Lemat-o #6: Może i Bóg istnieje tylko czasami albo o „Śledztwie” S. Lema


Macie tak czasem, że odkładacie książkę na półkę i mówicie sobie w duchu „ale o co właściwie chodziło?”. Mnie się to zdarza rzadko, ale w przypadku „Śledztwa” taka myśl towarzyszyła mi właściwie od początku lektury – i została po przeczytaniu. Co nie oznacza, że nie mam pewnej teorii interpretacyjnej (rzadko się zdarza, żebym nie miała), tyle że nie do końca mnie ona satysfakcjonuje. Zaczynam zatem moje prywatne śledztwo: jak to ze śledztwem jest? (A w tytule – cytat z dzieła).


[1]
Po pierwsze: wiem, że mówi się o nim jako o wykorzystującym gatunek kryminału. Sięgnęłam więc po nie nieco rozczarowana (gdzie jest mój Kosmos?), ale szczęśliwa (ciekawe, jak sobie Lem radzi z kryminałem?), podczas gdy – jeśli miałam szukać nazwy na gatunek, który tu Lem uprawia, obstawiałabym raczej horror. Znacie moje podejście do horrorów, jakież więc było moje zdziwienie, kiedy to, czym Lem doskonale operował już w „Dziennikach gwiazdowych” , czyli groteska, zmienia nagle swoje przeznaczenie i teraz jest wykorzystywana już zupełnie otwarcie do straszenia? Lem w ogóle się zresztą nie kryje, że ma być strasznie. Fabuła wygląda w ten sposób, że brytyjski oficer Scotland Yardu Gregory prowadzi śledztwo w sprawie znikających z małych wiejskich cmentarzy zwłok. Wszystkie ślady wskazują na to, że zwłoki sobie dokądś same poszły, kradnąc przy okazji ubrania. Na miejscu „zbrodni” (czy też jej odpowiednika) zawsze znajduje się za to jakiś bezdomny zwierzak, który następnie szybko zdycha – a proceder odbywa się nocą, we mgle. Nie wspominając już o tym, że Gregory wynajmuje pokój u pary dziwnych staruszków, z których ona zdrapuje parkiety w towarzystwie dwóch czarnych (a jakże!) kotów, a on wydaje z siebie nocami dziwne dźwięki. Inspektor policji Sheppard, który jest szefem Gregory'ego ma na ścianach gabinetu zdjęcia ofiar – im bardziej makabryczne, tym lepiej, a pomagający w śledztwie statystyk Sciss skrywa mroczny sekret. Także jasne, z jednej strony mamy całe tytułowe śledztwo, próbę dojścia do tego, o co chodzi w sprawie, mrocznego policjanta wałęsającego się po Londynie – ale stawiałabym na to, że bardziej to jest sztafażem, a nie elementy horroru. Bo i rozwiązanie w gruncie rzeczy ma nas tak ontologicznie wystraszyć niż być wyjaśnieniem zagadki, jak bywa w kryminale. Nie będę się biła z tymi, którzy zakrzykną „A nie! Kryminał! Grzeszysz, Pyzo!”, bo generalnie nie jestem fanką sztywnych podziałów gatunkowych – ale tak się Wam chciałam pożalić, że przypadkiem przeczytałam horror. I to naprawdę straszny.

[2]
Po drugie: zabieg, który w narracji stosuje Lem – piętrzenie kolejnych znaczeń, coraz bardziej wchodzących do głowy Gregory'ego, który niemalże na swój użytek stwarza drugi świat pełen odmiennych znaczeń (nie wspominając o tym, że i Sciss, i Sheppard też mnożą tu światy i wyjaśnienia – nie ufam tym bohaterom za grosz, głównemu zresztą też nie; stąd jakbym miała wyrokować o zakończeniu, wcale nie byłabym taka pewna, że wygłoszony pod koniec teologiczny elaborat cokolwiek wyjaśnia, ale dalej spojlerowała nie będę – wyjaśnienie nie ma zresztą aż tak wielkiego znaczenia w „Śledztwie” moim zdaniem; za to teologiczny manifest napisany jest dużo lepiej i żywiej niż ten wygłaszany przez braci zakonnych w „Dziennikach gwiazdowych”) – przypominał mi trochę to, co zrobił Twardoch w „Morfinie” (oczywiście gdyby szukać inspiracji to biegłyby one na linii „Śledztwo” → „Morfina”, a nie odwrotnie). Czyli że bohaterowi coś się roi, my już bierzemy to za dobrą monetę, aż tu nagle krach, zasłona iluzji pęka, a za nią jest... Właściwie kolejna iluzja. Bo we wspomnianym manifeście teologicznym właściwie o to chodzi: o to, że nieciągłość i przypadkowość istnienia sprawia, że poruszamy się wśród dowolnie kreowanych iluzji. Stąd obstawiałabym, że wyjaśnienie zagadki znikających zwłok nie ma właściwie znaczenia (chociaż historia poturbowanego policjanta jest przerażająca).

