Lemat-o #5: Na pierwszy rzut oka to raj albo o „Edenie” S. Lema (dwusetny post!)


Po przeczytaniu pierwszych próz Lema i słynnego zbioru opowiadań przyszła wreszcie kolej na powieść, która uznawana jest za początek „dojrzałej” twórczości pisarza (a przynajmniej tak się dowiedziałam z posłowia, więc przyjęłam tę informację za dobrą monetę – no i jak miło wiedzieć, od czego bez problemu zacząć wstęp do notki!). A w tytule strawestowałam czeski hymn, bo nie mogłam się oprzeć, tak dobrze pasował.

O czym jest „Eden”? Statek kosmiczny rozbija się na planecie znanej jako Eden. Nie wiadomo o niej nic oprócz tego, co wynikło kiedyś z badań próbki powietrza, pobranej przez przelatującą sondę: czyli że skład atmosfery jest zasadniczo przyjazny dla człowieka. Dlatego na awaryjne lądowanie astronauci wybierają właśnie tę planetę. Jest ich sześciu: Koordynator, Inżynier, Doktor, Fizyk, Chemik i Cybernetyk, każdy odpowiada za jakąś część pracy na statku, zgodnie zresztą z funkcją, która jednocześnie zastępuje mu imię (z jednym wyjątkiem). Kosmonauci chcą zatem z jednej strony naprawić swój pojazd i wykaraskać się z sytuacji rodem z „Lost”, z drugiej kusi ich, żeby poeksploatować nieznaną planetę.

Pomyślałam, że tak dla odmiany spiszę te wrażenia w formie punktów. Będzie zatem o tym, co mnie zastanowiło albo co zwróciło moją uwagę w trakcie trwania akcji. Będą spoilery, ale nie jakieś szalenie nachalne. Ale dla porządku ostrzegam. 
 
 
Nie poruszam tu co prawda kwestii tego, czemu Eden nazywa się Eden -- wątek 
to interesujący, ale jest skonstruowany dość czytelnie -- za to pomyślałam, że 
będą z tego doskonałe ilustracje. Tutaj "Ogród Eden" Jana 
Breughla Starszego. Źródło.
 

polityka i moralność: W „Edenie” nie ma już ani śladu po tym, co przebłyskiwało jeszcze w „Dziennikach gwiazdowych”, czyli jakiejkolwiek wiary bohaterów w socjalizm. Wręcz przeciwnie, można by „Eden” czytać jako radykalną krytykę ustrojów opartych o totalną władzę nad obywatelem: władzę także nad informacją. Bo to ona w gruncie rzeczy jest najbardziej przerażającą rzeczą, jaką można spotkać. To, co dzieje się na planecie jest niezrozumiałe dla bohaterów: oczywiście tak jak oni możemy zakładać, że to dlatego, że nie znamy kontekstu. Ale kiedy on już staje się mniej więcej zrozumiały, dochodzi do nas straszna prawda – że takiego postępowania nie da się zrozumieć. Że jest przerażające i obrzydliwe w swojej istocie. Co oczywiście nie znaczy, że nie występujące także poza Edenem. Zresztą pod znakiem zapytania stoi nie tylko moralność tubylców, ale i naszych bohaterów: reprezentują oni różne pomysły na radzenie sobie z sytuacją na planecie – od interwencjonizmu w imię oświecenia (Fizyk), przez miłosierdzie okazywane wszystkim (Doktor), aż po próbę godzenia sprzecznych racji (Koordynator) i usiłowanie ocalenia przede wszystkim ziemskich towarzyszy (Inżynier).
 
