Mości panowie, no nie bardzo albo o problemach z Sienkiewiczem


Przyznam się Wam szczerze, że lata temu, gdyby ktoś mnie zapytał, jaki pisarz jest moim ulubionym, bez wahania wykrzyknęłabym: „Sienkiewicz!”. No, więc jak to się stało, że – co zapewne zauważyliście – w poście o ulubionych pisarzach zupełnie, ale to zupełnie Sienkiewicza brak? Ano, powiem Wam, zniechęciłam się do niego w pewnym momencie bardzo. I dzisiaj o powodach tego zniechęcenia będzie.


W końcu postanowiłam się rozliczyć z naszym pierwszym noblistą, bo w sumie chyba dobrze jest podsumować sobie, o co mi chodzi. Najpierw może chwila wyjaśnienia: nie przeczytałam całego Sienkiewicza, nadal go czytam mimo niechęci i moje jej powody leżą głównie w materiale już przeczytanym, czyli przede wszystkim w sarmackich prozach z kręgu „Trylogii”. Jak zapewne już zauważyliście, jeśli piszę, że pisarz mnie nie zachęca albo nie przypadła mi do gustu jakaś jego książka, to nie zarzucam go, ale czytam dalej, bo kto wie, może to potknięcie przy pracy. No i tak samo właśnie mam z Sienkiewiczem: w zeszłym roku pomyślałam, że zniechęcenie zniechęceniem, ale warto by było jednak sięgnąć po niego znowu, i tak przeczytałam „Rodzinę Połanieckich”. W dalszych planach mam zdecydowanie „Bez dogmatu” i „Na marne”, kuszą mnie też niedoczytane „Listy z podróży do Ameryki”. Czy zniechęciło mnie jego ulekturowienie? Bynajmniej. No to co w takim razie? 
 Niech nam znad notki spogląda rzeczony autor, pędzla

Pierwszorzędny pisarz drugorzędny, czyli jak Sienkiewicz pisze

Oczywiście nie wysuwam tu jakiejś bulwersującej tezy, bo o Sienkiewiczu krytycznie wypowiadała się już cała masa ludzi – w tym klasyków literatury także. Dlatego pomyślałam, że śródtytuły zaczerpnę właśnie z tychże opinii (wrednie wybrałam te negatywne – ale są i piękne pozytywne, jak opis Reymonta, który ze swadą opowiada, jak się zaczytał w bodajże „Potopie” tak, że zupełnie zapomniał o pracy). Ten pochodzi oczywiście ze słynnego ustępu z dziennika Gombrowicza, ale nieźle oddaje to, do czego po latach czytania Sienkiewicza doszłam. Bo jego się czyta fantastycznie: pisze warto, można się i pośmiać, i popłakać, i z bohaterami związać, i zadumać, i zezłościć, akcja mknie wartko, trudno się oderwać... No to czego się czepiam? Bo faktycznie, na pierwszy rzut oka wszystko wygląda świetnie. Nie będę się wypierać: „Potop” czytałam non stop, łącznie z zebraniem wspólnoty mieszkaniowej, na które zostałam wysłana i nic z niego nie usłyszałam, no bo ten Kmicic tam, w tej Częstochowie (rodzina wybaczyła – oto potęga Sienkiewicza!). Ale z drugiej strony w pewnym momencie zaczęło mnie denerwować kilka spraw: przede wszystkim wizja Rzeczpospolitej sarmackiej, państwa jednak dość nieprzyjemnego do życia, chyba że się należało do dziesięciu procent szlachty, jako państwa idyllicznego (gdyby nie ciągłe wojny i zła wola). To znaczy nie zrozumcie mnie źle, rozumiem zabiegi idealizacyjne wokół jakiejś epoki historycznej – tyle że jakby się tak zastanowić, to niespecjalnie jest tu co idealizować. Chłopi są u Sienkiewicza tłuszczą (ta fatalna „czerń” z „Ogniem i mieczem”!), bohater musi być zawadiaką (typ Kmicic), głębokim patriotą (typ Skrzetuski) albo sympatycznym dziwakiem (typ Podbipięta), ewentualnie mieszanką tych trzech (typ Wołodyjowski). Kobieta jest aktywna tylko do pewnego stopnia – ale o kobiecych bohaterkach Sienkiewicza z chęcią jeszcze kiedyś napiszę osobny wpis (i jasne, jest Baśka, nie zapominam o Baśce). I teraz tak: ten XVII wiek to jest tło idealne do pisania awanturniczych przygodówek z wątkami romantycznymi (przy czym ten romans odbywa się zgodnie z niezachwianą regułą trójkąta w kluczu pojedyńczym lub podwójnym), ale przez otoczkę patriotyczno-narodową te przygodówki są traktowane jako wyznacznik wielkiej prozy historycznej. I tu zaczyna się problem: im więcej się czyta próz historycznych, tym mniej jakoś ten Sienkiewicz na ich tle błyszczy. Ale ogólnie muszę się zgodzić z tym, kto powiedział, że Sienkiewicza czytałoby się świetnie nawet, jeśli byłby to opis produkcji cegieł.

