Pikniki z Klasyką #3: Po cóż nam zbrodnia, gdy podają kanapki albo o „Tajemnicy Czerwonego Domu” A. A. Milne'a


Jak wiecie, czytam latem Lema. Ale jak mogłabym zrezygnować z dyskutowania o klasycznych powieściach raz w miesiącu? No nie mogłam. Tarnina zresztą zaproponowała bardzo dobre rozwiązanie, jak się oderwać od Lema, czytać klasykę, a jednocześnie utrzymać w klimacie letnio-wakacyjno-urlopowym. Bo cóż wtedy czytać, jeśli nie kryminały (cóż – póki co to pytanie retoryczne, a odpowiedź za miesiąc)? Dlatego dzisiaj zapraszamy Was wspólnie na przebieżkę po wydanej w roku 1926 powieści kryminalnej pióra Alana Alexandra Milne'a, znanego nam wszystkim jako autor „Kubusia Puchatka”.
No dobrze, napisałam zdanie, które się obowiązkowo musiało znaleźć w tym wpisie (to o „Kubusiu...”), a teraz darujmy sobie dalsze podążanie tym szlakiem i skupmy się na samej „Tajemnicy Czerwonego Domu”. O co w niej chodzi? Czerwony Dom to dworek pewnego arystokraty, Marka Abletta, który wzbogacił się na dziedziczeniu dwóch majątków. Mieszka tam, utrzymuje, że coś pisze (co – tego nikt nie wie), o całość dba zaś jego kuzyn-faworyt Cayley. Pewnego dnia Mark oznajmia, że wkrótce domostwo nawiedzi jego dawno niewidziany brat marnotrawny, Robert. Towarzystwo zgromadzone w Czerwonym Domu, gdzie bawi się na wsi, jak przystało wyższym sferom, nie okazuje specjalnego zdumienia. Ale cóż to? Okazuje się, że Robert zostaje zamordowany w gabinecie gospodarza, a on sam znika! Na szczęście w pobliżu zjawia się zupełnym przypadkiem człowiek-kameleon, lekkoduch i poszukiwacz wrażeń Antony Gillingham, który zapragnął właśnie zostać detektywem i wraz z kolegą, Billem, który akurat bawi w Czerwonym Domu, postanawia na własną rękę rozwikłać zagadkę morderstwa. I to właściwie tyle, taki mamy punkt wyjścia, takie mamy główne dramatis personae, trup, jak przystało na klasyczny kryminał, pada niemal od razu, a potem szukamy sprawcy. Tyle że jest, moim zdaniem, „Tajemnica...” książką bardzo nierówną. Z przebłyskami bardzo dobrymi i intrygą dość grubo ociosaną, mało interesującą, z niewesołą w sumie konstatacją na sam koniec. A zatem – do rzeczy.

***

Na pohybel autorowi, który wstrzymuje się z wyjaśnieniami do ostatniego rozdziału, czyniąc z pozostałych rozdziałów wyłącznie prolog do pięciominutowego dramatu. Tak się nie pisze. Musimy wiedzieć z rozdziału na rozdział, jak rozumuje detektyw. W tym celu musi „watsonować” lub mówić do siebie: to pierwsze jest jedynie dialogową formą drugiego, lecz o ileż łatwiejszą w czytaniu.
[cytuję z dziwacznego wydania wydawnictwa Da Capo z 1992 roku, s. 9]

Powyższy cytat nieźle ilustruje to, co w przedmowie do dzieła stara się nam wyłożyć Milne. Autor zresztą nie kryje, że napisał tę powieść dla ojca, fana klasycznej intrygi. I w sumie byłoby to miłe, i czarujące, gdyby nie to, że Milne nam obiecuje naraz świadomość gatunku i jego ograniczeń oraz pewne novum polegające właśnie na tym, że nie zamierza zaserwować nam ostatniej sceny pełnej wyjaśnień, wcześniej opisując bohaterów robiących tajemnicze miny. I jak się z tej obietnicy wywiązuje? Moim skromnym zdaniem – tak sobie.