[3]
Po trzecie: z posłowia nieocenionego profesora Jarzębskiego dowiedziałam się, że po wydaniu „Śledztwa” w Anglii odbiorcy narzekali, że Londyn Lema w ogóle nie jest żadnym tam Londynem – że tramwaje, że metro jeździ, gdzie nie jeździ, że topografia zupełnie na odwyrtkę i tak dalej. Umowność miejsca – w celu uzyskania pewnego sztafażu, trochę właśnie kryminalnego, trochę horrorowego, bo gdzież osadzać horror, jak nie w ponurym, zamglonym Londynie z długą tradycją Kub Rozpruwaczy – to jedna sprawa i oczywiście to, że Londyn tutaj nie tyle gra rolę Londynu, co efektownego tła (trochę jak teatralna scenografia Wenus w „Astronautach”). Ale drugą, dużo bardziej fascynującą, wydaje mi się kwestia umowności czasu. Zaczyna się to wszystko bowiem w sali, w której wisi portret królowej Wiktorii. Jako że nasi detektywi nie są bliżej opisani, przez dłuższą chwilę byłam pewna, że Lem pisze powieść osadzoną w wiktoriańskim Londynie. Co prawda szef Yardu woła kogoś przez mikrofon, ale wiecie – może i mieli wtedy mikrofony. Potem pojawia się wzmianka o helikopterze. Potem o wojnie – myślę sobie, może o I wojnie? W końcu jakieś nieporadne samoloty wtedy były, a zatem: międzywojnie? Aż tu nagle jeden bohater pyta drugiego, co robił w 1946. I w sumie wychodzi na to pod sam koniec, że akcja dzieje się mniej więcej wtedy, kiedy powieść była pisana, czyli w połowie lat 50., może ciut później. I co z tego wynika? Myślę, że Lem świadomie miesza tu tropy czasowe, wykorzystując je podobnie jak te pomieszane miejsca. Niby jest serio, ale z wykorzystaniem czarnego humoru (a absurdalne wyliczenia statystyka, które autor podaje z kamienną twarzą? Czarny smoliście humor – niby wierzymy w naukę, ale ona może udowodnić wszystko tak samo, jak wiara, jeśli się choć odrobinę postaramy), niby jest poważnie, ale cały ten horrorowy sztafaż przez nagromadzenie niesamowitych elementów straszy trochę z rozpędu pod sam koniec, bardziej każąc się zastanawiać, czy przypadkiem nie miało nas to – chociaż miejscami – bawić.

Czy „Śledztwo” mnie urzekło? Nie aż tak znowu bardzo, ale doceniam i to, jak jest napisane (dialogi nie są aż tak dobre, jak w „Edenie”, ale nadal bardzo dobre), i to, że porządnie straszy, i to, że czyta się je w napięciu „ale co będzie, co będzie?”. Podejrzawszy opinie w sieci zauważyłam, że kulminacją tego podejścia jest rozczarowanie – właśnie przez ten brak jednoznacznego wyjaśnienia zagadki. Ale po zastanowieniu: przecież on właśnie jest siłą tej powieści. Inaczej byłaby to taka sobie opowieść o urojonej zbrodni w urojonym mieście nie wiadomo kiedy, z kuriozalnie się zachowującymi bohaterami. A gdyby ją wpisać w wyjaśnienia natury – z braku lepszego słowa – teologicznej, zyskuje to wszystko sens. Nie, żeby się rzuciła czytać je jeszcze raz od początku. Raczej ostrożnie doceniam, choć z krytycznego dystansu.



Czy macie swoje teorie a propos „Śledztwa”? Z wielką chęcią o książce porozmawiam (jak zawsze!).

[1] Jak widzicie, zaeksperymentowałam z ułożeniem ilustracji; nawet nie dlatego, że chciałabym je tak układać, raczej dlatego, że czemu nie. Źródło wszędzie to samo. Zgodnie z moją teorią o względności czasu w powieści, niechaj nam notkę ilustrują rzeczy jakoś związane z Londynem, tym wiktoriańskim. A zatem, na przykład, konstabl (taki nieco udawany)...
[2] ...upiór zbrodni krążący po mieście... 
[3] ...i samo miasto, trochę zatłoczone, trochę nowoczesne, trochę dla nas już zabytkowe.

_____________________________

Jutro będzie o przykazaniach. Wybaczcie, że mogę do niedzieli być znowu mniej aktywna w odpowiadaniu na komentarze – ale je wszystkie czytam! – ale wiecie, że zawsze sumiennie nadrabiam, odpowiadam i stoję w pierwszym rzędzie, żeby dyskutować.

Weź dokładkę!

