O modach literackich albo o pisarzach stojących w drugim rzędzie


Jest taka scena we "Wspomnieniach niebieskiego mundurka" Gomulickiego, kiedy nieletni bohater ucieka ze szkoły, żeby zobaczyć na własne oczy poetę, przejeżdżającego przez Pułtusk. Zaczaia się przy drodze i czeka, czeka, a czytelnik razem z nim, zadając sobie pytanie, co też to za poeta, przeliczając w głowie daty, generalnie: ach i och. I kiedy w końcu okazuje się, że to Władysław Syrokomla, znany co prawda dzisiejszemu czytelnikowi, ale raczej z nazwiska niż z twórczości (właściwie, nie uogólniając, niżej podpisanej), pomyślałam sobie, że z modami w literaturze jest pewien problem bardziej skomplikowany niż to, że dużo osób czyta "50 twarzy Greya".


Mody na czytanie

Jasne, mody na czytanie są, były i będą. Wiadomo, że w danym okresie bardziej niż klasyk Y popularny jest pisarz X, a książka Z bije rekordy sprzedaży i w bibliotekach ustawiają się po nią niekończące się kolejki. Mody mogą być wywoływane przez różne czynniki: reklamę (wiadomo, kiedy książka zerka na nas z co drugiego billboardu przekartkujemy ją chociaż w biblioetce, żeby zobaczyć, o co chodzi), polecenia znajomych (i mamy wtedy też takie zjawisko jak mody środowiskowe – nie było mnie jeszcze wtedy w książkowej blogosferze, ale po komentarzach zorientowałam się, że Magdalena Szabo to dobry przykład tego typu mody), "że wszyscy to czytają" (wtedy moda sama się napędza – bestsellery ostatnich lat działały, przynajmniej częściowo, na tej właśnie zasadzie), kontrowersje (bo skoro takie rzeczy tam są powypisywane, a tu jeszcze ten i ów książkę odsądza od czci i wiary, to zawsze można przetestować na własnej skórze, czy takie to kontrowersyjne) albo ogólne zachwyty.

I nie ma w tym niczego dziwnego. Ano właśnie: bo może nam się wydawać, że dzisiaj ta machina księgarsko-czytelnicza działa szczególnie mieląco, stąd ludzie czytają tak zwaną złą literaturę, a kiedyś to, panie, czytali Mickiewicza. Nic bardziej mylnego i narzekanie na to, że czyta się naokoło tylko romanse to niezauważanie, że świat działa mniej więcej od początku w bardzo podobny sposób – może bez dodatku katalizatorów w postaci internetu, ale jednak. Co w praktyce oznacza, że mody literackie dotyczyły zarówno pisarzy uznawanych dzisiaj za klasyków (Sienkiewicz), jak i tych, których traktujemy z przymrużeniem oka jako dość specyficzną gałąź literatury (Mniszkówna). Tyle że opromienionych dawnością i "początkowością", wyznaczaniem pewnej, hm, świeżości w literaturze (co oznacza, że nie rwiemy włosów z głowy, gdy ktoś czyta w autobusie "Trędowatą", ale z takim dajmy na to "Zmierzchem" już mamy kłopot – i tak, celowo używam tu najbardziej wyrazistych przykładów, jakie znalazłam).

Klasycy z drugiego rzędu

Mam wrażenie, że to, co tak dobrze obrazuje przykład z Syrokomlą, to problem właśnie z klasykami, co do których wiemy, że klasykami są, ale nie przekłada się to wcale na to, żebyśmy ich tak znowu czytali. Nie mieli tyle (względnego) szczęścia, żeby zakonserwowała ich lista lektur szkolnych (bądź z niej w tym czy innym momencie wypadli – bo jednak i kanon szkolny zmienia się w taki właśnie sposób, powolutku) ani żeby odwoływał się do nich ktoś szalenie teraz popularny, więc ludzie sięgaliby po nich, żeby zobaczyć źródła inspiracji kogoś lubianego. Syrokomla, Iredyński, Amicis – w swoim czasie nazwiska bardzo znane i czytywane chętnie, a potem jakoś tak poustawiane w drugim rzędzie (swoją drogą Amicis wydaje mi się dobrym przykładem, ale gdybyście pytali mnie o zdanie, to wcale nie odczuwam takiej znowu potrzeby czytania go).

