Lemat-o #4: Już wiadomo, jaki Doktor albo o „Dziennikach gwiazdowych” S. Lema




Bytowanie w Kosmosie, a już zwłaszcza budowanie w nim cywilizacji, nie stanowi niestety sielanki.
[cytuję z wydania Gebethnera i Spółki z 1991, s. 167]


Skończył się niedawno Comic Con, na którym pokazano na przykład trailer do nowego sezonu „Doctora Who”. Możemy zatem jęczeć z niecierpliwości, czekając na wrzesień, kiedy się nowa seria zacznie. A możemy też przeczytać coś, co jest bardzo w klimacie Doctorowym, szalenie inteligentne i z bohaterem, który jest miksem wszystkich ulubionych Doktorów. A w dodatku latał przez vortexy sześć lat wcześniej niż zdumieni nauczyciele z Coal High School odkryli w rupieciarni budkę policyjną, co to okazała się być specyficznym statkiem kosmicznym.


„Dzienniki gwiazdowe”, bo o nich mowa (swoją drogą – jako że spędziłam ten tydzień mówiąc wszystkim, jaka to cudowna lektura – podczas jednej z takich rozmów padło pytanie, czemu właściwie „gwiazdowe”, a nie „gwiezdne”; może ktoś z Was się orientuje?) to zbiór opowiadań z podróży. Ijon Tichy, bohater-narrator, od czasu do czasu porzuca ziemski dom, żeby wyprawić się swoją niemłodą już rakietą w Kosmos i przeżyć jakąś przygodę. Ale jakby to była tylko przygodówka, bodajć i z wątkiem metafizyczno-filozoficznym, to byłaby to lektura zacna, ale nie zachwyciłaby mnie chyba aż tak mocno. No to na czym polega ten zachwyt-faktor w tym wypadku?
 Będzie jeden obrazek z Doctora, ale potem już sam Kosmos, obiecuję. Źródło.
 

Wszyscy kłamią

Już od początku możemy się domyślać, że coś jest nie tak. Oto w przedmowie do wydania „Dzienników...” astrozoolog A. S. Tarantoga informuje nas o tym, kim był Tichy i jakie znaczenie mają jego podróże dla nas jako ludzkości. Niby nic, forma jak forma, fikcyjny dziennik domaga się fikcyjnej przedmowy. Ale jeśli pamiętamy, że w wydanym ciut wcześniej „Obłoku Magellana” Lem pisał o astrozoologii jako nauce dla fantastów, tworzących najbardziej niedorzeczne wizje a propos tego, co też może żyć na jakiejś planecie obracającej się w takim a nie innym kosmicznym towarzystwie, to i estyma, jaką darzymy profesora Tarantogę jest jakby mniejsza. Oczywiście Wszechświat z „Dzienników...” i z „Obłoku...” to są dwa zupełnie inne byty. Inna jest też forma: „Dzienniki...” to fantastyczna groteska z elementami makabreski, wszystko tu jest nie na poważnie, choć z jak najbardziej poważnym wydźwiękiem. Przy czym od razu warto zaznaczyć, że o samym Tichym możemy zacząć wątpić. Czy naprawdę przeżył to, co opisał? Czy aby nie hołdował tylko rozbuchanej wyobraźni? Lem podsuwa takie rozwiązanie kilka razy, ale to raczej zarys sugestii niż sugestia. W ostatniej z podróży Tichy opisuje wyprawę w gwiazdy swojej rodziny, cytuje dziennik ojca. Dziennik ten staje się coraz bardziej niedorzeczny, tak że w końcu i sam Tichy zaczyna wątpić w to, kim jest i że jest. Właściwie to jego pisanie upewnia go, że może jednak istnieje (ale czy aby na pewno?). Drugi taki fragment pochodzi z – dołączonego przynajmniej w moim wydaniu (swoją drogą jest to wydanie najeżone literówkami, nadjedzone przez psa i pachnące wędzonką; najbardziej to chyba nosząca znamiona burzliwej historii książka wypożyczona z biblioteki, z jaką miałam do czynienia) – wspomnienia o wizycie w laboratorium profesora, który stworzył komputery, w które wdrukował doskonałe wspomnienia realnego życia. Czym są zatem te komputery: maszynami, śniącymi ludźmi? I czy my aby nie jesteśmy też takimi bytami zamkniętymi w pudłach, którym się wszystko wydaje, a czuwa nad nami taki nasz konstruktor?
 Tym razem nie było jednego ciała niebieskiego do wybrania, jak w trzech
ostatnich przypadkach, więc zdecydowałam się na najbardziej fantastyczne
wizualizacje, czyli te odnośnie do wybuchu supernowych. Źródło.
 