Dlaczego? Głównie dlatego, że całość od tej deklaracji odstaje. To znaczy tak: jak pisałam, „Tajemnica...” to powieść nierówna i najlepiej właśnie tę nierówność widać pod tym względem. Milne na przemian serwuje nam bohaterów zupełnie świadomych tego, że wchodzą w koleiny stereotypowej pary detektywów. Wkłada w usta Antony'ego taką na przykład kwestię:

Czy jesteś gotów zostać mym Watsonem? (…) No, wiesz, tym od „rozumiesz mnie, Watsonie?”. Czy jesteś gotów wysłuchiwać oczywistych wyjaśnień, zadawać niepotrzebne pytania, dać mi szanse wyśmiewania się z ciebie, dokonywać cudownych odkryć w trzy dni po mnie, i tak dalej i tym podobne?
[s. 78]

Pokazuje tym samym, że i on, i bohaterowie, i czytelnik wiedzą, na jakim gruncie stoją. No i świetnie. Za każdym razem, kiedy pojawia się taka przypominajka, książka zyskuje. Problem w tym, że cała intryga prowadzona jest do bólu sztampowo: owszem, faktycznie wiemy poprzez dialogi bohaterów, co też akurat myślą na temat zbrodni, jej motywów i przebiegu oraz postaci potencjalnego sprawcy. Problem w tym, że po akcji pląta się kilka deusów ex machinusów (na przykład końcowa wyprawa Billa do karczmy „Pod Pługiem i Końmi”), a na dodatek samo rozwiązanie zagadki jest jak najbardziej typowe: główny detektyw rozumuje po cichu i pach, wymyśla rozwiązanie. Jasne, mamy wszystkie dane, żeby zgadywać z nim i wcale bym się nie skarżyła, gdyby nie to credo Milne'a z początku książki. Co zaś się tyczy samego rozwiązywania – powiem szczerze, że od początku podejrzewałam, jaki będzie wynik, ale to niespecjalnie skomplikowane. Przede wszystkim wynik ten był mi głęboko obojętny. Ani ofiara, ani hipotetyczni sprawcy, ani nawet główni bohaterowie nie przywiązali mnie do siebie tak, żebym była ciekawa albo komukolwiek kibicowała. Z tym mam w przypadku „Tajemnicy...” największy problem.

***

No właśnie, a jak też to jest z tymi bohaterami? Nie powiem, Antony robi sympatyczne wrażenie, chociażby przez to, że zamiast jak człowiek z wyższych sfer bywać i być, rusza do Londynu, żeby tam imać się najrozmaitszych zajęć (jest kelnerem, sprzedawcą w trafice, w końcu – detektywem) i zażywać życia od tej strony. I wydawałby mi się taki sympatyczny do końca, gdyby nie rozwiązanie. Otóż prezentując je, Antony zachowuje się brzydko: absolutnie obojętne jest mu to, co stanie się w jego wyniku. Jest zadowolony, że rozwiązał zagadkę. Wpływ tego rozwiązania na rzeczywistość go nie interesuje, a szkoda, bo rozwiązanie to nie jest wcale takie moralnie jednoznaczne. Jego postępowanie wobec Billa, wiernego asystenta, też pozostawia sporo do życzenia: wysługuje się chłopakiem, na koniec zaś, kiedy nie jest mu już potrzebny, wysyła go gdzie indziej, żeby... pomyśleć. Tak, chociaż wcześniej deklarował, że najlepiej mu się myśli właśnie w towarzystwie i w rozmowie z Billem.
 Co prawda za okazałe jak na naszą scenę zbrodni, ale jakie angielskie.


Bill z kolei jest takim sympatycznym pięknoduchem, tyle że w pewnym momencie też zaczęłam mieć wątpliwości, czy budzi faktycznie moje pozytywne uczucia. Co prawda ofiary morderstwa nikt nie znał, więc można przyjąć, że ktoś o mniejszej empatii podejdzie do tego obojętnie – ale powtarzanie przez bohatera, że to straszna „frajda” tak tropić mordercę jest dość, czy ja wiem, nieprzemyślane? A jednak nie mamy do czynienia z nastolatkiem. A zważywszy na to, jak wynik śledztwa może wpłynąć na lubianą okolicę i ludzi, którzy Billa goszczą, sprawia, że ze sformułowania „sympatyczny pięknoduch” zostaje mi na końcu lektury tylko ten „pięknoduch”.

