Przekleństwa niewinności albo o „Girl Friends” Milki Morinagi


Otóż po dyskusji pod wpisem o powieściach w formie dziennika nastolatek Elżbieta poleciła mi mangę „Melancholia Haruhi Suzumiya”. Nie przyznawałam się chyba, ale bardzo lubię mangi (no dobrze, czytam chyba właściwie wszystko od instrukcji obsługi szafki z IKE-i po nalepki w autobusach, więc to nie jest zapewne wielkie zdziwienie) i od jakiegoś czasu szukałam czegoś nowego do podczytania...


...rynek bardzo się u nas rozrósł jakoś tak w międzyczasie i komuś tak bardzo na bakier z nowościami jak mnie trudno się po nim poruszać. No, ale skoro dostałam polecenie, to ruszyłam na łowy i co prawda mangi nie znalazłam (nabyłam za to anime), ale buszując po sklepie internetowym (cały sklep z mangami, kurczę, za dni mej młodości – w sensie takiej wczesnej – to było marzenie, a teraz bach, jedno kliknięcie i manga sobie do nas wędruje przez Polskę) zauważyłam „Girl Friends”. Miało co prawda łatkę „romansu yuri”, ale mnie ani romans, ani yuri nie przeszkadza, a miało dziać się w szkole i być obyczajowe, no to pomyślałam, że w sumie czemu nie. Na razie jestem po lekturze pierwszego tomu (w ramach oszczędności postanowiłam nabywać jedną mangę miesięcznie) i pomyślałam, że napiszę, co myślę.

Jeśli nie jesteście z tych „mangowych”, to może jeszcze dwa słowa wyjaśnienia, co to takiego to „yuri”: chodzi o wątek związku homoseksualnego między kobietami. No, w przypadku „Girl Friends” to raczej dziewczynami, ale nie uprzedzajmy faktów, bo tom pierwszy to raczej sugestia czegoś, co się stać może (nawet niespecjalnie delikatna, autorka rzuca queerbaitingiem na lewo i prawo, jeśli mogę tak powiedzieć). O co chodzi w historii? Mamy główną bohaterkę, nieśmiałą nastolatkę na progu liceum: nadal na zakupy chodzi z mamą, włosy podcina u osiedlowego fryzjera, uczy się dobrze i jak ma wolne, to czas płynie jej bez szkoły dość powoli, do tego jest dość wstydliwa, więc nie ma znajomych, a przerwy spędza czytając książki. Pewnego dnia zostaje jednak zagadnięta przez bardzo śmiałą, roztrzepaną i sympatyczną koleżankę i tak wkracza do zgranej paczki klasowych przyjaciółek. Przyjaźń między dwoma głównymi bohaterkami podminowana jest jednak uczuciem nieco głębszym, które można by oczywiście streścić wyświechtanym „czy to jest miłość, czy to jest kochanie”, ale wydaje mi się, że ciekawiej będzie spojrzeć na to od innej strony.
 
 

Przede wszystkim, autorka mangi nie stroni od scen, za którymi nie przepadam, czyli „a teraz rysuję coś, co wygląda jakby jedna z bohaterek rozbierała drugą, tu sugestywne udo, tam usta”, po czym okazuje się, że tylko jednej coś się wydawało, a ta druga po prostu chciała się nad nią pochylić i coś jej powiedzieć. Tak serwowany erotyzm jest moim zdaniem niespecjalnie udany w warstwie fabularnej (o kresce zaraz). Czemu? Bo niebezpiecznie mu blisko do takiego „w sumie nie zapytałam cię, czy chcesz, ale co tam”, a granice takiego „chce czy nie chce” zbyt łatwo jest rozmyć – a w rezultacie osiągnąć szybkie przejście od sweet do creepy. Na szczęście w tomie pierwszym tylko jedna scena nosiła znamiona takiej autorskiej strategii (czy zamierzonej, czy przypadkowej – bo wynikającej z pewnych form rysowania i pisania takich wątków – to już kwestia dyskusyjna). Poza tym co prawda przyjaciółki wysyłają sobie roznegliżowane zdjęcia (czy właściwie jedna wysyła, druga odbiera) czy dyskutują o długości spódnic – ale można (tak, nawet jeśli chodzi o te zdjęcia) uznać to za taką nastoletnią niefrasobliwość, zacieśnianie więzów czy próby bycia szczerym z kimś, kto staje się powoli najbliższą osobą.

