Piszę i ubezpieczam albo o Franzu Kafce na urodziny


Zapowiedziałam jak na mnie całkiem jasno wczoraj, o czym będzie dzisiaj, zatem zamiast kluczyć i błądzić, i zwodzić, i się rozpisywać, jasny przekaz: dzisiaj dziwnostki i ciekawostki o Franzu Kafce. I całkiem poważne fragmenty też.


Mój proces odkrywania dla siebie twórczości Kafki biegł dziwnym torem i już zupełnie nie pamiętam czemu rozpoczęłam polowanie na jego „Listy do Mileny” na Allegro. Było to chyba moje jedyne polowanie, które zaczynałam trzy razy, żeby w końcu osiągnąć sukces (a było to w czasach, kiedy niewiele ofert miało magiczny przycisk „kup teraz” i trzeba było wytrwale licytować). Także zaczęło się od listów – potem przyszły te do Felicji – a dopiero potem nadszedł czas na prozę. Wbrew powszechnej opinii o dojmującej stronie „Procesu” mnie ta książka ubawiła bardzo (i przygnębiła też, ale na tym samym mniej więcej poziomie), zafascynował „Zamek” (chyba moja ulubiona proza Kafki w ogóle), zasmuciła „Ameryka”, no i przeraziły opowiadania (zwłaszcza „Kolonia karna”, która jest jedną z najbardziej przerażających rzeczy w literaturze w ogóle). Ale Kafka jest pisarzem znanym i cenionym, więc pomyślałam, że ciekawiej będzie nieco ubarwić wpis i napisać coś o samym Kafce i o jego pisarstwie od strony takiej może nieco plotkarskiej, ale jakoś osadzonej w rzeczywistości. No bo słuchajcie, to jest taki pisarz, którego życie obrosło mitami i legendami, a fascynuje na równi z jego twórczością. Także dzisiaj moje ulubione fakty o pisarzu.

Wszystkiego najlepszego na urodziny, tak swoją drogą, panie Franzu! 
Niewiele jest zdjęć Kafki na wolnej licencji, więc niechaj nam
solenizant spoziera dzisiaj z tego jednego, za to z podpisem,
no i urzędowymi pięczęciami (ze zbiorów Izraelskiej Biblioteki Narodowej).

Uwielbiał pływać po rzece. W ogóle uwielbiał pływać. Jest takie jego słynne zdjęcie, jak siedzi w kąpielówkach na plaży ze znajomymi – takie inne od tych zwykle przedrukowywanych, gdzie patrzy ponuro w obiektyw, z fryzurą grzecznie wypomadowaną i ze starannym przedziałkiem. Tutaj śmieje się szeroko i wygląda szalenie chłopięco. Kafka lubił się relaksować, wsiadając do łódki i pływając po Wełtawie. W Pradze to nie jest szczególnie trudne, bo i kiedyś, i dzisiaj załatwienie sobie łódki, żeby płynąć środkiem miasta, to nic dziwnego czy trudnego. No właśnie, po Wełtawa płynie sobie uregulowana w ujęciu długich bulwarów środkiem czeskiej stolicy, przepływając pod tymi wszystkimi mostami, które spinają obie części miasta. Ale piszę to nie po to, żeby wprowadzić tu wątek turystyczny, ale po to, żeby nawiązać do jednej z moich ulubionych historii o Kafce: otóż płynąc Wełtawą przez Pragę przepływa się pod tymi wszystkimi mostami, a po nich, jak to po mostach, chodzą ludzie. Czasem nawet tacy, których się zna. No i nasz Kafka lubił podobno od czasu do czasu w ramach żartu ułożyć się w łódce, skrzyżować ręce na piersi i jako ta Szekspirowska Ofelia puścić się wraz z nurtem pod mostem. Co początkowo miało wyjątkowo przerażać jego znajomych, jeśli akurat zobaczyli go przepływającego niepodal.