Raziły mnie też trochę niekonsekwencje, w końcu ani fabuła nie jest specjalnie rozgałęziona, ani bohaterów nie ma tak wielu. Tymczasem zaś Milne raz pisze, że Bill uważa, że byłby świetnym aktorem, później zaś ten sam bohater mówi, że nie ma za grosz talentu aktorskiego. A rzecz się dzieje nie w tak znowu dużej odległości czasowo-stronicowej.

***

Po co zatem zajrzeć do „Tajemnicy...”? Muszę powiedzieć, że jak zwykle: po realia. Raz, że Milne stara się jakoś z pozycji meta podejść do święcących triumfy powieści kryminalnych, a dwa, że ma dość złe zdanie o grupie społecznej, którą opisuje. I wcale się z tym specjalnie nie kryje. Jemu zatem zawdzięczamy takie bon moty jak to, że panna z dobrego domu równie dobrze, co w Towarzystwie czuła się w towarzystwie kanapek czy rzut oka na osobliwe obyczaje matrymonialne (czy właściwie pakta dążące do ich urzeczywistnienia). Ta niezbyt pochlebna opinia o warstwie społecznej, jaką opsiuje Milne, widoczna jest też w bardzo zgrabnym fragmencie odnośnie do biblioteki. Ponieważ cały fragment jest na wielu poziomach interesujący, pozwolę sobie zacytować:

Do biblioteki warto było wejść (…). Antony nigdy nie potrafił przejść obojętnie obok cudzych półek z książkami. Gdy tylko wszedł do środka, zaczął się uważnie rozglądać wokół, aby się przekonać, jakie książki czytał właściciel czy też, co bardziej prawdopodobne, jakich nie czytał, lecz trzymał w domu, żeby tworzyły odpowiednią atmosferę. Mark szczycił się swą biblioteką, w której znajdowała się bardzo różnorodna kolekcja. Książki odziedziczone po ojcu i po opiekunce; książki, które kupił, bo się nimi interesował, a jeśli nie nimi, to ich autorami, których pragnął otoczyć swym patronatem; książki specjalnie zamawiane, w luksusowych wydaniach, po części dlatego, że dobrze się prezentowały na półkach, przydając blasku pokojom, po części dlatego, że każdy kulturalny człowiek powinien je mieć; stare wydania, nowe wydania, książki drogie, książki tanie – biblioteka, gdzie każdy, bez względu na gust, mógł być pewien, że zawsze znajdzie coś dla siebie.
[s. 106-107]

Całkiem uniwersalne podsumowanie domowych biblioteczek, nie sądzicie? A bohater zyskał u mnie kilka punktów – sama też namiętnie zaglądam ludziom w księgozbiory (ale zwykle pytam, czy mogę, dodam na swoje usprawiedliwienie). Gdyby nie to, co już o nim napisałam, byłby całkiem znośnym bohaterem.

I jeszcze a propos realiów: Milne pokazuje też całkiem ciekawie mechanizm działania kronik kryminalnych. Czy to dając nam na krótko wgląd w myśli inspektora policji, który snuje rozważania, jaki nagłówek w gazecie o prowadzonej sprawie przedstawiłby go w najkorzystniejszym świetle (rozważania inspektora na temat dziwnego pojawienia się Antony'ego w posiadłości Abletta za to Milne sugeruje i porzuca, a szkoda), czy to opisując siedzących w sądzie znudzonych reporterów, którzy – kiedy tylko pojawi się coś nowego – wypisują w notatkach wielkimi literami słowo „sensacja”.

***


A to już bardziej wygląda na tło akcji. Źródło.