Leitmotiv impossibilis

Gdyby chcieć w jednym zdaniu streścić, o czym też te „Dzienniki...” są, powiedziałabym, że są o niemożliwości życia na Ziemi. Tichy non stop spotyka – a jeśli nie spotyka, to chociaż śni, że spotyka – takie planety, na których życie na Ziemi uchodzi za mit, a warunki na naszej planecie panujące uchodzą za modelowy przykład tego, jak właściwie wygląda planeta nie nadająca się do zamieszkania. Co ciekawe, prawda ta funkcjonuje jako dogmat (uczy się jej nawet niekiedy w szkołach) i wielcy profesorowie z innych planet dowodzą jej prawdziwości, a oburzają ich cienie sugestii, że może być inaczej. Widać tutaj dwa wielkie tematy: oczywiście ten, że to życie wykluwające się na jednej planecie w ogromie próżni kosmicznej jest jednak trochę czymś niemożliwym, niedorzecznym i absurdalnym. Ludzka anatomia jest bzdurna (pięknie pokazuje to opowiadanie osadzone na planecie zbliżonej do Ziemi, ale której mieszkańcy posiedli zdolność dowolnego zmieniania swojej cielesności), fakt bycia zbudowanym z białka budzi odrazę i przerażenie, a poruszanie się na dwóch nogach jest powodem zgorszenia. Ale jest tam i ten temat, który mówi o tym, że my w naszej pozycji tu na Ziemi wcale a wcale nie jesteśmy uprzywilejowani – ba, jesteśmy w myślącym Kosmosie naprawdę daleko w tyle. Ani czym się pochwalić w paskudnej historii wojen i mordów, ani jakichś wielkich osiągnięć technicznych na tle innych, a w dodatku to położenie w zabitym dechami miejscu odległej galaktyki... Słowem: nic specjalnego. Lem pięknie obnaża taki wszechświatowy antropocentryzm: nie ma co zakładać, że jeśli my istniejemy, to inne możliwe życia wyłoniły się w podobnych warunkach na podobnych zasadach – a jeśli już, to że nadal tak samo funkcjonują. Co prawda Tichy nadmieni kiedyś, że w większości przypadków tak jest – ale wtedy nie warto o tym opowiadać, bo są to opowieści dosyć ponure. Cudowne jest też opowiadanie o trudach chrześcijańskich misji na obcych planetach – ładnie pokazuje, że każdy, nawet dopracowywany przez tysiąclecia światopogląd, z trudem radzi sobie w zupełnie odmiennych, ale nie wrogich!, warunkach.
 I jeszcze jedna supernowa, ale tak na tle. Źródło.
 

Siedzimy w tym razem

Ale ta rakieta, z której odpada lakier, a którą podróżuje Tichy, to jest i rakieta, którą my podróżujemy przez bezdroża Wszechświata, a z nich popatrujemy na migoczącą w dali Ziemię. Bo są zarazem „Dzienniki...” takim komentarzem do rzeczywistości – nie wiem, czy dzisiaj nawet nie bardziej aktualnym, niż kiedyś. Jasne, mimo że akcja dzieje się głównie w przyszłości, to i słownictwo, i technika noszą znamiona lat 50. i 60. (wszelkiego rodzaju mózgi elektroniczne, wielkie komputery, lampy elektronowe i tak dalej), ale clou pozostaje niezmienne. Gdzie będziemy razem z rozwojem technologii? Na jak dużo możemy sobie pozwolić – i właściwie po co? Pod płaszczykiem groteski, miejscami szalenie zabawnej, przemyca Lem co prawda więcej pytań niż odpowiedzi, ale pokazuje pewne niedorzeczności, nad którymi się często nie zastanawiamy: jak to jest, że rozumny gatunek nie wstydzi się tego, że zjada podobne, choć mniej rozumne? Czemu myślimy, że jesteśmy jakimś ogólnym wzorem? Jak poruszać się w odmiennym społeczeństwie? I co to właściwie znaczy, że jest „odmienne”? Tichy od czasu do czasu ujawnia swoją twarz ekologa, nawołując do opamiętania w kwestii ginięcia gatunków fantastycznej fauny (słowotwórstwo Lema w tej dziedzinie to istny majstersztyk!) albo socjalisty, chcącego naprawiać stosunki społeczne przez nacjonalizowanie środków produkcji. A przy tym niewielu sprawom się dziwi, za to wielu wnikliwie przygląda.

A od czasu do czasu wpadnie w czasowym vortex i spotka samego siebie albo zgubi latarkę w kosmicznej próżni, którą to latarkę wezmą za nową gwiazdę. Innymi słowy, jest trochę Ijon Tichy takim Doctorem sprzed Doctora i to Doctorem szalenie udanym. Gdyby, oczywiście, nie to, że jest przede wszystkim Ijonem Tichym. Całe szczęście, że jeszcze kilka wypraw z nim przede mną!
 
_________________________

Zaś jutro odejdziemy na chwilę od konkretnych tytułów i będzie nieco bardziej ogólnie.


Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Mi niestety już niewiele podróży z Tichym pozostało, nad czym bardzo ubolewam. Ale zawsze można sobie zrobić powtórkę z rozrywki :) Lem jest chyba jednym z tych kilku pisarzy, którzy wzbogacili język polski o całe mnóstwo neologizmów (ze słynnymi sepulkami na czele). Ja lubię też jego pseudołacińskie nazwy gatunków, którymi rzuca tu i ówdzie. No i rysunki! Lem narysował trochę tych dziwnych stworów z obcych planet. Można pooglądać na jego stronie: http://solaris.lem.pl/galeria/rysunki-lema

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, oczywiście, że sepulki ;). Podróż w poszukiwaniu sepulek była doskonała! W ogóle nazwy fauny planetarnej wyszły przezacnie (kilka tam może niespecjalnie subtelnych, ale też i chyba obliczone zostały na odpowiedni efekt). Dokomponowują się one do tego Wrzeświata, który zwiedza Tichy. Rysunki, muszę przyznać, aż tak mnie nie porwały -- głównie dlatego, że zbyt dosłownie pokazują to, co jest opisane, a ten gram niedopowiedzenia tam wcale zły nie był :).

      Usuń
  2. Przeczytałam Twą recenzję na telefonie i powiem szczerze, że bardzo miło mi się z nią zapoznawało, bo i tematyka bliska mojemu serduszku, a i ciekawie ją sformułowałaś :3 Lem <3 Doktorek <3 Owwww! To coś zdecydowanie dla mnie, zwłaszcza, że obiecałaś tajemnice i niedopowiedzenia!

    http://leonzabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to koniecznie! A oprócz tego o wiele więcej, więc jeśli nie ma pod ręką Tardis, można się zabrać nieco zdezelowaną rakietą w specyficzną wersję Kosmosu :).

      Usuń