Co to jest "zła książka" albo o trudach definiowania


Tak jak zapowiadałam od jakiegoś czasu, postanowiłam w końcu zmierzyć się z ważkim problemem: kiedy książkę można zakwalifikować jako "złą"? Bo, wbrew pozorom, nie jest to wcale ani proste, ani oczywiste. Ba, dla osobnika takiego jak niżej podpisana, który obraca wszystko na, no cóż, wszystkie strony zdefiniowanie "złej książki", a potem określenie jakiegoś konkretnego tytułu jako "zły" przedstawia często trudność. To zastanówmy się wspólnie, co to za wydra (bądź ananas) ta "zła książka"?

Wydaje mi się, że już na samym początku problem można spróbować rozwiązywać z co najmniej czterech węzłowych punktów: od strony odbiorcy (czytelnika), nadawcy (autora), nadawanego (książki) i samej strony (powiedzmy, na przykład, kanonu albo historii literatury w ogóle). Nie owijając w bawełnę ruszmy tedy się w tych kierunkach, żeby zbadać, jak to wygląda.

Czytelnik, czyli co ja czytam i jak ja czytam?
 
To jest pierwsza sprawa, żeby rozprawić się z przy okazji z tym, że spotyka się czasem sądy w rodzaju "Tolkien to nudziarz", "Dostojewski nie umiał pisać", "usnąłem na Orzeszkowej", "wszyscy bohaterowie Conrada są głupi", co razem daje wynik "to są złe książki!" i negatywną ocenę, choćby i największych, tuzów światowej literatury. Bo jednak na kwestię tego, jak oceniamy książkę i czy uznajemy ją za "złą" czy "dobrą" (przy czym oba te określenia stosuję tutaj jako takie ramowe typy idealne, a nie istniejące w naturze i hasające po łąkach) składa się właśnie wszystko to, co warunkuje nasz jej odbiór. A to mogą być rzeczy bardzo różne: czasami na przykład "narzędzia", jakimi dysponujemy, są niewystarczające, bo jesteśmy za młodzi (i tu się biję w piersi, bo takie podejście właśnie zaowocowało na lata moją niechęcią do Lema) albo nie wiemy nic o jakiejś konwencji, a naturalnie ona do nas nie trafia (co nie znaczy, że jak się dowiemy, to nas oczaruje -- ale pozwoli nam patrzeć inaczej na przykład na poezję dadaistyczną niż "co za barachło"). 

Druga sprawa to oczekiwania, jakie mamy co do książki. Stąd jeden powie, że coś jest znakomite (chciał poczytać czytadełko na wakacje), a inny, że sam się dziwi, że książka go nie zabiła (bo pragnął dramatu obyczajowego). Tu zresztą sprawa się komplikuje, bo dochodzimy do oceniania książek jakąś jedną skalą -- a ona często-gęsto nie obejmuje wcale tego, że coś może być mocno przeciętne, ale w swoim gatunku doskonałe. Innymi czynnikami, które mogą (ale nie muszą) mieć tu znaczenie jest nasze oczekiwanie w sprawie tego, czy książka wywiera na nas pewien wpływ (chcemy na jej bazie pomyśleć o problemie) albo czy pokazuje problem z nowej perspektywy. Co niekoniecznie oznacza, że nowej w ogóle w historii literatury, ale nowej dla nas. Stąd nasze oburzenie, kiedy widzimy, jak ktoś zachwyca się czymś, co my uznajemy za gniot totalny. Ale może wtedy warto się zastanowić, czy nie dlatego, że dla tej osoby to pewne novum albo czy książka w łatwy -- co nie znaczy dobry -- sposób nie pokazuje jakiegoś problemu, który na takiej pierwszo-rzucająco-się-w-oczy płaszczyźnie trafia do tego zachwyconego czytelnika.


Notkę ilustrują ni psy, ni wydry, czyli słonie morskie. Słonie morskie zaspokajają też moją potrzebę ozdabiania wpisów zdjęciami zwierząt oraz prezentują szeroką gamę emocji, jakie wyzwala czytanie "złej literatury". To znaczy to akurat jest mirunga. Źródło.