Bo w gruncie rzeczy to jest historia o wchodzeniu w grupę rówieśniczą. Bohaterce przychodzi do trochę niezdarnie, ciągle się boi, że nową znajomą do siebie czymś zrazi (a to pytając ją o coś, a to wyrażając własne zdanie), ale powoli te obawy zaczynają znikać. I chociaż druga bohaterka jest jawnie naszą heroiną zainteresowana, to prowadzona jest tak, żeby te irracjonalne obawy rozwiewać. Przede wszystkim zaś obala te, które polegają na tym, że nieśmiała dziewczyna ma obawy, że jeśli zrobi coś po swojemu, to nowa przyjaciółka ją porzuci. Tak po prawdzie to i bez wątków romansowych historia przedstawiona w „Girl Friends” może wciągnąć, nie na zasadzie „ale co będzie dalej?”, ile „mam popołudnie do spędzenia na czytaniu”, ale zawsze.

No właśnie, ale historia historią, a jak to jest narysowane? Całkiem przyzwoicie. Trochę przeszkadzają mi nie do końca wypełnione tła (czytam mangi dla oglądania krajobrazów, strojów i pokoi bohaterów, cóż poradzę), bo autorka ma tendencję do rysowania tylko niezbędnego minimum. Z drugiej strony ma inwencję, jeśli chodzi o stroje bohaterek, więc przyjemnie się je ogląda. Nie strzela co rusz anatomicznych baboli, chociaż przyznaję, że w rozdziale o tyciu mogła się jednak bardziej postarać (jedna z bohaterek teoretycznie jest bardzo szczupła, a jedna „przy kości” – przy czym, jak się domyślacie, w ogóle tego nie widać). Całość jest dość stereotypowo shoujo, czyli taka jak w przypadku większości mang dla dziewcząt, ale dokładnie takiej kreski szukałam, więc nie będę Was czarowała, że jestem jakaś szalenie oburzona. W dodatku nie wiem, czy tak się utarło, czy to po prostu wybór wydawnictwa – ale czcionka jest dokładnie ta, którą sobie upodobałam i z którą mam miłe wspomnienia, te półokrągłe łuczki liter zdecydowanie sprzyjają klimatowi.

Podsumowując, nie jest „Girl Friends” dziełem wybitnym, ani nawet wiekopomnym w swoim gatunku, ale czyta się i ogląda przyjemnie. Zapewne zaopatrzę się w dalsze tomy, bo całość liczy sobie zaledwie pięć, a wtedy z pewnością zdam Wam relację, czy w całokształcie wypada in plus, czy raczej wręcz odwrotnie. A gdybyście znali jakieś przyjemne i ładnie rysowane shoujo, to już wiecie, komu polecić!

__________________________

A jutro – Lemat-o!

Weź dokładkę!