21 komentarze

  1. To znowu ja. Niestety.
    Primo: "Śledztwo" wypadło świetnie (IMHO) w adaptacji teatru telewizji. To znaczy trochę tekst pocięli i nieco zubożyli, ale klimat, klimat -- palce lizać. Czy coś.
    Secundo: Londyn-który-nie-jest-Londynem. A Wenus nie jest Wenus. A Ocean w "Solaris" też niespecjalnie trzyma się zasad termodynamiki. A diglatory i napęd "Eurydyki" w "Fiasku" nie wytrzymują analizy pod względem ekonomii zużycia energii. Ale inżynierowie właśnie taki zabawki pokochali. Bo u Lema _wszytko_ jest sztafażem, scenografią teatralną, wyspą Prospera, tłem, na którym rozgrywa się przedstawienie z ludźmi i Nieskończonością w rolach głównych.
    To tak na gorąco.

    A brak kosmosu u Lema za chwilę... ale Ty nie masz "Golema XIV" w rozkładzie jazdy. No to nic :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam już o tej adaptacji -- muszę znaleźć, bardzo jestem ciekawa, jak wyszło (bo tekst jak zasadniczo niby londyński, a mocno kameralny i po takich zamkniętych przestrzeniach poustawiany, więc mocno, w istocie, teatralny).

      Przeczucie podpowiada mi podobne rozwiązania, ale jednak wiesz, i Lem szedł z duchem czasu w książkach. To znaczy na przykład jeszcze w "Astronautach" rakiety startują z poziomu, ale już w "Edenie" z pionu. Z poziomu też by przecież mogły -- zdaje się, że to możliwe, ale mniej praktyczne rozwiązanie, bo potrzeba więcej energii -- ale że w międzyczasie zaczęto wysyłać obiekty w Kosmos w tej sposób, to i w prozie Lema bohaterowie zaczęli tak latać :).

      Ano nie mam i na razie nie dopiszę, ale to nic, bo zapewne w końcu przeczytam wszystko, ale pewnie już poza samą akcją (która i tak rozrosła mi się z planowanych 12-14 książek w 21 :)).

      Usuń
  2. O, Pyzo! Namówiłaś mnie do poznania tej strony Lema (a mam w nim spore braki), a może bardziej fakt, że rzucamy kosmos i bawimy się na Ziemi tak na mnie zadziałał. Nie mniej, bez notki nie byłoby nic ;)
    Oczywiście mój odbiór "Śledztwa" wynika dosyć mocno z tego, co tutaj wcześniej przeczytałam. Bo i wiedziałam czego mniej więcej można się spodziewać, i jak to zadziałało na czytających, więc nie wszystko było niespodzianką. Chociaż, że Lem tak ładnie i zrozumiale pisze o wydarzeniach niekosmicznych, to dalej było zaskoczenie (Sienkiewicz też mnie dawno temu zaskoczył, ale o tym może w notce pod pyzowymi problemami z Sienkiewiczem). Ostrzeżenie, że to bardziej horror, a nie kryminał zadziałało tak, że mimo wszystko dla mnie to bardziej kryminał ;) Może wystarczyło tylko ostrzeżenie, że moje nastawienie się zmieniło, a może jednak ciut bardziej jestem odporna i/lub szybko wypieram niedawno przeczytane/zobaczone straszydła dla świętego spokoju. Nie mogę się jednak zgodzić, że czasy, w których dzieje się "Śledztwo" są jakieś mocno umowne; zachodziłam w głowę, dlaczego tak to odebrałaś. Fakt, portret królowej Wiktorii jest, a zaraz potem telefony, mikrofony i inne takie elementy, to tak naprawdę ów portret nie pasuje do układanki; dla mnie specjalnie nie komplikuje to osadzenia fabuły w czasie, a Wiktorię odbieram jako sentyment, kaprys inspektora.
    Co do umowności miejsca, to nie mam z tym specjalnie problemu jak Anglicy, bo Londynu nie znam. Tak samo jak innych miast mniejszych i większych, więc gdyby np. wszystko działo się w Nowym Yorku lub Hamburgu, to nie ma to większego znaczenia. Ale rozumiem wyspiarzy, bo tak zachwalane "Ciemno, prawie noc" Bator odrzuciło mnie po kilku stronach takim dobitnym mówieniem, gdzie jesteśmy, bo jedziemy do Wałbrzycha, jesteśmy w Wałbrzychu, "górnik pany", palmiarnia przecież musi już być wspomniana i oczywiście "Zamek Książ" główna bohaterka widzi z okna swojego domu (chociaż jak ktoś rzuci w mieście zamek, to wystarczy, a w promieniu przynajmniej 100 km "Książ", to i tak wszyscy wiedzą o co chodzi); czekałam, aż pojawi się jeszcze sformułowanie "miasto Wałbrzych", ale po 10 stronach rzuciłam książkę w kąt, ale pewnie się przełamię i wrócę - p. Bator ma jeszcze szansę ;) Irytujące to, a nawet nie jestem z Wałbrzycha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wracając... (bo mi się nie mieści w jednym komentarzu ;)) „Śledztwo” porwało mnie resztą niedomówień i chociaż główna tajemnica pozostaje tajemnicą, to zakończenie jest jak najbardziej satysfakcjonujące. Możliwe, że dzięki przeczytanym spostrzeżeniom zarzuciłam szukania sensu we wszystkim i po prostu delektowałam się tekstem. Odebrałam go jako solidną robotę. Oczywiście były momenty mniej interesujące, ale też te lepsze. Ze względu na skrzywienie edukacyjne, uśmiechałam się przy statystycznych analizach Scissa, przy jego rozmowach z Gregorym i znajomymi. Niemałą frajdę sprawiła mi ostatnia rozmowa inspektora z Gregorym. Tropy myślowe wspaniałe, bo o naginaniu wyjaśnień do faktów, faktów do wyjaśnień, tworzenie wygodnych, choć nieprawdziwych teorii, aby móc nimi tłumaczyć rzeczywistość, ach. Chociaż rozpatrywanie tych zagadnień w kontekście pracy śledczych jest interesujące, bo i o niesprawiedliwych wyrokach opartych na poszlakach już się wiele słyszało, ale przecież i te bardziej wiarygodne dowody zastanawiają (bo czyż DNA innej osoby nie można podłożyć? A gdyby tak się okazało, że linie papilarne jednak są powtarzalne?). I znowu, można te przemyślenia przenieść do świata nauki, także samej statystyki, która była w „Śledztwie” poruszana (odwrotna proporcjonalność częstotliwości zdarzeń do liczby zachorowań na raka i nie mam więcej pytań ;)). Tym Lem mnie kupił, bo z dopasowywaniem danych pod tezy spotykam się tu i tam, a czasem się o to wykłócam, no bo jak to tak brzydko, niedbale można robić siląc się jednocześnie na naukowy ton itp. Plus prawdopodobne motywy właśnie takich działań śledczych. Pewnie dlatego, chociaż po drodze Gregory mało zmyślnie się zachowywał, to niejako rozumiem dlaczego tak postępował. On sam zresztą wydaje się mieć pojęcie o własnych ograniczeniach i wadach.
      Z innych bohaterów uważam, że Sörensen mógłby dostać trochę więcej miejsca. Sheppard mnie nie porwał zbiorem makabrycznych zdjęć na ścianach, chociaż podoba mi się rola, jaką ogrywa w stosunku do Gregorego, zwłaszcza na końcu. W sumie jego upierdliwość na początku też mi do jego obrazka pasuje.
      Podsumowując – Lem na dobre znalazł miejsce na liście „do uzupełnienia”. Nie zrobiła tego lektura w szkole – ciężko nie było, ale ciekawie (wtedy) też specjalnie nie, ale może to i dobrze, bo wydaje mi się, że dorosłą będąc lepiej przyswoję sobie jego twórczość.