 
Autor, czyli panie, przyimki jedzą mi z ręki
 
Niejednokrotnie napomykałam, że jest jedna cecha książki, która pozwala mi od czasu do czasu zakrzyknąć, że co to za zbrodnia na literaturze: a jest nią warsztat pisarski autora. Co wcale nie równa się, jak się powszechnie sądzi, grafomanii. Z grafomanią sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i może kiedyś postaram się napisać, czemu, a na razie muszę pozostać przy stwierdzeniu, że to temat wykraczający poza ramy tego wpisu. Otóż można pisać warsztatowo źle w wersji hard (błędy ortograficzne, których nie zauważył korektor, zdania na dwanaście linijek nie mające wiele wspólnego z Proustem, zapominanie, że gdzieś tam był jakiś bohater i tego typu sprawy) albo soft (mylą nam się kolory oczu i włosów, bohater miał dwuletnie dziecko, które nam wypadło z fabuły, bohaterka czwartą stronę snuje głębokie rozważania, które ani nie są głęboki, ani nie pełnią żadnej roli w fabule -- i tak dalej). Wersja hard jest czasami łatwiejsza do zauważenia (przy czym, uwaga, można pisać z problemami po polsku, ale pisać dobrze kompozycyjnie i stylistycznie) niż ta soft, ale to ta druga bywa niebezpieczniejsza, bo dopiero po zastanowieniu dostrzega się, że coś tu nie halo. Ale to jest jedna sprawa. 

Druga to pozycja autora. Jakby tak zerknąć do historii literatury, to można zauważyć, że czasami odpowiednio ugruntowana -- przez sprzedaż, popularność, poparcie krytyków -- pozycja pisarza chroni go przed zepchnięciem w niebyt podpisany "zła literatura", choć ten nasz autor spokojnie mógłby się tam znaleźć. Trzecia sprawa to samo podejście autora. Nie wiem, czy też to zauważyliście, ale jeśli mamy autora, który mówi wprost "słuchajcie, piszę lekkie powieścidełka do czytania przed spaniem" i są to takie sobie książki, to czytelnik nawet jak złapie się podczas lektury za głowę raz czy dwa, zasadniczo powie "a, takie tam sympatyczne czytadełko" i kto wie, może sięgnie po kolejną. Podczas gdy autor piszący mocno przeciętne fabuły -- ale takie, które się sprzedają, choć są warsztatowo przeciętne albo z innych powodów tego typu -- a mówiący "hej, właśnie zbawiam Norwegię/kobiety/bezdomne zwierzęta/szczególną teorię względności, tym że o nich piszę, i to jeszcze jak!" może rozbudzić mordercze instynkty przynajmniej u części czytelników.


Źródło.

Książka, czyli stracone po wielokroć zachody wszystkiego

No właśnie, to się częściowo wiąże oczywiście z warsztatem autora, ale niekoniecznie. Bo czasami do szuflady z napisem "zła literatura" wpycha się książki na określone tematy. Często za "złą literaturę" mamy na przykład "chicklit", czyli lekkie powieści "dla kobiet" (z czym też mam problem, bo "literatura kobieca" to byt podejrzany) albo tego typu historie. Co, jak zapewne sami zauważyliście, średnio urządza kogokolwiek i nie bardzo pomaga w rozumieniu świata. W "złej literaturze" (jak widzicie nie za bardzo szafuję tym terminem) liczą się też określone typy bohaterów: wszechwładne Mary Sue czy postaci, które wymyślono dawno temu, poobracano na wszystkie strony, złamano im schematy tysiąc razy, ale autor jakoś nie zauważył (o tym, w przypadku postaci kobiecych, pisałam nawet bardziej szczegółowo). Tyle że czasami autor specjalnie podsuwa nam takie tropy -- wtedy w grę wchodzą ponownie te narzędzia, o których pisałam wyżej. Książkom "złym" zarzuca się za każdym razem wtórność, sztampowość i banalność. Niewątpliwie tak jest -- nie będę polemizowała -- ale: warto zwrócić uwagę, w jaki sposób autor idzie po wydeptanych śladach. Celowo (patrz: podejście autora) czy po prostu w zadufaniu uważając, że właśnie odkrył Amerykę. Muszę powiedzieć, że jeśli coś mnie do tego typu książek zniechęca, to właśnie to obwieszczanie i odkrywanie. Szczerze bowiem mówiąc mam wrażenie, że takie faktyczne "odkrywania" zachodzą raczej po cichu i bez rozgłosu, tak że bywa, że trudno jest nam je znaleźć.