14 komentarze

  1. Człowiek bez internetu jest złem, bo wtedy korzysta z internetów w pracy nie do pracy. Rzekłam, bo komentuję dopiero teraz. A odnosząc się do tego co wyżej...
    Z opisu widzę, że nie znam i że nie jest to manga dla mnie i raczej się nie skuszę (na ww. sceny reaguję alergicznie i psuje mi to rozrywkę). Ale takie szkolne perypetie, gdzie dramat nie czai się na każdym kroku, a po prostu mamy sceny z życia wchodzenia w dorosłość dosyć lubię. Często gęsto shoujo szkolne oznacza perypetie niemal wyłącznie sercowe, więc naprawdę niewiele z takich tytułów zapada mi w pamięć. Są wyjątki, jak np. "Paradise Kiss" (od tego chyba zaczęła się moja przygoda z mangą) czy "Glass Mask" (wydawane od lat '70 z piękną "starą" kreską, niestety niedostępne w Polsce). Szybciej znajdę shounena osadzonego w realiach szkoły, który mi podpasuje, chociaż i one nie są bez wad, a wieele z nich jest po prostu koszmarnych.
    Podobnie jak Ty zwracam uwagę na tła. Bardzo rzadko pustki w tle mi pasują, a czasami mam wręcz wrażenie, że autorowi się już nie chce. Anatomia równie ważna, ale jeśli kreska jest wg mnie oryginalna i po prostu mnie zauroczy, jak np. długokończynowe postaci w mangach Clamp, to przymykam oko. Lubię też, gdy projekty odzieży są dopracowane, a bohaterowie mają więcej niż jeden zestaw ubrań :)
    Tak czytam opis "Girl Friends" i się zastanawiam czy będzie to manga rzeczywiście dobra, czy po prostu była tania. Oby to pierwsze; chętnie przeczytałabym co sądzisz o całości - może w przyszłości w komentarzu tutaj? Swoją drogą brak komentarzy pod tą notką wydaje się być znamienny. Trochę szkoda, bo jest kilka naprawdę niezłych tytułów, które chętnie przedyskutowałabym z innymi, którzy mogą coś więcej napisać niż "Słabe" lub "Super". Czasami na tanuki.pl trafię na dawne ciekawe dyskusje, ale że są dawne, to raczej nie mogę liczyć na odzew, a z nowymi tytułami nie jestem na bieżąco ;) niemniej to tam zaglądałam raz za razem, gdy szukałam czegoś nowego do obejrzenia lub przeczytania, bo niektóre recenzje są naprawdę dopracowane i ciekawie napisane. Baza jest ogromna i nie udało mi się na szybko odnaleźć tytułu mangi, którą czytałam i pasuje do opisanych w ostatnim zdaniu preferencji. Całość dzieje się w liceum dla trudnej młodzieży, opowiadana jest najczęściej z perspektywy nowej uczennicy i choć bohaterowie mają swoje mniejsze lub większe dramaty, nie ma poczucia przeładowania. Dostajemy za to całkiem sympatyczną opowieść o dorastaniu i szukaniu własnego miejsca w świecie. Tytuł prawdopodobnie w końcu znajdę, ale jest to praca na dłuższe posiedzenie w czeluściach internetu, więc czekam aż ten powróci do mojego domu.
    PS: sprostowanie do polecanej Haruhi - nie jest to manga, a tzw. light novel, czyli po prostu powieść, ale dosyć krótka. Całość zamyka się w 11 tomach. Czasami dany tom to po prostu zbiór opowiadań, ale wszystko i pełne powieści i opowiadania ładnie łączą się w całość, wyznaczają ciągłość historii i np. wydarzenia opisane w danym opowiadaniu są później przywoływane w powieściach, są osadzone w konkretnym czasie itd. Nieporozumienie może wynikać z mojego ciągu myślowego - coś w liceum, lubi mangi, więc pewnie zna konwencję i klisze, a książek się nie boi, więc dawaj! polecaj Haruhi ;) Polskiego wydania nie ma, ale na amazonie można nabyć wydania angielskojęzyczne z bardzo ładnymi okładkami (imo lepszymi niż oryginalnym japońskim wydaniu); jeden tom to ok. 12$, więc doliczając koszty przesyłki nie jest to tani interes :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Się wytłumaczę z tego zdania - "Tak czytam opis "Girl Friends" i się zastanawiam czy będzie to manga rzeczywiście dobra, czy po prostu była tania." - żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał. Zastanawiam się czy manga jest dobra i dlatego została przetłumaczona i wydana po polsku czy po prostu wydawca mógł tanio nabyć prawa do niej i dlatego wydał to, a nie bardziej znane i uznane mangi.

      Usuń
    2. "Paradise Kiss" wydało, jak teraz sprawdziłam, Waneko, i zapewne stąd wynika moja nieznajomość tytułu. To znaczy nie mam absolutnie nic do Waneko, jakoś po prostu pierwsze wydawane przez nich tytuły (to było chyba "Cześć, Michael!" i "Locke Superczłowiek") mnie nie porwały i straciłam z oczu to, co wydają. Ale muszę w takim razie zajrzeć do "PK", bo opis brzmi zachęcająco, a i kreska wygląda bardzo dobrze.

