7 najlepszych baśni z „Bajek robotów” S. Lema albo ranking niezwykle subiektywny (a przy okazji Lemat-o #10)


Nadszedł dziesiąty i miałam co prawda przygotowany zestaw zupełnie innych baśni, ale uznałam, że takiego splotu okoliczności przegapić nie można: w końcu „Bajki robotów” są dziesiąte na mojej lematowej liście, a do tego zwykle baśnie publikuję dziesiątego, i jest ich dziesięć... Ale dosyć tej iście astrologicznej koincydencji, bo bajek będzie ostatecznie siedem. Jeśli nie znacie jeszcze tej strony twórczości Lema – uwierzcie, warto. Zgarnijcie przy najbliższej okazji w bibliotece.


Czym są „Bajki robotów”? Tak naprawdę są przetworzeniem dobrze znanych schematów baśniowych, ale autor wyrywa je z tego typowego baśniowego tła: zamków, rycerzy i księżniczek w quasi średniowieczu i przenosi w Kosmos. I to nie bylejaki Kosmos, ale ten skolonizowany przez roboty, które kiedyś, dawno, wymówiły posłuszeństwo ludziom i znalazły swój kawałek Wszechświata z dala od nich. „Bajki...” są tomikiem o tyle spójnym, że ślady głębszych warstw robociej mitologii można tam wyczytać między wierszami – więc nie mamy do czynienia jedynie z grą literacką, ale i z ideą takiej relacji człowieka z maszyną, gdzie człowiek przedstawiony jest w niezbyt pochlebnym świetle (ale umówmy się, nasza rasa nie ma u Lema bardzo często za dobrego pijaru, patrz „Dzienniki gwiazdowe” na przykład). Mamy zatem wszystko, co dobra baśń literacka (a więc: nie ludowa) mieć powinna – świetną grę z wyjściowym konceptem, doskonały, wybaczcie mój klatchiański, world-building, a do tego morał, który nie jest wciskany nam na siłę, ba, może miejscami być odczytany na kilka sposobów. Zresztą w tej wielorakości interpretacji leży moim zdaniem siła pisarstwa Lema (przynajmniej tak daleko jak w nim zaszłam). A do tego dostajemy popis Lemowskiej lingwistyki – co w ogóle jest wartością samą w sobie, więc wiecie.

A teraz – do baśni!




To właśnie jedna z tych baśni, które pokazują genezę robociego (bo nie robotniczego przecież, prawda?) Kosmosu – maszyny, które buntują się przeciwko człowiekowi i tworzą swoje królestwa na odległych, nieprawdopodobnych planetach: strasznie zimnych, rozpalonych do czerwoności, bez tlenu, bez biologicznego życia. Jednakże do jednej z takich planet zbliża się statek kosmiczny – rozbija się, a na pokładzie nie ma żywego ducha, jedynie czerwona plama i odłamki kości. Roboci mędrcy każą się tego pozbyć w każdym, najdrobniejszym elemencie. Ale życie biologiczne jest silniejsze – ostaje się bowiem drobniutka, cichutka biała pleśń.

Co w niej jest takiego? Lem odwraca tutaj ten klasyczny schemat nie tylko baśni (to nie nie-ludzie są potworami, ale wręcz odwrotnie – i to przez samą swoją naturę biologiczną), ale i opowieści sf: to, że siła biologii jest taka przemożna, wywołuje w nas ciarki, bo przecież tak naprawdę kibicujemy tym nie-ludzkim robotom i ich zmagania z nieznanym, ale przerażającym (szczątkami, których nie umieją nawet do końca odczytać) są nam bliskie przez to odwrócenie właśnie. Och, ciarki!
Jest sobie bardzo zimna planeta, a na planecie, jak to na planecie, skarbów a skarbów. Tyle że zdobycie ich jest bardzo trudne, ale tytułowi elektrycerze, wedle najlepszych raubritterskich tradycji – znanych jak widać w całym Wszechświecie, niezależnie, czy jest elektryczny, czy biologiczny – postanawiają je zdobyć. Okazuje się jednak, że żeby tego dokonać, trzeba poskromić rozgrzewanie się obwodów wskutek myślenia. Kluczem do bogactwa jest zatem – niemyślenie. „Byleby nie myśleć” – powtarza sobie trzeci, teoretycznie zwycięski, elektrycerz. Tyle że, no cóż, myśleć czasem trzeba. I to szybko.