Fot. Mike Baird.


Historia literatury, czyli kurczę, to jest zły pisarz tego okresu?

Mam taki zwyczaj ostatnio, że wszystkiemu, co mnie jakoś denerwuje albo niepokoi staram się przyglądać z długiej perspektywy. I mam wrażenie, że w przypadku "złych książek" to też działa. Na tym poziomie najprostszym: to znaczy wiecie, historia nas zweryfikuje i zobaczymy, o których książkach pamięć przetrwa, a o których nie. Ale i na tym poziomie często mniej zauważalnym -- bo czasami giną nam w pomroce dziejów książki bardzo warte przeczytania, no a jednak przegrały w walce z historią literatury i gustami czytelników epoki tej i kolejnych -- to znaczy książka może być tak zła, że niesie się echem przez kolejne wieki i jest czytana, no bo jakże na własne oczy nie zobaczyć, czym się gorszono lat temu osiemdziesiąt albo sto z okładem. Zresztą po historii literatury dobrze widać, że sympatie i uznanie rozkładają się losowo: bo akurat jakieś wydarzenie przyćmiło wydanie książki (pisałam kiedyś o takich pechowych pisarzach) albo autor idealnie trafiał w gust sobie współczesnych, chociaż pisał tak sobie. I co wtedy? Ano, nic, zostają środki powyższe. Ale i one wcale nie gwarantują, że wykujemy sobie jakąś definicję.


I jeszcze rzut oka na morsy, ponieważ mają wąsy i są zadziwiające. Źródło.


Co pozostaje? Przykładanie tego wszystkiego do danej książki, którą czytamy? Trochę tak. Także bardziej chyba pomaga to znaleźć klucz do zrozumienia, czemu niektóre książki cieszą się renomą, choć nam wydają się złe albo odwrotnie. Jak sądzicie?

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Ojej, Pyzo, szczerze mówiąc oczekiwałam od Ciebie wreszcie jakiejś definicji złej książki, a tu nic tylko garść kolejnych pytań i problemów. Ogólnie wydaje mi się, że skłaniałabym się ku twierdzeniu, że zła książka to taka, która nic wartościowego nie daje czytelnikowi. No ale tu znów napotykamy problem, co można uznać za wartościowe. Problem kolejny: to zależy od czytelnika. Bo można odnieść wiele korzyści z przeczytania obiektywnie złej książki (np. jeśli jest się blogerem książkowym to można sobie udoskonalić warsztat recenzencki ;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ mnie się wydaje, że odpowiedź tam jest :). To znaczy, że "zła książka" to jest byt bardzo efemeryczny i czasami to może być klasyk literatury (pozdrawiamy, Stefanie ;)), nie wspominając o tym, że czasami naprawdę trudno się dogadać z innym czytelnikiem co do jakości danej prozy. No bo właśnie, tak jak piszesz: wartości są strasznie uznaniowe, jeśli chodzi o odbiór lektury -- jeden się spłacze nad straszliwie schematycznym powieścidłem, inny zaduma nad Mannem, a jeszcze inny pochłonie serię powieści YA -- i każdy może się poczuć na swój sposób ubogacony. Stąd problem z taką jedną, wielką i pasującą z każdej strony definicją.

      Usuń
    2. Często zapominamy o tym, że przyjemność też jest wartością :)

      Usuń
    3. No właśnie. Tyle że bym tu jeszcze rozróżniła tak ze dwa rodzaje takiej przyjemności -- taką faktyczną radochę z czytania czegoś nie najwyższych lotów, ale jakoś do nas trafiającego i złośliwą radość z czytania czegoś tak okropnego, że sam wybór odpowiednich cytatów zapewnia długą i barwną opowieść przy kolacji ;).

      Usuń
  2. Bardzo ciekawe spostrzeżenia. :) I trafne, np. te o podejściu autora.
    "czy książka wywiera na nas pewien wpływ (chcemy na jej bazie pomyśleć o problemie) albo czy pokazuje problem z nowej perspektywy" - Odniosę się do tej części, bo jestem niedoświadczoną czytelniczką, nie literaturoznawczynią, więc brak mi wspomnianych narzędzi. Wiesz, oprócz tego, co wymieniłaś, zdarzało mi się mówić/pisać, że jakaś książka jest zła, kiedy mnie nie (za)inspirowała (nie tylko do myślenia o problemie, jak to ujęłaś, ale i rysowania, gdybania, rozmarzania się itd.).
    A z historią literatury przegrywają (przegrywały) często kobiety. Żeby daleko nie szukać, taka Drużbacka nie jest omawiana w szkole, choć moim zdaniem nadawałaby się do zilustrowania niektórych motywów.

