Co to będzie, co to będzie albo dlaczego nie czytam horrorów


Hm, trochę czytam, ale o tym będzie dalej. W każdym razie: skrzypienie podłóg, drzwi, stękanie sufitów i ciemna przestrzeń za pralką latami przyprawiały mnie o drżenie serca. Nie, żeby nagle przestały, ale jakoś zdążyłam się z nimi oswoić. Tyle tylko, że to wcale a wcale nie znaczy, że przestałam się bać. Ba, niewiele wystarczy, żeby mnie nastraszyć, dlatego unikam jak mogę różnych strasznych rzeczy. Innymi słowy: staram się nie czytać horrorów.


Niektórzy lubią się bać i lubią się dawać straszyć. Ja, powiedziałabym, umiarkowanie. To znaczy są takie rodzaje strachu, które mi odpowiadają. Zapewne już się o tym zorientowaliście, bo kiedy piszę o baśniach zasadniczo dość często na wśród moich ulubionych pojawiają się te naprawdę po baśniowemu makabryczne. Zastanawiałam się nawet, skąd się to bierze. Może to ta prosta i znana od czasów Bettelheima zasada, że umiem wziąć baśń w nawias i wiem, że to tylko pewna paralela? Ale chyba jednak nie – przecież mam świadomość, że te urocze mieszczki, opowiadające Grimmom o ucinanych piętach i odrąbywanych głowach słyszały je od swoich wiejskich piastunek, a te z rzeczywistością równie makabryczną mogły zetknąć się na co dzień. Jest jednak w baśni coś takiego, co sprawia, że traktuję bohaterów jednak inaczej niż tych z powieści.

[1]
Strach, którego szukamy w horrorach powieściowych może mieć, tak sobie dumam, co najmniej dwie potrzeby. To znaczy właśnie: może mieć więcej, ale mnie głównie nachodzą teraz te dwie. Pierwsza to, jak ładnie się to mówi, taka katartyczna – obserwujemy tych bohaterów, którym dzieją się straszne rzeczy i albo upewniamy się, że one się nam zdarzyć nie mogą i za pośrednictwem bohaterów staramy się przeżyć coś okropnego, dla nas niedostępnego, albo zupełnie odwrotnie: chcemy się upewnić, że coś takiego może się nam przytrafić, ale się nam nie przytrafia, a to już jest powód do radości. Druga to potrzeba przeżycia czegoś naprawdę mocnego, trzymającego w napięciu (więc spełniałyby horrory rolę podobną do kryminałów – często odpowiadając też na potrzebę rozwiązania zagadki: jeśli jest ona rozwiązywalna, bo przecież często źródło może być nadnaturalne), takiego „do przeczytania w dwie noce”. Przy czym na czytanie horrorów może mieć też wpływ aura wokół nich: wyszły przecież z szafy – podobnej, z której wyszła też fantastyka – złych wydań w brzydkich okładkach, teraz osiągają wielkie nakłady w bardzo przyjemnych dla oka wydaniach.

Nie jest tak, że nie odczuwam pewnej pokusy, żeby się przekonać, jak to jest z tymi horrorami wysoko ocenianymi przez ludzi. Spędziłam jedno lato, podczas którego przyjaciółka donosiła mi ciągle nowe opowiadania Kinga (na powieść się nie skusiłam, zwłaszcza śledząc jej przerażenie przy lekturze „Tego”), więc nie jestem zupełną ignorantką. Ale problem leży w tym, że nie mogę się potem pewnych obrazów pozbyć z pamięci i z wyobraźni. To znaczy wiecie, tak zwana żywa wyobraźnia to jest fantastyczna rzecz (a przy czytaniu książek zwłaszcza), ale czasami jednak, kurczę, przeszkadzająca.

[2]
Mój problem z horrorami polega jeszcze na jednej rzeczy – na rodzaju strachu, którym operują. Jeśli w grę wchodzi strach przez szokowanie i wywoływanie obrzydzenia – książka jest już dla mnie stracona. Problem bowiem polega na tym, że zamiast się bać, robi mi się niedobrze (i nie chodzi o żadne tam metafizyczne obrzydzenie, ale to najbardziej dosłowne, a to nic przyjemnego – chociaż co kto lubi, prawda). Mdłości zatem odrzucam z listy przyjemności i staram się, odkąd mniej lub bardziej świadomie wybieram z kultury rzeczy dla mnie interesujące pod różnymi względami, unikać tworów je powodujących.

