Pewien debiut na blogu albo o skomplikowanych wyborach


Nadeszła wiekopomna chwila! Otóż mieszkający z nami Kot skończył rok, stając się kotem dorosłym i w pełni praw kocich, a ja uświadomiłam sobie, że zupełnie, ale to zupełnie nie wiem nic precyzyjnego o jego czytelniczych upodobaniach. Postanowiłam to zatem zmienić i przeprowadzić pewien test.


Na potrzeby testu zaczaiłam się w pokoju z ukrytym w rękawie aparatem i prowadząc z Kotem niezobowiązującą rozmowę wyczekiwałam chwili, kiedy zdradzi się co do swoich upodobań. Ale jak to, zakrzykniecie, czy twój kot nie kładzie się na książkach tak sam z siebie? Oczywiście, kładzie się, odpowiem wtedy. Ale wiem, że czyni to nie dla swojej korzyści, ale z dobrego serca: kładzie się bowiem zawsze na książce, którą właśnie czytam, żeby dać mi znać, że już starczy, oczu nie ma co sobie psuć, może zajęłabym się czymś przynoszącym więcej radości światu, na przykład rozmruczaniem kota. Dlatego też bawiąc Kota rozmową czekałam, co o sobie zdradzi.

Żeby ułatwić sobie i jemu zadanie, w systemie iście zero-jedynkowym porozkładałam książki w parach, żeby dowiedzieć się, co też myśli w poszczególnych – jak je sobie roboczo nazwałam – kategoriach. Zaczęło się od wyzwania: czy starocie, czy nowości? I nie chodzi wyłącznie o wydania, ale też o to, co proponuje treść. Miał zatem Kot do wyboru albo bardzo tradycyjną książkę kucharską z przepisami z Meklemburgii, Pomorza i Prus Wschodnich albo „Dziką kuchnię” Łukasza Łuczaja. Czy myślicie, że poszedł za nowością, pięknie wydaną i bogato ilustrowaną? Za trendem nakazującym gotować z rosnących wokoło dzikości? Ależ skąd, skusił się na starodawne lokalne mądrości (ale trzeba przyznać, że miał nosa, bo mnóstwo tam przepisów na śledzie; a poza tym wszystko każą posypywać koprem). 
 
 
 
 
No dobrze, drogi Kocie, a czy skusi cię książka raczej pokaźnych rozmiarów, czy niepozorne chuchro? Wyszukałam na domowej półce „Niewidzialną koronę” Elżbiety Cherezińskiej i „Prawo i pięść” Józefa Hena (żeby utrzymać się w tym samym mniej więcej gatunku literackim), na co Kot spojrzał mi w obiektyw, pytając, czy chciałabym go skompromitować, utrzymując, że wybierze lekturę cieńszą? On nie z takich, rzekł i rzucił się na „Niewidzialną...”. No, Kocie, powiedziałam, tu się nie zgodzimy, bo jednak mnie się „Niewidzialna...” nie widzi, a Hen dość zacny, ale cóż, twój wybór, kłóciła się nie będę. Ale trochę poszedłeś w lans grubością, przyznaj się. 
 
 
 

I znowu widzicie to spojrzenie w obiektyw, trochę wyczekujące, trochę zastanawiające, bo tym razem spytałam o jego preferencje, jeśli chodzi o fiction i non-fiction. A wybrałam książki w tym samym temacie: czyli biografię Tove Jansson i jej dzieło, „Tatusia Muminka i morze”. Kot pogardził depresyjnym klimatem wyspy, co do której nie ma pewności, czy istnieje i rzucił się od razu w stronę biografii. Że niby znowu gruba. Cóż, Kocie, ponownie się nie zgadzamy, od razu wzięłabym „Tatusia...”, ale co zrobić, bywa.
 