I może na koniec jeszcze dwa słowa o samym wydaniu. Myślę, że „Tajemnica...” skorzystałaby na nieco bardziej krytycznym podejściu. Niektóre dowcipy sobie tłumaczyłam po swojemu, bo czy na przykład powiedzenie, że „tak jest napisane w księdze Jashera?” to żartobliwa aluzja do Biblii, czy może chodzi o coś innego? Kilka przypisów tu i ówdzie mogłoby książkę – paradoksalnie – ożywić. Tłumaczenia (pani Alicji Skarbińskiej) się czepiała nie będę, bo czyta się płynnie, poza może często rzucanym przez bohaterów sformułowaniem „żałosny bies”, które jest prawdopodobnie próbą oddania „poor devil”, ale brzmi dość nienaturalnie.

Postanowiłyśmy z Tarniną dla wygody nieco uporządkować kwestię dyskusji: chcemy wypróbować metodę taką, że na zmianę co miesiąc dyskutujemy tylko pod jednym wpisem, nie zaś pod dwoma naraz. W tym miesiącu padło na to, że rozmowę prowadzimy tutaj pod spodem. Zapraszam Was zatem do przeczytania opinii Tarniny o „Tajemnicy...” i oczywiście do dzielenia się z nami Waszymi opiniami i spostrzeżeniami!

A za miesiąc ruszamy w rejony dla mnie niemal nieznane, czyli w horror! Wybrałyśmy drogą długich deliberacji (przyznaję, ciągle kręciłam nosem, że a to może być za straszne, tego się boję, a tamto wygląda obrzydliwie, a ja mam niski próg odporności na obrzydliwości) klasyka gatunku, Montague'a Rhodesa Jamesa. A konkretnie jego trzy opowiadania: „The Stalls of Barchester Cathedral”, „The Ash-tree” i „Oh, Whistle, and I'll Come to You, My Lad”. Jeśli klikniecie w linki, znajdziecie się na stronach z tymiż opowiadaniami na stronie z twórczością autora udostępnianą on-line.

_____________________________

A jutro będzie wpis, który obiecywałam i nie mogłam się zebrać.

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Bardzo czekam na przyszły miesiąc, uwielbiam M.R. Jamesa! Zbiór jego opowiadań wyczytałam do zupełnego ropadnięcia się na kawałki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi jak bardzo dobra rekomendacja :). Tak jak napisałam: trochę się boję, ale i początki tych opowiadań brzmią tak dobrze, że nawet jak się trochę poboję, to myślę, że będzie warto! :) No i oczywiście już z góry cieszę się na rozmowę o tych opowiadaniach!

      Usuń
  2. Piszecie, że TCD jest dosyć sztampowa, ale trzeba pamiętać, że przecież jest to klasyka kryminału, że Milne napisał to jeszcze zanim pisywać zaczęła Agatha Christie, więc co nam - znudzonym czytelnikom, którzy widzieli już wszystko i przyzwyczajeni są do tego, że krew się leje strumieniami, a nie do wytwornej intrygi salonowej - wydawać się może sztampowe, nie musiało takie być 100 lat temu... A TCD domu była w tamtych czasach książką bardzo popularną. Jak widać próby czasu nie przetrwała, w przeciwieństwie do Kubusia Puchatka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to nie tyle sztampowa, co niewykorzystująca potencjału, który Milne sam tam wpisał (choćby ta jego próba przezwyciężenia pewnych tropów kryminalnych: tego, o czym pisze Tarnina, czyli detektywa wyposażonego w laboratorium, czy tego, o czym piszę wyżej, cytując zresztą samego Milne'a, czyli detektywa odkrywającego na samym końcu całą intrygę, którą wyłuskał w międzyczasie). Poza tym, mój największy problem z tą intrygą był taki, że nie zależało mi na odkryciu tego ani kto, ani jak dokonał zbrodni -- bo zupełnie tak samo jak dwaj główni bohaterowie, Milneowski "Sherlock" i "Watson", nie zależało mi na ofierze. Myślę, że to duża bolączka tej prozy -- co zresztą nam obu rzuciło się w oczy -- niedostatek tła obyczajowego i niedostatek charakterystyki postaci (a czasami -- jak starałam się pokazać -- zejście w tej charakterystyce na tory niezbyt w ostateczności chwalebne). Uczynienie ofiary z kogoś, kogo jako czytelnicy nie mamy szansy poznać -- nawet tak naprawdę pośrednio, bo pytanie o ofiarę jest tu właściwie nie stawiane -- sprawia, że mało nas obchodzi wynik śledztwa. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