    PS Czytałam też wielokrotnie o tym, że Mary Sue tak naprawdę nie istnieje (ew. że istnieje, ale nie powinno się używać tego określenia), poguglaj sobie, może coś więcej (więcej niż ja) z tego wyciągniesz. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, bo moim zdaniem te "narzędzia" to nie jest warsztat literaturoznawczy, a przynajmniej niekoniecznie -- to jest też nasz stan ogólnego "oczytania" (co jest swoją drogą kolejnym problemem -- bo kiedy człowiek jest "oczytany"?), orientacja w temacie, a nawet coś tak subiektywnego jak wyczucie literackie, o guście nie wspominając. I chyba do tego wcale nie potrzebujemy dyplomu magistra filologii :).

      Tak, to zresztą temat, o którym chciałabym napisać, czyli pisarki, których strasznie mało mamy w kanonie w ogóle (ostatnio liczyłam takie reprezentowane przez więcej niż jedną książkę i prosto z głowy wcale tak znowu wielu wymienić się nie da). Czy mogłabyś podpowiedzieć, co Drużbackiej warto przeczytać? Bo przyznaję bez bicia -- nie miałam jeszcze do czynienia osobiście (wyszło to w ogóle w jakimś jednym tomie gdziekolwiek?).

      Mary Sue -- to jest świetny temat, tak w ogóle :). Bo mnie się zdaje, że to jest klasyczny typ idealny (czy, mówiąc inaczej: wytrych taki) -- to znaczy nieźle zbiera w sobie różne cechy, które rzadko która (jeśli w ogóle jakaś) postać ma wszystkie na raz. Ale dobrze ilustruje pewną typowość danej bohaterki/bohatera.

      Usuń
  3. Nie lubię określenia "zła książka", bo rości sobie prawo do obiektywizmu, a obiektywizm to rzecz podejrzana wszędzie tam, gdzie oceną rządzą emocje i upodobania odbiorcy (czyli właściwie wszędzie). Poza tym to jedno z tych irytujących ogólnikowych określeń, które nic nie znaczą bez kontekstu. Zła książka, czyli jaka? Nudna? Trywialna? Niemoralna? W efekcie, jak zauważyłaś, łatwo przerobić to określenie na etykietkę, która ma umniejszyć wartość literatury w jakiś sposób niewygodnej (kobiecej, fantasy, pornograficznej).

    Tym niemniej zdarza mi się oceniać w ten sposób, ku własnej zgubie zapewne, książki słabe warsztatowo. Chodzi nie tylko o bohaterów zmieniających kolor oczu w trakcie sceny, ale i o nieumiejętność budowania napięcia, rozwlekłość, ubogi język, niewiarygodne postaci (choć to też kwestie w dużej mierze uznaniowe). Za błędy ortograficzne winię wydawnictwo - pisarz może mieć dysleksję, korektor nie powinien.

    Z ciekawości: jaką książkę uznajesz za jednoznacznie "złą"? Bo wydaje mi się, że wbrew pozorom takich powieści wcale nie jest dużo. Albo może jakaś cudowna intuicja sprawia, że zwykle udaje mi się ich uniknąć. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się zgadzamy :).