Skąd wynika to, że ci pisarze tam się właśnie po jakimś czasie znaleźli? Bo, jak widzicie, nie przywołuję tu nazwisk uznawanych powszechnie za synonim dawnej grafomanii albo sprawiających problemy z zaklasyfikowaniem do "klasyczności" czy "literackiej wielkości". Mam wrażenie, że złożyło się na to kilka czynników. Na pewno to, że język ewoluuje przez cały czas i że polszczyzna Syrokomli wydaje się nam już – nawet nie z lekka – archaiczna, a nawet w nowszym przecież Iredyńskim możemy znaleźć sformułowania trącące przyjemnie myszką. Gdyby zapytać, czemu część czytelników omija tego typu lektury, myślę, że właśnie ta zmiana języka może mieć pewien wpływ: w końcu, sięgając do klasyka, to granice języka wyznaczają granice naszego świata. A skoro język jest inny – nie do końca opisuje "nasz" świat. Opowiada również o doświadczeniu nam niedostępnym: trochę przez język, a może nawet bardziej przez to, o czym nam ci klasycy z drugiego rzędu opowiadają. Tu bowiem pojawia się cała masa tematów okołonarodowych, które uległy już dzisiaj przetworzeniu. Ale zapewne nie tylko to. I teraz pytanie: czy to są jakiekolwiek odpowiedzi na tak postawiony problem? W końcu i niewątpliwy klasyk pierwszego rzędu, Mickiewicz, pisał językiem "niedzisiejszym" i o doświadczeniach nam raczej niedostępnych. No to jak to jest?

Przy czym muszę jeszcze zauważyć jedną rzecz: mam wrażenie, że sposób pisania poezji starzeje się nieco szybciej od języka prozy. To znaczy na przykład rymowane wiersze stroficzne są dzisiaj postrzegane jako takie "mniej nowoczesne" (spróbujcie poczytać Kajkę na przykład) niż stychiczne wolne czy nawet stroficzne białe. To rzecz jasna ogromne uogólnienie, bo mamy przecież na przykład jak najbardziej rymowanego i stroficznego Rymkiewicza, ale zwróćcie uwagę, że na pierwszy rzut oka wiersz bez rymów i z nieregularną strukturą prędzej wyda się "współczesny" niż taki napisany klasycznie – przy czym myślę, że jest w tym jeszcze jedno ziarnko: tę strukturę "rymy i zwrotki" często można znaleźć w poezji dość kiepskiej, która pozoruje bycie klasyczną albo przynajmniej do takiej formy się odwołuje, a w istocie jest pełna częstochowszczyzny pierwszego sortu.

Wyciąganie za uszy

To wszystko nie oznacza rzecz jasna, że jak się zostanie klasykiem z drugiego rzędu, to się tam zostanie na wieki. Wręcz przeciwnie – mody literackie mają to do siebie, że jak wszystkie mody krążą i nie wiemy nigdy, kiedy znowu zaczniemy nosić dzwony i czytać Syrokomlę. Niezłym przykładem na taki powrót w światła fotoreporterów (przenośnie) i do łask czytelników jest Zofia Nałkowska. Tyle że jest to powrót, powiedziałabym, dość przewrotny. Nałkowską w swoim czasie ceniono za krótką i zwięzłą formę, i jako doskonałą psychologistkę. Teraz jednak, jeśli zerkniemy do tego, jak się Nałkowską czyta (pominę tu szkolne interpretacje "Granicy", które chyba nikogo z nas nie ominęły, bo lektura jest na liście od lat kilkudziesięciu – jeśli się mylę, poprawcie mnie), zobaczymy, że czytelników dzisiaj interesuje trochę co innego. Nie tyle to, co sama Nałkowska opisuje (choć to też – radzę Wam po raz kolejny, czytajcie "Niecierpliwych"!), ale i to, co da się wyczytać pod spodem tego, co opisuje. Czytamy zatem trochę wbrew tej opinii, szukając na przykład doświadczenia kobiecego. Które tam, jasne, jest i na powierzchni, ale przecież interesuje nas to, co się przesmykuje między wierszami.