Drugi rodzaj strachu, który mi nie odpowiada, to ten wywoływany przez przekroczenia – jak byśmy ładnie powiedzieli, przez transgresje – norm kulturowych. To znaczy wszelkiego rodzaju kanibalizmy, kazirodztwa czy inne tego rodzaju wątki, jeśli zastosowane są w formie naturalistycznej, z pokazaniem wszystkiego, co się da i z dołożoną bardzo prostą grą konwencją – zdecydowanie mnie od książki odpychają. Przy czym, widzicie już sami, że to nawet nie kwestia horroru jako gatunku, ale w ogóle operowania pewnymi motywami wewnątrz literatury jako takiej. W końcu czyste gatunki to jest rzecz nawet nie tyle przeszłości, co w ogóle szalenie umowna. Elementy horroru można napotkać teraz chyba w większości dzieł. I w sumie nie powiem, że bardzo ich unikam, jeśli spełniają te wyżej nakreślone założenia.

No to po jakie strachy sięgam, jeśli już chcę się pobać? Po te
[3]
klasyczne, baśniowe, wykorzystujące te tropy znane mi z Grimmów. Ale i takie, które nie przetwarzają baśni w ten sposób, że jednak księżniczka zostanie poćwiartowana na moich czytelniczych oczach i nic nie da się z tym zrobić (a i z zombie, tak na marginesie, mam problem, bo jednak budzą moje obrzydzenie, nawet te sympatyczne, swoim źródłem pokarmu, nic nie poradzę, to jedno z tych moich tabu). Co jeszcze? Przyznam, że te klasyczne, Poeowskie z ducha strachy polegające na duchach i upiorach siedzących we wnętrzach starych domostw jakoś dają radę w moim przypadku – będę się potem starała nie zostawać sama o zmierzchu, ale generalnie nawiedzone domy, wyłączając wyżej wymienione przypadki (włączając w to wielkie nie dla straszliwie ostatnio eksploatowanego motywu egzorcyzmów), to motywy, po które sięgam (o czym zresztą kiedyś wspominałam). I tak się sprawa ma, o.

Przy okazji zaś pozwolę sobie przypomnieć, że niedługo się z własnej woli za horror zabieram, bo dwudziestego sierpnia będziemy w „Piknikach z klasyką” brać się z Tarniną za bary z trzema opowiadaniami M. R. Jamesa. Jeśli macie ochotę – dołączajcie śmiało, szczegóły w zakończeniu tej notki.

A czy Wy boicie się horrorów z przyjemnością czy bez? 
 
[1] Wczoraj były porzucone wanny, a dzisiaj porzucone domy. Źródło.
[2] Źródło.
[3] Źródło.

___________________________

A jutro wrócimy z gwiazd, czyli: Lemat-o!

Weź dokładkę!

28 komentarze

  1. Ogólnie - lubię. Ale, podobnie jak Ty, nie lubię, kiedy ktoś rzuca we mnie flakami. Nwet nie chodzi o obrzydzenie, nie rusza mnie to jakoś specjalnie - ale po prostu jest śmiertelnie (he he) nudne. Tochę pójście na łatwiznę. Podobnie nudzi mnie pornografia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, to chyba właśnie naturalizm, który -- w momencie, kiedy pokazuje się wszystko od zewnątrz i od wewnątrz sprawia, że nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić: czym innym było to u Zoli, a czym innym teraz. To znaczy nie chcę narzekać, że teraz to się już poprzekraczało wszystkie granice i w ogóle, chodzi mi raczej o to, że właśnie to rzucanie flakami powoduje, że można się spodziewać co najwyżej większej ilości rzutów ;). Plus, no, mnie to jednak rusza -- nie ciekawi, to fakt, ale obojętnie przejść koło tego (fuj, fuj!) nie mogę ;).

      Usuń
  2. Lubię horrory, łącznie z tymi mocno makabrycznymi, kiedy to trzeba uważać na krew skapującą spomiędzy stronic. Choć nie powiem, że im bardziej bestialski horror, tym lepszy - jeśli w powieści brakuje logiki czy zwykłego planu poprowadzenia historii, to odkładam książkę na półkę. Lubię horrory mocne, drażniące moją podświadomość, ale żeby nie były to tylko fruwające dookoła flaki, ale też intrygująca, wciągająca opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, muszę powiedzieć, że jak krew wycieka spomiędzy stronic, to na nic mi dobra historia ;). Jestem jednak daleka od szukania tego typu przeżyć. To znaczy zastanawiam się, na ile do opowiedzenia danej historii sztafaż tego typu jest potrzebny -- bo jednak historie są mniej więcej o tym samym, ale opowiadane za pomocą różnych środków :).