Koronki i poczucie, że w jakimś kościele dzwonią, czyli co Sienkiewicz pisze

To motto akurat z bardzo wrednej frazy ze Stanisława Brzozowskiego, który za punkt honoru postawił sobie krucjatę antysienkiewiczowską i w jej trakcie oskarżył Sienkiewicza o wiele rzeczy, w tym o promowanie złego tonu w literaturze. Ale ja nie o tym, ale o jednym z bardziej złośliwych cytatów z Brzozowskiego (ale jakaż ta złośliwość kąśliwa i dowcipna naraz!). Pisał Brzozowski tak: „Czym żyć? – pytają Nietzsche, Ibsen, Maeterlinck, Przybyszewski. Sienkiewicz odpowiada: miłością do pewnej kobiety, świadomością, że msza się odprawia, i perkalikami. I coś w tym, sami przyznajcie, jest. Nie posunęłabym się aż tak daleko jak niektórzy, w tym wspomniany Brzozowski, pisząc o Sienkiewiczu jako pisarzu „ciemnogrodzkim” i w ogóle mało wyrafinowanym. Chodzi mi raczej o tę niezmienną wiązkę motywów, wypracowaną w pewnym momencie i powielaną później (stąd zresztą moja niechęć do „Krzyżaków”). Bo właśnie: całkiem tego Sienkiewicza lubię czytać (z powodów opisanych wyżej), ale zniechęca mnie do siebie między innymi powtarzalnością (i powodami opisanymi wyżej). Jak romans, to na linii osoba-osoba-osoba (przy czym płcie są tu wymienne i z lekką modyfikacją układu). Przeciwnicy bohaterów są demoniczni: mają tyle złych cech, żeby się można było połapać, z kim mamy do czynienia. W dodatku Sienkiewicz nie stroni od rozwiązań fabularnych, które są dość paskudne (wbijanie Azji na pal) albo zbyt proste (wielka zwycięska bitwa na koniec – okej, pokrzepienie serc, rozumiem, ale jednak czy to nie jest wolta zbyt dosłowna i rozbijająca ewentualną wielopłaszczyznowość powieści?). Serwuje nam też Sienkiewicz dość wygładzoną wersję Rzeczpospolitej, bo nawet jak już się pojawi ten szlachcic-hulaka-nicpoń, to jest to „ten zły” bądź (przypadek Kmicica) taki, co się ostatecznie nawróci, sól tej ziemi. Przy czym to, co niezbyt piękne (chłopi i ich los, przypomnę) Sienkiewicz pozostawia nie skomentowane, jakoś w tle, ale takim raczej rozmytym i majaczącym.

Ten demon, ta katastrofa naszego rozumu, ten szkodnik, czyli jak się Sienkiewicza czyta

Motto znowu z Gombrowicza (w końcu miał pisarz zmysł do pisania chwytliwych fraz). Trochę się to wiąże z tym, co już napisałam: że jest Sienkiewicz trzymany u nas pod szkłem w gablotce. Byłam czas jakiś temu na wyprawie, przy okazji której zawędrowałam do Oblęgorku (strasznie tam chciałam pojechać zawsze i to, że się zniechęciłam, wcale mi nie zabroniło bawić się tam doskonale: mają okulary Sienkiewicza!), gdzie mieli akurat wystawę o głosach „za” i „przeciwko” „Trylogii”. I w sumie wiecie, że tych głosów „przeciw” było mnóstwo? Och, jak Prus nie cierpiał „Trylogii”! Ale one gdzieś poginęły w zawierusze, ostał się Sienkiewicz w kanonie lektur bez wielkich wzruszeń, gdzieś ta debata o jego książkach „sarmackich” się wykruszyła (albo się toczy, ale raczej nie w kręgach czytelników, mam wrażenie). Dlatego za każdym razem, jak się stawia bohaterów Sienkiewicza za wzór cnót, to się nieco zżymam: bo jednak jak sobie siedzi Kmicic z Oleńką na początku „Pana Wołodyjowskiego” w ciszy pod lipą i błogo cieszy owocami pracy, to gdzieś w tym rozmytym tle majaczy chłop pańszczyźniany, który na ten błogi spokój pracuje, a się o nim nie pamięta. A to tylko jedna z wielu rzeczy (kurczę, ilu grupom poza szlachtą się w „Trylogii” obrywa, to w sumie aż nie ma potrzeby wymieniać, bo właściwie wszystkim). A gdyby tak rozebrać to jądro sienkiewiczowszczyzny uważnie na części i każdej z nich się przyjrzeć z osobna – jakaż by to była fascynująca lektura i odczytanie chyba bardziej ciekawe „w duchu narodowym” niż czołobitność i pieczołowite hołubienie!

Także widzicie, miałam być krytyczna i pisać o zniechęcaniu, ale jako że zasadniczo Sienkiewicza – pod względem warsztatowym – czyta mi się dobrze, a poza tym widzę w jego pisarstwie tyle fascynujących nowych możliwości interpretacyjnych, że jakoś nie mam serca grzmieć nad nim. Zresztą od grzmienia nic się jeszcze nigdy chyba nie zmieniło – można się tylko zniechęcić na dobre. A nie w tym sens. Bo jednak ta popularność Sienkiewicza coś o nas mówi – i myślę, że o wiele więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. A Wy, co myślicie o Sienkiewiczu?

____________________

A jutro będzie o tym, co przeczytałam wczoraj i nie o Lemie (bo przyznaję, że jakoś tak niejako „przy okazji” podczytuję to i owo – samo jakoś tak wychodzi).

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Nie przeczytałem, bo problemów z Sienkiewiczem być nie może.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam, bo -- jak widać -- są :).

      Usuń
    2. Odmawiam przyjęcia ich do wiadomości :P

      Usuń
  2. Z Sienkiewiczem też mam problem. Albo jego książki kocham, albo nienawidzę.
    I tak kocham "Quo vadis", "W pustyni i w puszczy", "Krzyżaków" i "Ogniem i mieczem". Mogę je czytać, zachwycać się, wzruszać i cieszyć. Zaś o ścianę rzucałam (nie bez przyjemności) "Potopem", "Panem Wołodyjowskim" i wszystkimi nowelami.