      Zastanawiam się właśnie, jaką książkę potępiłabym w czambuł i nazwała "złą", nie wdając się w rozważania i zupełnie samolubnie każdemu, kto ją czyta, oznajmiając, że to coś przeokropnego (no dobrze, tak bym nie zrobiła, ale chodziło mi o pewną obrazowość ;)) i wyszukałam w moich notatkach koszmarną powieść: "Otchłań zła" się toto nazywa, napisał ją Maxime Chattam i jest to teoretycznie kryminał, a w rzeczywistości sama nie wiem, jak bym to zaklasyfikowała. Ma wszystkie wady, o których piszesz: napięcia nie ma (albo budowane jest środkami tak oczywistymi w tak nieumiejętny sposób, że czytelnik zgrzyta zębami i łapie się za głowę -- bohaterowie nie mogą na przykład w XXI wieku odgadnąć, co to za fragment zbrodniarz im podsuwa, a jest to -- tak, tak -- "Boska Komedia" oczywiście, a google w tym świecie niby naszym, a jednak szalenie alternatywnym, chyba nie istnieje), rozwlekłe jest strasznie ("będę was teraz straszył i szokował" -- chyba coś w tym rodzaju autor twierdzi co strona w myślach, podczas gdy to, co szokuje, to bezmyślność bohaterów głównie), o postaciach nie wspominając (grr). Naprawdę, gdyby nie fakt, że miałam wtedy nieco ograniczony dobór lektur, nie przebrnęłabym. A to ma ponoć kolejne tomy!

      A Ty jak przeszukujesz pamięć, znajdujesz jakąś taką "złą powieść"? Bo zgadzam się, że trudno jest znaleźć coś tak jednoznacznie "złego", pod każdym jednym względem (także ogólnego odbioru).

      Usuń
    2. Brzmi cudownie okropnie. :) No, właśnie nie wiem, co ja bym uznała za "złą powieść". Nawet ten powszechnie znienawidzony "Zmierzch" da się jakoś wybronić. Czytałam wprawdzie tylko pierwszy tom i tak, było to banalne i schematyczne, i chyba szkodliwe w swojej wizji miłości, ale jako powieść dla nastolatek moim zdaniem ujdzie. Chyba najbardziej na miano "złej książki" zasługuje "50 twarzy Greya", które bardziej przekartkowałam niż przeczytałam, ale i tak zdążyłam zirytować się pretekstową fabułą, stereotypowymi postaciami i fatalnym językiem. A jednak nawet ta książka musi mieć jakąś wartość, skoro trafiła do tylu osób - nawet jeśli jest to wartość polegająca na zaspokojeniu kompensacyjnego zapotrzebowania na podlaną seksem bajkę o Pięknej i Bestii.

      Usuń
    3. I jest okropne, uwierz ;)! A do tego ma teoretycznie zapędy do bycia powieścią głęboką i psychologiczną, oczywiście.

      No właśnie "Zmierzch" i "Grey" to są moim zdaniem książki szkodliwe i złe warsztatowo, ale z tego punktu dotyczącego odbiorcy -- do wybronienia. To znaczy rozumiem, czemu mogą się komuś podobać: bo ta szkodliwość (na przykład: czemu facet zakrada się do sypialni "ukochanej" i ogląda ją kiedy ta śpi bez jej wiedzy, czy obsesyjne przeglądanie czyichś wiadomości z telefonu) jest na pierwszy rzut oka "romantyczna" (w takim dość wypaczonym sensie, ale jednak ubrana w futerko z "troskliwości" i "wielkiej miłości" -- a jeśli się jej nie podejrzy, co tam czyha pod spodem, można dać się łatwo uwieść) i słabo widoczna. Dopiero pod podszewką się znajduje różne nieprzyjemne rzeczy i zapewne z czasem one do nas docierają, ale wtedy myślimy sobie "et, literatura, literatura to nie życie", co też nie jest do końca dobrym podejściem chyba. Bo tak sobie myślę, że skoro -- no właśnie, tak jak piszesz -- u wielu czytelników te książki w jakiś sposób zaspokoiły pewne potrzeby, to znaczy, że zamiast machać z wyższością ręką, że to złe, trzeba by się zastanowić, o co chodzi. I nie mówię, że to będzie coś odkrywczego.

      Usuń
  4. Co do pozycji pisarza - mam OLBRZYMIE pretensje do Nory Roberts która w swoim czasie napisała kilka "lekkich czytadełek dla kobiet" które były całkiem inteligentne i dobrze napisane. Potem jednak książki zbyt dobrze się sprzedały i pisarka od tego czasu działa jak chińska fabryka guzików i wypuszcza produkty z tym samym schematem, tymi samymi bohaterami itp czasem nawet dwa razy do roku. Strasznie mi szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dziwnego w takiej sytuacji. Zastanawiam się, na ile to nie jest jednak sprzężenie zwrotne też w tym wypadku, bo oczywiście może być tak, że wierny czytelnik kupuje/czyta, bo liczy na powrót pisarza do formy, ale i dlatego, że się przyzwyczaił. A pisarz nie widzi wtedy, że coś nie gra -- albo widzi tylko grupę, której się nie podoba i myśli coś w rodzaju "ech, malkontenci zawsze się znajdą".