      Co do kreski -- jasne, i ja przymykam oko na niedobory anatomiczne postaci, jeśli polubię fabułę (jestem fanką "Sailor Moon", a Takeuchi rysuje, zwłaszcza w pierwszych tomach, postaci o tak dziwacznej anatomii, że trudno przejść obok tego obojętnie ;) -- a Clamp to jeszcze inna sprawa, lubię zarówno ich barokowe rozbuchanie, te oczy!, jak i taką spokojniejszą kreskę, jak w "Chobits").

      To, czemu "Girl Friends" pojawiły się w polskim przekładzie, też mnie zastanawia. Autorka specjalizuje się, jak wskazują oględziny, w tego typu historiach: nic wielkiego, żadne przełomowe rozwiązania fabularne, zasadniczo jest dość sympatycznie (wyłączając opisane sceny) i jakoś to zmierza do finału. Na pewno napiszę wpis o całości za czas jakiś, bo aż tak mnie nie gna, żeby kupować całość za jednym zamachem :). Wypatrzyłam jeszcze kilka tytułów, które wyglądają ciekawie i spełniają moje początkowe założenia, także pewnie w miarę zaopatrywania się będę o nich pisała (a na Haruhi będę polowała na Amazonie, może się trafi w jakiejś promocji przy okazji).

      Jeśli wpadniesz na ten tytuł -- z chęcią się dowiem, co to. Mam ogromne zaległości w czytaniu mang, w czym się zorientowałam szukając czegoś do czytania (i zerkając na półki). Także będę na pewno raportować o tym, co czytam -- może akurat trafię na taki tytuł, który obie znamy i będzie można o nim szerzej podyskutować? A przy okazji, jakie tytuły cenisz, jeśli mogę spytać :)?

      Usuń
    3. Tak na szybko (praca, praca, praca) to na pewno "Fullmetal Alchemist" (wydało J.P. Fantastica). Shounen, który nie boi się całkiem dorosłych tematów. Opowieść o dwóch braciach, którzy z powodu nieudanego eksperymentu alchemicznego tracą: Ed - rękę i nogę, Al - całe ciało, ale to zastępuje mu ogromna zbroja, do której przywiązana jest jego dusza. Teraz celem ich podróży po całym kraju są poszukiwania kamienia filozoficznego, w którym upatrują możliwość przywrócenia ciał. Kraj to ciekawy, gdzie alchemików jest wielu, ale lubi ich werbować wojsko do celów militarnych, które z resztą rządzi państwem, ale też protetyka jest dobrze rozwinięta (i tak Ed zyskuje metalowe kończyny). Tematy takie jak stan zagrożenia, całkiem niedawna czystka etniczna, której skutki odczuwają obie społeczności, czy zagadnienie o etyce w eksperymentach, to jest właściwie to, co zwiększa moją sympatię do tej mangi. Sam wątek alchemii też by się bronił, bo jest różnorodna, a i oponenci naszych braci mają ciekawe umiejętności, ale niewątpliwie wszystko razem stanowi spójną całość, co ułatwia wyobrażenie sobie realiów świata, w jakim manga jest osadzona. Co jeszcze mi się podoba, to to, że to nie jest do końca taka opowieść od zera do bohatera, gdzie na swej drodze główne postaci spotykają coraz to groźniejszych wrogów, których trzeba pokonać, a po walce zebrać kolejny stopień mocy. Umiejętności walki chłopców (tak chłopców, bo starszy Ed to ma ze 12 lat chyba) nie zmieniają się jakoś drastycznie; owszem, uczą się, wyciągają lekcje z potyczek, ale nie są niepokonani, czy silniejsi z każdą kolejną walką. Bohaterowie główni jak i poboczni są ciekawi, mają swoje cechy charakterystyczne, a zachowania w większości adekwatne do wieku czy przeżytych doświadczeń; nie raz nie dwa pierwsze wrażenia okazują się złudne (np. z niechęci wobec kogoś przeszłam to pobłażliwości i sympatii). Ale co też ja tam o bohaterach, skoro sam rozwój fabuły i intryga są pyszne. Wątki ładnie się zazębiają i wraz z kolejnymi tomami dostajemy szerszy ogląd na sprawy. Mam wrażenie, że nie ma tam niepotrzebnych wątków, wydarzeń, typowych zapychaczy i nawet pierwsze, sprawiające takie właśnie wrażenie historii, gdzieś dalej w fabule znajdą swoje rozwinięcie przynajmniej w wypowiedziach rożnych postaci. Jest to utwór, który opowiada jedną historię od początku do końca, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem.
      Na koniec kreska. Bardzo charakterystyczna, sprawia wrażenie topornej, sylwetki jakieś takie szerokie, ale jest konsekwentna i szybko można się do niej przyzwyczaić. Garderoba bohaterów na pierwszy rzut oka straszliwie monotonna, ale to zmyłka, bo oprócz mundurów (a te wiele postaci nosi na co dzień z racji wykonywanej pracy) mają na sobie ubrania cywilne, gdy wymaga tego sytuacja, a osoby niepowiązane z wojskiem również dysponują więcej niż jednym zestawem ubrań. Tła również zaobserwowano :)
      Są też inne mangi, ale "Fullmetal Alchemist" był takim miłym zaskoczeniem, a przy okazji ciekawą rozrywką, która zahacza o poważniejsze tematy, że lubię ją polecać innym; przy czym dla tych, którzy wolą anime, z czystym sercem mogę skierować na "Fullmetal Alchemist: Brotherhood" jako tę właściwą serię, bo raz że trzyma się mocno pierwowzoru, a dwa jest po prostu lepsza od poprzedniczki.