      Usuń
    2. O, jak cudnie, to pospojlerujmy tu trochę, bo bardzo jestem ciekawa Twojego zdania w konkretnych kwestiach :)!

      Z tym horrorem to jest tak, że podtrzymuję, co napisałam: Lem nawet się nie kryje, że będzie czytelnika straszył i sięga po cały arsenał straszący (no proszę Cię, a ten chwyt z zębami? Brr!). Ale to prawda, że zapewne przy większej niż moja odporności na horrorowe zagrywki, bardziej w oczy może się rzucać kryminał. Przy czym jak najbardziej -- te rozróżnienia gatunkowe to jest rzecz wtórna, więc może być i to, i to, a może jeszcze co innego. Ale tu się tak zastanawiam: czy Tobie też Sheppard i Sciss wydawali się tak strasznie podejrzani? I czy Sciss według Ciebie faktycznie był nieszkodliwym dziwakiem z upodobaniem do dziwnych rozrywek BDSM? Bo ja szczerze mówiąc, powątpiewam. Cały czas mam wrażenie, że bohaterowie wrabiają się nawzajem, a w rezultacie i my jako czytelnicy jesteśmy wrabiani.

      Co do tego czasu: myślę, że to kwestia tego, jak się czyta. Bo nie miałam pojęcia, o czym będzie "Śledztwo", więc konstruowałam sobie ten czas po śladach. I zgodzę się, że Wiktoria może być taką oznaką sentymentu czy nawet symbolem: patrzcie, ci tradycyjni Anglicy, ale podoba mi się ta interpretacja z pomieszaniem czasów, bo dobrze też pasuje do tego pomieszania miejsc, które u Lema się, jak słusznie zauważył @Altti, cyklicznie powtarza.