Co w niej jest takiego? Byle tylko nie myśleć, a będzie dobra nasza” – po tej linijce minimonologu trzeciego elektrycerza zostałam nieodwołalnie kupiona przez tę historię. A czy muszę wspominać, że jak elektrycerz chce się pobudzić do myślenia w wersji light to dodaje dwa do dwóch, a hard – mnoży pięć przez trzy? Cudowna historia o tym, że jednak bezmyślność wcale nie jest taka wspaniała (tyle że na drugi rzut oka).




Dziwi mnie od czasu do czasu, że po „Człowieku z Marsa” Lem wycofał się właściwie z pomysłu miniaturyzacji jako jednej z cech charakterystycznych technologii przyszłości, no to dostałam cudowną bajkę o doradcach króla Hydropsa. Król ów pragnie, by zaprogramowano mu potomka (no a czego się spodziewaliście, to w końcu roboty!) i zleca to zadanie swoim doradcom. Ci są jednak wewnętrznie skłóceni, więc starają się wpisać w program królewicza zapisy dla siebie jak najkorzystniejsze – co jest dość przewrotne, bo interesy mają przeróżne. Ostatecznie staje na tym, że ma być on wyposażony w cechę umiłowania małych organizmów. Doradcy więc na gwałtu rety starają się pomniejszać i tak aż ad absurdum.

Co w niej jest takiego? Muszę powiedzieć, że jako krótkowidz nie przyjmowałam nigdy z bardzo otwartymi oczami tej tendencji do upychania różnych funkcji w coraz mniejszych urządzeniach, więc z błyskiem w mym krótkowzrocznym oku śledziłam boje doradców z miniaturyzacją i dość nieoczekiwany wynik tych bojów. Taka prywata, a co.





Jest sobie robot Automateusz, który chce ruszyć w świat, ale postanawia zaopatrzyć się najpierw w ostatni krzyk mody – małego elektroprzyjaciela, którego trzyma się w uchu, a ten mówi nam prosto do głowy dobre rady i miłe rzeczy. Kiedy jednak statek, na którym płynie Automateusz (nie zdrabniać na Automka, bo to wszak od Automasza!) rozbija się, a on sam osiada na bezludnej wysepce wulkanicznej, a rady elektroprzyjaciela wyczerpują powoli zasoby znane z literatury robinsono-cruzoistycznej, malutki przyjaciel głównego bohatera doradza mu jedyną logiczną rzecz: popełnienie samobójstwa.

Co w niej jest takiego? Pokazuje, że tak średnio można ufać urządzeniom elektrycznym (nawet jak się jest robotem) i każdy, kogo GPS wyprowadził kiedyś w pole, odnajdzie się w tej bajce znakomicie. Poza tym rozmowy i zmieniające się stosunki między Automateuszem i jego elektroprzyjacielem są tragikomiczne według najlepszych standardów, nie tylko baśniowych.





Pewien król ma manię zbierania dziwnych rzeczy. I bardzo chciałby żywego bladawca, znanego też jako Homos Antropos. Ale to podstępna bestia, więc kiedy ucieka z pałacu królewskiego wraz z kluczkiem do nakręcania rozumu księżniczki, najlepsi rycerze królestwa zostają wezwani na pomoc. Ale bladawca nie łatwo jest pokonać! A co za tym idzie przywrócić księżniczce zdrowy rozsądek i funkcje życiowe.

Co w niej jest takiego? To jest tak cudowna opowieść (trochę przewrotna wariacja na temat „Żabiego króla” Grimmów, tak swoją drogą) z taką ilością gier językowych i nazw, które już z człowiekiem zostaną. Bo rycerze nazywają się na przykład Matrycy Perforat z psem Prądasem (który nic, tylko by innych całkował) albo Diody, Triody i Heptody. Kot mój został więc tymczasem Prądasem, a baśń jest i do pośmiania się, i do zamyślenia. A końcowa sekwencja, czyli „zaraz widać, żeśmy prawdę opowiedzieli, nie bajkę, albowiem w bajkach cnota zawsze zwycięża” to jest już granie z konwencją w najlepszym stylu.