    Nie wiem z czego wynika u mnie taki rozrzut sienkiewiczowskiej twórczości. Może to kwestia bohaterów, może dynamizmu akcji, może języka. Po prostu nie wiem.

    Na pewno jednak wolę u Sienkiewicza te złe postaci. Im bardziej groźna, zła i negatywna postać tym bardziej jestem nią zaciekawiona, tym bardziej mnie kręci. Nawet bohaterów, którzy przeżywają przemianę wolę w wersji tej gorszej niż tej lepszej. Wydaje mi się, że pisarz miał problem z tymi pozytywnymi postaciami, nie potrafił ograniczyć się i zawsze wlewał w nie ogromną ilość cukru, aby przypadkowo czytelnik nie pomylił się w swoim osądzie danego bohatera.

    Ciągle jednak chcę wrócić do "Potopu" i "Pana Wołodyjowskiego". Może teraz pójdzie mi z nimi lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, mnie się "Pan Wołodyjowski" wydaje zasadniczo najbardziej sprawny: co prawda nadal mam do niego zarzuty jak wyżej, ale też przełamuje ten schemat romansowy (poniekąd, bo przesuwa go na początek, to co się dzieje z Azją to tylko echo zwykłej strategii), jest tam wreszcie jakaś kobieta, która robi coś więcej niż Opiera Się Temu Złemu (choć nie przez cały czas tę aktywność utrzymuje), no i bohater jest pewną mieszanką znanych tropów -- dzisiaj wydaje się oczywisty, ale na tle innych postaci z "Trylogii", zwłaszcza po ewolucji przez "OiM" i "P", się wyróżnia. Zakończenie nieco z punktu przywiązania do bohatera niekorzystne, ale jak napisane! Z tym że ta Wielka Zwycięska Bitwa Na Koniec trochę je osłabia, a wydaje mi się, że z punktu widzenia wartości literackiej -- szkoda (i nie chodzi mi tu o to, że happy endy są mniej "dobre", bo to bzdura, chodzi mi o budowanie napięcia, które autor sam na koniec osłabia).

      Usuń
  3. Sienkiewicza nie lubię czytać (w całości przeczytałam tylko "W pustyni i w puszczy" i "Krzyżaków"), ale ekranizacje mi się dobrze ogląda. Może poza "Quo vadis?", ale nawet "Ogniem i mieczem" lubię. Wiem, że powinna spóbować innych pozycji, mam w planach, ale zawsze go spycham bez żalu na sam dół kolejki.

    Ale czytając Twój wpis miałam taką piękną wizję "Krzyzaków" gdzie z jednej strony były Zbyszko z Bogdańca, z drugiej Ulryk von Jungingen, z trzeciej zaś jakiś Jean de Beaumont (no i powinien być z czwartej jakiś Giedymin albo ktoś z Tatarów). Każdy ma swój wątek- Zbyszko niech ma Jagienki/Danuśki, Jean jedzie do Polski na wezwanie braci zakonnych by bić pogan, Ulryk musi ogarnąć Krzyżaków jako nowy mistrz. I wszyscy oni spotykają się na końcu powieści na polu pod Grunwaldem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo chyba to tak miało wyglądać, że te wątki się tak nomen omen krzyżują, tyle że wyszło w taki, a nie inny sposób, bo raz, że Sienkiewicz pisał zgodnie z wypracowanym przez siebie schematem, a dwa, że nie do końca mógł się oprzeć przed totalną demonizacją Krzyżaków (zresztą bardzo na czasie wtedy, jednak kontekst nie jest tu bez znaczenia). Wtedy też ta bitwa pod Grunwaldem na koniec nie wypadałaby tak... Szukam dobrego słowa -- dopięta na siłę, bo wszak zwycięska bitwa być musi?

      Usuń
    2. Jeśli tak miało wyglądać, to nie wyszło, ale ja nie jestem docelowym czytelnikiem. Nie ta epoka, nie ten klimat i nie ta świadomość narodowa, poza tym najpierw widziałąm ekranizację. Dla mnie ci demoniczny Krzyżacy są strasznie naiwni, brakuje mi jakiejś trzeciej strony, spojrzenia z boku. Ale dla ludzi, którzy czytali to zaraz po premierze, taka konstrukcja mogła być odpowiednia.

      Usuń
    3. W końcu ten "Krzyżak" miał grać z góry ustaloną rolę -- jest tam "Krzyżak" omamiony i zapętlony, co się opamiętuje, czyli Fulko de Lorche, którego uwiodła propaganda, ale się ocknął wczas -- i być łatwo jednak w miarę przekładalny dla ówczesnego czytelnika też.

      Usuń
  4. Jak przeczytałam ten post to tak mi się skojarzyło, że Sienkiewicz dla literatury jest trochę jak Matejko dla malarstwa - te wszystkie jego obrazy też wyglądają tak samo, nie do końca trzymają się historii, no i artystycznie także nie są specjalnie odkrywcze. Ale Polacy je lubią i jak myślą o bitwie pod Grunwaldem (jutro rocznica i tak mi się skojarzyło :P) albo hołd pruski to widzą obraz Matejki. Z Sienkiewiczem to samo - a on też przecież naginał fakty historyczne jak mu pasowało.
    "Krzyżacy" kiedy ich czytałam w gimnazjum to mi się podobali, ale już bym więcej ich nie tknęła. To samo mam z "W pustyni i w puszczy". "Pana Wołodyjowskiego" zaczynałam dwa razy, bo za pierwszym coś mnie odrzuciło. "Ogniem i mieczem" - tylko dla Bohuna. "Potop" czytałam dwa razy, bo jakoś był lekturą zarówno w gimnazjum, jak i w liceum, ale też najbardziej go lubię, to sobie powtórzyłam. No i "Quo vaids", które pochłonęłam w dwa dni też lubię.
    Generalnie stosunek do Sienkiewicza mam ambiwalentny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie zapomniałam, że to dzisiaj rocznica (a byłabym jakiś odpowiedni wpis zaplanowała! ;)).