Innymi słowy, oczywiście, że klasycy z rzędu drugiego i z pierwszego różnią się tym, że akurat jest na nich popyt (choćby "zinstytucjonalizowany", przez szkołę) albo go nie ma. Mają się też do siebie trochę tak, jak Edison i wynalazca kondensatora typu czwartego, którego używało się przez dwa lata. No, prawie. Bo muszę powiedzieć, że nie do końca mnie to przekonuje. Jasne, do klasyków z rzędu pierwszego odwołuje się cała masa innych pisarzy, wnieśli często pewne novum do języka czy w sposobie opisywania motywu bądź tematu (albo taki w ogóle do literatury wprowadzili). Ale. Bo wierzę, że jest jakieś ale. Jakiś czynnik w rodzaju Ducha Historii, mało uchwytny, ale gdzieś tam szybujący – bo wśród tych klasyków drugiego rzędu (i może jeszcze nadmienię, że ten "drugi rząd" znaczy "drugi rząd książek na półce", a nie cokolwiek konotowanego z gorszą jakością samych ich książek) są przecież pisarze zupełnie niesłusznie tam wsadzeni. Właśnie: w swoim czasie modni i wpływowi, a po jego upływie nieco zapomniani, przykurzeni i ogólnie, właśnie odstawieni do drugiego rzędu.

I czekający, żeby ich stamtąd wyciągnąć. A jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii? I kogo widzicie w tym drugim rzędzie, kogo warto stamtąd wyciągnąć na światło nieco bardziej dzienne? No i czemu jedni są w nim przez cały czas, a inni, no właśnie – nie? Z chęcią o tym porozmawiam, bo to mechanizm, którego działanie fascynuje mnie od dłuższego czasu.

Ilustracje pochodzą z wikipedii i rozpowszechniane są na wolnej licencji. Dodałam do nich tylko podpisy, upewniając się, że licencja obejmuje zgodę na modyfikację.

_______________________________

Prawie dobiegł końca lipiec, co oznacza, że jutro będę polecała, co też wyczytałam tu i tam. Do zobaczenia!

Weź dokładkę!

20 komentarze

  1. Temat-rzeka, gdyby odnieść się do wszystkich aspektów, które poruszyłaś pewnie komentarz przekroczył by rozmiar Twojego wpisu :-), więc bardzo skrótowo - jak to ktoś powiedział "nie ma mowy o kompetentnej rozmowie na temat literatury bez znajomości jej źródeł". Blogosfera książkowa jest tego dowodem - rozmowa o literaturze zdarza się rzadko, a jeszcze rzadziej rozmowa kompetentna - na szczęście blogosfera to nie wszyscy czytający :-).

    Język oczywiście ma znaczenie, ale to jednak nie wszystko - na przykład język Fredry jest równie archaiczny bo pisał swoje komedie jakieś 20 lat wcześniej przed Syrokomlą a przecież i dzisiaj one nie nudzą, przynajmniej te najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się (popraw mnie, jeśli chodziło Ci o coś innego) co do tego, że w blogosferze książkowej nie ma zupełnie dyskusji o książkach. Jasne, bardzo dużo zależy od profilu bloga: czy skupiamy się na książkach nowych -- wtedy trudno o dyskusję, chociażby z tego prostego powodu, że się wtedy z autorem trudno dyskutuje, jako że nowość to nowość, nabywamy ją po jakimś czasie, chwilę czytamy, z premierową recenzją mierzyć się w dyskusji jest dość trudno. Ale to jedna rzecz. Bo przecież piszemy też o książkach, które nie tylko my czytamy -- i wtedy jak najbardziej da się dyskutować o danej książce, bo się ją po prostu zna. Ale to przecież nie jedyna rzecz: czasami w notce pojawiają się jeszcze inne tematy, warte uwagi, które zostają poddane dyskusji. Zwłaszcza, że przecież nie chodzi tylko o książki, ale o sposoby, w jakie je czytamy chociażby. Innymi słowy, zależy czy szukamy informacji (co wyszło, czy warto się za to zabierać), czy właśnie miejsca do dyskusji, czy może jeszcze czegoś innego albo wszystkiego po trochu.

      I teraz: co jest rozmową kompetentną? Bo z pewnym bazowym "workiem" odnośnie do literatury wychodzimy ze szkoły (przynajmniej w teorii), sporo czytając po drodze. Jasne, może ktoś lepiej zna się na czymś jednym, ktoś inny na czymś innym -- ale można się spotkać po drodze. Gdybyśmy mieli wszyscy wypowiadać się tylko i wyłącznie o tym, co znamy, to głównie byśmy milczeli -- a porozumiewaliby się nieliczni eksperci. Poza tym takie podejście może wywoływać strach: e, nie napiszę nic o tym, bo się nie znam. A przecież można napisać, może ktoś dopisze w komentarzu coś istotnego, zwróci uwagę na ważny fakt, rozjaśni nam coś. Albo odwrotnie: nasza intuicyjna, nieekspercka lektura może pokazać bardzo fajne tropy.