      Usuń
  3. Z horrorami jest... różnie. Najsampierw trzeba rozgraniczyć gatunki. Nie jest horror monolitem. Wprawdzie Mozartowi wszystko, co z rockiem by miało wspólnego, zlałoby się w gitarową plamę, jednak trudno poważnie nam patrzeć, gdy w jednym worku wylądują Led Zeppelin, Canibal Corpse i Nirvana. Instynktownie już (gdyż jest to teren codzienności) powiemy: to jest klasyka rocka, to jest jakiś nie-do-słuchania-metal, a to jest grunge. Podobnie z horrorami.

    Daleki jestem od tego, by teraz tworzyć tu jakieś definicje, czy też wyszukiwać gotowe, lecz trzeba coś niecoś sobie rozgraniczyć. Gdy leją się flaki i posoka kapie spomiędzy stron, to może nie być horror, lecz gore, lub zgoła splatterpunk. Gore może, ale nie musi być horrorem, a splatterpunk... chyba nawet nie udaje. Horror, zgodnie ze swoją nazwą (a właściwie łacińskim źródłosłowem), ma ewokować atmosferę grozy. Ważne: nie zwykłego strachu, lecz tego nadnaturalnego. Szczerze? „Zamek” Kafki spełnia bardziej kryteria bycia horrorem, niż serial „The Walking Dead”. Sam sztafaż (zombie, wampir, szalony naukowiec) nie uczyni utworu horrorem. Tak jak statek kosmiczny nie uczyni go science-fiction, a smok – fantasy (kłania się tzw. „brzytwa Lema”).

    Weźmy taką powieść B. Lumleya „Dom pełen drzwi”. Pewnego dnia w szkockiej dolinie pojawia się zamek. Bez okien i drzwi. Gdzieś w początku powieści zamek „zagarnia” kilka osób, które przybyły go zbadać. Od tej pory muszą się one mierzyć z kolejnymi lokalizacjami, które upostaciowiają ich największe lęki (np. były mąż-oprawca, sklonowany kilkadziesiąt razy, lub, dla innej osoby, cierpiącej na klaustrofobię, labirynt wąskich tuneli, przypominających sieć kanalizacyjną). Nie ma krwi, wnętrzności, duchów, wampirów, wilkołaków. Ale przed zaśnięciem, pomyśl, co zamek zgotowałby Tobie.

    Świetnie rozgrywał sprawy King: zamiast demona ze skrzydłami i rogami – krwiożerczy samochód, zamiast nawiedzonego zamczyska – pusty hotel, zamiast zbója sadysty – psychofanka. To wzbudza niepokój, a nie brokatowo iskrzące nastolatki.

    Nie zajmując więcej czasu i miejsca – osobiście horrory lubię. Ale te, które są napisane jako prawdziwe horrory, a nie gore, romanse paranormalne, czy ezo-fantasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, jasne -- pisałam zresztą o tym, że o czystości gatunkowej trudno to mówić (tak swoją drogą sprawdziłam i na przeróżnych stronach część książek, które znam i lubię zaklasyfikowano jako horrory -- trochę jak z tym "Zamkiem").

      Chodzi mi raczej, żeby dopasować to do tego, co piszesz, o rodzaje grozy: i muszę powiedzieć, że największy problem zaraz po grozie "uważaj, leci jelito" mam właśnie z taką, która wydaje mi się ośliźle nieprzyjemna. To znaczy niby nie ma dosłowności, a bardziej są cięcia po psychice bohatera, ale muszę powiedzieć, że to zwykle powoduje u mnie nie tyle pewien dreszcz grozy, ile po prostu robi mi się źle na świecie ;) (ten przykład z Lumleyem idealnie to ilustruje). I teraz tak: nie oznacza to oczywiście, że sięgam tylko po prozy przyjemne, sympatyczne i zawsze kończące się happy endem. Ale nie mam też wielkiej potrzeby sięgać po prozy, które to przeżycie nieprzyjemne rozciągają i na nim budują całość -- i teraz znowu: jakby to doprecyzować? To przeżycie nieprzyjemne wypływa zaś z takiej a nie innej optyki przyjętej przy konstruowaniu świata, fabuły i bohaterów.

      Także chyba nie jestem docelowym czytelnikiem, co zrobić ;).