fauna i flora: Moreni w swojej notce o „Ciemnym Edenie” pisała o okazach fauny i flory na tamtejszej planecie (swoją drogą, ciekawe czy jest tu inspiracja Lemem, czy nie?) i tak sobie pomyślałam, że właściwie to i w „Edenie” kwestie biologiczne są niezwykle interesujące. Lem każe swoim bohaterom wyjść z założenia, że skoro skład powietrza jest podobny, to może i przyroda jest podobna, co okazuje się dość szybko nieporozumieniem (swoją drogą jest kilka takich powszechników cywilizacyjnych, które powtarzają bohaterowie, w rodzaju „każda istota rozumna wykształca jakiś rodzaj ubrania” – antropologii kosmicznej Lema w tym miejscu daleko do poglądów na obce cywilizacje Le Guin, mnie osobiście bliższym). Okazuje się zresztą, że rozpoznanie i rozróżnienie gatunków od siebie wcale nie jest sprawą prostą. Cudownie napisane jest zresztą i to, w jaki sposób chrzci się nowe gatunki – i że często nazwa niespecjalnie akuratna, a za to chwytliwa, zostaje przyjęta. Fantastyczne są też lasy i doliny na Edenie: i choć czasami miałam problem z wizualizacją – trochę jak w przypadku „Człowieka z Marsa”, to kiedy przychodziło do okazów biologicznych, opisy są plastyczne. Przy okazji jeszcze jedna sprawa: porozumienie z mieszkańcami Edenu różnorakiego autoramentu to jedna z ciekawszych kwestii w powieści. Bo raz, że wychodzi stąd, że tak naprawdę wstręt budzi w nas to, co nieznane (swoją drogą nie mogłam się oprzeć i wbrew opisowi wyobrażałam sobie podstawowych mieszkańców Edenu jako pokrytych futrem), bo kiedy jednego z mieszkańców udaje się oswoić, podejście bohaterów do niego zmienia się, a po drugie Lem sięga tutaj do pomysłu zastosowanego już w „Astronautach”, jeśli chodzi o sposób, w jaki cywilizacje mogą się porozumiewać z innymi – z tym, że nadal mam poczucie, że przychodzi im to ciut zbyt łatwo.
 
 
 "Adam i Ewa w Rajskim Ogrodzie" Lucasa Cranacha. Źródło.
 

łatwość napraw: to z kolei coś, co bardziej niż w samej materii powieści zdziwiło mnie ze względu na doświadczenia w naszym świecie rzeczywistym. Otóż jak pisałam: bohaterowie rozbijają się niemal na obcej planecie. Po czym okazuje się, że generalnie własnymi połączonymi siłami, posiłkując się wiedzą, jaką dysponują, są w stanie naprawić niemal wszystko. I to nawet to, co początkowo wydaje się nienaprawialne. I w sumie podobałaby mi się taka przyszłość, bo jednak teraz nowe urządzenia naprawia się albo ogromnym kosztem równym cenie nowych, albo się ich naprawiać nie umie, bo wymaga bardzo specjalistycznej wiedzy, albo się ich naprawiać nie opłaca. Także nie powiem, dziwiłam się, ale i kibicowałam bohaterom bardzo.

dialogi: w sumie była to pierwsza powieść Lema, w której w takim natężeniu występowały dialogi osobne od narracji, bo i narrator w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich dzieł jest trzecioosobowy, a nie pierwszoosobowy. I słuchajcie, jakie te dialogi są doskonałe! Ale serio, dawno nie czytałam tak dobrze napisanych dialogów. Są żywe, brzmią bardzo naturalnie, bohaterowie rozmawiają dokładnie tak, jak mogliby rozmawiać bohaterowie: nie tłumaczą sobie rzeczy oczywistych (a jeśli już to robią, to bardzo zgrabnie rozegrana jest sama scena: na przykład tylko dwóch co bardziej świadomych zagrożenia omawia je szybko szeptem, zanim pozostała czwórka wróci z poszukiwań jedzenia), nie snują długich, rozbudowanych elaboratów, raczej celnie punktują to, o co im chodzi, nawet jeśli są to rozważania abstrakcyjne. Lem zresztą w bardzo ciekawy sposób pokazuje przemianę postaw bohaterów, jeśli chodzi o ich podejście do tego, czy zostawać na Edenie, czy odlatywać. Przez zaangażowanie do obojętności i z powrotem – w zależności od sytuacji:

sam nie rozumiem, dlaczego mnie to tak mało intryguje. Właściwie prawie wcale, jeśli mam być szczery. Czuję się teraz tak, jak przed startem, wiesz? Albo jak pasażer samolotu, który na kilka minut wylądował w obcym porcie, wmieszał się w tłum tubylców, był świadkiem jakiejś dziwnej, niezrozumiałej sceny, ale wie, że nie należy do tego miejsca, że za chwilę odleci i wszystko z otoczenia dochodzi do niego jakby poprzez wielką odległość, obce i obojętne.
[cytuję z cudownego wydania dzieł zbiorowych Lema w Wydawnictwie Literackim – kurczę, żeby tak wszystko można było wydawać! – z 1999 roku, s. 78]

Trafne, krótkie, świetnie imitujące język mówiony. Bo jednak język mówiony powinien zapisany brzmieć nieco inaczej niż faktycznie mówiony – i Lemowi się to udaje. Wiecie, jak jego bohaterowie świetnie wchodzą sobie w zdanie? To jest sztuka! 
 