      Tak, to jest jedna z rzeczy, które mnie do Sienkiewicza zniechęcają: to, że bierze się tu fikcję literacką za prawdę objawioną, i że ta różnica między historią a fabułą się zatarła w takiej ogólnej świadomości. I stąd chyba ten dziwny resentyment szlachecko-sarmacki u nas (zapewne nie tylko, ale znacznie tu ta literatura posiadła moc kreowania rzeczywistości).

      Usuń
  5. Sienkiewicz nie jest i nigdy nie będzie moim ulubionym pisarzem. Nie te emocje, nie ten obraz świata. Myślę, że zniechęciła mnie cała ta niezrozumiała dla mnie nostalgia starszych pokoleń oraz sposób, w jaki o powieściach tego autora mówi się w szkole - jako o czymś kultowym, co ma zachwycać, ale jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? Przy czym nie uważam, by powieści Sienkiewicza powinny zniknąć z listy lektur, bo są to - jak piszesz - lektury z dużym potencjałem interpretacyjnym. Raz, że nie da się ich oderwać od kontekstu historycznego, w którym powstały. Dwa, że mają bardzo ciekawą historię recepcji. Trzy, postkolonializm ("W pustyni i puszczy"). Cztery, kwestia prawdy historycznej, leczenia narodowych kompleksów, wzorca patriotyzmu i tak dalej. Tyle że jest to potencjał, którego - mam wrażenie - w szkole się nie wykorzystuje.

    No, ale żeby nie było tak ponuro, to przyznam, że nabrałam do Sienkiewicza sympatii po lekturze "Bez dogmatu". Bo to jest jednak niesamowita sytuacja, kiedy autor powieści pisanych ku pokrzepieniu serc tworzy broszurkę wymierzoną przeciwko dekadentom, po czym rzeczeni dekadenci entuzjastycznie uznają ją za manifest swojego pokolenia. Nie jest to może najciekawsza warsztatowo powieść świata, ale portret psychologiczny dekadenta polskiego jest naprawdę doskonały i najwyraźniej bardzo autentyczny. Także, no, polecam. Bonus: straszliwie denerwująca i stereotypowa bohaterka kobieca, nad którą można się pastwić tygodniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba, ten postkolonializm doskonale dałby się użyć i do analizowania "Ogniem i mieczem" (przecież te Kresy u Sienkiewicza to jest właśnie apoteoza krainy skolonizowanej, a buntująca się "czerń" dochodzi niezrozumiałych racji, burząc się przeciw panowaniu szlachty i króla). I tak, też uważam, że w szkole podchodzi się do Sienkiewicza bezkrytycznie -- a takie interpretacje "z włosem", a nie "pod włos", zwłaszcza w przypadku klasyków, to jak połowa interpretacji, a to drugie -- poza kontekstem powstania -- zostaje zupełnie niedopowiedziane.

      Właśnie "Bez dogmatu" muszę koniecznie przeczytać (jeśli się nie mylę, to część bohaterów przeszła później do "Rodziny Połanieckich", gdzie ich Sienkiewicz systematycznie wybił ;)). Jak przeczytam, to napiszę! :)

      Usuń
  6. Muszę się przyznać, że niezbyt dobrze czytało mi się prozę Sienkiewicza. I w sumie nie wiem dlaczego. Może było to spowodowane przymusem szkolnym...

    OdpowiedzUsuń
  7. Sienkiewicza czytałam w czasach szkolnych i do tej pory do niego nie wróciłam, a jeżeli to zrobię, to raczej sięgnę po jego powieści obyczajowe, zamiast powtarzać "Trylogię". Nie jestem jej zagorzałą przeciwniczką, ale jakoś nie mam ochoty. Może i był Sienkiewicz pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym (to właściwie nie jest dzisiaj jakoś bardzo kontrowersyjne twierdzenie), ale nie można mu odmówić ogromnego wpływu na naszą kulturę. Pomogła mu w tym historia, to znaczy czas, w którym tworzył, bo dzisiaj takie historyczne przygodówki, jak je nazwałaś, też mogą zyskać uznanie, ale raczej nie zostaną zaliczone do kanonu wielkiej literatury.