      Usuń
    4. Znam fabułę ze słyszenia, kiedyś nawet czytałam kilka artykułów na temat tego tytułu, ale nigdy nie miałam w rękach mangi ani nie oglądałam animacji. Jak mi się uda, na pewno się zapoznam, bo to już kolejna rekomendacja "Full...", którą otrzymałam :). Dzięki!

      Usuń
  2. Przyjemne i ładnie rysowane shoujo? Moich ukochanych tytułów od Ai Yazawy (autorki wyżej wymienionego "Paradise Kiss" oraz również wydanego przez Waneko "Kagen no Tsuki") nie rozpatruję jako mang shoujo, lecz raczej josei. Natomiast najlepsze co zdarzyło mi się czytać w tym gatunku, to kolejna manga z wydawnictwa Waneko - "Orange". Naprawdę coś cudownego! Zarówno pod względem kreski i fabuły oraz relacji między bohaterami. Koniecznie powinnaś przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już zapisane, przy zamawianiu następnej porcji mang będę o tym tytule pamiętać (a jak przeczytam, na pewno się podzielę wrażeniami na blogu :))! Dziękuję!

      Usuń
    2. Swoją drogą "Kagen no Tsuki" też bardzo polecam :) To krótka seria, ma tylko trzy tomy, ale również naprawdę warto przeczytać.

      Usuń
    3. Zapamiętam, dziękuję! :) Muszę powiedzieć, że jak krótka, to nawet lepiej. Odkryłam, że z czasem wolę jednak zamknięte, krótsze -- a przez to spójniejsze -- historie.

      Usuń
    4. O! Orange! Pamięć spłatała mi figle, bo chociaż na hasło manga Orange szybko się pojawiło, to nie wiem czemu zapamiętałam tę nazwę z rysunkami z Futago (josei) i nie polecałam. A Orange przypominam sobie, że czytałam i wciąga, ale kontakt mój z tym tytułem był krótkotrwały i urwał się wraz z oczekiwaniem na kolejny tom. Chyba trzeba wrócić i sprawdzić jak to się skończyło :)

      Wracając do "Paradise Kiss"... dla mnie jest to bardziej shoujo. Zresztą jeśli przyjrzeć się definicjom, to wcale nie jest to takie dziwne, bo demografie obu typów częściowo się pokrywają. Wydaje mi się, że "PK" częściej kategoryzuje się jako josei, bo nie jest do bólu infantylne, ale bardziej realistyczne i czyta się dobrze mając lat 15 i 25 (oczywiście że są i takie shoujo, które czyta się miło i po 30 ;)). Zresztą i "PK" i późniejszą "Nanę" tej samej autorki można znaleźć na listach i wśród shoujo i wśród josei, chociaż obecność tej drugiej w pierwszej kategorii jednak mnie zdziwił.