 
 "Ogród Eden" Jacoba Saverija. Źródło.
 

wątek homoseksualny: to jest coś, czego nie jestem pewna, ale wydaje mi się ciekawą ewentualnością. Bo – raportuję lojalnie „kwestię kobiecą” u Lema – na pokładzie rakiety nie ma kobiet, są tylko, jak napisałam, mężczyźni, ale znaczenie ma tu nie tyle ich płeć, co wyuczony zawód. Przy czym, jak może się już zorientowaliście po tym, co pisałam o polityce i moralności, te zawody jednocześnie się dublują z rolami: to znaczy wiadomo, że lekarz będzie martwił się o stan planety i jej mieszkańców, fizyk dążył do poznania za wszelką cenę i tak dalej. No i zastanowiło mnie kilka scen z udziałem Doktora i Inżyniera – swoją drogą Inżynier jako jedyny ma imię i wszyscy zwracają się do niego per „Henryku”; nie wiem, czy Lem chciał uwiecznić tu kogoś znajomego, czy nie dostrzegam jakiejś możliwości interpetacyjnej? W każdym razie: już na początku dostajemy taką scenę, w której Doktor czule dotyka stopy towarzysza i konstatuje, że jest mu ten dotyk potrzebny – tu pomyślałam, że no cóż, znaleźli się w trudnej sytuacji, a wtedy wiadomo, szukamy fizycznego kontaktu, który ma nas jakoś pokrzepić. Ale dalej jeszcze kilka podobnych sugestii znajdziemy: półsłówka rzucone w rozmowach, wymieniane spojrzenia, to zwracanie się po imieniu.

burzenie czwartej ściany: i na koniec coś, co strasznie mi się spodobało od samego początku. Kiedy nie mogą wyjść z rakiety, jeden z bohaterów konkluduje, że w żadnej powieści sf bohaterowie nigdy nie mają podobnych kłopotów, kłopoty zaczynają się przecież po wyjściu z rakiety. W innym miejscu z kolei Doktor mówi:

Ciekawa rzecz, że na Edenie nie ma żadnych macek (…). We wszystkich książkach, jakie kiedykolwiek czytałem, na innych planetach jest zawsze pełno macek, które się wiją i duszą.
[s. 216]

Także jest „Eden” przy okazji i komentarzem do literatury sf w ogóle: przekornym, ironicznym, poddającym w wątpliwość część stosowanych tam rozwiązań. Ale jako że nie znam specjalnie sf tego okresu, to się do tego problemu szczegółowo nie odniosę. 
 
 
 
Kończąc napiszę tak: jest „Eden” szalenie wciągającą powieścią, wykorzystującą niektóre schematy kryminalne, a równocześnie dość smutną wizją kontaktu z obcą cywilizacją. I jak doskonale napisaną! Jeśli nie mieliście jeszcze w rękach: zachęcam.

_________________________

Jutro zapraszamy Was z Tarniną na kolejne Pikniki z Klasyką. Będziemy rozmawiały o „Tajemnicy Czerwonego Domu” Alana Alexandra Milne'a i zachęcamy oczywiście do wzięcia udziału w tej rozmowie! W ramach przygotowań piknikowych warto zatem zgodnie z duchem powieści przygotować piknik nadzwyczaj starannie, bo bez planu nie ma kołaczy. A następnie wybrać sobie coś z tego, co zostało upichcone w kuchni, na przykład zapiekankę z rybą i ryżem. A po pikniku, rzecz jasna, cygaro w dobrym towarzystwie (może być towarzystwo kanapek).

Weź dokładkę!

8 komentarze

  1. Ojej, jakoś wątek homoseksualny mi umknął. Nie pamiętam tego, albo nie odebrałam tych scen jako sugerujących taki rodzaj relacji. Ale mam wrażenie, że w starszych książkach (no tak powiedzmy mających więcej niż 20-30 lat) czasami pojawiają się takie sceny czułości między bohaterami, ale one nie koniecznie sugerują wątki romantyczne. Co innego na przykład u Oscara Wilde'a - w "Portrecie Doriana Graya" zainteresowanie jednego z bohaterów drugim jest zdecydowanie jednoznaczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzięłam to pod uwagę. Po prostu w wypadkowej takiego ustawienia -- sami mężczyźni, ale o znaczącej funkcji, z którą wiążą się cechy emocjonalne i charakter w ogóle -- przy tego typu ustawieniach scen, nasunęła mi się taka hipoteza interpretacyjna. Bo mnie się tutaj wydaje, że akurat płeć bohaterów jest mniej ważna (więc w sumie to jest tyle wątek homoseksualny, co miłosny w ogóle -- czy raczej jego sugestia). Bo oczywiście, w starszej literaturze wiadomo, że jest inaczej. To, że Tristan i król Marek ciągle się całują w usta nie zostaje odczytane jako wątek homoseksualny z racji kontekstu historycznego -- ale tu w "Edenie" jakoś to mi się nasuwa.