    Parę słów na temat wątków kobiecych (to zawsze jest wdzięczny temat ;)). Baśka zawsze bardzo mnie irytowała. Owszem, Hajduczek jest rzeczywiście tą najbardziej aktywną bohaterką, ale właśnie - Hajduczek. Dziewczyna, żeby była ciekawą postacią, musi być chłopczycą. Tutaj mamy takie zestawienie Krzysi - kobiecej, ale mdłej i nijakiej i Basi - interesującej, ale właśnie przez swoją chłopięcość (czyli pierwiastek żeński jest czymś zdecydowanie gorszym, niż pierwiastek męski). Helena: tu w ogóle nie ma o czym mówić. W zasadzie jest centralną postacią powieści, ale czy ktokolwiek wie (lub się nad tym zastanawia), jaka ona w ogóle jest? Istnieje tylko po to, żeby dopełnić trójkąt ze Skrzetuskim i Bohunem. Tak na marginesie, z "Ogniem i mieczem" najbardziej w pamięć wryły mi się rozmyślania Skrzetuskiego po porwaniu Heleny. Oczywiście chce ją uratować, ale przecież na pewno została zgwałcona, więc szlachetny Jan nie widzi już możliwości uczynienia jej panią Skrzetuską, po uratowaniu Helena ma spędzić resztę życia w klasztorze. Na szczęście do gwałtu nie doszło, więc dziewczyna dostała w końcu możliwość urodzenia piętnastu małych Skrzetuskich. Na tym tle najciekawszą postacią kobiecą wydaje mi się Oleńka, której nie można odmówić charakteru, woli i umiejętności działania. A - zmieniając temat - Kmicica wezmę w obronę, bo on jest bardzo dobrze napisaną postacią. (Czytając "Popioły" miałam wrażenie, że Olbromski jest właśnie takim nieudanym Kmicicem (poza tym, że jest nieudanym Baryką)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może się umówimy przy okazji którychś "Pikników" na "Bez dogmatu" na przykład ;)? A co do czasu powstania: myślę, że jak najbardziej masz rację. Dzisiaj to są raczej powieści płaszcza i szpady -- tak się zastanawiam, czy jest teraz jakaś powieść tego typu uznawana za ewentualnego klasyka na przyszłość, ale nic nie przychodzi mi do głowy.

      Tak właśnie mi się marzy wpis o postaciach kobiecych u Sienkiewicza już od jakiegoś czasu, bo to temat szalenie interesujący, ale wymagałby powrotu do "Trylogii", na co na razie nie chcę poświęcać czasu (ale w końcu się skuszę dla samej siebie ;)). Bo zgadzam się jak najbardziej ze wszystkim, co piszesz (kontrast Baśka-Krzysia jest właśnie skutkiem jednego z tych wielokątnych trójkątów, o których wspominałam), przy czym Baśka zostając panią Wołodyjowską nieco krzepnie, niestety.

      Przy Kmicicu się zastanawiam, bo to bardzo dobrze napisana postać w ramach wybranego schematu (nawrócony łotr), ale już na przykład otwarcie "Pana Wołodyjowskiego" z Kmicicem pod lipą wydawało mi się takim wywinięciem tego charakteru: tak jakby wygładził się przez fabułę i teraz jest taki "za bardzo nawrócony", jak pisze niżej @aniawinter -- i to mi jakoś nie przeszkadza w lekturze "Potopu", który uznaję za fenomenalną przygodową powieść, tyle że jakby zgrzyta mi to w konstrukcji postaci na takim "wielkim" planie (Mówisz, że Olbromski to nieudany Kmicic? No ale jednak Kmicic się zmienia, dość szybko zaczyna zauważać konsekwencje swoich działań, a zdrada Radziwiłła to dla niego taki szok formacyjny -- a Rafała nawet śmierć brata nie wyprowadza z równowagi, a śmierć ukochanej stara się wyprzeć. To znaczy on jest nieudany, ale nie wiem właśnie, czy Kmicic ;)).

      Usuń
  8. Ciekawe to co piszesz. Podoba mi się ta analiza. Chociaż ja Sienkiewicza lubię. Bardzo długo go nie czytałam, no oprócz Krzyżaków (bo lektura obowiązkowa to była), aż w końcu sięgnęłam po Trylogię. No i wcale mi nie przeszkadza, że scenariusz się w jego książkach powtarza - jak się sięga po Sienkiewicza to wiadomo co się będzie czytało (czasami właśnie to jest fajne). I ta wizja wyidealizowanej Ojczyzny dyndającej nad historyczna przepaścią (bo to był w zasadzie początek końca), ale do końca z tymi swoimi szlacheckimi wartościami (honor, odwaga itd.) też mi jakoś nie przeszkadza. Zależy czy się bierze dosłownie czy nie. Ze wszystkich bohaterów zakochałam się też w tym najgorszym, Bohunie (Skrzetuski jakiś taki za cukierkowy, Wołodyjowski za mały, a Kmicic za bardzo nawrócony). Rożnica między Nietzsche a Sienkiewiczem jest taka (ajć!), że przy Nietzsche zasnę przy pierwszej stronie, a Sienkiewicza będę czytać do rana ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, miło mi :).

      Właściwie masz rację, że jak się sięga po Sienkiewicza, to wiadomo, po co się sięga -- może w tym wszystkim otoczka "wielkiego, doskonałego pisarza wyrażającego wszystko" mi przeszkadza, bo to "czego się spodziewam" podnosi się do rangi nie wiadomo czego. No i mimo wszystko jednak uważam, że ze szkodą dla współczesnego czytelnika jest ta szkolna interpretacja, która pozostawia na zupełnym marginesie to, jaka właściwie była rola szlachty i co się działo w kraju (i że ta "demokracja szlachecka" nie miała za wiele wspólnego z dzisiejszym rozumieniem "demokracji"). Właśnie dlatego, że brane to jest bardzo dosłownie i na ten XVII wiek patrzy się przez pryzmat "Trylogii" właśnie.

      Usuń
  9. Niestety nie potrafię przemóc się do tego pisarza.Miałam trzy podejścia,dość długie,ale nie potrafię jakoś się z nim porozumieć. I nie chodzi o to,że jest dla mnie za ciężki.Wręcz przeciwnie,czytałam "cięższe" pozycje w tym książki historyczne,którym musiałam poświęcić niemalże półtora tygodni,mimo że bardzo mi się podobały...Po prostu to nie jest mój autor i tyle ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywa tak czasem z autorami :). Zawsze możesz zobaczyć, jak Ci podejdą jego książki niehistoryczne, jeśli będziesz kiedyś jednak chciała Sienkiewicza przeczytać.