      A co do Fredry i Syrokomli, to mam wrażenie, że dużo robi gatunek: humor komedii Fredry jest uniwersalny, doświadczenia wpisane w poezje Syrokomli, odważę się powiedzieć, nie zawsze. No i tak się czepiłam tego Syrokomli, ale tam można podstawić cały szereg innych autorów z podobnego okresu.

      Usuń
    2. A dużo znasz przykładów takich dyskusji? - i nie mam na myśli uwag "to nie dla mnie", "muszę przeczytać", "nie znam tego autora" :-). Niedawno Olga z Wielkiego Buka zamieściła recenzję na temat "Na wschód od Edenu", książki należącej do ścisłego kanonu - oprócz dwóch osób (w tym niżej podpisanego) nikt z komentujących jej nie znał. To bardzo pouczające (i przygnębiające).

      Przez kompetentną dyskusję rozumiem taką wymianę poglądów jak choćby nasza przy okazji "Antygony" :-). Oczywiście, że można wypowiadać się na tematy wszelakie, także takie o których ma się bardzo blade pojęcie - tyle tylko, że nie da się tego nazwać kompetentną dyskusją :-).

      Usuń
    3. Najpierw autoreklama -- przecież, że nasze z Tarniną "Pikniki z klasyką" oczywiście ;). Poza tym w sumie nie wiem, czy odczuwam niedosyt dyskusji -- może czasami, ale rzadko; mam wrażenie, że ciągle jestem w jakimś wirze dyskusji, jak nie tu, to na innych blogach :). No i wiesz, urok internetowych dyskusji polega też na tym, że recenzja/uwagi zawiśnie/ą, może akurat od razu nie będzie odzewu, ale albo ktoś z czytelników też przeczyta i wróci, żeby się uwagami podzielić albo za jakiś czas się taki ktoś zjawi. Bo w sumie to jest jedna z ogromnych zalet blogowania, jak dla mnie. To znaczy, że nawet jak wyciągnę książkę z piwnicy albo z kanonu, choć niespecjalnie czytaną (sama "Na wschód..." nie znam, Steinbecka dopiero w tym roku przeczytałam "Grona gniewu", bo szczerze mówiąc z znajomością amerykańskiej klasyki jestem nadal, no może nie na bakier, ale nie do końca usatysfakcjonowana; czaję się jeszcze na Faulknera i Mailera w pierwszym rzędzie -- ale to na marginesie), to może ktoś przeczyta i potem będzie chciał porozmawiać. I zwykle ktoś chce. Jasne, nie zawsze, ale czasami zaznaczy i potem wróci. I podyskutuje. A jak napisze "nie znam, ale chcę przeczytać", to może nie jest to dyskusja, ale takie zaznaczenia są ważne -- sama tak robię, żeby potem pamiętać, co też mnie zaciekawiło :).

      No i będę też obstawała przy tym, co napisałam wyżej: czasami nawet nie znając się na czymś możemy stworzyć ciekawy tekst do dyskusji. Bo albo mamy fajne intuicje, albo przy okazji pisania się czegoś dowiadujemy. I dyskusja może też polegać właśnie na wymianie tropów, przeczuć, intuicji i pytań -- a nie zawsze eksperckich komentarzy, nie uważasz? Jasne, niekoniecznie na "ale mnie się wydaje to..." bez oparcia twardego na tekście -- ale to oczywiste, że przesada w jakąkolwiek stronę jest niewskazana: ani stricte hermetyczna dyskusja, z której ktoś trzeci nic dla siebie nie wyniesie, ani dywagacje zupełnie oddalone od tekstu (jeśli o tekście być mają; ale i tu bym znalazła wyjątki -- trudno generalizować).

      Usuń
    4. Szlachetny wyjątek :-) Nie mówię o tym, czy ktoś odczuwa niedosyt dyskusji - mówię o jej braku, i nie chodzi o natychmiastową reakcję :-). Pewnie wielu blogerom w ogóle nie zależy na dyskusji - liczy się wpis i już, ale to jest zupełnie inna sprawa.

      Trudno mi sobie wyobrazić napisanie ciekawego tekstu na temat książki, której się nie czytało - ja, przyznaję, tego nie potrafię :-).

      Usuń
    5. Nie: "nie znając czegoś", ale "nie znając się na czymś". Czyli mogę napisać ciekawy tekst o, dajmy na to, klasyku farerskim, chociaż o Wyspach Owczych wiem tyle, że są. Przynajmniej zakładam, że to możliwe -- przy odrobinie woli, wysiłku i serca :).