      Usuń
  2. "(...) cywilizacje mogą się porozumiewać z innymi – z tym, że nadal mam poczucie, że przychodzi im to ciut zbyt łatwo."
    Pani się nie denerwuje, pani poczeka. Już za zakrętem czeka "Głos Pana" i odpowiedź na pytanie "dlaczego pewnego filmu z Jodie Foster nie mogę oglądać na trzeźwo?". Poglądy Lema w zakresie kontaktu ewoluowały ("Eden" - "Solaris" - "Głos Pana" - "Fiasko"). A i sam "Eden" był nieco bardziej parabolą niż studium kontaktu, więc jakiś tam umowny kanał komunikacji z obcymi musiał wystąpić. I tak lepsze to niż "E.T. phone home", n'est ce pas? ;-) A czego parabolą był? jak to w tamtych czasach - społeczeństwa i ustroju.

    A tak na boku: dlaczego w wyzwaniu nie ma "Opowieści o pilocie Pirxie"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam, oczywiście, że czekam i wcale się nie denerwuję, bo i tak bohaterowie Lema nie mają łatwo (i porównując "Astronautów" i "Eden", gdzie taka sama jest metoda komunikacji, widać już, że skala trudności odczytania komunikatu się przesuwa -- bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej). Co do paraboli -- jasne, ale piękne tu jest to, że da się "Eden" czytać i tak, i tak. Bo z jednej strony mamy te wiele mówiące nazwy, z drugiej to jest jednak powieść-powieść.

      A "Pilota..." nie ma, bo to on mnie przez lata zniechęcał do Lema (kiedyś pisałam, że to moja najbardziej nietrafiona podstawówkowa lektura), przez co kawał takiej pięknej literatury traciłam. Ale przebaczę mu zapewne, ale raczej już po całej akcji, spróbuję do niego wrócić :).

      Usuń
  3. Hm, hm, powiem Ci, że zaciekawiłaś mnie tym "Edenem". Do Lema zawsze podchodzę jak pies do jeża (mam uraz z podstawówki). "Dzienniki gwiazdowe" akurat mi się podobały, to już na przykład próba czytania "Solaris" zakończyła się fiaskiem po 10 stronach. Może kiedyś znowu spróbuję Lema, tym razem z "Edenem".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mamy podobny uraz :). Powiem Ci, że na razie bardzo się cieszę, że go przemogłam, bo warto -- "Solaris" jeszcze przede mną, ale póki co bardzom kontenta. "Eden" polecam, zresztą właściwie jak dotąd wszystko polecam, poza "Człowiekiem z Marsa", a i "Astronauci" to może nic wspaniałego na początek. Ale "Eden" mógłby Ci się spodobać (ta biologia planety!), "Obłok Magellana" też jest ciekawy. Co dalej, będę raportować ;).

      Usuń
    2. Szczerze przyznam, że do "Solaris" miałem cztery podejścia na dystansie dziesięciu lat, nim wreszcie przeczytałem i... zachwyciłem się. Zachwyciłem się tym, co Lem mówi o nas ludziach i o kontakcie. Na jaki poziom wyniósł ideę kontaktu. No i podkreślił (zaczęło się), że największym wyzwaniem jest kontakt z drugim człowiekiem i ze sobą samym. (Ciekawym, co na to E. Levinas? Albo Martin Buber?)

      Usuń
    3. Od "Solaris" dzielą mnie jeszcze trzy książki, a bardzo jestem ciekawa wrażeń. Ten kontekst z filozofią dialogu jest ciekawy, bo w sumie to chyba dojrzały Levinas i data publikacji "Solaris" są niedaleko od siebie chronologicznie? Może to trochę taki tchnący kędy chce duch epoki? Nie powiem, zapowiada się ciekawie :).

      Usuń