      Usuń
  4. Horrów nie lubię. Chyba, że są o wampirach, te jako jedyne wywołują u mnie przyjemny strach. Ale ja nie za bardzo mogłam usnąć po lekturze opowiadań Sheridana Le Fanu, jestem mocno niereprezentatywna (i takie seriale jak Supernatural oglądam tylko z kimś w domu).
    Inna sprawa, że Lovecrafta mogę czytać, bo jest dla mnie jak poezja. Podoba mi się brzmienie frazy, ale treść jakoś nie dociera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, po obejrzeniu pierwszej części "Supernatural" nie mogłam spokojnie patrzeć na sufity, więc uznałam, że to jednak serial nie dla mnie, bo wszystko za bardzo wydawało mi się po nim podejrzane ;). O, z Lovecraftem mam podobnie -- tyle że jeszcze ta groza mistyczna aż tak na mnie nie działa (nie, żebym czytała Lovecrafta pasjami, ale coś tam jednak czytałam).

      Usuń
  5. Niestety trudno jest znaleźć coś, co można nazwać dobrym horrorem - takim, który przestraszy i zastanowi, wpłynie na psychikę i nie pozwoli zasnąć przez jakiś czas. Większość raczej bazuje na flakach lub tanich efektach (BU zza krzaków). To tyczy się zarówno horrorów książkowych jak i filmowych. Dlatego osobiście wolę sięgać po klasykę - Poe, Blackwood, Lovecraft. Choć czasem wydają się anachroniczni, ich utwory mają jakąś głębię i dają coś poza zwykłym strachem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bu zza krzaków, jak jest dobrze zrobione, to niech jeszcze będzie (nawiedzone domy, wiadomo), byleby bez rzucania mięsem ;). A Blackwooda ostatnio oglądałam na Gutenbergu, bo wydało mi się to szalenie fascynujące, że z takim imieniem i nazwiskiem pisał horrory -- jak wymarzone personalia do takiej pracy :). No i jeszcze ile z nich ma nalepkę, że bazuje na "przeżyciach autora"!

      Usuń
    2. No, z takim imieniem i nazwiskiem to by mógł być bohaterem takich historii. A nawiasem mówiąc, napisał parę bardzo dobrych rzeczy!

      Usuń
    3. Myślałam o "Wierzbach", o "The Empty House and Other Ghost Stories" i o "A Prisoner in Fairyland". Mogłabyś mi może coś doradzić w tym względzie? Albo polecić jakieś inne jego rzeczy godne uwagi, a nie przekraczające mojego poziomu odporności ;)?

      Usuń
    4. A. Blackwood jest jednym z przedstawicieli pewnego pokolenia - u nas mało znanego. Inni to A. Machen (http://marginopis.blogspot.com/2013/04/cien-z-llanddewi-fach.html), R. Chambers (twórca postaci Króla w Żółci), czy A. Bierce. To właściwie nie tyle horror, to jego korzenie: opowieści grozy. Trochę jak sturm und drang dla romantyzmu. Ale polecam - nastrój, to oni potrafili budować. Na ich tle geniusz H. P. Lovecrafta okazuje się nieco bladawy. Ale to Lovecraft wbił się historię literatury. BTW: u H. P. Lovecrafta też więcej będziesz mieć nastroju i opisu, niż przemocy. Nie chciałbym teraz przeszarżować, ale wydaje mi się, że w jego opowiadaniach i mikropowieściach (razem: dobrze ponad tysiąc stron), krwi jest może niecała łyżka...

      Usuń
    5. Tak swoją drogą, jak szukałyśmy z Tarniną horroru na sierpień, to przeglądałam informacje właśnie o tych autorach (Machen napisał też "Pana", prawda?) i co ciekawe, każdy miał notkę, że Lovecraft się nim właśnie inspirował ;). Co jest fascynujące z tego względu, o którym piszesz -- a tu on pamiętany, a oni jednak chyba nie do końca. Chociaż z drugiej strony nie jestem znawczynią.

      Usuń
    6. "Wielki bóg Pan" - jeśli to opowiadanie masz na myśli. To jego najbardziej znany utwór.
      I już u siebie pisałem: bez Machena nie byłoby takiego Lovecrafta, jakiego znamy.

      Usuń
    7. To właśnie. A notka, tak na marginesie, świetna :).

      Usuń
    8. Jest taka fajna seria wydawnictwa C&T "Biblioteka Grozy", gdzie ukazują się takie rzeczy - wyszły m.in. tomy Blackwooda, Machena, Edith Wharton, Elizabeth Gaskell, Brama Stokera... Dobre miejsce na start poszukiwań. W ogóle to planuję o tym notkę, ale jesienią, bo gdzie przy tym słońcu i upałach.