      Usuń
    6. Zawsze może być gorzej. Czyta człowiek o komecie, a 99% komentarzy to: pseudopinie polityczne (w kogo kometa mogłaby uderzyć i zmieść z powierzchni ziemi), lanie wody połączone z reklamą (że niby kometa ciekawa rzecz, ale spójrz, czytelniku, w moją sygnaturkę, w której polecam super-full-wypas odżywki do włosów i rzęs), a na końcu flejm pt. "czy mówić planeta czy planeta karłowata". I taka to dyskusja.
      Czytanie, na szczęście, to jeszcze dość powszechna czynność i można znaleźć ludzkie rozmowy. Z drugiej strony, łatwo czytelnika przepłoszyć. Jak tekst jest wybitnie fachowy, głęboki i bogaty, to czuję się, jak na konferencji, gdzie po sakramentalnym "czy są jakieś pytania?", zapada cisza, a co najwyżej jeden profesor drugiemu laurkę wysmaruje. A prawdziwe dyskusje to kwitną dopiero w kolejce do szwedzkiego stołu. A wszak czasem człowiek chciałby sobie lekko i przyjemnie, z pozycji laika i hobbysty, pogawędzić, bo ja wiem, o tym, czemu na scenie bohater nosi sweter, czy świat RNA to kolejna zupa Oparina i czy lepiej lecieć na Jana Henryka, czy na Jarosława (Dąbrowskiego, rzecz jasna :)).
      No i co to jest "must have" człowieka wykształconego? Ten kanon odmieniany na wszelkie sposoby? Jako że głębokiej wiedzy na temat wszystkiego mieć nie można. Jasne, można z kolei powiedzieć, że człowiek na poziomie, nawet jak nie zna, to się zapozna, wykaże zainteresowanie, zaciekawi się, doczyta, pociągnie temat itd. Ale, przyznam szczerze, na takie rzeczy było mnie stać z 10 lat temu. Teraz traktuję wszystko, co nie wiąże się z pracą w kategoriach całkowicie ludycznych. Znaczy, jak mnie nie bawi, to odkładam na bok.

      Całkowity offtop jeszcze jeden: nadrabiałam posty i mam malutkie pytanie, czy może jest szansa na jakieś zbiorcze rekomendacje dotyczące filmów Hrebejka? Tak na marginesie marginesu.

      Usuń
    7. Ach, mój ulubiony przykład tego typu znaleziony kiedyś w otchłaniach portali informacyjnych, wyglądał bardzo podobnie. Ale że był o cieniuchnej ewentualności, że odłamki stacji kosmicznej spadną na Łomżę, to do tego, o czym piszesz, dochodziły jeszcze narzekania na łomżyńskie piwo i denerwujące reklamy ;).

      Ano właśnie, też mi się wydaje, że z fachowością i eksperckością nie warto przesadzać. Tyle że mnie się cały czas wydaje, że jeśli już się zabierać za wpis w rodzaju tych "znam się dobrze", to można go napisać w sposób stosunkowo mało onieśmielający. To znaczy jakoś go ograć, nie stwarzać dystansu "nauczam, słuchajcie" między autorem i odbiorcą, może nieco osłodzić go tym, jak jest napisany?

      A co do znania się: w dodatku dzisiaj, mam wrażenie, można się znać (i to znać, a nie orientować się) w dość niewielkiej liczbie zjawisk i rzeczy, bo ich się po prostu namnożyło bardzo dużo. Nie tylko w literaturze przecież.

      Na marginesie marginesu odpowiadam: filmy Hřebejka zawsze z radością polecę :). Nie widziałam absolutnie wszystkiego, zastrzegę na marginesie, ale z grubsza powiedziałabym tak: na pewno warto zobaczyć te filmy, w których reżyser ma dobry scenariusz i sieka na kawałeczki swoje ukochane motywy, czyli dziwne, rozbudowane rodziny kłócące się za stołem, podczas gdy w tle wali się historia. Z tych na pewno warto zobaczyć "Pod jednym dachem" i zasadniczo -- choć może mniej warto -- "Niedźwiadka". Do tego "Musimy sobie pomagać", które nie dość, że pokazuje, jak historia wygląda od podszewki (a wygląda brzydko), to jest znakomicie obsadzony i zagrany (a na końcu zawsze płaczę, chociaż podobno końcówka jest zdaniem ekspertów kiczowata). Trochę gorzej wychodzą Hřebejkowi wielkie rozrachunki społeczno-psuchologiczne: "Horem pádem" mnie nie przekonało (ale warto zobaczyć dla bardzo dobrej roli Macháčka), "Kawasakiho růže" z kolei jest filmem nierównym (ale znowu ze znakomitym Martinem Hubą, jednym z moich ulubionych czeskich aktorów w ogóle). Z daleka rekomenduję trzymać się za to od tego, gdzie dla Hřebejka pisał scenariusze Vievegh -- same traumy mam po tych filmach ;).