      Co do tego szukania rozwiązania: mam wrażenie, że właśnie bez tego czekania "ale co to będzie" się czyta z większą korzyścią właśnie :). Przy czym nawet jak dostajemy jakieś rozwiązanie wyglądające na prawdopodobne (masaże gospodarza Gregory'ego), to w sumie trudno w nie uwierzyć (bo co z taboretem i kotami?). Z Twoją konkluzją a propos faktów i wyjaśnień zgadzam się jak najbardziej -- w ogóle właśnie to wykorzystanie nauki do pokazania, że od nauki do wiary wcale nie tak daleko i że wiara w naukę wyjaśnia tak z dziesięć procent wszystkiego. Nie, żeby wiara w tym systemie wyjaśniała więcej. Chociaż zastanawiam się, czy nie daje czystego sumienia -- bo w hipotezy o tym, co się stało, Gregory jednak jakoś chce wierzyć.

      Sörensen to chyba taka właśnie postać typowego opornego naukowca, w dodatku niesympatycznego i to niesympatycznego świadomie -- wcześniej u Lema jak naukowcy byli niesympatyczni, to jakoś tak przypadkiem, a narrator nam tłumaczył, że wcale nie są.

      A Lema na razie gorąco polecam, sama się właśnie zabieram za "Pamiętnik znaleziony w wannie" i będę kontynuowała :)! Bo im dłużej o tym myślę, tym bardziej się upewniam w przekonaniu, że ktokolwiek kazał nam czytać z listy lektur Pirxa w podstawówce, był kimś, kto ma na sumieniu rzesze zniechęconych do doskonałego pisarza ;).

      Usuń
    3. A tak, przypomniałaś mi o zębach, które wcześniej wyparłam z pamięci ;) Ja i bez tego chodem biegnącym pokonuję odcinek korytarza od włącznika do swojego pokoju (dwa kroki), gdy wieczorem gaszę światło w domu, a i zawsze kombinuję tak, aby nie musieć po coś iść do budynków gospodarczych po zmierzchu na swoim podwórku, bo tam to już w ogóle się nie czaję tylko biegam, ale przeważnie albo załatwiam wszystko za dnia, albo rezygnuję i czekam do rana, także ten, z odpornością też nie przesadzajmy ;) W przypadku śledztwa to ja wiem, bardziej nastawienie? I świadomość, że prędzej czy później wrócę do standardowego zestawu lęków, których się nie wyzbyłam od dzieciństwa.
      Właśnie nastawienie, a raczej wiedza o utworze przed jego poznaniem. Myślę, że to bardziej zagrało. Zresztą już przy pisaniu poprzedniego komentarza rozmyślałam o tej kwestii. Bo wg mnie czytanie dzieł bez większej wiedzy o nich, bez znajomości opinii innych ludzi, a już recenzji czy opracowań w ogóle, może mieć znaczny wpływ na odbiór treści. Czasami brak większej wiedzy oznacza (miłe) samozaskoczenie. Czasami jednak może pozostawić dzieło dla nas nie zrozumiałym. Pytanie: kiedy zapoznawać się z opracowaniami – przed czy po lekturze? Pamiętam, że wspaniale napisane opracowanie pozwoliło mi uświadomić sobie, ile tak naprawdę mi umknęło z niewiedzy. Odczucia miałam bardzo letnie w stosunku do dzieła, z delikatnym ukierunkowaniem na negatywne, ale takie opracowanie pozwoliło mi docenić przeczytaną treść i zmienić nastawienie. Czasy to były zamierzchłe i nawet nie pamiętam czego dotyczyła ta rewelacja ;) I podobnie jak Ty, nie muszę mieć wszystkiego przyporządkowanego do jednej kategorii; zwykle jest to niemożliwe.
      Sciss czy/i Shepard hmm... bardziej uczony dziwak, bo kto wychodzi ze spotkania śmiejąc się maniakalnie i przeszukuje kieszenie śledczego, gdy ten czeka na herbatę? Nie powiem, że jest nieszkodliwy, ale nie przekonuje mnie też jego większy w tym udział. Prędzej pogodziłabym się z elementem nadprzyrodzonym i Scissa ewentualnej wiedzy na ten temat, ale nie ze sprawstwem. Ale to bardziej wynika z tego, że wytwory kultury mnie przyzwyczaiły do takich rozwiązań, a nie z osobistych pobudek. Po części zbliża mnie to do Gregorego, Gregory usilnie szuka „rzeczywistego” winnego i ze wszystkich sił stara się odegnać od siebie myśl o nadprzyrodzonych zjawiskach, chociaż ta gdzieś w najdalszym kącie jego podświadomości siedzi i nie daje o sobie zapomnieć, chociaż ten się bardzo wzbrania. I znowu, po jednym zdjęciu nie stawiałabym tez o BDSM Scissa. Bo czy ściana trupów robi z Shepparda nekrofila? Jakoś inspektor nie znalazł się na moim radarze, który wydaje się - w przeciwieństwie do Gregorego - dopuszczać możliwość niewytłumaczalności sprawy logiką; nie mniej podsuwa gotowe wygodne rozwiązanie dla mas, jakby ze świadomością, że policja musi się pokazać jako skuteczna, a pewne sprawy lepiej żeby nie przeszły do głów ogółu. „Śledztwo” też w pewnej mierze opowiada o tym, jak ludzie poszukują wyjaśnień dla dziwnych zjawisk. Że właściwie wielu do końca szuka logicznych rozwiązań niż od razu przejść do tych mniej logicznych; rozumują zgodnie z założeniem, że nie ma na świecie zjawisk nadprzyrodzonych tylko niezrozumiałe (swoją drogą taka wiara w naukę, wiedzę, dokonania ludzkości na polu nauki odbija się m.in. na medycynie, gdzie czasami ciężko pogodzić się z faktem, że wszystko wydaje się być tak rozwinięte i nowoczesne, ale ludzie dalej umierają na raka itp.). Gregory to właśnie taki typ; padnie, nim dopuści możliwość ingerencji czegoś nieuchwytnego, a że Sciss jest dziwny, to skupia się na nim, co prowadzi do tego, że chyba nawet sam przyznaje się, że mógł przez to pominąć inne tropy. Zresztą ja również podlegam tym mechanizmom i tłumaczę sobie istnienie zdjęć u Scissa i Shepadra bardziej łagodnie; pewnie dlatego, że mam pewne oczekiwania wobec osób ich zawodów wraz z zestawem obowiązków jakie na nich ciążą czy oczekiwania wobec ludzkości w ogóle.
      Z ostatnim akapitem nie mogę się nie zgodzić :)