      Usuń
  10. Kolezanka moja popelnila doktorat o tym, w jaki sposob uczono historii Polski w zaborze pruskim. Z oczywistych wzgledow byla to edukacja pozaszkolna i powiesci historyczne byly waznym elementem. (Ku mojemu zaskoczeniu leb w leb z powiesciami szly kalendarze, ale to insza inszosc). Co prawda kolezanka moja skupiala sie na troche innych dziesiecioleciach wieku dziewietnastego, ale mysle ze akurat w tym co chce tu strescic zmian wielkich nie zanotowano.
    Owszem wszyscy uczymy sie na historii ze idealizowano przeszlosc, ze ku pokrzepieniu serc podczas zaborow pisano, ale nie zdajemy sobie sprawy do jakiego stopnia. W nauczaniu nieakademickim, poza formalnym naukowym dyskursem, w ksiazkach/grafikach/przedstawieniach/ulotkach/sztuce dla gawiedzi w zasadzie nie doswiadczalo sie niczego innego. Wszystko bylo ku serc krzepieniu. Moja kolezanka byla zaskoczona bo historiografie dziewietnastowieczna naukowa zdominowalo pytanie "Dlaczego Polska upadla" ale w nurcie popularnym nie bylo tego praktycznie w ogole. Nie bylo tez materialu krytycznego, raczej elementarz do przyswojenia bez dyskusji (zwlaszcza w ksiazkach "dla ludu") gdzie przedstawiano dzieje Polski w sposob basniowy (nie mam tu na mysli legend, tylko wlasnie takie myslenie troche magiczne, element kary i nagrody, sarmacka dzielnosc nagradzana itp). Jako ta jaskolka co wiosny nie czyni wystapila Julia Woykowska, ktora osmielila sie popelnic ksiazke popularnonaukowa w zasadzie dla ludu przeznaczona, gdzie sugerowala wlasnie ze jedna z przyczyn upadku Polski bylo zle traktowanie chlopstwa. Spadly na nia gromy w recenzjach ze niepotrzebnie panie dzieju sie tym zajmuje bo - cytuje - na nic sie to wloscianom nie przyda. Wiec nie do konca mozna Sienkiewiczowi zarzut czynic ze o losie chlopstwa nie pisze a sarmacka epoke idealizuje. Naprawde. To byl chyba jedyny sposob. Inaczej nie uchodzilo.

    PS Mnie Sienkiewicz pozostawia obojetna. Zupelnie nic nie robi. Trzon jego dziel, te najbardziej rozpoznawane jak Trylogia sie naprawde wydaja mi sie powiesci przygodowe dla nastolatkow i ich tragedia jest to, ze jezyk jest dla wielu wspolczesnych nastolatkow nie do przeskoczenia, wiec niejako naturalny target ksiazki te pomija. Nie bede tu pisala o tym ze dzis czytanie W pustyni i w puszczy na przyklad jest wysoce problematyczne z roznych wzgledow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz, bo trochę coś takiego przeczuwałam, ale nie miałam dowodów, a tu proszę (czy koleżanka wydała może ten doktorat?).

      Z tymi kalendarzami to w sumie chyba chodziło też i o to, że to były kompendia wiedzy wszelakiej (trochę jak te trzymane w wygódkach w Ramtopach ;)), tam były przedziwne przedruki pism kramarskich, jakieś legendy podawane za rzeczywistość, no i przepisy kulinarne plus rady "jak żyć".

      Bardzo to jest interesujące, że ta debata w ogóle nie przeniknęła w społeczeństwo, ale podejrzewam, że może z dziesięć procent dyskusji akademickich wychodzi poza nie (a może i mniej). Tyle że wiesz, oczywiście Sienkiewicz pisał "z duchem czasu", ale patrząc na jego oddziaływanie, kiedy ten czas się już zmienił, można dostrzec, że ono się jakoś tak -- z braku lepszego słowa -- wynaturzyło. Że za pewną daną rzeczywistość postrzega się te dworki, dzielnych Sarmatów w kontuszach, a chłopstwa i mieszczaństwa (90% społeczeństwa) już się nie zauważa. I to mnie muszę powiedzieć i dziwi, i martwi, i złości też.

      O "W pustyni..." już gdzieś tu dyskutowaliśmy przy jakiejś okazji, właśnie a propos tego, że dzisiaj trzeba by to czytać zupełnie inaczej. A i "Trylogia" by myślę skorzystała, gdyby ją poczytać "pod włos", może mając na uwadze postkolonializm, może właśnie kwestie chłopskie, może demitologizując obraz szlachcica -- albo może jeszcze pod jakimś innym kątem -- to by była świetna lektura!

      Usuń
    2. Teraz wygląda to zupełnie tak samo, w szkole uczą jednego, ale i tak większość ludzi uczy się historii z chwytliwych obrazków z neta. Szczególnie trafiają do wyobraźni te z podpisami "o tym nie uczą w szkole", "Polacy byli potęgą w X...", "zamiast mówić o X mówi się o Y".

      Usuń
    3. @Michał, wydaje mi się, że jest różnica: program szkolny obejmował właśnie te "ulegendowione" historie, nie miało na niego (większego) wpływu to, co działo się na uczelniach czy w dyskusjach między akademikami (w tym sensie na postawę patriotyczną XIX-wiecznego mieszkańca ziem polskich większy wpływ miał jego nauczyciel ze szkoły realnej niż dajmy na to Joachim Lelewel). To, co opisujesz, to jest jeszcze poszerzenie tych dróg: już nie akademik, nie historyk szkolny, ale dodatkowe bodźce internetowe w postaci tych plansz czy obrazków.