      Usuń
    8. Dziękuje bardzo. Ja wyszłam od "Pod jednym dachem" - oglądałam to lata temmu w TV i nie mogłam sobie przypomnieć reżysera ani tytułu. Dopiero towarzysz Google mi pomógł ustalić tożsamość, dzięki wytrwałemu wrzucaniu kilku charakterystycznych szczegółów (pamiętałam scenę z jadłospisem, mierzenie niedźwiedzia, kuszę, knedliki vs. kluski i albumy z dinozaurami). I się wzruszam w tej scenie, co nadciąga bratnia pomoc, cienie samolotów z lampy przesuwają się nag głowami, a tle pianino gra.
      "Dziwne, rozbudowane rodziny kłócące się za stołem, podczas gdy w tle wali się historia" - to jest piękne podsumowanie, bardzo lubię taki sposób opowiadania. Mam już przygotowane "Musimy sobie pomagać".

      Usuń
    9. Tak, scena z inwazji jest doskonale zrealizowana, właśnie przez te cienie -- niby ta inwazja jest, niby się ją sobie wyobraża, wszystko się dzieje na zewnątrz albo w głowach bohaterów albo i tu, i tu. Koniecznie daj znać po seansie z "Musimy..." -- musisz mi powiedzieć, co sądzisz o zakończeniu, proszę!

      Usuń
  2. Zaraz przypomina się Lodge, który pisał o modzie, ba, szale nawet, na "Trilby" duMauriera. Jak to adaptacje, wznowienia, przedstawienia, listy od czytelników, kapelusze a la Trilby... Ostało się z tego jedna czy dwie adaptacje filmowe i nieszczęsny, choć chyba już też raczej przykurzony "Svengali" w języku angielskim. Więc jak to bywa, że taka "Trilby" przyćmiła szereg innych powieści, które potem wyszły na światło dzienne, podczas gdy "Trilby" mało kto czyta?
    I pisarze, którym dano drugie życie, choć wcale nie takie jakie się spodziewali? Bo ich podciągnięto pod ideologiczną zahaczkę (czy Orwell nie przewracał się w grobie, gdy w czasach zimnej wojny w USA zrobiono z jego dzieł sztandarowy przykład twórczości antykomunistycznej?).
    I jeszcze jedno - mam wrażenie, że dziś bardzo często klasykę odkurza przerobienie na inne medium, a dokładniej film albo serial. Choć równocześnie, z drugiej strony, odkurzeniu towarzyszy przesunięcie na inną półkę. I potem tylko człowiek się dziwi, że to zupełnie o czym innym. :)

    A na marginesie marginesu - wierzę we wszystko, nawet w to, że ktoś czytał Parfiniewicza jako fascynujący kryminał. Ale w czytanie "Trędowatej" jako wzruszającego romansu to ja uwierzyć nie mogę, choć staram się z całych sił. Zdarzyło mi się zapodać kilka romansideł sprzed II WŚ (naprawdę podziwiam brawurę autorów; dziś nikt już nie ubija tak bezproblemowo postaci stojących na drodze do happy endu głównej pary), ale żadne, ale to żadne, nawet nie zbliżało się do poziomu wygibańców językowych Mniszkówny. Jak Boga kocham, kto mógł przyswoić zdanie, że ordynat miał gusta limfatyczne i nie popaść w stupor? A wszak to dopiero początki - potem mamy ubrania z uzdeczką, rozmaite różowości drzew na kraj horyzontu kłoniące i krzesanie iskier oczami połączone z buchaniem nozdrzami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest szalenie interesujące, jak to jest, że w swoim czasie jakaś powieść przyćmi inne, a potem ginie w mroku dziejów. Czasem jak przypatruję się nagrodom literackim, to ta myśl do mnie wraca jak bumerang (przy okazji kusi mnie, żeby kiedyś zrobić sobie taką akcję, żeby czytać książki, które były nominowane i zdobyły daną nagrodę na przykład 20, 15 czy 5 lat temu i zobaczyć, co się z nich ostało). Niektórych noblistów na przykład nawet nie to, że się nie kojarzy -- ich się przecież nie zna ani się o nich nie słyszało.