      Usuń
    4. Mnie się wydaje, że właśnie na tych standardowych lękach Lem tutaj bazuje: bo i mamy lęk przed zmarłymi, i przed pewnym określonym typem zwierząt (chude, kostropate, czarne i tak dalej), i przed nocą, i przed mgłą, i przed maniakalnym śmiechem właśnie, i przed pokonywaniem długich ciemnych pomieszczeń też (przecież Gregory do łazienki szedł przez ten straszny hol i jakiś pokój z lustrami, po ciemku: noż koszmar pierwszej wody po prostu!).

      Z tymi kieszeniami to ja to odebrałam bardziej tak, że Sciss pomylił płaszcze i zajrzał do Gregory'ego przez przypadek -- ale faktycznie, nie pomyślałam o tym, że mógł to zrobić specjalnie, drań ;). Z tym BDSM to mam wrażenie, że w tekście pada więcej sugestii -- chociażby tekst Shepparda, gdzie mówi on, że Sciss pewnie szuka teraz jakiejś prostytutki, która się zgodzi, bo to bardzo w jego stylu. Sheppard z kolei raz, że zostaje włączony w ten Lemowski aparat grozy (bo czemuż on to Gregory'emu klaruje po ciemku? Czemu wchodzi do jego pokoju po zmroku?), a dwa, że miałam cały czas wrażenie, że nawet nie tyle wie więcej niż główny bohater, ile że może wiedzieć to z doświadczenia (jasne, pracuje dłużej, może z takimi nadnaturalnymi zdarzeniami już pracował, ale kto wie, czy nie był też w nie zamieszany? Dlaczego miałby dawać sprawę niedoświadczonemu detektywowi -- żeby mu pokazać, że potknie się o logiczne rozumowanie nie raz jeszcze w trakcie pracy?). Mnie wciąż frapuje, czemu Sheppard ma na ścianie w domu makabryczne zdjęcia ofiar? Dla mnie jego zachowanie czyni z niego taką metaforyczną figurę wampira hodującego sobie ucznia-następcę: z całym mrocznym oprzyrządowaniem, choć chyba wysysa nadzieję i logikę z Gregory'ego, a nie faktycznie krew ;).

      Gregory w tym, co piszesz, to taka odwrotność Holmesa: jeśli wszystko, co możliwe zostało odrzucone, zostaje nam niemożliwe, tylko że on to "niemożliwe" i tak stara się wykluczyć -- chociaż w pewnym momencie chyba daje za wygraną, przynajmniej na chwilę, kiedy mówi do Shepparda, że gdyby śledztwo prowadził ktoś inny, już doczekałoby się rozwiązania (czy dlatego, że ktoś by na coś wpadł, czy dlatego, że przyjąłby, że to element nadnaturalny i dał sobie spokój?).

      Usuń
    5. Tak jeszcze w kwestii "wrabiania" to Sheppard jest królem, bo z premedytacją ustanawia Gregorego odpowiedzialnym za rozwikłanie śledztwa, chociaż od samego początku nie wierzy, że ten sobie poradzi. Jakby z góry chciał pokazać gdzie jest miejsce każdego z nich, mimo że czasami próbuje grać dobrego wujka.
      Sciss za to pogrywa sobie z Gregorym trochę, bawi się tym, że jest podejrzany. On też uważa siebie za zbyt wysoki poziom dla zwykłego detektywa.