      Także nawet gdyby zbrodnia była przekrwawa, to nie o to zupełnie mi idzie :). Bo na świecie jest już wtedy, kiedy wychodzi "Tajemnica..." jeden Poirot Christie, a jednak jakoś ta "Tajemnica..." nie przetrwała. I myślę, że nie przez sztampowość (główny bohater jest wszak niesztampowy: ani klasowo, ani literacko), ale właśnie przez to, że nie do końca umie zająć czytelnika. Także pozostaję w szacunku co do daty powstania, podziwiam nawet, że już wtedy Milne podejmuje próbę zmierzenia się z dziedzictwem ACD, no ale wyszło jak wyszło.

      Usuń
  3. Niestety również tym razem nie mogę z Tobą, Pyzo, polemizować, bo zgadzam się z większością Twoich uwag. Oczywiście jak się bardzo chce, to można w książce znaleźć momenty wartościowe i interesujące, np. wyłuskany przez Ciebie opis biblioteki przetrwał próbę czasu i pozostaje ironicznie aktualny do dzisiaj. Rozbawiło mnie też, jak łatwo można drogą logicznego rozumowania wskazać tę półkę w bibliotece, która może coś ukrywać. Takich drobiazgów jest oczywiście więcej, ale właśnie trzeba chcieć je znaleźć, bo ogólnie książka wydaje się raczej bezbarwna. Nie winię autora za przewidywalność intrygi, oczywiście taki wiekowy kryminał nie mógłby zadowolić naszych współczesnych apetytów. Ale przeszkadza mi płytkość, brak szerzej, czy może szczegółowiej przedstawionego tła i niedostatecznie umotywowane zachowanie bohaterów. Jak napisałam w swojej notce, wszystko zostaje logicznie wyjaśnione, ale to wyjaśnienie nie wydaje mi się prawdopodobne. Przez co cała zagadka staje się - z jednej strony sztampowa, a z drugiej jakby zbyt wydumana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, a przed lekturą już liczyłam, że może w przypadku "Tajemnicy..." będziemy miały odrębne zdania :). Zgadzam się jak najbardziej z tym, że dużym problemem powieści jest to zminimalizowanie tła obyczajowego (ujęłaś to, o co mi chodziło, w swojej notce nawet chyba lepiej niż ja tutaj). W dodatku autor wprowadza interesujące postaci drugiego planu, tak jak zauważyłaś, ale tylko po to, żeby je błyskawicznie wykosić (serio pozwolono by im ot tak sobie wyjechać z domu, gdzie popełniono morderstwo?).

      Co jeszcze zwróciło moją uwagę w Twoim wpisie, to kwestia bohatera -- Milne oznajmia nam przecież we wstępie, że to koniecznie musi być amator, żeby zaszło to utożsamienie na linii czytelnik-bohater, bo dysponują podobnymi kompetencjami i podobnymi wiadomościami na temat zbrodni (przynajmniej w teorii). Tyle że wyszło to średnio, bo i my, czytelnicy, jak ten Bill lądujemy w końcu "Pod Końmi i Pługiem" ;).

      Zastanawia mnie to zakończenie. Czy aby nie było to jakieś nawiązanie do tradycji powieści gotyckiej? Motywy mordercy trochę przypominały mi takie właśnie rozwiązania.