 
 
 
A jak ma się Twoje zdanie w nieśmiertelnym sporze oryginał versus tłumaczenie? Mam akurat dokładnie to samo wydanie baśni Braci Grimm po polsku i po niemiecku (nie jest to najładniejsze wydanie, jakie mam, ale rozumiecie, nie chodziło o walor estetyczny). Kot, jak widzicie, przychylił się ku oryginałowi, choć zawadził z lekka biodrem o tłumaczenie – czyli nie jest źle, jakieś takie wyznaje koncyliacyjne stanowisko. A to spojrzenie, sami powiedzcie, czyż nie mówi „ha, tym razem triumfuję!”? 
 
 
 
 

Pod koniec naszej przygody Kot już się zmęczył i uznał, że ma dość gołej podłogi, może o swoich czytelniczych wyborach rozprawiać na miękkim dywanie. Postanowiłam sprawdzić, czy woli wiedzę złożoną czy nieco prostszą – w przekazie, nie w ważności, oczywiście. Jak sami widzicie, dumnym spojrzeniem z profilu Kot omiótł dzieło świętego Tomasza, a leżącego mu u stóp „Elementarza” Mariana Falskiego nie zaszczycił nawet zerknięciem. Nawet go jakby z lekka łapą odtrącił. Cóż, Kocie, snobistyczny nieco jesteś, nie zaprzeczaj. 
 
 
 

I wiecie, że nie zaprzeczył? Ale może już zmęczony był, w końcu tyleśmy się nagadali. A i wybór lepszego profilu – męczący.

_____________________

A jutro, jeśli będziecie w pobliżu, wpadnijcie na rozważania o miejscach nie sprzyjających czytaniu!

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Strasznie lubię koty w "skarpetkach".

      Usuń
    2. A to powiem tylko, że siostra mojego Kota (mieszkająca gdzie indziej, ale czasem ją widujemy) ma nawet nie tyle skarpetki, co takie mitenki: że każdy palec ma w białym półokręgu. Wygląda to doskonale :).

      Usuń
  2. Ja się chyba kiedyś pokuszę o prowadzenie skali "kociomiźnięciowej", bo zdarza się, że moje koty co jakiś czas, jak czytam książki, podchodzą i ocierają się o nie. Niektóre pozycje są bardzo "cacane", inne już niekoniecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Ciekawe, od czego to zależy -- od zapachu? Mój kładzie się faktycznie na tych książkach, które akurat czytam, zapewne z powodu tego, że mocniej mną pachną (ale to taka moja hipoteza). A lubi się miziać też o nowe nabytki, zwłaszcza w twardych oprawach :).

      Usuń
  3. Ale kot ma każdy progfil lepszy :D!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholibka, faktycznie! Na wszelki wypadek nie powiem mu, że tak napisałam, żeby nie było niesnasek ;).

      Usuń
  4. Ha, piękny wpis (i kot też piękny).:D Aż kusi, żeby podobny test preferencji moim świnkopannom zrobić, ale niestety, ach, niestety, one ksiązki wybierają tylko i wyłącznie po smaku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to też jakiś sposób i kto wie, czy czasami nie mają wtedy racji ;). Mój Kot rozgryzł mi co prawda tylko grzbiet jednej książki (uff), ale faktycznie nie była za specjalna -- coś czuł!

      Usuń
  5. Prześwietny debiut blogowy! Ja ze swoimi kotkami (mamy ich dwie) dyskursów o literaturze nie prowadzę, ale być może zacznę. One jakoś tak laptopami zafascynowane i internet je kręci, co chwila tylko mi przez ramię (wersja łagodniejsza) lub bezpośrednio z klawiatury zerkają w ekran, a na książki spoglądają rzadko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, tego Kota internet zupełnie nie kręci, czasem się stara wkręcić w wentylator laptopa, ale z rzadka. Generalnie straszny z niego fan książek w różnej postaci :). Może po prostu musisz zachęcić kotki, żeby Ci co nieco opowiedziały, może nieśmiałe są?

      Usuń