      Usuń
    9. Tak, tak, jak już pisałam niżej, zaraz sobie wynotowałam z tej serii kilka tytułów. A notki jestem oczywiście ciekawa jak najbardziej (a upały -- straszne, zastanawiałam się dzisiaj, czy nie trzeba by Kotu jakoś ulżyć, ale mnie tylko ofuczał, więc tylko dostał kilka dodatkowych kubków z wodą i chyba jest szczęśliwy).

      Usuń
  6. Prawie nie bywam ostatnio na blogach (swoim też, spokojnie), ale tytuł Twojego wpisu przyciągnął mnie tu jak zaczarowaną. Otóż ja horrory czytam i (co paradoksalne! albo po prostu nielogiczne) stawiam je obok reportaży w hierarchii: ulubiony gatunek do czytania. Czemu tak jest? Czemu lubimy się bać? Już sama trochę na to odpowiedziałaś:) Może dodam coś z innej strony. Dla mnie horror łączy w sobie najlepsze z możliwych cech występujące w literaturze (choć nie tylko tam) - powiązanie świata racjonalnego (czyli np. racjonalnego, logicznego i bardzo ludzkiego, namacalnego strachu) z irracjonalnym (coś, co nie istnieje, w horrorze ożywa, odsłaniając nam ułamek czegoś, co może gdzieś tam się gnieździ; pokazuje nam inną stronę świata). Poza tym pewne formy strachu muszą istnieć - dla równowagi (dla zdrowego odczucia bezpieczeństwa). Taki horror zaspokaja tę drugą stronę, rozładowuje napięcie (to też paradoksalne, ale ja tak mam). I wiadomo - tak jak i książki z innych gatunków, tak horrory bywają lepsze i gorsze. Ja zawsze obstaję za klasyką - tam nie silili się na tanie efekty i mieli bardzo bujną wyobraźnię. Polecam Ci całą serię horrorową C&T. Nie znajdziesz tam żadnych wstrętnych, obrzydliwych i przesadnych treści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, trochę z podobnych powodów co Ty po horrory, ja sięgam po fantastykę (ale wiem, wiem: rozgraniczenia gatunkowe są tutaj dość nieostre miejscami), ale co chciałam powiedzieć: rozumiem, o co Ci chodzi :). I to ujęcie, że pewne formy strachu muszą istnieć, żeby odczuć bezpieczeństwo -- chyba właśnie o to mi chodzi z tymi moimi makabrycznymi baśniami. W sensie: wiadomo, w nocy na cmentarzu nie spotkam ducha, ale poczytać o tym pod kołdrą po zmierzchu powoduje taki przyjemny dreszcz, a wiadomo, że bohater spełniwszy określone kryteria się z tego wykaraska (albo nie, jeśli ma swoje za uszami) :).

      Dziękuję za polecenie! Już sobie z tej serii wynotowałam od Ciebie Nesbit :). No i Gaskell koniecznie, bo bardzo jestem ciekawa. I jest tam sporo M. R. Jamesa, jak widzę! Zobaczymy, jak mi będzie szło i czy nie zacznę czasem wszędzie paranoicznie zapalać światła o zmierzchu ;).

      Usuń
    2. Za serię, o której pisze Luka Rhei, ktoś powinien dostać nagrodę. Dla polskiego czytelnika to trochę jak odkrycie Doliny Królów ;-)

      Usuń
  7. To ja mam problem odwrotny: horrory w ogóle mnie nie przerażają. Gdy po jakiś sięgam (a sięgam rzadko - za rzadko), to odbieram go raczej intelektualnie, tzn. analizuję chwyty, próbuję zgadnąć, co będzie dalej, w jaki sposób autor wytłumaczy źródło grozy itp. Przemawia do mnie też czytanie horrorów na sposób, powiedzmy, socjologiczny, jako takiego komentarza do współczesności ("powiedz mi, czego się boisz, a powiem ci, kim jesteś"). Najwięcej doświadczenia mam z powieściami na styku horroru i fantasy, które pisze się chyba strasznie trudno, bo przecież horror opiera się na ingerencji sił nadnaturalnych, niezrozumiałych, irracjonalnych, na które w klasycznej fantasy miejsca nie ma.