      I w końcu Lem wrabia czytelników. Tyle podsuwa po drodze interpretacji, tak zapewnia, że musi być jakieś logiczne wytłumaczenie - czyż nie tym po części była rozmowa w restauracji ze Scissem i jego towarzyszami? Czytelnik, tak jak Gregory, jest wrabiany.

      Usuń
    6. Dokładnie takie miałam wrażenie: że jestem wrabiana przez cały czas :). Dlatego zresztą za grosz nie ufam ani Scissowi, ani Sheppardowi. Dodałabym jeszcze, że Sciss się bawi i się nie bawi, to znaczy wpada w stany manii i depresji na przemian -- pewnie częściowo w związku z chorobą i zawodem (miłosnym? rodzinnym? zawodowym?), a częściowo dlatego, żeby jeszcze czytelnika postraszyć ;).

      Usuń
    7. A widzisz, ja sobie te zdjęcia u Shepparda tłumaczyłam tak, że może to jakieś znaczące przypadki w jego karierze, albo takie, których nie rozwikłał, a zdjęcia ofiar mają mu o tym przypominać, albo po prostu wstrząsające i przypominające z kolei, że ludzie bywają niewyobrażalnie brutalni.
      Sheppard tak, pojawia się dość niespodziewanie u Gregorego, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze wezwanie go nocą do siebie, aby przekazać mu dowództwo nad śledztwem, raczej fakt ten ustawia rzeczywistość detektywów tak, że to praca bez sztywnych godzin, bądź bez widocznego podziału na czas pracy i czas wolny.
      Ale zgadzam się z Tobą, że mimo znajomości ograniczeń Gregorego, Sheppard ustawia go w pozycji swojego następcy. Może nie wampirzego następcy ;) Tą sprawą daje mu lekcje i w kwestii prowadzenia śledztwa i w kwestii szukania tłumaczeń dla ludzi z zewnątrz. Czy w Sheppardzie jest coś więcej? Ma wokół siebie aurę niedomówień, mrocznych sekretów czy nawet wiedzy o czymś mrocznym i nadnaturalnym, ale ostatecznie nie mam wrażenia, że wykorzystuje tę wiedzę do niecnych uczynków. Może to i stawia mnie w pozycji idealnej jego ofiary, ale cóż zrobić ;)

      Dom, gdzie mieszka Gregory... Jakoś tak przypomina mi się motyw Katarzyny z "Opactwa Northanger" Austen, która zachowywała się w określony sposób przez swoje wyobrażenia o tym, co taki gmach opactwa może kryć. Trochę ich - Gregorego i Katarzynę - rozumiem ;)

      Usuń
    8. Tak! To jest świetne skojarzenie z tym "Opactwem...". Bo dom Gregory'ego tak trochę działa. Z drugiej strony jednak, wyjaśnienie jego tajemnic jest zupełnie nieprzekonujące (bo i nie rozwiązuje zagadki Shepparda: co też skrzypi po podłodze?). Kojarzył mi się jeszcze ten motyw z opowiadaniem Kollára o domu pod Czarną Matką Boską, że niby zwyczajny, a jednak okazuje się, że zupełnie demoniczny. I wyjaśnienie też zupełnie nieprzekonujące.

      Usuń
    9. Dom stary, domownicy dziwaczni, a sen Gregorego podkręca atmosferę jakiejś grozy czającej się w cieniu, gdzieś na styku tego co widzialne kątem oka, a tym, co może ukrywać się za nami.
      A co skrzypi po podłodze? Starość. Taka zwyczajna starość rzeczy. I nie wiem, czy to znaczy, że podobne doświadczenia, ale jednak wytłumaczalne bez mieszania do tego niezwykłości sprawiły, że łatwo mi przejść nad tym do porządku dziennego, czy dla spokoju własnych nerwów i lęków zamykam swój umysł na inne tłumaczenia. Jakoś ten fragment z wizyty Shepparda nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Za to próba zagłuszania dźwięków zza ściany była tragikomiczna. Aż żal Gregorego się robi ;)

      Usuń
    10. Tak, to był ten element, kiedy Lemowa groteska dała nam do wiwatu i jednocześnie strasząc kazała się pod nosem uśmiechać ;). Ale z tym skrzypieniem to bym powiedziała, że jeśli starość -- to na pewno nie podłogi. Bo teraz tak: albo Sheppard chciał jeszcze bardziej nastraszyć Gregory'ego i dlatego zwrócił mu uwagę na to skrzypienie, które ten sam dodatkowo wyolbrzymiał, albo w tym domu faktycznie coś straszyło, jakieś telekinetyczne siły gospodarza albo coś w ten deseń ;).

      Usuń
  3. Tak tutaj skupiamy się na Sheppardzie, ale zastanawiam się jeszcze nad Scissem. Zgadzam się, że to typ maniakalno- depresyjny; czy ma to związek z zawodem, rolą uczonego? Owszem, bardzo prawdopodobne; w końcu zdaje się być rzeczywiście inteligentny. Ale wg mnie łże prosto Gregoremu w oczy, gdy mówi o chorobie, wiec takie źródło zachowań wykluczam. Jakby chciał sprawdzić czy taka tragedia życiowa wystarczy, aby pozbyć się podejrzeń.