Jest sobie król i jest sobie maszyna. Maszyna jest mądra, król – nie bardzo. Za to lubuje się w toczeniu wojen – nawet, jak nie ma z kim. Ostatecznie więc sprawia sobie elektrosmoka na księżycu, ale okazuje się, że walczyć z nim da się średnio, włazi więc król pod pantofel maszynie, zwraca się do niej per „Wasza Ferromagnetyczność”, a maszyna wymyśla coraz to nowe – a jakże doskonale nam znane z nauki – specyfiki, jakby się smoka pozbyć. Czy stworzyć ogólną teorię walki ze smokami, której ten będzie prostym szczególnym przypadkiem (znamy już te łatwe szczególne wyjątki od ogólnej teorii, nieprawdaż), a to tworzyć coraz większe smoki, żeby się zjadały... Na szczęście król ma, dosłownie, więcej szczęścia niż rozumu.

Co w niej jest takiego? Świetna satyra na naukę, a jednocześnie rozegranie starego motywu „król i jego doradca” w sposób, a jakże, przewrotny. No i elektrosmok na księżycu, słucham ja Was.





Patrzycie czasem w niebo i zastanawiacie się, gdzie się podziały wszystkie pćmy i murkwie? Jeśli tak, to tutaj znajdziecie odpowiedź: dwóch konstruktorów, Trurl i Klapaucjusz (bohaterowie „Cyberiady”, która czai się już na półce, a ja zacieram na nią ręce) ciągle współzawodniczą. Nic dziwnego, że kiedy Trurl podsyła Klapaucjuszowi swoją nową maszynę, co to robi wszystko na literę „n”, Klapaucjusz stara się znaleźć takie wyrazy na „n”, które sprawią maszynie trudność. Tyle że jak zwykle w swej przebiegłości się pogubił. Także już wiecie, do kogo mieć pretensje, kiedy w spokojną gwiaździstą noc nie widać żadnej murkwi.

Co w niej jest takiego? Czy muszę pisać coś jeszcze? Pogrywa sobie tu Lem ze schematem dwóch współzawodniczących bohaterów, z których każdy uważa się za tego sprytniejszego, a do tego doprawia całość cudownie absurdalnym humorem. Nic, tylko brać i czytać!

A na koniec jeszcze ciekawostka:

A wiecie, że Lem właściwie nie używa słowa „robot”? Roboty pojawiają się nazwane w ten sposób po raz pierwszy (jeśli niczego nie przegapiłam) dopiero w „Powrocie z gwiazd” (gdzie dostajemy scenę bardzo w duchu „Bajek robotów”, kiedy Bregg wchodzi przypadkiem na złomowisko myślących maszyn – w „Powrocie...” to jest scena mocno wieloznaczna, ale jakby na marginesie, zyskuje za to dużo, kiedy się pozna „Bajki...”). Wcześniej mamy zwykle automaty, które jasne, są robotami, ale się tak jednak nie nazywają. Czy chodzi o to, że ich praca polega na czym innym (słowo „robot” ukuli Čapkowie właśnie od „robotat” – „pracować”)? Tego nie wiem jeszcze, ale śledzę ten wątek z dużym zainteresowaniem.

A może macie swoje ulubione bajki i baśnie z tego zbioru?

______________________________

Jutro chwila wytchnienia od Lema, będzie trochę odwrotnie niż zwykle.

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Niestety, póki co Lema kojarzę tylko z "Opowieści o pilocie Pirxie", która była lekturą w gimnazjum (?). Tak się składa, że w tamtym czasie niezbyt przypadła mi ta książka do gustu, lecz mam w planach ponowne zapoznanie się z prozą tego autora. Myślę, że teraz pójdzie mi lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już gdzieś pisałam, że i mnie Pirx zniechęcił (aczkolwiek już w podstawówce) i że całe szczęście, że podjęłam jednak postanowienie, by znajomość z Lemem odnowić w ten sposób. W tym wpisie jest geneza całego Lemat-a, tak właściwie :). Także zachęcam po raz kolejny -- da się do Lema podejść i z popirxowskim urazem ;).

      Usuń