      Usuń
    5. Aaa! Było jeszcze coś takiego jak "Mars" - motory, ukochany ze skrzywionym życiem i tragiczną tajemnicą rodzinną w tle, zawrotna prędkość, wyścigi i rywalizacja, czy przypadkiem ukochany ducha nie wyzionie na torze lub złamie karierę porywczością, a do tego talent malarski naszej małej bohaterki i jej problemy rodzinne w połączeniu z jej zahukaniem, nieśmiałością i delikatnością oczywiście - ach czytało się... :)

      Usuń
    6. Toż nowy świat przede mną odkrywacie, istnienie josei mi zupełnie umknęło (mam naprawdę straszne zaległości, ale zwiozłam sobie z domu mego rodzinnego "Evangeliony", żeby sobie przypomnieć i przeczytać wreszcie ostatni tom, który leży od miesięcy). A josei właśnie chyba jest gatunkiem, który z chęcią poznam (to znaczy wiecie, moja miłość do shoujo, nawet tego takiego dość średniego, jest wielka ;)). O "Marsie" słyszałam. A co jeszcze, powiedzcie, z josei u nas wyszło i znać warto?

      Usuń
    7. Oj, josei raczej nie ma w Polsce dobrej passy, nawet po pobieżnym rzucie oka na wydane mangi trzech wydawców wnioski mam mało optymistyczne, a już takich uznanych tytułów ze świecą szukać. Nie mam serca polecać Ci też czegoś, co wiem, że jest w Polsce, ale jakoś mnie nie porwało. Wydane "Kimi wa peto" ma np. bardzo dobre recenzje, ale jakoś nie skusiłam się na lekturę kolejnego tomu; może to i błąd i powinnam dać bohaterom szansę, bo podobno są oni siłą tej mangi.

      Nie wiem dlaczego "Solanin" (i uznane i polecam) zostało np. na tanuki.pl wrzucone do kategorii seinen. Zresztą to nie pierwsza manga, z której kategoryzowaniem się nie zgadzam, bo i kobiety i mężczyźni znajdą w nich coś dla siebie. Czasami mam wrażenie, że do seinen trafiają te tytuły, gdzie wątek romantyczny jest nieobecny, albo słabiej zarysowany, jakby kobiety poza romansami nic innego nie czytały. Ale ja mam w ogóle problem z kategoryzowaniem wytworów kultury jako "dla kobiet" i "dla mężczyzn" - krzywdzące dla obu stron. Więc może seinen to dobry trop, aby poznać historie rozgrywające się poza liceum czy gimnazjum. Bądź nie szukać tytułów po demografii, cech historii - romans, magia, realizm, współczesność...i wiele innych, a i sam zbiór dostępnych w Polsce mang się rozrasta :)

      Usuń
    8. OK, zapisałam sobie oba tytuły, stoją w kolejce do zaopatrzenia się :).

      A tak z innej beczki: zgadzam się, problem z "dla mężczyzn" i "dla kobiet" jest chyba w tym przypadku nawet bardziej skomplikowany, bo go niejako "dziedziczymy" z innej kultury, i przyjmujemy, no bo w sumie przecież skoro tak jest w Japonii, to czemu się sprzeciwiać. A to o tyle niebezpieczne, że raz, że pojawia się w sposób dość bezrefleksyjny, dwa, że upraszcza strasznie odbiór i japońskiej kultury, i samego danego tytułu, a trzy, że to w ogóle jest podział bardzo umowny i nie traktowałabym go zbyt poważnie -- ewentualnie jako wskazówkę na poziomie bardzo, bardzo uogólnionym.

      Usuń