    A, i co do baśni, to myślę, że są mniej przerażające, bo nie podlegają sprawdzianowi realności. Baśń ma swój własny świat, który akceptujemy na czas lektury bez zastrzeżeń, i nie porównujemy do naszego świata realnego. Natomiast świat horroru podszywa się pod świat realny i - jak zauważyłaś - czytając zastanawiamy się, czy te straszne rzeczy nam się nie przytrafią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, myślałam, że to jest też i mój sposób na czytanie horrorów, ale jednak nie: nawet ja widzę chwyty i aspekty -- bo przecież widzę, nie straszę się do nieprzytomności -- to mi to wcale nie pomaga w radzeniu sobie ze strachem. Chyba jestem chodzącym zaprzeczeniem tezy, że boimy się tego, czego nie rozumiemy -- przynajmniej jeśli chodzi o literaturę ;). Zastanawiam się jeszcze nad tymi powieściami fantasy/horror -- kogo byś tutaj wymieniła? Bo w sumie w tej nowszej fantasy się po to sięga często-gęsto, też chyba przez doprawianie postmodernizmem jako takim.

      Usuń
    2. Z tych, którzy dobrze sobie radzą z tą konwencją? Wymieniłabym na pewno Gaimana, poza tym Johna Connolly'ego (cudna "Księga rzeczy utraconych" - nie dość, że fantasy i horror, to jeszcze postmodernistyczna zabawa baśniami), Jarosława Grzędowicza (zbiory opowiadań, koniecznie pierwszy tom "Pana Lodowego Ogrodu"), George'a R. R. Martina (niezły "Ostatni rejs >>Fevre Dream<<"), Jeffreya Forda (czytałam tylko opowiadania - większość bardzo dobra), może Waltera Moersa, choć w jego wypadku horror podskubuje ironia, w dodatku tam jest cały kolaż gatunków.

      Usuń
    3. Właśnie z tym mam problem, że w sumie chyba żadnego z tych autorów bym nie wciągnęła pod "horror" (dziwiłam się niedawno, że "Księga..." to horror), ale jakby na to spojrzeć z tej perspektywy, o której piszesz, to właściwie nawet bym się zgodziła :).

      Czytałam Connolly'ego właśnie "Księgę..." i właśnie ten baśniowy nawias uprzyjemniał mi lekturę (no dobrze, okładka też była piękna ;)). Chociaż muszę powiedzieć, że sama forma "dzieje się to, nie dzieje" też bardzo dobrze temu zrobiła. O, a "Ostatni rejs..." kilka razy brałam i odnosiłam do biblioteki, bo nie mogłam jakoś się wciągnąć (za to w tym czasie przeczytałam całkiem zacny "Rockowy armageddon" GRRM ;)).

      Usuń
    4. No, bo to właśnie jest problem: czy może być horrorem coś, w czym postaci czy zdarzenia, które powinny budzić grozę swoją nienaturalnością, są całkowicie naturalne?

      Fakt, w "Ostatni rejs..." nie tak łatwo się wkręcić. Akcja płynie w tej powieści mniej więcej w takim tempie, co jej bohaterowie po Missisipi. Ale cudna jest właśnie ta sceneria, te parowce, ten klimat południa Ameryki z końca XIX wieku. No, i Martin stosuje już tu swoje ulubione gry z oczekiwaniami czytelnika, więc nawet wybaczam mu, że przed napisaniem tej powieści naczytał się za dużo Anne Rice. "Rockowy armageddon" ciągle przede mną. Niby wiem, że dobry, ale... słodki Eru, kto wymyślił ten tytuł.

      Usuń
    5. Tytuł jest okropny, ale sama powieść jest naprawdę niezła. Trzeba zamknąć oczy, otworzyć okładkę i dalej już pójdzie ;). Może nie arcydzieło, ale czyta się przyjemnie.

      Usuń
    6. "(...) czy może być horrorem coś, w czym postaci czy zdarzenia, które powinny budzić grozę swoją nienaturalnością, są całkowicie naturalne?"

      To jest takie ciekawe pogranicze. Pogranicze wkurzające definicyjnych purystów, a ciekawe dla czytelnika. Jednym z wyróżników horroru jest "groza nadnaturalna". Jeśli wywołuje się poczucie nadnaturalności i tym ewokuje nastrój grozy, to już może być (w moim skromnym mniemaniu) nazwane horrorem. Nawet, jeśli okaże się, że ten kruk nie jest wysłannikiem piekieł, lecz jeno tresowanym ptaszyskiem umiejącym powiedzieć tylko jedno słowo: "Nevermore".

      Usuń