      Usuń
    2. Pewnie by pozwolono, bo w końcu wszyscy mieli alibi, więc nie znaleźli się w obszarze zainteresowania policji. No i były powody, żeby ich szybko odesłać. Chociaż oczywiście znacznie ciekawiej byłoby (z naszego punktu widzenia), gdyby całe to towarzystwo zostało przez jakiś czas zatrzymane na miejscu. Atmosfera robi się coraz bardziej duszna, między bohaterami pojawiają się tarcia, okazuje się, że każdy trzyma w swojej szafie jakiegoś trupa... A nawet jeśli nie ma, to przynajmniej byłaby okazja do ciekawych obserwacji obyczajowych. No ale cóż... Tutaj zresztą wszyscy bohaterowie istnieją tylko w takim zakresie, w jakim są potrzebni do "dekoracji" kryminalnej zagadki i dotyczy to też bohaterów pierwszoplanowych. Niby coś o nich wiemy, ale właściwie nie ma to większego znaczenia.

      Tak, masz rację, że Milne sprzeniewierzył się tej wizji idealnego kryminału, którą sam nakreślił we wstępie. Bo też ta wizja jest chyba dosyć utopijna, nie sądzisz? Nie da się prowadzić czytelnika przez cały proces wyjaśniania zbrodni, jednocześnie zachowując element zaskoczenia.

      No tak, rzeczywiście jest coś "gotyckiego" w jego postępowaniu i w ogóle w relacji mordercy z ofiarą, a rozwiązanie, które wybrał jest stanowczo melodramatyczne (i nie całkiem pasujące do tonu powieści). Ale ja raczej mam wrażenie, że autor wymyślił sobie kryminalną łamigłówkę, a motywy po prostu do niej dorobił i nie są one szczególnie istotne.

      Usuń
    3. Właśnie, spodziewałam się po wstępnym opisie (w rodzaju "przyjrzymy się teraz, kto też to schodzi na śniadanie w Czerwonym Domu"), że oto maluje nam autor sylwetki podejrzanych, a on tymczasem się ich pozbywa strasznie szybko. Trochę chyba miało to uprościć rozwiązanie, no ale intryga od początku nie była specjalnie zawikłana.

      Zastanawiam się: podejrzewam, że można by taki kryminał napisać, ale pytanie, no właśnie, czy byłby on ciekawy dla czytelnika? Ile można powiedzieć, żeby zupełnie nie zanudzić tego, kto czyta? Ale gdyby tak postawić na tło, na osadzenie tego konkretnego bohatera w sieci powiązań -- ha, może coś takiego mogłoby się udać?

      Melodramatyczne bardzo, ale narrator przebąkiwał o całej sytuacji na tyle wcześnie, że można było przypuszczać, jaki jest motyw. Swoją drogą, czy na okładce Twojego wydania też pomylono ofiary i potencjalnych sprawców:)?

      Usuń
    4. Co do notki na okładce (nie wiem, czy były inne wydania) to ta pomyłka okazała się bardzo specyficzna ;)

      Z zanudzaniem czytelnika to może być różnie, bo tu chyba autor właśnie chciał tego uniknąć i dlatego nie rozbudowywał za bardzo tła i charakterystyki bohaterów, a efekt osiągnął przeciwny (w każdym razie w stosunku do nas).

      Usuń
    5. Ano właśnie, zorientowałam się co prawda dopiero w połowie powieści (na szczęście z rzadka czytam tyły okładek, bo mogą za dużo zdradzić).

      Właśnie chyba jest tak, jak mówisz. Przy czym to jest interesujące, że w przypadku "Tajemnicy..." jej urok ma polegać właśnie na rozwiązaniu zagadki, która mnie przypominała standardowe zadania tekstowe z podręczników matematyki: można rozwiązać, ale niespecjalnie nam zależy na wyniku, bo to takie jedno z zadań, jakich wiele ;).

      Usuń
    6. Zmieniając temat - wiesz, że "żałosny bies" mi się podobał? Wiem, że zupełnie nie ma sensu, bo to powinno być oddane jakimś polskim wyrażeniem, ale jednak swój urok ma ;)

      Usuń
    7. Trochę narzekam, ale też już kilka razy zwróciłam się tak do kota, na którym wypróbowuję tego rodzaju zwroty, więc nie powiem, chwyta :).