      A że hasło "tego nie uczą w szkole!" działa doskonale -- to w sumie prosty mechanizm, ale jaki chwytliwy. Może by tak książki promować na tej zasadzie? Na przykład: "Niecierpliwi" -- tego nie przeczytasz w szkole ;). Myślę, że mogłaby mieć wtedy ta Nałkowska powodzenie :). I jakież cudne hasła można by do tego dopasować!

      Usuń
    4. Problem, jak sądzę, polega na tym, że internetowe memy kompletnie zastępują w umyśle ucznia lekcje historii oraz podręczniki, że w miarę bezstronny obraz zaciemniany jest przez te najprostsze, najbardziej rozpalające obrazki (tutaj tylu Polaków zabili! tutaj tylu!), więc jak sobie dyskutuję z jakimiś sebkami o Ukrainie, to istnieje w ich głowach tylko rzeź wołyńska i UPA (zabili tylu!), a rezanie powstań kozackich istnieje jako bohaterstwo przedstawionej na obrazkach husarii (byli najlepsi! - nie zaś "zabili tylu!"). Tak trochę niefajnie dla świata.

      Usuń
    5. Już rozumiem, o co chodzi. Przy czym wiesz, jak tak sięgnę pamięcią do podręczników, to one też przedstawiają -- jeśli przedstawiają -- liczby jednej strony (może z wyjątkiem takich bitew, gdzie istotne jest ilu było żołnierzy z obu stron, typu Kircholm). To zdaje się szersza kwestia w ogóle: jak mówić o takiej historii.

      Usuń
  11. Tak, tak, te kalendarze to takie almanachy byly, ksiazki wlasciwie, takie o wszystkim i o niczym. Smialam sie i opowiadalam Alinie ze to jak u Lucy Montgomery, w powiesciach o Pat ze Srebrnego Gaju byla ta sluzaca (de facto gospodyni domu) Judysia, ktora czytala tylko Biblie i kompendium "Co kazdy wiedziec powinien". Dla wielu taki kalendarz stanowil okno na swiat, zrodlo ciekawostek i wiedzy.

    No wlasnie czesto zapominamy, ze obraz spoleczenstwa wieku dziewietnastego jest ograniczony, a na pewno skazony faktem, ze sama umiejetnosc pisania na poziomie publikowalnym wcale powszechna nie byla i w zwiazku z tym dostajemy bardzo okreslona perspektywe. Nie wiem, czy w polskiej literaturze mamy odpowiednik Middlemarch albo Silasa Marnera. No ale George Eliot to jest zjawisko osobne. Do dzis pamietam, jak czytalam Silasa po raz pierwszy i zachwycilam sie scena w gospodzie. Takich scen w ogolnie znanej literaturze dziewietnastowiecznej jest niewiele tak naprawde. U Austen w zasadzie dostajemy tylko jedna sfere spoleczenstwa i interakcje w zasadzie wylacznie w ramach tej sfery. Siostry Bronte podobnie. A ta scena w Silasie jest taka ZYWA. Od razu wszystkich widac w tej gospodzie, wlasnie takich ludzi, ktorych literatura na ogol pomija, lepsze niz film. A Middlemarch pod tym wzgledem nie ma sobie rownych. Panienki ze dworku, ambitni mieszczanie na drodze awansu spolecznego, zubozala szlachta zyjaca w zasadzie z pracy wlasnych rak, mlodzi ambitni lekarze - wszyscy dostaja swoj glos i sa wpisani w bardzo szeroki kontekst. No wiec jak mowilam nie wiem, czy w Polsce mamy cos takiego. Lalka moglaby sie kwalifikowac, ale Lalka miejska jest bardzo i Warszawa tez jest bohaterka. Wlasciwie jesli o glos chodzi to Prusa mozna by porownac z Eliot bo on mial to samo wspol-czucie dla kazdego. Zauwazal kazdego w swoich ksiazkach podobnie jak Eliot. No ale to wyjatki sa. Tak ze mysle ze takie - nie wiem jak to nazwac - szlacheckie skrzywienie perspektywy - jest czyms w sumie ogolnoeuropejskim w tamtym czasie. Problemem jest fakt, ze zapominamy o tym skrzywieniu czytajac te powiesci. Moze stad sie bierze to zjawisko, ktore uwielbiam, kiedy niektore wspolczesne pisarki (bo to na ogol pisarki sa) probuja przedstawiac wydarzenia z perspektywy sluzby. Jest na przyklad Mary Reilly czyli opowiesc o doktorze Jekyllu ustami jego sluzacej albo Longbourn, czyli opowiesc o Dumie i uprzedzeniu z punktu widzenia sluzby. Swietne rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam właśnie ostatnio dokładnie nad tym problemem -- czy mamy wiele powieści z XIX wieku, które pokazują pewien przekrój społeczny (i właśnie przekrój, a nie skupiają się na jednej grupie: nie musi być szlachta). I wydaje mi się, że coś by się znalazło -- trudno mi porównywać z Middlemarch, bo jeszcze nie czytałam, ale u Orzeszkowej na pewno są (tam jest ten przekrój bardzo często, bo ona zagląda pod poszewkę właśnie), Prus właśnie; generalnie jasne, chodzi o pewien poziom zaangażowania społecznego.

      Ale za to jeśli chodzi o to szlacheckie skrzywienie, to jednak mam wrażenie, że nasza kultura jest pod tym względem jakoś się wyróżniająca, choćby przez to, że ta szlachta była zupełnie inna -- było jej stosunkowo dużo i miała tak gigantyczne wpływy w państwie. I została tak bardzo wyidealizowana, że przeciągnęło się to na dzisiejszy jej obraz (przy czym jasne, żywimy pewne uwielbienie dla na przykład angielskiej szlachty różnych stopni -- zastanawiam się jednak nad tym, czy to nie jest trochę niewspółmierne, biorąc pod uwagę dzisiejszy stan rozwarstwienia/klasowości społeczeństwa).