    Cała ta dyskusja skłania mnie do tego, aby polecić Ci film "Cabin in the woods"; po polsku "Dom w głebi lasu". Tak jest to horror. Tak, podejrzewam dosyć mocno, że jednak nie jesteś fanką tego gatunku. Nie, nie jestem fanką horrorów. Tak, poleca Ci to osoba, która boi się własnego domu nocą i lęka się, że zobaczy coś dziwnego za sobą w odbiciu lustra, gdy podniesie głowę znad umywalki. Ale warto. Słowem wprowadzenia - grupa studentów wyjeżdża na kilka dni do domku letniskowego gdzieś daleko w lesie. Szybko jednak okazuje się, że coś bardzo nie gra w tym domu. I tyle powinno wystarczyć. Bardzo chciałabym porównać doświadczenia, a że sama obejrzałam ten film nie wiedząc o nim wiele więcej niż zdanie powyżej, to i Ciebie namawiam do pozostania w niewiedzy przed seansem. Z Domownikiem i kotem u boku da się zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? Bo jednak dostajemy scenę, w której Sciss bierze nitroglicerynę -- chyba nie robiłby tego, gdyby faktycznie nie był chory (nie wiem, jakie są skutki uboczne, ale podejrzewam, że są). Dlatego w chorobę Scissa uwierzyłam z dobrodziejstwem inwentarza :).

      O rety, z tego typu schematem horrorowym miałam do tej pory do czynienia tylko w halloweenowych odcinkach "Community" (właśnie dlatego, że i schematów się boję). Powiedz tylko, czy im się zdarza coś obrzydliwego? Jakieś piły mechaniczne, latające wnętrzności, wybuchające oczy, tego typu obrzydliwości? Bo szczerze mówiąc, przy takich chwytach to już nie tylko nie śpię, ale i nie jem ;). Kot by pewnie faktycznie wytrzymał, o Domowniku nie mówiąc, ale ja jakaś taka werteryczna pod tym względem jestem ;).

      Usuń
    2. W "Cabin in the woods" schematy są, w sumie chyba coraz ciężej o horror, gdzie jakaś kalka fabularna by się nie pojawiała, ale w związku z tym jest na straszności sposób: sugestywna muzyka w tle lub wręcz przeciwnie - cisza - i już wiadomo, że za sekundę coś się wydarzy, zamykasz oczy i czekasz aż przestaną krzyczeć ;) Ja tak robię i wiesz, co z oczu to z serca ;) Poza tym mając niejako pojęcie o Twojej wrażliwości na straszne rzeczy, nie polecałabym czegoś, co mogłoby być hmm... przekroczeniem jakiejś granicy niesmaku i obrzydliwości. Ale z tym niejedzeniem to dobry pomysł; zresztą nie tylko przy horrorach wolę nie jeść ^^

      Usuń
    3. Aj, to nawet nie chodzi o jedzenie _przy_, ale i o jedzenie _po_ ;). No, także nie obiecuję, ale będę miała ten tytuł we wdzięcznej pamięci :). A, i jeszcze: nawet jak słyszę, że krzyczą, to potem wymyślam, co też się tam działo i nie mogę się powstrzymać, i robi się coraz straszniej. Przez lata prześladował mnie taki obraz -- a nawet nie ja oglądałam ten horror, ale moja rodzina, a ja siedziałam w drugim pokoju, tyle że ktoś krzyknął "fuj!", no i przepadło, zastanawiałam się mimo woli czemu "fuj", co za "fuj" i się nieźle sama nastraszyłam ;).

      Usuń
    4. Jedyna rada - obejrzeć horror po kolacji ;)

      Usuń
    5. Albo w poście bądź w czasie diety :D.

      Usuń
  4. Właśnie przeczytałam i przyszłam do Ciebie dowiedzieć sie "o co chodzi" bo mam mętlik w głowie. To pierwsza książka Lema która mnie rozczarowała Niekoniecznie brakiem wyjaśnienia zagadki. Zwyczajnie autor mimo klimatu jak z powieści Kafki, mocno mnie znudził.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myśmy tu z Elżbietą nieźle "Śledztwo" przemaglowały ;). W każdym razie -- czym Cię znudził? Bo jak śledziłam, nomen omen, reakcje czytelników na "Śledztwo", to właśnie przeważały opinie o rozczarowaniu, które wynika chyba z tego, że gatunkowo trudno jest "Śledztwo" zaklasyfikować. Bo to ani kryminał, ani horror, ani taka traktatowa powieść, jakie Lem pisze później. No i zagadka jest w sumie pretekstem, żeby opowiedzieć historię o czym innym.

      Usuń