      Usuń
  4. Pamiętam jak jeden z aktorów grających Watsona tłumaczył jak ogromnym błędem jest granie Watsona jako głupca. Holmes nigdy nie zaufałby komuś głupiemu. Owszem w porównaniu z umiejętnościami detektywistycznymi Sherlocka wypada blado, ale wszyscy wypadalibyśmy blado na takim tle. Holmes bardzo szanuje umiejętności Watsona (w jednej ze spraw mówi wręcz że nie mógł go wtajemniczyć, bo Watson jest zbyt dobrym lekarzem i poznałby się na symulacji, nawet tak wyrafinowanej jak symulacja w wykonaniu Sherlocka Holmesa ;) A tu kolejny wypisuje hasła jaki to Watson głupi. Agatha Christie o ile pamiętam mówiła że nie mogłaby rywalizować z kreacją Watsona, dlatego właśnie Hastings jest taki trochę w opozycji do Watsona, naiwny, łatwo go wprowadzić w błąd a przede wszystkim próżność i przekonanie o własnych wybitnych umiejętnościach śledczych stanowią świetną podstawę do wodzenia za nos. Jeśli o klasykę i źródła kryminału chodzi to chyba znacznie lepszy byłby Wilkie Collins, nawiasem mówiąc. Wszystkie klasyczne motywy znajdziemy (łącznie z hipnozą i innymi takimi fascynacjami wieku wiktoriańskiego) a bardzo przyjemnie się czyta, bo wcale nie trzeba łamać schematu żeby było ciekawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozważałyśmy Wilkiego Collinsa, ale odpadł chyba ze względu na objętość ;) Zgadzam się z uwagą o schematach, mam wrażenie, że łamanie schematów strasznie się obecnie fetyszyzuje.

      Para z "Tajemnicy..." oczywiście nie dorównuje duetowi Holmes-Watson. Gdyby Milne kontynuował pisanie kryminałów, to być może Anthony Gillingham rozwinąłby się w ciekawą postać, jednak co do Billa, to nie mam wielkich nadziei ;)

      Usuń
    2. @Hannah, zastanawiam się, czy z tym Watsonem to tutaj nie jest tak, że Milne nie tyle zupełnie lekceważy inteligencję postaci, ile po prostu wykorzystuje te kwestie do zaznaczenia, że jest świadom panującego schematu i mody na pewne rozwiązania kryminalne rodem z ACD. Zresztą o tym świadczyłoby też i to, jak Bill wchodzi w rolę. Bo właśnie te, jak pisze Milne, "niepotrzebne pytania" to tylko taki konwenans, bo w istocie Sherlock myśli dialogując z Watsonem (co zresztą przebiega i w "Tajemnicy..."), są więc to pytania ze wszech miar potrzebne ;).

      No i jak pisze @Tarnina, Collins chwilowo nam odpadł, bo nie chciałam się za bardzo odrywać latem od Lema. Ale chyba nie wykluczamy, że jeszcze rozważymy jego kandydaturę do któregoś Pikniku :)?

      @Tarnina, a czy to zakończenie nie wydawało Ci się wstępem do ewentualnego dalszego ciągu? Ja to tak odebrałam. No i stanę w obronie Billa, bo dla mnie ta postać w samej końcówce rozwinęła sie dużo ciekawiej niż Antony, który mnie -- tak jak pisałam -- swoim postępowaniem zraził, bo w sumie okazał się przez to kimś zupełnie innym, niż nam go autor opisywał (chociaż i ta Billowa frajda, czy ja wiem...?).

      Usuń
    3. Na pewno czytelnik może sobie wyobrażać, że Gillingham rozpocznie teraz karierę detektywa, więc jakaś furtka jest, ale ja nie odebrałam tego jako zapowiedź dalszego ciągu, którego przecież ostatecznie nie było, choć powieść zyskała dużą popularność. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam, żeby postać Billa jakoś szczególnie się rozwinęła, ale rzeczywiście można by ją rozwinąć w każdym kierunku, więc potencjał jest ;). Anthony natomiast okazał się zimny i trochę mało sympatyczny, fakt.

      Usuń