Musiał się wyprowadzić ze Złotej uliczki, bo było mu niewygodnie. Jedną z najbardziej znanych historii o Kafce jest ta, jak to wprowadził się na słynną Złotą Uliczkę i tam pisał. Zresztą, jak się jedzie do Pragi, to o domy Kafki można się potykać – pisarz często się przeprowadzał, więc tabliczki „tu w latach... mieszkał Franz Kafka” można kolekcjonować. Ano właśnie, ale jak to z tą Złotą Uliczką było? Jak zapewne wiecie, to taka mała uliczka z maciupkimi domkami na zamku praskim, za katedrą św. Wita, Wacława i Wojciecha. Rudolf II, cesarz z dynastii Habsburgów, który przeniósł stolicę cesarstwa do Pragi, usadził tam swoich alchemików i astronomów, bo lubował się w tego rodzaju sztukach tajemnych i tak Złotą Uliczkę spowił czar, który ciągnie tam turystów. Ale nie to wykurzyło Kafkę z tej okolicy – zresztą wówczas ruch turystyczny jeśli był, to mniejszy niż dziś – ale co innego. Otóż tęże intratną lokację załatwiła Franzowi jego ukochana siostra, licząc, że będzie tam miał spokój i ciszę, żeby pisać (a pisał nocami, tak swoją drogą, bo wtedy mógł się skupić, nie rozpraszać, no i nie myśleć o pracy). Spokój jako taki faktycznie miał, ale że domek był niewielki i wilgotny, to dość szybko dał się pisarzowi we znaki i Kafka opuścił miejscówkę, dość fascynującą, ale jednak mało praktyczną.

Miłość swojego życia poznał nad Bałtykiem. No, troszkę konfabuluję, bo z tymi miłościami Kafki było tak, że najpierw była Felicja (zaręczali się dwa razy i dwa razy rozstawali, ale to długa historia), potem Milena (o której zaraz), w końcu zaś, no właśnie, Dora Diamant. I troszkę konfabuluję z tym Bałtykiem, ale zgodnie z tymi wszystkimi narracjami o Kafce, które zwykle troszkę ściemniają. Dora podobno fascynowała się Kafką już wcześniej, a kiedy usłyszała, że autor przebywa w sanatorium, gdzie pracowała, postanowiła go poznać. Podobno wieść o przyjeździe Kafki zastała ją przy obieraniu ziemniaków. To jest takie urokliwe w tej historii – chociaż sam związek do łatwych nie należał – to niemieckie sanatorium gdzieś nad Ostsee, te ziemniaki, ten pisarz przyjeżdżający się leczyć i dziewczyna, z którą zostanie niedługo, ale już do końca swojego życia.

Jedna z jego ukochanych, Milena Jesenska, to wielka czeska dziennikarka. Pisałam już kiedyś o Jesenskiej, ale nie zaszkodzi raz jeszcze. No właśnie, bo poznałam ją dzięki Kafce właśnie, który słał jej piękne, choć miejscami przerażające listy (do Wiednia, gdzie mieszkała z mężem – z Kafką spotykali się czasem gdzieś poza Pragą i Wiedniem). A tymczasem okazało się, że sama Jesenska świetnie pisała: pracowała jako dziennikarka i reportażystka z wielkim zacięciem społecznym. Jej zbiór „Ponad nasze siły”, ilustrujące sytuację w Czechosłowacji i nastroje społeczne tuż przed dramatycznym układem w Monachium, po którym nastąpił właściwie zmierzch państwa czechosłowackiego, to lektura wciągająca jak najlepszy thriller, a przy tym szalenie refleksyjna. Na marginesie jeszcze, w ramach snucia historii o powiązaniach w ramach czeskiej literatury, dodam, że jej córka, Jana, była z kolei w związku z Egonem Bondym, czeskim poetą i pisarzem, którego możecie kojarzyć z próz Hrabala, bo występuje tam jako jeden z bohaterów. Ale zdaje mi się, że część jego wierszy została przełożona na polski – jakbyście chcieli się przekonać, jak wygląda „totalny realizm”, prąd stworzony przez Bondy'ego, polecam!

Znał czeski. No właśnie, z Kafką w ogóle jest tak, że każda literatura narodowa przyznaje się do niego z ochotą: i czeska, i niemiecka, nawet austriacka, żydowska także i tak dalej. Tymczasem Kafka był reprezentantem takiej specyficznej grupy, którą byli pisarze wywodzący się z niemieckojęzycznych rodzin żydowskich Pragi (tak, było ich więcej!). I z tą Pragą, i z tym środowiskiem niemieckojęzycznych mieszkańców Czechosłowacji był związany, więc tak narodowo go klasyfikować nie do końca jest sens. No i w tym kontekście właśnie często pada argument, że przecież pisał po niemiecku. Jasne, pisał, ale czeski też znał, o czym się często zapomina. Kafka pracował jako urzędnik (w firmie ubezpieczeniowej), a po roku 1918, kiedy Czechosłowacja zyskała niepodległość, wszystkich urzędników weryfikowano właśnie pod kątem ich znajomości czeskiego (tych, którzy znali tylko niemiecki, odsyłano na wcześniejsze emerytury, kursy językowe, albo w najgorszym wypadku zwalniano). Kafka pracę zachował, bo czeski znał, zachowały się nawet jego drobne pisma urzędowe i służbowe notatki sporządzane w tym języku. A po niemiecku pisał, bo jak sam twierdził, w tym języku najlepiej umiał wyrażać swoje myśli.

