, no jak to tak, dziewczyny i chłopaki w jednej klasie, ba w jednej ławce mogą siedzieć? To co już później było normalnością, wtedy było jeszcze czymś nowym. Wtedy kobieta inżynier (ca studentka kierunków ścisłych lub technicznych) to było coś, dla najstarszych, na kształt kuriozum.
      Zobacz ile lat trzeba było na znormalnienie sytuacji. Dlatego dziwnym wydaje mi się nastawienie obecnych piewców poprawności politycznej (dowolnej płci, orientacji seksualnej, koloru skóry, czy czego tam jeszcze), do ludzi, którzy nie do końca to akceptują. Paradygmat zmienia się ewolucyjnie i już, czynnika czasu się nie przeskoczy. Wiem, bo byłem uczony równouprawnienia od dziecka i wiem jak różne jest podejście poszczególnych osób, plus wpływ środowiska domowego/rodzinnego. Druga sprawa, ponieważ nie mam problemów z rozmowami na poważnie z ludźmi zdecydowanie młodszymi i uczestniczyłem w takich dyskusjach, to niejednokrotnie musiałem im pokazywać, że pod płaszczykiem poprawności robiono ze mnie (nieświadomie) osobę wykluczoną (sic!). Biały, facet, hetero, w mocno średnim wieku ;-)
      Przepraszam za dość długi wstęp. To tak w ramach naświetlenia epoki ;-) Teraz tylko dwie sprawy.
      Myślę, że o postawie Lema porozmawiamy jak uporasz się ze swoim wyzwaniem, bardzo chętnie wymienię poglądy. Dorzucę tylko jedną książkę nie-fantastyczną "Wysoki Zamek" - dość specyficzna autobiografia, wiele o nim mówi.
      Druga sprawa to postawa innych autorów science fiction. Otóż w "Trylogii kosmicznej" Borunia i Trepki, wydawanej w latach 1954 - 1959 sprawa równouprawnienia (równości) została pokazana jako oczywistość. W świecie przedstawionym (uniwersum) tego cyklu równość istnieje na poziomie naturalnym. Jest i działa! W wyprawie kosmicznej uczestniczą kobiety i mężczyźni, ludzie biali i kolorowi, są dzieci, panie są szefowymi, naukowcami i co tam jeszcze, a nazwisko dziedziczy się osobno w linii męskiej i żeńskiej ;-)
      Wybacz, rozpisałem się :-)

      Usuń
    5. O nieładnie, narobiłem literówek, edycja wpisów się kłania :-(

      Usuń
    6. No tak, tu się nie da niestety edytować :/.

      Swoją drogą, myślę, że to jest szalenie ciekawe: przecież druga wojna sprawiła, że kobiety pojawiły się wszędzie, bo mężczyźni byli na wojnie -- dopiero po 1945 zepchnięto je z powrotem do domów i biur jako sekretarki w najlepszym razie. A kultura jakoś tak dała się szybko przekonać, że e, wcale ta wojna nie zrobiła wiele dla emancypacji i nawet tam, gdzie akcja dzieje się w czasie wojny, rzadko się to problematyzuje. Ale to na marginesie.

      Ależ oczywiście, to jest w ogóle jedna z rzeczy, które mnie frapują: to równouprawnienie jako paradygmat systemowy, który się przyjął po wierzchu i dość niezgrabnie, bo podszyty był jednak takim mruganiem okiem (traktor -- tak, wyższa pensja niż mężczyzna na niższym stanowisku -- niekoniecznie; upraszczam, ale tylko trochę). Więc z jednej strony zgadzam się jak najbardziej, z drugiej wydaje mi się, że jednak ewolucji trzeba dopomagać -- może nie rewolucyjnymi hasłami właśnie, wciskanymi każdemu na sztandar (na zasadzie "niesie go wysoko, to nie zobaczy, co tam jest napisane"), ale tym wyjaśnianiem właśnie niektórych kwestii. W końcu ewolucja się tak sama do końca nie robi. I chyba też stąd zwraca się uwagę na takie kwestie, które kiedyś byłyby pewnie przezroczyste (jak ta a propos kobiet u Lema). Tak sobie dumam.

      "Wysoki Zamek" -- zapamiętam. Zobaczę, jak się będę czuła na siłach po całym zaplanowanym Lemie :). Przy czym wiesz, nie oceniam pisarstwa Lema całościowo -- tylko zbieram spostrzeżenia, więc nie wygłaszam żadnych kategorycznych sądów (bo już po "Obłoku..." widzę, że bywa inaczej, doskonale się go czyta chronologicznie właśnie ze względu na to, że widać rozwój pewnych wątków czy motywów).

      "Trylogia kosmiczna" powiadasz :). Zapisuję sobie, jak złapię gdzieś w bibliotece, to pewnie przyniosę do domu.