      O, i tak, zdecydowanie: to przesuwanie między mediami przywraca klasyce rumieńce. To, czy jest o tym samym, czy jednak akcenty też poprzesuwano -- to chyba właśnie kwestia tego, że każde medium rządzi się swoimi prawami. Ale może nie tylko? Bo jednak wtedy dzieło jednego autora bierze na warsztat drugi i tłumaczy na język danego medium (stąd też chyba ze świetnej książki nie zawsze wychodzi doskonały film i odwrotnie).

      A ja znam miłośników "Trędowatej", których ona wzrusza :). Usiłuję się dowiedzieć, jak to jest właśnie z tym przyswajaniem zdań (bo jednak i ta limfatyczność, i to buchanie mnie do dzisiaj powstrzymują przed przeczytaniem "Trędowatej" do końca, chociem namawiana), ale chyba stara dobra zasada, że "wciąga, mimo tego, jak napisane" się tutaj odzywa?

      Usuń
    2. Przyznam, że "Trędowatą" tylko podczytywałam, właśnie dla tych zawijasów językowych. I sequel kiedyś wręce miałam - zwłaszcza mnie urzekł ten pączkujący wątek społeczny (pożar i strajk na folwarku czy coś w ten deseń), który jednakowoż szybko wygasł na rzecz opisów wdzięcznych kibci niejakiej Luci, kłoniącej się ku zachodowi oraz jej romansu z nawróconym złotym młodzieńcem.

      Usuń
    3. "Ordynat Michorowski"! Ależ oczywiście! Jedna z książek stojąca zawsze w pokoju mojej Mamy -- kojarzy mi się nieodłącznie z konkretną półką, konkretną okładką i jakoś tak jej co prawda nigdy nie przeczytałam, ale doskonale wiem, co jest w środku ;).

      Usuń
  3. W obliczu obecnej mody na postapokalipsę warto przyjrzeć się bliżej pracom Johna Wyndhama. Jego "Dzień Tryfidów" i "Poczwarki" nie tylko rozpoczęły gatunek, ale także omówiły wiele jego aspektów tak wyczerpująco, że wszelkie próby "dekonstrukcji" gatunku wydają się wyważaniem otwartych drzwi. Zadziwiające jest bowiem jak niewielu pisarzy myśli o tym, że nie da się żerować w nieskończoność na resztkach cywilizacji, a człowiek nawet ze wszystkimi książkami i całym osprzętem nie będzie miał wsparcia i doświadczenia jakie rodzi grupa.

    Z podobnych powodów postulowałabym czytanie howardowskich Conanów- wiesz Pyzo, że ten oryginalny Conan nosił ciężką zbroję, był poliglotą i w sumie dobrym człowiekiem, co każdego wspomoże w potrzebie, nigdy nie łamie danego słowa i potrafi szczerze się zakochać? A "Feniks na Mieczu" i "Godzina Smoka" to krótkie, choć celne powieści na temat pamięci i polityki historycznej. No kto by się spodziewał :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dzień Tryfidów" mam na uwadze już od wpisu o strasznych roślinach -- wtedy mi go polecono i jest sobie spokojnie na liście, czekając, aż do niego sięgnę. A że bardzo zachęcająco o nim piszesz, to dodatkowo mnie jeszcze zachęca (z książkową postapo mam mikre doświadczenie, więc tym lepiej, że od klasyka zacznę). I przyznaję: z Conanem nie miałam jeszcze do czynienia w żadnym wydaniu (oprócz filmu) -- ale że zbroję i że poliglotą nie miałam pojęcia! Kilka opowiadań wpisałam sobie na listę, "Godzinę Smoka" (to powieść, prawda?) też dla doprawienia. Będę nadrabiać, bo to fascynujące: jak też sobie chadzają książki i wyobrażenia o nich, osobno!

      Usuń
  4. Tak, Godzina Smoka to powieść :) Jak masz wybierać opowiadania to przeczytaj poniższe
    „Córka mroźnego olbrzyma”, „Bóg w amforze”, „Wieża Słonia”, „Szkarłatna Cytadela”, „Królowa Czarnego Wybrzeża”, „Czarny kolos”, „Stalowe cienie pod księżycem”, „Xulthal o zmroku”, „Łotrzy w domu”, „Za Rzeką Czarną”, „Czerwone ćwieki”

    Generalnie fascynujące jest to jak wiele książek postrzeganych jest przez pryzmat adaptacji. O tym, że Watson nie był grubym przymułem przypomniały nam nowe filmy i seriale, a Coppola doczytał, że Dracula chadzał w słońcu. Ale z drugiej strony nikt nie pamięta, że Frodo zawiódł na końcu swojej drogi, że Wiedźma z Oz nie była zielona (a Glinda nie była złośliwą jędzą), że Fagin wcale nie był miłym typem, że Alladyn miał 2 dżiny na każde zawołanie, a Richelieu wcale nie chciał li i jedynie dokopać Muszkieterom?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zanotowane na zaś :)!