      Oj, wiem o czym mówisz -- dla mnie podobnym odkryciem była kiedyś "Penelopiada" Atwood, oddająca głos Penelopie. Powieści Reilly i Longbourn nie znam, muszę poszukać, zwłaszcza tej drugiej!

      Usuń
  12. Hmm, to ciekawe co piszesz, bo wlasnie na przyklad Milosz bodajze twierdzil co innego i bardzo mnie to uderzylo. Niestety nie pamietam, gdzie o tym czytalam - ze wspolczesnie przynajmniej postrzegamy szlachte przez pryzmat tej zepsutej, szkodliwej warstwy spolecznej, ktora przez swoje rozpasanie i brak odpowiedzialnosci doprowadzila do upadku Rzeczypospolitej itp do tego stopnia, ze zapominamy - po pierwsze - ze szlachta jako taka monolitem nie byla, ze magnateria sklonna do rozrzutnosci i zepsuta stanowila ulamek i pomijamy niemal hurtowo to co bylo dobre, szczodrosc, otwarcie, odwage. Moze teraz wahadlo przeszlo w druga skrajnosc :)

    Nie jestem fachowcem wiec nie wiem, ale naprawde odnosze wrazenie, ze w Anglii na przyklad tez czesto sie szlachte idealizuje, zwlaszcza ten wzorzec edwardianski, tych wszystkich mlodziencow, szlachetnych erudytow w tweedowych garniturach, studentow Oxfordu wrzuconych w pieklo Passchendale i tak dalej.

    Longbourn jest bardzo fajne, bo naprawde zupelnie zmienia perspektywe i kaze zgadywac o czym mowa. Zaczyna sie od sluzacej, ktora musi wyczyscic totalnie ublocona suknie panienki Elizabeth i mysli z gorycza, ze gdyby panna Lizzie musiala sama sie tym zajac to chyba troche bardziej by szanowala swoje rzeczy - a czytelnik stopniowo uswiadamia sobie, ze to jest ten moment, kiedy Elizabeth poszla piechota po kostki w blocie do Netherfield Park, gdzie zatrzymano przeziebiona Jane, a panna Bingley wysmiewala ublocenie sukienki... Potem pojawia sie pan Collins, przyszly wlasciciel na przyklad i to robi zupelnie inne wrazenie w salonie a inne pod schodami... Naprawde ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, o tym z kolei nie wiedziałam albo może mi jakoś umknęło (ciekawe, w czym to mógł napisać? Poszperam). Bo jak tak patrzę na dzisiejsze dyskursy, to raczej w oczy rzuca mi się ta idealizacja właśnie. Przy czym zgadzam się, tak jak pisałam, że takie zjawisko zachodzi też na przykład w Anglii (i tam się chyba przekłada w dodatku na dotąd istniejącą klasowość, tak mi się przynajmniej z daleka wydaje), chodziło mi o tę szczególność sytuacji szlachty w Polsce (gdzie jej już teoretycznie przecież nie ma).

      "Longbourn" zamówiłam, bo jak się okazuje jest na to straszna kolejka w bibliotece, więc pewnie akurat na jesień się w niej doczłapię do lady (obym nie zapomniała się w kolejce przedłużać, bo mi czmychnie!:)).

      Usuń
  13. Piszę półtora roku po terminie, ale dopiero teraz dowiedziałem się o tym blogu.
    Sienkiewicz - według mnie to bardzo, bardzo, inteligentny człowiek, który poświęcił się dla Narodu. Poświęcenie polegało na tym, żeby pisać dla pokrzepienia serc rodaków i wydaje mi się, że zadanie wykonał doskonale.
    Dowody na inteligencję? Przytoczę dwa. Po pierwsze poczucie humoru. Drobne komentarze typu: sprzedawca odpustów, który sprzedawał szczeble, których brakowało w drabinie, która przysniła się Jakubowi - Krzyżacy. Albo scena w Potopu - Kmicic wyciął w pień wszystkich mieszkańców luterańskiej wioski - aby uradować Jezusa. Dodam jeszcze wypowiedzi Chilona w Quo Vadis.
    Po drugie - dywagacje historyczne - na przykład ta z Potopu, na którą powołał się Paweł Jasienica w książce Rzeczypospolita Obojga narodów. Janusz Radziwiłł opowiada Kmicicowi o swojej wizji Polski. To jest przedstwaione tak, że każdy Polak Patriota krzyknie - zdrajca i sprzedawczyk. Jasienica zwraca jednak uwagę na szczegóły, z których wynika, że sojusz Polski ze Szwecją w 1655 roku , to była niezwykła szansa zmiany układu sił między Polską i Rosją.
    ALe czy coś takiego można było Polakom powiedzieć w latach zaborów... albo w Polsce międzywojennej, albo w III a może nawet IV Republice?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nic nie szkodzi, staram się być na bieżąco z komentarzami pod nowymi, jaki i starszymi wpisami :-).

      Absolutnie nie neguję intelektu Sienkiewicza -- musiał być bardzo zdolny i mieć piekielnie dobry zmysł obserwacji, żeby pisać to, co pisał, i robić to w taki a nie inny sposób. Czy jest tam taka ironia, o której piszesz? To bardzo ciekawy sposób patrzenia na dzieła Sienkiewicza, zastanawiam się, na ile ona tam jest wpisana, a na ile da się ją odczytać przykładając inne narzędzia -- przyznam, że zaintrygowała mnie ta możliwość.

      Usuń