      Usuń
    7. Chyba dobrze dumasz ;-) Łatwiej powiedzieć, niż wdrożyć. Do tego jeszcze każdy ma skłonność coby rozumieć hasło na sztandarze jak mu wygodniej. Dyskutowałem niedawno z dwójką znajomych o demokracji bezpośredniej. No jaka ona fajna jest, tak mnie przekonywali. W ciągu kwadransa coś ze dwadzieścia razy padło hasło "demokracja ateńska". Powiedziałem w końcu, wiedziony przeczuciem, "sprawdzam". Wynik wgniótł mnie w fotel. Jeden wiedział co to jest ta "demokracja ateńska" i używał tego świadomie (ultrakonserwatysta i mizogin), drugi ciapciak twierdził, że używa świadomie... Baaardzo się zdziwił jak mu wyjaśniłem, że obywatel Aten to był mężczyzna, dorosły, wolny, syn obywatela Aten. Fakt, że kobiety, dzieci, niewolnicy (tu wybałuszył na mnie oczęta) i metojkowie (tu też się zdziwił) nie mieli praw obywatelskich zakłócił wyraźnie jego wyidealizowany obraz starożytności. No tak jakoś nie zauważył takiego drobiazgu, że ultracywilizowani Grecy mieli niewolników ;-) a kobiety (poza heterami) trzymało się po prostu w domu. Podobno ze względów bezpieczeństwa, bo niebezpiecznie w greckich polis było...

      PS Tak, "Obłok Magellana" zdecydowanie jest literacko lepszy od poprzedników :-)

      Usuń
  3. Wątpię w idealną zgodę społeczeństwa w jakiejkolwiek kwestii. Zawsze znajdzie się jakiś niezadowolony... Im więcej ludzi tym niestety więcej pomysłów na rozwiązanie danego problemu... A nie zawsze "więcej" znaczy lepiej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle że w tym społeczeństwie u Lema po to jest powszechny komunizm: wiesz, to się wiąże właśnie z takim ogólnym zadowoleniem i zgodą, z racji tego, że wszystko jest wspólne, nie ma klasy panującej i granic -- te sprawy ;). Dlatego myślę, że Lem posłużył się taką ideą, lansowaną w ówczesnej literaturze, całkiem sprawnie ;).

      Usuń
  4. Jestem pełen... podziwu i zdumienia.
    Dawno temu znałem człowiek, który przeczytał wszystko co wydane było S. Lema w kolejności wydań i oceniał całe przedsięwzięcie jako trudne, mimo że jego oddanie fantastyce było całkowite. Dlatego podziw wobec Ciebie jest tym większy i jeszcze zaprawiony zdumieniem, gdyż postrzegam Twoje tereny łowieckie zupełnie gdzie indziej (Czechy, Polska XIX wiek).
    Szczerze powiem, że jestem wielkim fanem Lema, ale musiałbym zostać unieruchomiony w łóżku na długie tygodnie, żeby sięgnąć po jego pierwsze powieści. Mogę czytać w kółko „Fiasko” i „Głos Pana”, do piwa podczytywać „Dzienniki gwiazdowe”, debatować nad „Solaris” z tekstem w ręku, czy dumać nad każdym akapitem „Golema XIII”, ale „Astronautów” nie tknę. Nie ufam tym pierwszym powieściom, jeszcze niedojrzałym, a skażonym czasami, w których powstały.
    Zatem: chapeau bas!
    No i kwestia kobieca – chyba napiszę jakiegoś posta polemicznego u siebie ;-) (To nie tak, żebym miał biegunowo inny pogląd, po prostu inna perspektywa).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie to jeszcze nie ma czego podziwiać, bo jest dobry plan, ale w trakcie początkowej realizacji :). Myślę, że to jest dobre doświadczenie dla kogoś, kto zaczyna czytać Lema, żeby go czytać tak, jak wydawał (przy czym nie zamierzam przeczytać absolutnie wszystkiego, po prostu jak najwięcej -- na liście mam jakieś 14-16 książek, przy czym ciągle się ona rozrasta, bo ktoś coś poleca i moja chomikowa natura nie pozwala mi się oprzeć). Bo raz, że widać faktycznie pewien rozwój -- i to nawet nie tylko warsztatu, ale realizacji pewnych motywów -- ale też widać, jak się zmieniały trendy w pisaniu (przy czym "trendy" to w sumie niekoniecznie dobre słowo, bo jednak często polityka miała tutaj wpływ).
      Notka polemiczna -- koniecznie! :) Ale na razie tylko raportuję stan z kolejnych lektur, wypowiem się po całości, co sądzę, bo jednak to dynamiczny proces (w czytanym obecnie przeze mnie "Obłoku Magellana" wygląda to już zupełnie, ale to zupełnie inaczej).

      Usuń
  5. Również dla mnie socrealizm choć widoczny w powieści wydawał się wplatany trochę pod publiczkę, coby Lem mógł książkę wydać, dodam, że publiczkę cenzury. Środowisko naukowców z tego co pamiętam to faktycznie sztywniaki, ale przecież działają dla dobra ludzkości. Tu nie ma żartów, tu się pracuje!
    Mnie bardzo intrygowało co też zastanie ekipa na Wenerze. I muszę przyznać, że się nie zawiodłem.
    Aha i "Trylogię kosmiczną" polecam. Zwłaszcza pierwszą jej część "Zagubioną przyszłość".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to nie jest taki -- jakby to powiedzieć? -- immanentny socrealizm. Przy czym jako pewien wybieg organizujący fabułę (bo skąd wziąć taką zgodną ludzkość, która ze sobą współpracuje?) jest nawet do podziwiania. A ci naukowcy niech by sobie byli sztywniakami -- ale czemu oni tego głównego bohatera traktują z taką wyższością, a jednocześnie są przedstawiani jako ciepli i mili? A Wenus -- doskonała! I usprawiedliwianie się Lema w przedsłowiu, że dzisiaj już wiemy, że tak nie wygląda, w ogóle mi nie przeszkadza, bo konwencja jest świetna.

      Już sobie dopisałam, żeby koniecznie znaleźć, ba, puściłam wieść dalej w świat ;).

      Usuń