Uważał, że akapity są dla słabiaków. No właśnie, a propos tego wyrażania myśli, to nie tylko język niemiecki, ale i długie akapity miały według Kafki służyć dobrze jego prozie. Strasznie go denerwowało, kiedy wydawca sugerował, żeby jednak rozbić coś na mniejsze akapity, bo to wygodniejsze w czytaniu. Także widzicie: może wygodniejsze, ale za to wbrew intencjom autora. Poza tym Kafka ma specyficzny styl, jeśli chodzi o zasób słów, nie udziwnia, często stosuje powtórzenia. Często to tłumacze – na co wskazywał Milan Kundera w „Zdradzonych testamentach” -- ubogacają słownictwo Kafki, każąc bohaterom zamiast ciągle „iść”, to „biec”, to „kroczyć”, to „wędrować” i tak dalej.

Miał zdecydowanie oryginalnych znajomych. Do legendy przeszła historia o tym, jak Kafka postanowił odczytać znajomym „Przemianę” (to to opowiadanie, w którym główny bohater budzi się, żeby stwierdzić, że zamienił się przez noc w wielkiego robaka). Opowiadanie jest przerażające, smutne i dość obrzydliwe, ale przede wszystkim człowiekowi żal jest Gregora Samsy, tego głównego bohatera, który nie tyle się w tego robaka zmienił, ile nim był właściwie przez całe życie dla swoich bliskich, tyle że nagle dostał i taką paskudną powierzchowność. Znajomi Kafki ponoć nie dostrzegli tego tragizmu i uśmiali się setnie, gratulując pisarzowi takiej znakomitej humoreski. Poza tym, no właśnie, o Kafce wiemy dużo nie tyle od samego Kafki, co od tychże jego znajomych właśnie. Z tym też jest problem i z tym się wiąże masa konfabulacji: Max Brod, przyjaciel, wydawca i orędownik dzieła praskiego pisarza, pisał i mówił o nim w tonie bardzo hagiograficznym. Inni czasami zmyślali, pisząc o Kafce, jakby się bardzo przyjaźnili, podczas gdy były to znajomości dość luźne, a ci, którzy nie zmyślali, często padali ofiarą podejrzeń, że jednak zmyślają (taki los spotkał na przykład czeskiego reportera Michala Mareša, którego po wojnie oskarżono, że zmyślałz tą bliską przyjaźnią, bo Kafka pisał do niego per „Josef”, no i jak to, że tak się niby przyjaźnili, a nie znał jego imienia – krytycy nie wiedzieli jednak, że Mareš naprawdę miał na imię Josef, a „Michal” to był pseudonim). Także, jak widać, przyjaźnić się z Kafką to było zapewne osobliwe przeżycie, ale pewnie i fajne też. A tak swoją drogą, to kiedy przydarza się Wam coś dziwnego czy osobliwego, to możecie używać takiego ładnego terminu „kafkiada” (po czesku „kafkárna”) oznaczającego właśnie takie przeżycia (na marginesie: jest opowiadanie Hrabala pod tym tytułem, bardzo dobre zresztą, wyszło w takim zbiorze "Bar Świat"; Hrabal i Kafka – to jest też ciekawa opowieść, ale już na kiedy indziej).

No, to tyle ode mnie w ramach świętowania urodzin Franza Kafki. Raz jeszcze hip, hip, sto lat. A jakie są Wasze historie okołokafkowskie? Od czego zaczynaliście? Co się Wam podobało? Na co się czaicie?

_____________________

A jutro będzie, ha!, o mnie. Ale tak troszkę. Bardziej jednak o czytaniu, a w każdym razie o literaturze. Jakoś tam. Na pewno.

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Właściwie nie jestem pewna, czy ta historyjka jest prawdziwa, ale objawiła mi się kiedyś na tumblrze i całkowicie mnie rozczuliła <3
    http://bambaryla.tumblr.com/post/110540545197/letters-to-lolita-franz-kafka-the-story-goes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Bo hm, nie znam tej historii i nie jestem pewna, czy nie widziałam jej kiedyś z jakimś innym specyficznym pisarzem w roli głównej, ale jest bardzo chwytliwa -- wszczynam śledztwo! Jak coś ustalę, na pewno się podzielę :).

      Usuń