      To jest dobry przykład tego, o czym wyżej wspominała @ann_wlkp, czyli właśnie tego przekładania z medium na medium danej treści. Myślę, że może przez to posiadanie warstwy wizualnej w dużo większym zakresie niż książka film może oddziaływać bardziej na świadomość odbiorcy -- ba, chyba może oddziaływać nawet wtedy, kiedy się w żaden sposób filmu nie widziało. Książka też może, jasne, ale chyba jednak mniej (zwłaszcza w kwestiach wyglądu bohaterów).

      Zresztą tu się pojawia jeszcze jeden ciekawy wątek: co z postaciami baśniowymi, legendarnymi i historycznymi robi jednolita narracja fikcjonalna? To właśnie ten Alladyn i Richelieu. Super temat, tak w ogóle. Wydaje mi się, że to przede wszystkim kwestia tego, że dostajemy właśnie jednolitą, niewariantywną historię (i baśń, i tak naprawdę historia są narracjami niejednotorowymi), którą łatwiej jest opowiadać. Innymi słowymi: wiemy, na czym stoimy. Jak myślisz?

      Usuń
    2. Ciekawe, Howard i Tolkien w jednym miejscu :-) Dołączam się się do szczucia Conanem, bo warto. Tak po ostatnim (jeszcze na razie :-() wpisie dotarło do mnie, że w podkategorii "dojrzewający bohaterowie fantasy" mogłem dorzucić Conana. Nawet wpis mi zaczął po mózgu biegać. Oczywiście, wchodzę Do Pyzy i co? Conan jak diabeł z pudełka, to nic, że w komentarzu, ale jest.
      Conan to prawdziwy facet, nie jakiś macho, czy przygłupi osiłek. Do tego przechodzi wspaniały rozwój, od łotrzyka (złodzieja) przez najemnika do Króla i to takiego prawdziwego, bardzo odpowiedzialnego za swoje królestwo i poddanych. Co do kobiet. Owszem był kochliwy, ale dwie trafiły mu się niezwykle, jego żona, a przedtem wspaniała Belit (Królowa Czarnego Wybrzeża, postać wcale nie drugoplanowa). No i jeszcze jedno, dojrzał do noszenia pełnej zbroi, dowodzenia wojskiem, zarządzania królestwem i co najważniejsze - nie był analfabetą ;-)
      Najlepiej widać rozwój w pierwszych dziewięciu tomach tej serii http://www.biblionetka.pl/bookSerie.aspx?id=18530. L. Sprague De Camp i Lin Carter oddali wielką przysługę Howardowi zaczynając w latach pięćdziesiątych XX wieku porządkować Conanową spuściznę Howarda, dopisując swoje opowiadania (oni robili to z sensem) w przerwach narracji Howarda, do 9 tomu jest to mniej więcej chronologiczne. Dalej przeważnie nie ma co patrzeć, cóż moda spowodowała wysyp nie najwyższych lotów utworów. Z kilkoma ciekawymi wyjątkami - przede wszystkim "Conan Buntownik" Poula Andersona, rzecz dzieje czasowo gdzieś wewnątrz "Królowej Czarnego Wybrzeża".
      Wybaczcie, że się rozpisałem :-)
      Co do Tolkiena to temat na zupełnie odrębną dyskusję.

      Usuń
    3. Będzie czytany, będzie, bo muszę powiedzieć, że to jest coś, co miałam w planach, ale raczej bez wielkich nadziei, że oto sobie poobcuję z literaturą dobrą, raczej coś na kształt "klasyk, trzeba by w końcu zajrzeć". A tu proszę :). Dzięki za wskazówki -- bo faktycznie można się pogubić, co i jak z Conanianów czytać (na razie wybrałam opowiadania rekomendowane jako dobre, samego Howarda, teraz rozważę jeszcze tego Andersona, no i zobaczę, co z tą chronologią -- jakby we wpisie i o tym się znalazła część, to wiadomo, szczęście będzie jeszcze większe!).

      Usuń