      A swoją drogą: Nory Roberts nigdy nie czytałam, odstraszały mnie jakoś streszczenia, czy mogłabyś w takim razie podsunąć mi jakiś jej ciekawy tytuł do zajrzenia w wolnej chwili?

      Usuń
    2. Polecę dwa: "Ukryte skarby" czyli romans z kryminałem w tle oraz "Podniebny taniec" (wypuszczony jeszcze jako "Wyspa Trzech Sióstr" jakby oryginalny tytuł był zbyt trudny do interpretacji dla potencjalnych czytelników) czyli trochę romans, miejscami lekki thriller, ale przede wszystkim - nie kojarzę innych takich tytułów z tego typu literatury - o odkrywaniu i docenianiu samej siebie przy pomocy innych kobiet. Dość nietypowy jak się ominie romans z wierzchu.

      Usuń
    3. Dziękuję, zanotowałam, sięgnę z pewnością, żeby przetestować, za czas jakiś :).

      Usuń
  5. Przyznam, że mnie najbardziej denerwuje, jak autor udaje, że napisał co innego, niż napisał. Najczęściej objawia się to przez dodanie sztucznej głębi. Jakby to wstyd był, że, o Jezu, zwykły kryminał/romans/przygodówka, nie tak być nie może!, musi być Coś Więcej! Więc, hajda, ładować Wielkie Problemy Społeczne, Głębokie Analizy Psychologiczne, Dialogi o Nędzy Przemijania... A mnie się oczy przymykają, bo tak to dosztukowane jak kreton do ortalionu. Nie widzę nic w złego w historyjce o podłym milionerze, który nawraca się dzięki sile miłości i wraz z ukochaną ratuje atole wysp koralowych przed efektem cieplarnianym. Jeśli jednakowoż ktoś uważa, że taką historyjkę da się przerobić na powieść psychologiczną czy społeczną (np. dorzucając opisy stanów psychologicznych owego milionera), to mnie nie tyle nudzi, co niepokoi. Podpada pod to również "Grey" i pochodne. Wprawdzie, pisząc o tym, stawiam się w sytuacji radzieckiego aktywisty ("Sołżenicyna, oczywiście, nie czytałam, ale i tak jestem przeciw" :)), ale co tam, raz się żyje. "Grey" to jest schemat rodem z harlequina i to sprzed lat osiemdziesiątych i jedyny problem widzę w tym, że tam się dopisuje jakieś właśnie mętne psychologizmy w stylu : uprawia sado-maso, bo go mamusia nie kochała/żona zdradziła, ale jak znajdzie odpowiednią kobietę, to się przez miłość uleczy i będzie żył ową miłością. I to wszystko nie na 180 stronach, z całą umownością harlequina, a na 500 i na serio. Jak kiedyś mawiała młodzież, takie rzeczy tylko w Erze. :) Na naszym podwórku podobnie grzeszy Katarzyna Michalak. Ani to ładne, ani strawne, a jeszcze szkodliwe społecznie. Gdzie się podziali ci pisarze, co za motto brali maksymę "Nie możesz zostać maszynistą - zostań smarowaczem kół"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to jest w ogóle chyba teraz bardzo częsta przypadłość: ale myślę, że to wynika też z prób przezwyciężenia bycia wkładanym do szuflady "literatura gatunkowa". Dlatego autor rozpycha tę szufladę ile może i stąd właśnie wszelkiego rodzaju opisy stanów psychicznych, diagnozy narodowe i rozdrapywanie traum. Zresztą: dorzucanie tak zwanych "trudnych" wątków do powieści roszczących sobie prawa do bycia ważnym głosem w jakiejś sprawie zdają się być oceniane jako przepis na stworzenie Powieści, podczas gdy, szczerze mówiąc, tak samo szeroka jest definicja "dobrej książki": to znaczy nie tylko niezły warsztat i ważny temat robią z książki "dobrą książkę", ale składa się na to chyba jeszcze szereg innych czynników.

      Usuń